Programy lojalnościowe, punkty “Payback”, zakupy grupowe, programy “moneyback” w bankach… Które sposoby oszczędzania na zakupach są rzeczywiście skuteczne?

Prawdziwy ocean okazji

Fora internetowe i blogi pełne są porad na temat korzystania z programów lojalnościowych i okazyjnych zakupów. Przyznam, że jestem pod wrażeniem zaangażowania, wysiłku i czasu, poświęconego na rozwikłanie regulaminów promocji i metod pozyskiwania punktów. “Dzięki aktywnemu zbieraniu punktów zaoszczędziłem 400 zł w 6 miesięcy i zdobyłem 4 bilety do Multikina…”, “…kilka przelewów, aktywne korzystanie z karty kredytowej i po trzech miesiącach wyrwałem bankowi ponad 300 zł…” – tak brzmią mniej więcej opisy sukcesów. Nawet kruczki prawne w regulaminach są wyłowione i wystawione na światło dzienne. To naprawdę robi wrażenie i szczerze podziwiam zaangażowanie zwolenników tego typu okazji. Niestety zupełnie nie podzielam ich ogromnego entuzjazmu i zamiłowania do takich form “oszczędzania dzięki robieniu zakupów”. Dlaczego?

Po pierwsze: pogoń za punktami czy okazyjnymi zakupami może prowadzić do sytuacji, w której “ogon macha psem” – zamiast ograniczać wydatki koncentrujemy się na spełnianiu warunków programu i w konsekