Subscribe via RSS Feed

Jak skutecznie pozbyć się długów? – Ruszamy na wojnę z największym wrogiem!

2014/03/22 59 Komentarzy

 

Wojna z długami smallBez względu na to, czy jesteś zadłużony po uszy, czy może na luzie korzystasz sobie z kart kredytowych, limitu w rachunku i z innych finansowych „udogodnień” , przeczytaj proszę poniższy artykuł. To kontynuacja poprzedniego wpisu  „Ugotujesz się jak żaba – czyli długi w naszych głowach”. Dziś piszę o tym, jak wyrwać się z pętli zadłużenia i wreszcie poczuć się wolnym. 

Co najważniejsze: to nie jest czysta teoria. Jeszcze kilka lat temu miałem liberalne poglądy na temat kredytów. Traktowałem je jak naturalny element współczesnego życia. Efekt? Faktycznie stały się nieodłącznym elementem naszego życia: 4 karty kredytowe, debet w rachunku, pożyczka od rodziny plus beztroskie życie zaowocowały niemal 30 000 zł długu. To było głupie.

Zaznaczę od razu, że ten artykuł nie dotyczy kredytu hipotecznego, tylko długów konsumpcyjnych: wszelkich chwilówek, pożyczek okazjonalnych, kredytów samochodowych, limitów zadłużenia w rachunku osobistym i korzystania z limitów kredytowych na kartach. Kredyt hipoteczny na rozsądnych warunkach ma sens.

Jeśli zaglądasz od czasu do czasu na ten blog, to znasz moje obecne poglądy na temat długów: są one największym, najgroźniejszym, najbardziej brutalnym wrogiem na drodze do finansowego bezpieczeństwa. W bezwzględny sposób drenują nasze portfele i z ogromną skutecznością pozbawiają nas ciężko zarobionych pieniędzy. Są jak kula u nogi, jak kamień u szyi, jak ciężki balast, który z trudem dźwigamy na własnych barkach. Zamiast cieszyć się finansową wolnością, co rano ruszamy do pracy by tyrać na spłatę odsetek. Część naszego cennego życia poświęcamy harując jak niewolnicy na rzecz wierzycieli. Długi to najgorsze, najbardziej destrukcyjne, naj… No dobra, stop! Co ja wypisuję? Czy przypadkiem się nie zagalopowałem?

Z pełną premedytacją zaczynam artykuł malując tak ponury, groźny, przybijający obraz życia dłużnika. Dlaczego? Bo pierwszym i najważniejszym krokiem na drodze do skutecznego oddłużenia jest całkowite, bezkompromisowe i nieodwracalne  zerwanie z dotychczasowym nastawieniem do długów. To właśnie obecne poglądy i wynikający z nich sposób działania wpłynęły na stan Twoich finansów. Dlatego musisz drastycznie to zmienić. Jeżeli jesteś zadłużony i ciągle uważasz, że pożyczki i kredyty to nic groźnego, dalej będziesz tkwić w długach. Czasem mniejszych, czasem większych, ale mnóstwo Twoich pieniędzy powędruje na spłatę odsetek.

Z podejściem „jakoś to będzie i kiedyś spłacę” nie wygrasz tej wojny. Musisz się wkurzyć! Musisz sobie powiedzieć: „Mam dość tego shit’u! Zrywam z tym! Pozbędę się raz na zawsze cholernych kredytów i pożyczek! Nie chcę bez przerwy bulić drakońskich odsetek! Koniec z tym!”.  Tu nie ma miejsca na bycie „letnim” czy niezdecydowanym. Nie ma miejsca na żarty czy bycie na luzie. Długi to wróg, a to jest wojna! Tylko z takim podejściem masz realne szanse na szybkie sukcesy. Spokojne, racjonalne podejście nie wystarczy. Potrzebne są emocje i fanatyczna wola walki. Bez tego Twój proces oddłużania będzie się ciągnął długimi latami, a my chcemy szybkich, wymiernych sukcesów.

Powstrzymujemy ekspansję wroga

Teraz pierwszy, najbardziej podstawowy, zdecydowany krok: koniec z zaciąganiem kolejnych długów. Od tej pory pod żadnym pozorem nie możesz się dalej zadłużać. Żadnych nowych pożyczek, nawet na najbardziej atrakcyjnych warunkach. Żadnego podnoszenia debetu czy limitu na karcie. Koniec z tym! Wystarczy, że przestaniesz zaciągać kolejne zobowiązania i spłacać bieżące raty, a już samo to sprawi, że zaczniesz powoli wychodzić z dołka. Tutaj jest miejsce na bardzo radykalny, zdecydowany ruch: wyciągnij nożyczki i potnij karty kredytowe. „Że co? Pociąć karty? Moje ukochane karty, które tak bardzo ułatwiają robienie zakupów? Przecież praktycznie nie płacę odsetek. Przecież płacąc kartami mam zniżki, czasem „cash back”, zbieram punkty i darmowe mile lotnicze. A jak kupię bilet na samolot, albo zarezerwuję hotel? To moje malutkie, wygodne, ukochane karty kredytowe.” Uważasz, że to głupie? Jeżeli jesteś zadłużony i poważnie myślisz o pozbyciu się długów, to jest bardzo rozsądny ruch. Owszem, radykalny. Ale nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych kroków, a skoro Twoim celem jest szybkie pozbycie się długów, to brak możliwości zwiększania zadłużenia na kartach stanie się Twoim sprzymierzeńcem w tej walce. Masz odwagę by to zrobić, czy jednak miłość do kart jest zbyt wielka? Tnij! To naprawdę przyjemne uczucie ;)

finanse osobiste pozbywamy si długów

Od razu wyjaśnię, że nie jestem wrogiem kart kredytowych. Jako środek płatniczy w rękach osób bez długów mogą być one bardzo przydatne. Ale jeżeli jesteś nadmiernie zadłużony, to nie miej dla nich żadnej litości. Teraz priorytetem jest „zatamowanie krwawienia”, czyli spłat drenujących Twój portfel. Dlatego tnij i już. Ja tak zrobiłem – to super działa!

Zbieramy amunicję

No dobrze, przestałeś powiększać swój dług, pociąłeś karty, zatem bierzemy się teraz za spłatę. A konkretniej: za nadpłatę – czyli pozbywanie się długów szybciej niż to wynika z harmonogramu. „Łatwo powiedzieć, ale niby skąd wziąć na to pieniądze?”. To dobre, często zadawane pytanie. Robisz domowy budżet? Nie? – to już masz pierwszą odpowiedź. Gdy po raz pierwszy zrobiłem solidny budżet poczułem się tak, jakbym sam dał sobie podwyżkę. Nie, nie dlatego, że znalazłem dodatkowe dochody. Po prostu zidentyfikowałem sporo wydatków, bez których naprawdę da się żyć.

Jedzenie, leki, mieszkanie, ubranie, transport do pracy – to są prawdziwe potrzeby. Cała reszta to mniejsze lub większe zachcianki, które sami przed sobą usprawiedliwiamy. Dlatego pierwszy krok to wycięcie do kości wszystkich wydatków, które nie są absolutnie niezbędne. Musisz przejść w tryb „przetrwanie”. Nic się nie stanie jeśli nawet przez kilka miesięcy nie kupisz sobie nowego ubrania. Koniec z jedzeniem na mieście, kawą w Coffee Heaven, popcornem w kinie, a nawet z samym kinem. Poważnie – jeżeli zadziałasz odważnie i radykalnie, użyjesz swojej kreatywności, to już ten pierwszy ruch pozwoli Ci wygenerować sensowne nadwyżki w budżecie. Pamiętaj – to jest wojna z długami, pozbywanie się kuli u nogi, kamienia u szyi, tamowanie krwawienia, itd. To wymaga radykalnych kroków i odważnych posunięć (więcej o budżecie domowym możesz przeczytać tutaj).

Jeżeli to nie wystarczy i dalej nie możesz wygenerować nadwyżek na spłatę długów – czas zacząć sprzedawać. Znasz Allegro, albo serwis Tablica.pl? To teraz przejdź się po domu i zrób listę wszystkich rzeczy, które nie są Ci absolutnie niezbędne i możesz je sprzedać. Nie żartuję – sprzedawaj z taką intensywnością, aż Twój pies, kot lub dziecko zaczną uciekać w obawie, że będą następne w kolejce. Pozbądź się wszystkiego, co tylko możliwe. Nie martw się, gdy tylko staniesz finansowo na nogi, znów zaczniesz gromadzić przeróżne rzeczy, zawsze tak jest. Ale teraz pozbywamy się długu – i to jest nasz najważniejszy priorytet.

Jeżeli i tego będzie mało – to musisz zwiększyć przychody. Pracujesz 40 godzin w tygodniu? Teraz będziesz pracować 60 lub 80. Znajdź drugą pracę na pół etatu, poproś o nadgodziny, zgłoś się do dodatkowych projektów w Twojej firmie, rozwoź pizzę wieczorami, zacznij jeździć na taksówce, wyprowadzaj psa sąsiadom, zaopiekuj się dzieckiem koleżanki z pracy, posprzątaj czyjeś mieszkanie, rób tłumaczenia tekstów po nocach… wszystko jedno. Działaj tak, jakbyś zbierał pieniądze na operację własnego dziecka. Żadna praca nie hańbi gdy w grę wchodzą takie sytuacje. Ja, oprócz mojej 10-godzinnej pracy, sprzedawałem po godzinach kredyty hipoteczne, a moja żona pracowała 7 dni w tygodniu prowadząc szkolenia  w weekendy. Tak, spędzaliśmy mniej czasu z dziećmi, byliśmy zmęczeni i było ciężko. Ale postępy w pozbywaniu się długów były ogromną nagrodą.

A zatem skąd wziąć pieniądze? Wytnij wydatki do kości, sprzedaj wszystko, co możesz i znajdź dodatkowe zajęcie. I jeszcze bardzo ważna rzecz: jeżeli jesteś w związku, to musisz to robić w pełnym porozumieniu ze swoim partnerem. Musicie walczyć razem. Nie masz szans, jeśli „druga połowa” nie będzie rozumiała sensu tak drastycznych kroków. O znaczeniu wspólnego planowania finansów pisałem już w artykule: „Miłość i pieniądze – na ile ufać żonie lub mężowi?”.

Opracowujemy plan ataku

Następny ruch w naszej wojnie z długami to dokładne rozpoznanie wroga. Trzeba wziąć do ręki umowy i warunki kredytów, a następnie spisać w jednym miejscu najważniejsze informacje na ich temat. Na końcu artykułu czeka na Ciebie specjalnie przygotowany arkusz Excel do pobrania, który możesz wykorzystać. W komentarzach wewnątrz tego pliku opisałem co i gdzie należy wpisać. Tutaj zamieszczam jedynie część tabeli, byś lepiej zrozumiał, o co mi chodzi:

Lista długów - header

Jeżeli masz wiele różnych zobowiązań, to najbardziej kluczową sprawą jest ustalenie kolejności, w jakiej będziemy pozbywać się długów. Intuicyjnie mogłoby się wydawać, że najlepsza jest spłata w pierwszej kolejności zobowiązań o najwyższym oprocentowaniu. Jednak bardziej skuteczna będzie nieco inna kolejność:

1)      Na pierwszy ogień powinny pójść ewentualne długi związane z opłatami, od których zależy funkcjonowanie Twojej rodziny: zaległe opłaty za prąd, wodę, gaz , ogrzewanie itp. To jest bezwzględny priorytet – nie chcemy, by Twoje dzieci odrabiały lekcje przy świecach i w rękawiczkach

2)      Potem bierzemy się za „chwilówki” i pożyczki z para banków. Faktyczny koszt tego długu jest bardzo wysoki, a kwoty zwykle niskie, dlatego tych zobowiązań pozbywamy się również możliwie szybko (sprawdź tylko dokładnie w umowie, czy nie ma drakońskich kar za przedterminową spłatę)

3)      Pozostałe zobowiązania wpisujemy nieco niżej na listę w kolejności od najmniejszego zadłużenia do największego – bez zwracania uwagi na różnice w oprocentowaniu.

Przykładowa lista długów do zaatakowania, ustawiona w takiej kolejności, w jakiej powinniśmy się z nimi rozprawiać, mogłaby wyglądać tak:

lista długów screen

Dlaczego właśnie taka kolejność? Otóż chodzi o to, aby szybko zacząć odnosić konkretne, widoczne sukcesy. Te małe zwycięstwa, które skutecznie eliminują kolejne zobowiązania, bardzo wzmacniają naszą motywację i determinację do dalszej walki. Spłacisz pierwszy, nawet najmniejszy dług, i ciach – skreślasz go z listy. Potem drugi – i już dwóch wrogów mniej. Itp. Trzymając się militarnej terminologii, będziesz działać jak snajper, który eliminuje jednego przeciwnika po drugim, dzięki czemu nabiera coraz większej pewności siebie (ponosi mnie trochę z tymi porównaniami, co? ;) ).

Akcja eliminacja

Teraz rzecz najważniejsza. Zaczynamy pozbywać się długów posługując się naszą listą (patrz tabela). Załóżmy, że dzięki wycięciu wydatków i dodatkowym dochodom wygospodarowałeś 500 zł miesięcznie. Te kwotę przeznaczamy na spłatę pierwszego długu, a zatem już po pierwszym miesiącu mamy go z głowy. Co więcej, w kolejnym miesiącu będziemy mogli zaatakować następny dług wykorzystując nie tylko 500 zł, lecz dodatkowo 100 zł, którego nie musimy już płacić na obsługę długu nr 1. Nasza „amunicja” urosła do 600 zł, zatem po dwóch miesiącach spłat sytuacja będzie wyglądała mniej więcej tak:

lista długów - po 2 miesiacach screen

Kontynuując naszą walkę wykorzystujemy już 600 zł i atakujemy do końca drugi dług. Widzisz, co się dzieje? Znika on już w 3. miesiącu, a mając go z głowy pozyskujemy kolejne 200 zł na walkę z długiem nr 3. Zatem na coraz większych „przeciwników” mamy coraz więcej amunicji, która wzrosła do 800 zł, a nasza sytuacja po 3 miesiącach wygląda tak:

lista długów - po 3 miesiacach screen

I tak dalej i tak dalej. Wykorzystujemy w ten sposób bardzo efektywny mechanizm śnieżnej kuli, dzięki któremu nie tylko pozbywamy się długów, lecz jednocześnie utrzymujemy wysoki poziom motywacji i determinacji. Każdy spłacony dług to nie tylko poczucie zwycięstwa, ale kolejne zwiększenie środków, które możemy przeznaczyć na nadpłatę kolejnego długu. Teraz wystarczy już tylko konsekwencja w działaniu, a Twoja sytuacja z dnia na dzień zacznie się poprawiać. Proste?

Nie, wcale nie takie proste. Uwierz mi, że w rzeczywistości jest znacznie trudniej niż w teorii. Pojawią się chwile zwątpienia, ogromne zmęczenie, czasami kłótnie. Od czasu do czasu będziesz miał tego dość, a sklepy będą kusiły jak nigdy dotąd. Jednak jeżeli naprawdę zależy Ci na spłacie długu i chcesz się na dobre go pozbyć, to ta metoda naprawdę działa. Mam na to przynajmniej dwa konkretne argumenty:

1)      Przećwiczyliśmy ją z żoną na własnym przykładzie i okazała się bardzo skuteczna. Pozbycie się 30 000 długu zajęło nam mniej niż rok.

2)      Autorem tej metody jest Dave Ramsey – „guru” finansów osobistych, autor 4 bestsellerów i bardzo popularnej w USA audycji radiowej „The Dave Ramsey show”. Wyprowadził on w ten sposób z długów tysiące Amerykanów.

Z tym Davem Ramseyem wiąże się ciekawa historia. Wiecie jak pierwszy raz trafiłem na jego audycję? Gdy byłem zadłużony po uszy kupiłem sobie nowy gadżet (a jakże!): telefon komórkowy, na którym znajdowała się aplikacja do słuchania podcastów. Było tam wgranych kilka przykładowych plików, w tym właśnie „The Dave Ramsey Show”. Pewnego wieczoru założyłem słuchawki, włączyłem ów podcast i zacząłem słuchać. Facet mówił naprawdę w ciekawy, sensowny sposób, a po chwili do programu wdzwoniła się amerykańska rodzina, aby podzielić się swoim sukcesem. Opowiedzieli jak w ciągu 18 miesięcy pozbyli się 40 000 dolarów długów, zaś na zakończenie zrobili tzw. „DEBT FREE SCREAM”. Jeśli znacie angielski, poniżej fragment takiej audycji:

Wieczór, gdy po raz pierwszy tego wysłuchałem, był dla mnie ważnym momentem. Czasami trzeba by coś „walnęło nas w głowę” nim zaczniemy logicznie myśleć i działać. Mam nadzieję, że ten artykuł pomoże choć trochę tym z Was, którzy są zadłużeni i mają tego dość. Może któregoś dnia wrócicie na tego bloga i napiszecie w komentarzu: „Spłaciliśmy – jesteśmy wolni!”. Bardzo Wam tego życzę, bo to naprawdę wspaniałe uczucie.

Artykuł był długi, więc na koniec krótkie podsumowanie:

  • Zmień swoje nastawienie do długów: nie ma żartów – to jest wojna!
  • Koniec z zaciąganiem kolejnych kredytów – potnij karty kredytowe
  • Aby szybciej spłacać, musisz wygenerować nadwyżki. Dlatego:

a) zrób budżet i wytnij wydatki do kości
b) sprzedaj wszystko, co możesz
c) znajdź dodatkowe przychody

  • Jeżeli jesteś w związku, sam nie dasz rady  – musicie działać razem
  • Przygotuj listę długów i ułóż ją w odpowiedniej kolejności: od najmniejszego do największego salda zadłużenia
  • Wykorzystaj efekt śnieżnej kuli, dokładając kolejne pieniądze do swojej „amunicji” i pozbywaj się kolejnych długów

 

Tutaj znajduje się obiecany arkusz Excel, który pomoże Ci w przygotowaniu własnej listy długów do spłacenia:

FBO_kolejność spłaty długów_xls

Dziękuję Ci za czas poświęcony na lekturę tego wpisu. Mam nadzieję, że było warto. Jeżeli znasz kogoś, komu ta treść może się przydać, prześlij proszę linka, polub tę stronę lub udostępnij artykuł na Facebooku. Ostatnio ktoś wrzucił mój wpis na Wykop.pl – przybyło mi kilkuset czytelników! Tak też możesz pomóc ;)  Z góry serdecznie dziękuję!

Zapraszam Was gorąco do pytań i komentarzy. Jest pewnie sporo  nietypowych przypadków zadłużenia, jak również wiele odmiennych opinii na temat metod walki z długami. Postaram się odpowiedzieć na każde Wasze pytanie.

Nowy artykuł prosto na Twój email:

Comments (59)

Trackback URL | Komentarze na RSS

  1. Jarek pisze:

    Pomysł i idea świetne. Największy problem to jednak wystartować i potem nie zejść z dobrej drogi.
    Chyba następny wpis powinieneś zrobić o tym, jak przejść z etapu dobrych chęci i dobrego pomysłu – do jego realizacji.
    A to jest najtrudniejsze, bo jak wiadomo dobrymi chęciami jest wybrukowana droga do….
    A w Twoim przypadku co było takim głównym katalizatorem wejścia na wojnę z długami?
    Gratuluję świetnego wpisu i pozdrawiam – Jarek

    • Marcin Iwuć pisze:

      Cześć Jarku,

      To prawda – nawet najdalsza podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku, więc faktycznie najważniejsze to w pewnym momencie przestać się przygotowywać tylko po prostu zacząć działać.

      My na początku zabieraliśmy się jak „kot do jeża”. Owszem, wiedzieliśmy, że trzeba tych długów się pozbyć, ale robiliśmy to bardzo mozolnie. Wkurzało nas, że tyle pieniędzy idzie na odsetki (również na kredyty hipoteczne), ale sądziliśmy, że wraz z upływem czasu będziemy coraz lepiej zarabiać, więc z nadwyżek pomalutku będziemy sobie spłacać, równolegle inwestować i nie rezygnować ze stylu życia. Dopiero posłuchanie z jaką intensywnością zabierali się do spłaty długów słuchacze audycji Dave’a Ramseya uświadomiło nam, że tutaj potrzeba po prostu szybkich chirurgicznych cięć, a nie przewlekłej terapii.

      Podoba mi się w tej metodzie własnie to, że na początku, gdy trudno jest się rozpędzić, dość szybko wykreśla się z listy poszczególne długi i łatwiej utrzymać motywację.

      Dziękuję Ci za komentarz i serdecznie pozdrawiam.

      • Katarzyna pisze:

        A jak mam to zrobić kiedy zarabiam 1300zł a długu mam więcej i nie wiem jak z tego wybrnąć dzwonią na telefon straszą jestem sama i nie mam nic typu mieszkanie bo mieszkam z rodzicami dokładam się do opłat i dojazd do pracy i leki kupuję za 200 zł co mam wymyśleć

  2. Maksym pisze:

    Witam,

    Bardzo dobry wpis. Mówiąc w żargonie programistów – tutorial jak krok po kroku stać się wolnym od długów. Czytam bloga od trzech dni i jestem pełen podziwu dla Pana Marcina. Pan skumulował w jednym miejscu esencję wiedzy. Mogę podzielić się moim doświadczeniem: mam 27 lat, miałem duże długi 2 lata temu. Teraz jestem wolny od zobowiązań. Nie znając technik opisanych przez Pana Marcina, zrobiłem to „po swojemu”. Nadszedł moment kiedy powiedziałem, że już nie mogę tolerować długów – pociąłem kartę kredytową, zacząłem oszczędzać, znalazłem nową lepszą pracę. Teraz się zastanawiam, czy nie wejść na kolejny stopień wolności – nadpłacić czynsz, telefon, internet itd. W ten sposób będę miał komfort psychiczny, że jak coś mi się stanie (stracę pracę), to przez 6 miesięcy będę w stanie się utrzymać bez pomocy rodziców.

    Dziękuję jeszcze raz za wpis i trzymam kciuki, Panie Marcinie, aby blog stale się rozwijał i edukował ludzi.

    Maksym

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Maksym,

      Witaj na blogu i dziękuję za komentarz. Daj spokój z tym „Panem” – przejdźmy na ty.

      Serdecznie dziękuję, że podzieliłeś się swoją historią. To najlepszy dowód dla wszystkich sceptyków, że długów można (i trzeba!) się pozbyć.

      Jak widać metoda nie jest najważniejsza, ale moment, w którym mówisz „Mam dość!”, tniesz karty i ruszasz na wojnę jest kluczowy. Gratuluję Ci świadomego i odpowiedzialnego podejścia do własnych pieniędzy w tak młodym wieku!

      Jeśli chodzi o kolejny krok po spłacie długów – nie płaciłbym z wyprzedzeniem rachunków. Zbuduj tzw. „fundusz bezpieczeństwa” – czyli równowartość 6-miesięcznych wydatków. To będzie rezerwa na wszelkie nieprzewidziane sytuacje, która da Ci poczucie komfortu i pozwoli podejmować odwazne decyzje w innych obszarach życia. Wkrótce pojawi się również wpis o idei takiego funduszu.

      Serdecznie pozdrawiam, a jeśli blog może przydać się komuś z Twoich znajomych, będę bardzo wdzięczny za jego polecanie. Serdecznie Cię pozdrawiam,

  3. Gonzo pisze:

    Swietny blog, a wpisy autora genialne. Identyfikuje sie z Twoja postawa w 100%. Czekam z niecierpliwoscia na wpisy o funduszach.

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Gonzo,
      Serdecznie dziękuję. Z każdym kolejnym wpisem zbliżamy się do funduszy, ale na razie koncentruję się na tym skąd wziąć pieniądze aby oszczędzać i inwestować ;)

  4. Kamil pisze:

    Witaj Marcinie,

    Bardzo emocjonalny wpis. Dobry dla tych wszystkich utracjuszy i lekkoduchów żyjących chwilą, tak jakby jutra nie miało być, carpe diem i tego typu filozofie ;) To tylko potwierdza, że przyczyną zadłużenia nie jest sam kredyt, tylko osoba, która po niego sięga. Samochód też nigdy sam nie wpada w poślizg, tylko kierowca swoim zachowaniem za kierownicą powoduje taką sytuację.

    Poza tym przedstawiłeś bardzo ciekawą koncepcję wyjścia z zadłużenia. Ja bym rozszerzył twój wpis o przypomnienie, że oszczędności warto szukać poprzez zmianę banku. Dużo osób, które ja znam traci pieniądze na opłatach za prowadzenie konta, przelewach czy opłatach za korzystanie z karty debetowej. Sam kiedyś pomagałem jednej bliskiej mi osobie wyjść z długów, i zmiana konta to pierwsze od czego zaczęliśmy. Oprócz zmiany konta na bezpłatne, aktywowaliśmy usługę odkładania 4% wartości każdej transakcji na osobnym koncie oszczędnościowym. Dało to średnio 55 zł oszczędności w miesiącu, a brak opłat za konto, kartę debetową dał kolejne 250 zł oszczędności w skali roku. Dodam jeszcze w ten sposób, pomagając komuś sami możemy zyskać. Często banki oferują premie za polecenie konta czy innej usługi znajomemu.

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Kamil,

      Dziękuję za komentarz. Bardzo trafne spostrzeżenia. W 100% się zgadzam, że przyczyny zadłużenia tkwią w nas samych, w naszym sposobie myślenia i działania. To osoba, którą co rano oglądamy w lustrze podejmuje przecież decyzje finansowe ;)

      Co do opłat bankowych – każda oszczędność jest ważna – taka również. Super, że dzielisz się swoją wiedzą i pomagasz innym.

      Budżet otwiera oczy na sporo takich perełek. U nas okazało się na przykład, że wydajemy prawie stówę miesięcznie na płatne parkingi w Warszawie. Bez sensu, co? Tu dyszka, tam 5 złotych i po kasce.. Tego typu głupich wydatków było więcej ;) Bez konsekwentnego robienia budżetu u spisywania wydatków nawet ich nie dostrzegamy i nie czujemy.

      • Kamil pisze:

        Staram się pomagać innym jeśli tylko jest okazja a oni sami chcą dać sobie pomóc, bo to nie zawsze jest rzeczą oczywistą :)
        Ostatnio też brałem udział w konkursie „Dobry Plan” organizowanym przez firmę KRUK i zostałem wyróżniony. Tak więc chyba moje rady nie są takie złe ;)

        Pamiętam jak układałem pierwszy raz budżet domowy. Po miesiącu spisywania wszystkich wydatków doszedłem do wniosku, że to ja sam najwięcej wydaje… Niby na drobne, niedrogie rzeczy ale de facto niepotrzebne, czy też rzeczy z których można było zrezygnować.

  5. Gosia pisze:

    Świetny artykuł Marcinie! A najważniejsze to oczywiście Twój motywujący początek :-) Najważniejsze to zmiana nastawienia i patrzenia na pieniądze i długi. Jak zaczynasz widzieć efekty to i problem motywacji się rozwiązuje. Pozdrawiam!

    • Marcin Iwuć pisze:

      Cześć Gosiu,

      Dzięki za komentarz.

      Masz zupełną rację: nie ma co czekać na motywację. Trzeba działać i walczyć o efekty, a motywacja z czasem też przyjdzie. Działać trzeba bez względu na wszystko – czy nam się chce, czy nie. Serdecznie pozdrawiam.

  6. Paweł Cymcyk pisze:

    Marcin,

    Zgadzam się, że zaciąganie długów pod nieograniczoną konsumpcję to przysłowiowe zakładanie sobie pętli na szyję i proszenie się o kłopoty. Wyjście z takiego samonapędzającego się kręgu pożyczek jest trudne szczególnie jeżeli nie mam szybkiego sposobu na zwiększenie przychodów.

    Zaproponowany przez Ciebie sposób jest ciekawy, a czy liczyłeś może czy finansowo nie opłacałoby się bardziej skonsolidować te wszystkie kredyty w jeden zamiast walczyć z nimi osobno?
    Nie każdy radzi sobie w tak nierównej walce równie dobrze co Jackie Chan ;)
    https://www.youtube.com/watch?v=-uw2Sv-XCjg

    Paweł

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Paweł,

      Dzięki za komentarz i pytanie. Rozumiem, że na podlinkowanym filmie faceci w czarnych garniturach z piłami elektrycznymi w rękach to taka alegoria kredytów chcących nam podciąć nieco dochodów ;)

      Jeśli chodzi o kredyty konsolidacyjne, to mam bardzo mieszane uczucia. Wynika to przynajmniej z dwóch powodów:

      1) Niższa rata wynika zwykle nie tyle z różnicy w oprocentowaniu, co z wydłużenia okresu kredytowania. Zatem zamiast szybko wyleczyć ostrą chorobę, zamieniamy ja na chorobę przewlekłą.

      2) trzymając się medycznej terminologii – konsolidacja w żaden sposób nie zwalcza przyczyn „choroby” zadłużenia, a jedynie jej objawy. Nie zmienia naszych nawyków i nie motywuje do szybszej spłaty. Czytałem kiedyś statystyki z rynku amerykańskiego, że bardzo wiele osób, już w kilkanaście miesięcy po przeprowadzeniu konsolidacji wcześniejszych zobowiązań, znów sięga po karty kredytowe i zwiększa poziom zadłużenia.

      Nie da się skutecznie zwalczyć długu długiem – zamieniając jeden kredyt na drugi. Trzeba po prostu jak najszybciej je spłacić, a wtedy metoda śnieżnej kuli działa rewelacyjnie.

      Matematycznie konsolidacja może oznaczać nieco niższe odsetki. Ale gdyby osoby zadłużone kierowały się matematyką, to nigdy nie sięgałyby po długi oprocentowane kilkanaście czy kilkadziesiąt procent w skali roku, prawda? Tu chodzi o nawyki i zachowanie.

      Podsumowując – jestem sceptyczny co do faktycznej przydatności konsolidacji zadłużenia w procesie szybkiego wychodzenia z długów.

      Paweł, bardzo fajna strona z aktualnościami rynkowymi (DNA Rynków). Fajnie, że wybierasz najciekawsze wydarzenia:http://dnarynkow.com/ Nie trzeba tracic czasu na wertowanie prasy ekonomicznej ;)

      Serdecznie pozdrawiam.

      • Roman pisze:

        Trzymajac się terminologii medycznej…
        Tak jak z alkoholizmu nie wyleczymy się, zamieniając wódkę na piwo, tak z długoholizmu, nie wyleczymy sie zmieniając „cieższe” długi na „lżejsze” (skonsolidowane) długi.
        Nadal będziemy uzależnieni.
        Tu potrzeba radykalnego odstawienia – zmiany mentalności…

  7. Artur pisze:

    Marcinie,
    Trzymam się jak najdalej od pożyczek/kredytów konsumpcyjnych. Ale czy dziś można żyć bez karty kredytowej?
    Rezerwując hotel (a taką mam pracę albo… Wakacje) lub bilet – choćby w tanich liniach lotniczych – trzeba mieć kartę (tak sądzę przynajmniej).
    O ile nie mam chwilówek to:
    A) mam hipoteczny w chf- z tego nijak zrezygnować rzecz jasna:)
    B) mam leasing na auto – wrzucam w koszty działalności, a vat odliczam ( celowo tak kupiłem ze względu na odliczenia)
    C) kartę kredtyową do rezerwacji, ale też jako bezpłatne finansowanie wobec nierzetelnych kontrahentów – niestety US/ZUS/bank i kluczowi dostawcy nie zaczekają :(
    Dostrzegasz pole manewru?
    Dzięki za „lekkie pióro” wpisów:)
    A

    • Marcin Iwuć pisze:

      Cześć Artur,

      Jasne, że można żyć bez karty kredytowej – miliony ludzi tak żyją. W bardzo wielu sytuacjach wystarczy zwykła karta debetowa, która ma te zaletę, że nie wpędzi nas w długi. Szczególnie, że niektóre banki oferują tzw. „wypukłe” karty debetowe.

      Ale zgadzam się, że w licznych sytuacjach karta kredytowa jest bardzo przydatna. Problem nie tkwi w karcie tylko w sposobie korzystania z niej. Jeśli traktujemy ją jako środek płatności, a nie źródło „darmowego pieniądza” – to wszystko jest OK.

      Niestety, wiele osób bierze kartę jako wygodny środek płatności i …zaczyna się zadłużać. Potem drugą, trzecią i nie wiadomo kiedy wygodnych środków płatności mamy tyle, że nie możemy się sami w tym połapać. Prawdziwy komfort płacenia ;) Odsetek…

      My mamy z żona jedna jedyna kartę, z limitem niższym niż nasze miesięczne zarobki, którą płacimy jedynie wtedy, gdy faktycznie nie można zapłacić debetową. Co więcej – jeszcze tego samego dnia od razu przelewam środki na rachunek tej karty, bo skoro ma to być środek płatności, to nie oszukuję sam siebie i nie korzystam z limitu.

      Co do Twoich pytań:

      1) Rzecz jasna. Spłacać regularnie i już, ewentualnie od czasu do czasu nadpłacić ratę czy dwie (bo nic nie stoi na przeszkodzie, aby CHF był jeszcze droższy – prawdopodobieństwo jak zwykle 50% ;)

      2)Jeżeli rata leasingowa nie jest istotnym składnikiem Twoich kosztów, a dodatkowo policzyłeś wszystko dobrze i suma odliczeń przewyższa koszty finansowania (= zakup opłacał się bardziej niż za gotówkę) – to ok. Nie zmienia to faktu, że jest to dług. Gdybyś podał precyzyjne dane moglibyśmy to razem policzyć. Myślę, że byłoby to naprawdę ciekawe.

      3)Traktowanie karty jako „bezpłatne finansowanie” to kanał. Jeśli dostawcy nie zapłacą Ci dłużej niż wynosi grace period na karcie, to Twoje darmowe finansowanie okaże się bardzo drogie.
      Powinieneś zbudować sobie fundusz bezpieczeństwa – analogicznie jak każda inna osoba. Chyba, że masz taki fundusz bezpieczeństwa i w każdej chwili możesz go wykorzystać do spłaty choćby całego wykorzystanego limitu na karcie, gdyby dostawcy nie zapłacili.

      Karta w rękach ludzi bez długów, wykorzystywana jako wygodny środek płatności -jest OK. Pisałem już o tym w artykule.

      Dziękuję za pytania i serdecznie Cie pozdrawiam.

  8. Roman pisze:

    Bardzo dobra metoda (chyba pierwszy raz czytałem o niej u van Tharpa). Przyznam, że nigdy nie miałem problemów z nadmiarem kredytów, bo… nigdy ich nie brałem (poza dwoma przypadkami za każdym razem 3 tys, i to tylko po to, by mieć tzw. „historię kredytową”), ale kilku znajomych ją zastosowało i bardzo potem chwaliło…
    Kartę kredytowa mamy jedną, bo to jest pewne udogodnienie; po prostu łatwiej kupić za jej pomocą pewne usługi. Spłacamy zawsze całosc w okresie „bezodsetkowym”.
    Jak pisałeś o niebraniu kredytów, przypomniała mi sie pewna scena z moim dziadkiem.
    Miałem wtedy 14 lat i „robiliśmy” akurat drzewo pieca na zimę…
    Nie pamietam dlaczego, ale dziadek, w kórymś momencie powiedział: „Nigdy nie pożyczaj pieniedzy synku. Nigdy! Nie sprzedawaj swojej jutrzejszej wolności, za dzisiejszą wygodę”.
    Trzydzieści lat minęło, a ja to ciągle mam w głowie :)

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Roman,

      Dokładnie o to chodzi – o korzystanie z karty w rozsądny sposób.

      Myśl Twojego dziadka jest absolutnie rewelacyjna. „Nie sprzedawaj swojej jutrzejszej wolności za dzisiejszą wygodę.” Czasami myślę, że nasi dziadkowie w sprawach finansowych maja dużo lepiej poukładane w głowach niż my.

      Dziękuję za komentarz.

  9. Widzę, że jesteś przeciwnikiem kart kredytowych. Sam trzymam swoją kartę kredytową na co dzień w szufladzie (nie chcę żeby kusiła mnie w portfelu). Wyciągam ją do dokonywania niektórych płatności internetowych (zwłaszcza te związane z podróżami) i zabieram ze sobą w podróż – miewałem w przeszłości kłopoty z kartami debetowymi.

    Czy znasz alternatywę do karty kredytowej, która pozwoli bezproblemowo płacić przez internet i za granicą?

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Radek,

      Nie, nie jestem wrogiem kart kredytowych.

      Jestem wrogiem kart kredytowych w rękach osób walczących z zadłużeniem – a to KOLOSALNA różnica.

      Twój sposób korzystania z karty kredytowej jest moim zdaniem bardzo sensowny. Fajny patent z tą szufladą ;)

      Jeśli chodzi o alternatywę to banki wydają karty „wirtualne” do płatności internetowych. Najpierw zasila się je gotówką robiąc przelew na rachunek karty, a potem dokonuje się płatności. Zatem dla osób zadłużonych taka karta jest idealna, bo nie ma mowy o dalszym zadłużaniu się.

      Dziękuję bardzo za komentarz.

    • Hej Radek,

      Ja z powodzeniem korzystam z kart debetowych wydanych do kont walutowych w kantorze internetowym Alior Banku. Kart kredytowych pozbyłem się w 2012 po korzystaniu z nich przez kilkanaście lat i chociaż obawiałem się „jak to będzie”, to w praktyce nie odczuwam żadnej różnicy. Debetówki sprawdzają się tak samo dobrze.

      To co najbardziej bolało mnie przy zakupach kartą kredytową w innych walutach, to spread banków przy przeliczaniu transakcji na złotówki. Płacąc kartą w danej walucie (a mam karty EUR, USD i GBP) nie mam tego problemu. Dodatkowo zyskuję kupując wcześniej waluty, gdy są tanie (robię to systematycznie).

      Pozdrawiam :)

      • Maciej Pielok pisze:

        Jako dotąd cichy czytelnik obydwu blogów, nie mogę się tym razem powstrzymać od krzyknięcia TAK! Michał święta racja. Z doświadczenia osoby, która podróżowała przez ostatnie 7 miesięcy po świecie potwierdzam w 100% – spready walutowe na kartach kredytowych są POTWORNE. Należy mieć tu na uwadze, że często bank kasuje nas podwójnie, tj. najpierw do waluty twardej (EUR czy USD), a dopiero potem do waluty lokalnej (np.Yuan). Jedyna alternatywa jaką znam to dostępne w Citibanku „przepinanie” karty kredytowej pomiędzy kontem PLN i kontami w walutach twardych. Jednak wciąż kurs wymiany pozostawia wiele do życzenia.

        Dobrze wiedzieć o alternatywie w postaci walutowych kart debetowych w Aliorze. Dzięki za hinta! Dodam jeszcze, że płacąc kartą debetową za granicą poniesiemy jedynie ewentualne koszty przewalutowania w postaci spreadu. W przypadku kart kredytowych w egzotycznych krajach jest natomiast doliczana dodatkowa opłata manipulacyjna…

        Marcin, gratuluje kolejnego świetnego posta!

        • Marcin Iwuć pisze:

          Cześć Maćku,

          Dziękuje za komentarz i cieszę się bardzo, że z cichego czytelnika zamieniłeś się w komentującego. Serdecznie zapraszam Cie do częstego dzielenia się z nami Twoja wiedzą i doświadczeniami z tej fascynującej podróży ;) Serdecznie pozdrawiam

  10. Hej Marcin,

    Bardzo dobry artykuł :) Im takich więcej – tym lepiej.

    Co do kredytów konsolidacyjnych, to mam identyczne podejście jak Ty. Dodam, że jest jeszcze jeden problem z „konsolami” w przypadku osób nadmiernie zadłużonych – trudno jest im po prostu taki kredyt otrzymać.

    Kolejna rzecz, która mi się nasuwa po współpracy z osobami zadłużonymi: smutno to mówić, ale niestety osoby zadłużone rzadko kiedy zachowują się racjonalnie. I dlatego „debt snowball” jest taką dobrą metodą. W kwestiach finansowych emocje odgrywają dużo większą rolę niż się powszechnie wydaje i efekt psychologiczny spłaty pierwszego długu jest nie do przecenienia :) Daje zazwyczaj niezłego kopa i jest przysłowiowym „światełkiem w tunelu”.

    Miłego dnia :)

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Michał,

      Dziękuję bardzo za komentarz.

      Całkowicie się zgadzam, że aspekt psychologiczny jest bardzo ważny, a może nawet najważniejszy. Z resztą nie tylko ludzie zadłużeni zachowują się nieracjonalnie – to samo dotyczy również inwestorów, a nawet bardzo doświadczonych finansistów. Jesteśmy ludźmi i emocje zawsze będą wywierały wpływ na nasze decyzje. Własnie dlatego za motto bloga wybrałem zdanie, że w finansach wiedza to 20% sukcesu, cała reszta to zdrowy rozsądek.

      Gratuluję doskonałego bloga http://www.jakoszczedzacpieniadze.pl Jako osoba z branży inwestycyjnej jestem pod wrażeniem trafności Twoich spostrzeżeń oraz ogromnej wartości merytorycznej artykułów. Respect.

  11. Krzysiek pisze:

    Ja zrobiłem podobnie, jakieś 2 miesiące temu miałem 11 tysięcy długów. Sprzedałem: rower, czytnik ebooków, laptopa, książki (okazało się, że starsze wydania są wiele warte), znalazłem też kilka starych monet, bibelotów – zyski ogromne 4 tysiące prawie (i jakoś więcej miejsca w domu:). Po spłacie długów, teraz zostało niecałe 6 tysięcy do spłaty i rata miesięczna mniejsza o przeszło 200 złotych. Jest ciężko, bo nie ma już, co sprzedawać:) Ale praca jest dla mnie najważniejsza – potrafię pracować po ponad 200 h w miesiącu, motywuje mnie jedno – wyjść z zadłużenia. A później kontynuować dalej racjonalne wydawanie, bo podkreślam, potrafiłem kredyt 1200 zł przebimbać w kilka dni. Wyeliminowałem też wydatki takie, jak cola(ponad 100 zł miesięcznie szło na tą czarną śmierć:), lotto (tu prawie 50zł) i i inne :) Natrafiłem na ten blog niedawno, ale powoli zaczynam zmieniać moje nastawienia, dziękuję za ten i inne posty!

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Krzysiek,

      Serdecznie dziękuję za komentarz i za podzielenie się tym inspirującym przykładem. Trzymam kciuki i jestem w 100% przekonany, że wkrótce będziesz miał z głowy wszystkie długi.

      Pomyśl tylko jak szybko zaczną powiększać się Twoje środki gdy pieniądze, które obecnie przeznaczasz na spłaty, zaczniesz odkładać w formie oszczędności. Z takim nastawieniem „sky is the limit” ;)

      Serdecznie pozdrawiam

  12. Grażyna pisze:

    Miałam ogromne długi – łącznie było to jakieś 150 tys. zł, w tym kredyt hipoteczny. Jestem sama, więc spłaty miesięczne moich różnych zobowiązań przerastały moje możliwości zarabiania pieniędzy. Wpadłam w pętlę długów, posypało się zdrowie. Z pracą też nie było najlepiej. Podjęłam decyzję o sprzedaży mieszkania. Udało się w ciągu trzech tygodni to zrobić, kupujący płacił gotówką. Wyczyściłam trzy podstawowe kredyty. Pozamykałam konta. Przeniosłam się do mamy. Teraz – od października nie zaciągam nowych kredytów i sukcesywnie spłacam resztę pozostałą do spłaty. Lekko nie jest. Nie ma mowy o cięciu kosztów, bo wszystko, co się dało, już pocięłam. Żeby zarabiać więcej podjęłam jeszcze jedną pracę, a szykuję się z następną. Dobry pomysł dla mnie z tego artykułu, to sprzedaż różnych niepotrzebnych rzeczy – zrobię przegląd w domu i posprzedaję wszystko, co mogę sprzedać.
    Nikomu nie życzę tego, co przeszłam. Trzy lata stresu, ataków paniki,nieprzespanych nocy, windykacji, komorników. Nigdy więcej nie zaciągnę kredytu, poza hipotecznym, bo on ma sens jedynie….

    • Marcin Iwuć pisze:

      Cześć Grażyna,

      Bardzo dziękuję za komentarz.

      Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej determinacji – jakbym czytał słowa tej dziewczyny z pistoletami z początku postu ;)

      O to właśnie chodzi! To się nazywa powiedzieć „mam dość” i wykopać kredyty z naszego życia. Tak się walczy aby zwyciężyć! Trzymam za Ciebie kciuki i bardzo Cię podziwiam.

      Dziękuję za inspirację dla wszystkich zadłużonych.

  13. Kasia pisze:

    Po przeczytaniu wydrukowałam w dwóch egzemplarzach, jeden dla mnie drugi dla męża.
    W wyniku działania nierzetelnego kontrahenta – parę lat temu zmuszeni byliśmy do wystąpienia o kredyty, celem zapłaty zaległych pensji dla pracowników, ZUS, US, faktury za materiały, etc
    Na obecną chwilę niestety posiadamy 4 kredyty i jedną linie w rachunku na sumę ponad 100tys zł.
    Jeszcze rok temu kredytów było 7 na dużo wyższą kwotę.

    Marcinie,
    zastanawia mnie 1 rzecz.
    Dlaczego w pierwszej kolejności zalecasz spłacać te kredyty, których jest najmniejsza wartość do spłacenia.
    Czy nie lepiej jest jednak zwrócić uwagę, w których kredytach spłaciliśmy najwięcej odsetek bankowych i te spłacać w ostatniej kolejności? Ewentualnie które są najwyżej oprocentowane, te spłacać w I kolejności lub konsolidować kredytami niżej oprocentowanymi?
    Do tej pory kierowałam się zasadą, spłacam w I kolejności ten kredyt, w którym nie spłaciłam dużo odsetek, nie dałam zarobić bankowi a to równoznaczne jest z tym, że więcej pozostanie w mojej kieszeni. Najczęściej były to więc w miarę „świeże” kredyty. Ewentualnie druga opcja, nadpłacać kapitał w istniejących kredytach, przez co skrócamy okres spłaty lub zmniejszamy raty kredytu.
    I opcja III konsolidowanie wysoko oprocentowanych kredytów (np 20%), kredytem niżej oprocentowanym (np 8%). Zawsze biorąc pod uwagę koszt ewent. ubezpieczeń, koszt związany z przyznaniem kredytu.

    Bardzo proszę o pomoc w interpretacji.
    Czy warto jednak przyjąć zasadę: spłacam w pierwszej kolejności kredyt o najmniejszej wartości, bo najłatwiej mi go spłacić i będzie to mobilizacja do dalszych działań.

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Kasiu,

      Bardzo dziękuję za komentarz.

      Na temat kredytu konsolidacyjnego wypowiedziałem się już wyżej w odpowiedzi na komentarz Pawła Cymcyka.

      Zdecydowanie trzymałbym się metody „od najmniejszego do największego”. Daje to poczucie pełnej jasności, który dług w danym momencie atakujemy, pomaga utrzymać motywację. Poza tym jest jeszcze jeden fajny element: spłacamy i … zapominamy. Nie musimy zaprzątać już sobie głowy danym kredytem. To nie tylko mniej odsetek i rat, ale również mniej przelewów, korespondencji z bankami itp.

      To jest ogólna, skuteczna zasada.

      Gdybyś jednak napisała co to za kredyty, w jakiej kwocie i ile wynosi oprocentowanie, mógłbym odpisać w jakiej kolejności sam bym je ustawił i dlaczego. Może dopiszesz?

  14. Aleksandra Jagodzińska pisze:

    Witaj Marcinie,

    Podoba mi się, że tak krok po kroku pokazałeś oraz udowodniłeś, że MOŻNA jeśli się tylko tego chce i odpowiednio się człowiek zdeterminuje. Przyznam, że swego czasu miałam podobną strategię, która i mi pozwoliła wyrwać się z pętli długów. Pozdrawiam Cię:-)

  15. Mariusz pisze:

    Cześć Marcin,

    Twoje rady sprawiły, że nagle mam plan wyjścia z długów. Mój plan był odwrotnością Twojego, najpierw chciałem walczyć z najwyżej oprocentowanym i największym zadłużeniem. Niestety ponieważ jest to spora sumka nigdy nie udało mi się uzbierać wystarczająco dużo środków (choć kilka razy byłem naprawdę blisko :) ). Teraz idę na „wojnę” z kredytami. Zapisuję się na Twojego newslettera i liczę na kolejne super porady.

    Pozdrawiam

    Mariusz

  16. Witam Gospodarza i czytających.
    Z uwagi na to, że bardzo podoba mi się Twoja robota z tym blogiem, chciałbym zadać Ci (Wam – Czytelnicy) pytanie o leasing.
    Chodzi mi o leasing na samochód służbowo-domowy – samochód tzw. budżetowy w dobrej wersji ale koszt całkowity nie przekracza 55.000 zł… Potrzebuję taki samochód by mieć czym podjechać do Klientów i na potrzeby prywatne.
    Konkludując czy jeśli będąc zmuszonym do zmiany samochodu, leasing (w tym przypadku inwestycyjny – bo wizerunek u Klientów ma w mojej profesji znaczenie niebagatelne) traktujesz tak samo jak kredyt konsumpcyjny? Zaznaczam, że nie chodzi o samochód za więcej niż 100.000 zł, żeby pokazać się sąsiadom, tylko za połowę tej kwoty ale samochód solidny i spełniający wszystkie założenia użytkowe i estetyczne.
    Pytam, bo kupno samochodu używanego w sytuacji ludzi oszczędzających lub co dużo częściej nie posiadających większej gotówki jest bardzo popularne, tyle, że również często okazuje się być studnią bez dna… i kto tu więcej zaoszczędzi?

    Serdecznie pozdrawiam i również zapraszam na mojego bloga.

    • Marcin Iwuć pisze:

      Cześć Przemku,

      Dziękuję za komentarz i pytanie.

      Leasing na samochód nazywa się wprawdzie inaczej niż kredyt, ale jest to zwykły dług, który zaciągasz na zakup czegoś, co w szybkim tempie traci na wartości. Będziesz płacić raty, a Twoje auto będzie coraz tańsze. Tak, w takiej sytuacji traktuję leasing jak zwykły kredyt konsumpcyjny.

      Rozumiem, że obawiasz się kupna używanego auta, bo może ono ulegać awariom. To jednak bardziej kwestia wysiłku włożonego w poszukiwania i dotarcia do sprawdzonego źródła. Sam jeżdżę już trzecim używanym samochodem – każdy spisywał się dobrze i zawsze kupiony był za gotówkę.
      Gdybyś prowadził firmę transportową, i wziął w leasing samochody uzupełniające Twoją flotę, co pozwoliłoby na znacznie większy wzrost przychodów – miałoby to większy sens.

      Ale jak wzrosną Twoje przychody na skutek zakupu tego samochodu?

      Prestiż? Zwykle ważniejszy jest dla nas samych, niż dla naszych klientów. Jeśli wstydzisz się podjechać do klienta używanym samochodem – polecam taksówkę. Będzie dużo taniej niż autem w leasingu, a efekt ten sam ;)

      Na Twoim miejscu odczekałbym parę miesięcy, odłożył pieniądze i kupił za gotówkę.

      Serdecznie Cię pozdrawiam i zapraszam do częstych komentarzy.

    • Anna pisze:

      Świetnie rozumiem Twoją potrzebę samochodu „reprezentacyjnego” – u mnie analogiczna sytuacja. Nie mniej jednak leasing, kredyt… to długi i w dodatku oprocentowane.
      55 tys. to baaardzo dużo. Osobiście jestem przeciwnikiem kupowania aut salonowych – dramatycznie tracą na wartości. Ja swoje limo kupiłam za niecałe 10 000 (licząc z transportem, rejestracją i ubezpieczeniem :)).

      A jeśli chodzi o taksówkę, o której pisze Marcin to też bywa niezły pomysł. Warto pamiętać, że jeśli ma się firmę, można postarać się o umowę z korporacją TAXI, przejazdy są wtedy dużo tańsze :)

  17. Krycha pisze:

    Hehe, nie byłam gotowa na radykalne kroki, to życie zdecydowało za mnie: w sobotę zgubiłam portfel i zmuszona byłam zastrzec kartę kredytową. Portfel, zgodnie z moimi nadziejami, czekał na mnie w poniedziałek rano w sklepie, gdzie go zgubiłam. Wszystko odzyskałam, nie mam przez tę przygodę dodatkowych kłopotów i kosztów, no ale karty nie mogę używać, a wydanie nowej po zgłoszeniu zagubienia kosztuje kilkadziesiąt PLN, więc…. spróbuję żyć bez kredytówki :)

  18. Michał pisze:

    Moje sposoby na oszczędności w domowym budżecie:
    1) ograniczyć konsumpcję słodyczy, alkoholi, paliwa (zamiast tego rower), do pracy chodzić na pieszo, rowerem lub w ostateczności transport publiczny
    2) podkręcić” stopę zwrotu z zainwestowanych pieniędzy
    3) nie kupować gazet (czytać ,,darmowe” w pracy lub bibliotece, to samo z książkami (biblioteka)
    4) na wczasy jeździć nie na Płw.Iberyjski a wspierać niczym Nikodem Dyzma Polskę (nie należy wywozić kapitału za granicę”)
    5) podczas weekendów starać się jadać u Rodziny i znajomych.
    6) Kupować odzież zachodnią (wyjątek dwa/trzy garnitury z Vistuli do pracy)
    7) Nie płacić za siłkę (jeździć rowerem, biegać)
    8) Wygnać żonę do pracy (wg. zasady: przyszłe dochody rozporządzalne żony > koszt opiekunki przez 9-10h), jeżeli warunek spełniony wyganiamy Kobietę do pracy

  19. Rafał pisze:

    Witam,

    Jak zwykle świetny artykuł. ;) Co prawda mi się już (na szczęście!) nie przyda, ale chciałbym się podzielić swoimi problemami związanymi z długiem. Osobiście nie mam skłonności do zaciągania kredytów i brania pożyczek, lecz niefortunnym zrządzeniem losu zostałem wkopany w spore kłopoty w trochę inny sposób. Kim była owa osoba, która mnie „obdarowała”? Ojciec. A dlaczego? Bo byłem na tyle „głupi” i „łatwowierny”, że zaufałem rodzicowi. :)

    1). Firma otwarta na mnie. Kilka podpisów, konto w banku na moje nazwisko, itp. Skutek: 6000 zł długu w ZUSie + jakieś „grosze” za prowadzenie konta bankowego.
    2). Pożyczka od „znajomego” sygnowana moim podpisem. Skutek: 5000 zł długu.
    3). Kolejny podpisik gdzieś tam, już nie pamiętam gdzie: Skutek: komornik – 4300 zł długu. Co ciekawe, taki dług najszybciej się spłaca. I to w dodatku sam. :)

    Nadmienię, że trzy powyższe decyzje zostały podjęte mniej więcej w tym samym czasie. Dopiero po pewnym okresie, odezwali się wierzyciele. Naraz. Jeżeli byłoby to rozłożone w czasie, zapewne nie „nabrałbym się” na kolejne podpisy.

    Na chwilę obecną jestem prawie wolny. Ostatnie 100 zł z punktu drugiego zostanie przelane w czerwcu. Przez ostatnie półtorej roku zacząłem wychodzić na prostą i przez ten zgromadziłem kapitał równy kilkunastu miesięcznym wydatkom.

    Jak widać, da się wyjść na prostą, nawet jeśli sami nie jesteśmy sprawcą swojego zadłużenia.
    Niestety, cała historia wywołała u mnie niechęć do pożyczania pieniędzy komukolwiek. Również ciężko mnie namówić na złożenie swojego podpisu pod różnymi pismami. Jak się łatwo domyślić telefony od banków z ofertą kredytową są szybko ucinane. :)

    Pozdrawiam.

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Rafał, dziękuję za miłe słowa i świetny komentarz.

      NIGDY, NIGDY, NIGDY nie podpisujmy umów, których nie przeczytamy, lub których nie rozumiemy. Nawet jeśli proszą nas o to najbliżsi!

      Wszystkiego dobrego!

  20. Ryszard pisze:

    Witam.
    Jestem ciekaw jak pozbyć się długów w sytuacji,kiedy się nie ma pracy?
    Sytuacja moja i siostry ode mnie starszej o sześć lat,również nie pracującej jest z dnia na dzień nie do pozazdroszczenia.
    Brak dochodów;mam komornika na swym koncie bankowym,gdzie wpływał przelew za pracę wynikającą z umowy zlecenia.
    Nie było przeszkodą dla komornika to,że ów dochód był dla mnie jedynym mym źródłem zarobku i gdybym tak naprawdę żył sam to tak naprawdę byłbym pozbawiony środków na najpilniejsze potrzeby.
    Po trzy miesięcznej walce z komornikiem w marcu zszedł on ze 100% egzekwowanej wierzytelności do 50% i i ile się tutaj sytuacja unormowała to niestety zaczęły się problemy z pracą.
    Od 2009 roku pracowałem pod agencją pracy tymczasowej ,,Market-Service”.
    Niestety w kwietniu i maju 2012 roku owa agencja chyba uciekając przed podatkami zrezygnowała ze współpracy z Lambertz Polonia,na potrzeby,którego rekrutowała pracowników.
    O tyle wówczas było dobrze,że była we współpracy z Lambertz druga agencja pracy tymczasowej;wymagało to jednak tego,bym uzyskał zgodę koordynatorki z Market-Service na przejście pod tą drugą agencję,gdyż gdybym sam zmienił agencję pracy tymczasowej w Lambertz płaciłbym 500 złotych kary,gdyż taki zapis był w umowie.
    I wszystko byłoby ok.,gdyby nie wspomniany już komornik i jego egzekucja najpierw z mego konta bankowego,a potem bezpośrednio u mego pracodawcy.
    W marcu niestety dla nas kolejna agencja pod którą pracowaliśmy zrezygnowała ze współpracy z Lambertz.
    Pojechałem więc do Rudy Śląskiej Halemby,gdzie mieściło się biuro dawniejszej agencji Market-Service ( obecnie nosi nazwę Silesia Job Center ) i tam niestety zostałem potraktowany jako persona non grata,gdyż jak wyraził się koordynator znalazłem się na liście osób z którymi owa agencja nie podpisze umowy,gdyż dwa lata wstecz zachowałem się nie fair przechodząc do konkurencyjnej agencji pracy tymczasowej.
    I mniej więcej od marca praktycznie borykamy się z problemem nie dość chronicznego braku pieniędzy,ale narastających długów,zobowiązań od których się nie odżegnujemy.
    Jak tu żyć,realnie myśleć o lepszych dniach,o tym by finansowo stanąć na nogi?
    Nie wiem czy do końca swych dni będę umiał spłacić swe liczne zobowiązania-raczej wydaje mi się zadaniem niewykonalnym.
    Śmiem twierdzić,że nie my jedyni mamy takie długi;ma je prawie każdy Polak,mało jest osób w naszym kraju,które są pozbawieni zaległych zobowiązań.
    Naszą arcytrudną sytuację mogłoby uratować jedno-praca i jakiś konsolidacyjny kredyt,dzięki,któremu moglibyśmy redukować wszystkie nasze długi.
    Będę wdzięczny komukolwiek jak mi doradzi jak wyjść z tego węzła długów.

    • Marcin Iwuć pisze:

      Ryszard,
      W Twoim przypadku kluczowe jest zwiększenie dochodów za wszelką cenę.
      - Jaką inną pracę możesz wykonywać? (najwyraźniej w obecnej branży to nie działa).
      - Ile rozesłałeś CV i ile odbyłeś rozmów rekrutacyjnych w ostatnim tygodniu?
      - Jakie posiadasz umiejętności, które mogą być dla kogoś przydatne?
      - Czy posiadzasz coś, co możesz sprzedać? (czego jeszcze nie zajął komornik?)
      Rzuć okiem na artykuły z maja 2014 na temat zwiększania zarobków – może tam znajdziesz choć część odpowiedzi.

  21. Dawid pisze:

    Witaj Marcinie!
    Naprawdę Ciekawy Artykuł!
    Od jakiegoś czasu czytam Twój blog również sledze blog Michała. Przejrzałem na Oczy! Zaczynam walkę!
    Mam pytanie natury technicznej.
    W budżecie domowym mam jedynie 100-200 zł nadwyżki. Czasami zdarza się wiecej. Nie posiadam żadnych oszczędności.
    1 Czy najpierw powinienem stworzyć jakiś fundusz Awaryjny na ciężkie chwile a dopiero potem zabrać się za spłatę? Nieregularne koszty w połączeniu z nieregularnymi wpływami czasami niezłe dają popalić.
    Czy posiadając Zobowiązanie które jest jednocześnie oszczędnością. Produkt do kredytu hipotecznego który mogę zawiesić. Czy opłaca się za pauzować na chwilę i wykorzystać te pieniądze na spłatę aktualnego zadłużenia?
    Długów jest sporo lecz nawet tylko przy ich regularnym spłacaniu zajmie mi to własnie około roku.

    Pozdrawiam wszystkich walczacych

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Dawid,
      dziękuję za pytanie. Zdecydowanie w pierwszej kolejności trzeba zbudować mini-fundusz bezpieczeństwa (w mojej książce krok nr 3) – jakieś 2000 zł na nagłe potrzeby. Chodzi o to, aby w sytuacjach typu awaria lodówki nie zadłużać się.
      Absolutnie zawiesiłbym również produkt do kredytu hipotecznego. Najpierw pozbądź się długów – są one znacznie droższe niż ewentualne korzyści z inwestycji dołączonej do kredytu.
      Serdecznie Cię pozdrawiam i życzę powodzenia w Twojej walce. Wszystkiego dobrego. :)

  22. Łukasz pisze:

    Dobry blog i na pewno wielu pomógł i/lub otworzył oczy. Sam kiedyś miałem duże długi. Nie dlatego, że miałem kaprys wydawania. Byłem zbyt serdeczny. Chciałem pomóc własnej Mamie. I co z tego wynikło? Ok 30 tysięcy długów w ratach, kartach, pożyczkach, małych kredytach. Wyszedłem z tego i nawet z długów mieszkaniowych Mamy, które padły na mnie ze względu na meldunek. W końcu z narzeczoną postanowiliśmy. Idziemy na swoje bo nie mamy długów, jest stabilnie. Wynajęliśmy mieszkanie z możliwością kupna za pewien okres. Zaczęliśmy remont. I co? Parę dni temu wchodze na konto a tu blokada konta na 4200zl. Komornik. Co sie dowiaduję? Mama 7 lat temu wzięła komputer na raty na moje dane u zaprzyjaźnionego sprzedawcy, bo u niego czesto kupowalem i znaliśmy sie. Wiec to wykorzystala. Nie spłaciła dlugu. Teraz przez to jest komornik który po moich licznych przeprowadzkach w ostatnich latach w końcu mnie znalazl i zamknal mi konto przed wyplata i zajal wyplate. A Tu od dwóch tygodni nowe mieszkanie, powazny remont. Wszystko stanęli, zero pomocy od kogokolwiek. Model Pana dobry w sytuacji jeśli ktoś sam narobi sobie dlugow. Ja mam 31 lat i od 10 lat moja wlasna Mama mnie roluje. Narobila dlugow z mieszkaniem, splacalem, wyłudziła kredyt 7000zl na moje dane, splacalem, bo sad nie uwierzyl mi ze to nie ja bralem a nie bylo mnie stać na adwokatów, wyludzila pożyczkę w Provident na moje dane, splacalem. A teraz znów pewnie musze poswiecic wszystko i splacac. Porazka to moje życie i zero pomocy od kogokolwiek. I jak tu udowodnic ze to nie moje dlugo? Nie pomoglo badanie grafologiczne, bo nic nie bylo podpisywane tylko na oswiadczenie. Porazka jakas. A komornik bezwzględny. Mam parę dni na reakcje bo inaczej zabierze cala wyplate bank bo takie jest prawo( sprawdziłem, jest takie prawo). Czyli zostaje bez pieniędzy z mieszkaniem, remontem itd. Wpadnę w jeszcze większe dlugi. Uważajcie mlodzi ma rodzicow, rodzinę. Potrafia zniszczyc życie…. I jak tu sie nie zalamac.

    • Marcin Iwuć pisze:

      Łukasz,

      Ty nie masz problemów finansowych. To są problemy natury prawnej. Twoja Mama dopuszcza się przestępstwa. Powinieneś złożyć do prokuratury zawiadomienie o wyłudzaniu kredytów na Twoje dane i mimo wszystko poszukać pomocy prawnej.

      Chyba, że zamierzasz spłacać cudze kredyty w nieskończoność.
      Jeszcze raz powtórzę: jak najszybciej poszukaj pomocy prawnej.
      To jedyne wyjście.

  23. endru098 pisze:

    Witam,
    Mam pytanie apropos nowych długów. Mówisz zero nowych długów. Ok. A jak mam podchodzić do róznego rodzaju pożyczek z pracy, które są albo nieoprecontowane albo na maksymalnie 3%.
    I tu pytanie czy z nich korzystać ale w celu nadplacania innych kredytów czy jednak traktować je jak pozostałe pożyczki i unikać ich?

    • Marcin Iwuć pisze:

      Hej Endru098,

      Jeśli możesz zaciągnąć nieoprocentowaną pożyczkę u pracodawcy i spłącić nią inne długi – oczywiście zrób to – będzie to rozsądne.
      Pamiętaj jednak, że ta pożyczka jest takim samym długiem jak każdy inny – tyle tylko, że znacznie tańszym. Bez względu na wszsytko należy ją jak najszybciej spłacić, zapomnieć o niej i więcej się nie zadłużać.

      Najgorsze co można zrobić, to zaciągnąć pożyczke na 0% czy 3%, spłacić nią inne długi i… osiąść na laurach wracając do poprzedniego stylu życia, który w te długi nas wpędził. Robi tak niestety wiele osób, które skorzystały np. z kredytu konsolidacyjnego.

  24. Krystian pisze:

    Drogi Marcinie,

    Przeczytałem z uwagą cały artykuł natomiast z doświadczenia wiem, że wiele z tych porad dla wielu w polskich realiach jest nie do zrealizowania np: „Ja, oprócz mojej 10-godzinnej pracy, sprzedawałem po godzinach kredyty hipoteczne, a moja żona pracowała 7 dni w tygodniu prowadząc szkolenia w weekendy. Tak, spędzaliśmy mniej czasu z dziećmi, byliśmy zmęczeni i było ciężko.”

    I tak po pierwsze super, że oboje z żoną pracowaliście bo to już w polsce jest sukces :)ale kto w tym czasie był z dziećmi skoro państwowe placówki np: szkoła podstawowa zapewnia opiekę maksymalnie do godz. 15 w klasach 1-3 bo już powyżej nie ma świetlicy dla dzieci więc zdarza się, że trzeba odebrać dziecko np: o godzinie 11. W przedszkolu o 15 już nie ma dzieci, no może dwójka jakiś niedobitków, a panie woźne już w drzwiach wyglądają kiedy ci wyrodni rodzice odbiorą dzieci – bo przecież wszyscy pracują do 14 max do 15. Więc od 15 jesteś obłożony dziećmi o ile je posiadasz.

    Idąc dalej jeśli masz długi i problemy z ich spałceniem to dla większości banków, urzędu skarbowego jest to fantastyczna okazja aby jeszcze bardziej wydrenować Twoją kieszeń. Mam na myśli monity telefoniczne po 10 zł, wezwania do zapłaty po 40 zł i więcej. Urzędy też nie przepuszczą takiej okazji np skarbowy za wezwanie doliczy jedyne 60 zł kosztów itd itp.

    Generalnie sposoby, które opisujesz są fajne o ile jest z czego obcinać mając stałe dochody lub co sprzedać.

    Jeśli nie masz pracy lub masz niskie dochody to wszelkie instytucje, którym winien jesteś pieniądze wycisną z Ciebie wszystko co tylko się da.

    Ja osobiście przestałem już szukania możliwości zatrudnienia w naszym kraju i pakuje swoje zabawki. Być może pojawią się komentarze, że źle szukałem lub, że nie mam doświadczenia albo wykształcenia bo przecież „w polsce jest tyle możliwości”. Otóż mam i doświadczenie i wyższe wykształcenie ale z 1680 brutto raczej ciężko utrzymać rodzinę i jeszcze spłacić długi.

    Dla przykładu napiszę taki banał i spotka się to z krytyką ale mój przyjaciel z podstawówki bez wykształcenia zarabia 1600 euro netto i pracuje po 8 godzin.

    Więc mój wniosek jest taki, że jeśli masz długi i chcesz je spłacić to nie męcz się w polsce pracując po 7 dni w tygodniu po 12 godzin….

    Życie mnie nauczyło, że proste rozwiązania są najlepsze.

    • Marcin Iwuć pisze:

      Witaj Krystian,

      Dziękuję za Twój komentarz. Powyższe rady z pewnością nie są łatwe w realizacji, ale do bólu prawdziwe i skuteczne.

      Owszem – gdy nie da się obciąć już bardziej wydatków ani nie ma czego sprzedać – jedynym wyjściem jest zwiększenie dochodów za wszelką cenę.

      Nie wiem, czy trzeba w tym celu wyjeżdżać zagranicę. Otrzymuję wiele maili od osób, które utknęły na nisko płatnych posadach w Wielkiej Brytanii i nie maja do czego wrócić. Znam również liczne przykłady osób, które wyrwały się z pętli długów i świetnie radzą sobie w Polsce.

      Mam nadzieję, że Twoja decyzja o wyjeździe jest dobrze przemyślana i że faktycznie uda Ci się w ten sposób spełnić marzenia o większych zarobkach. Wszystkiego dobrego!

Dodaj komentarz

Current ye@r *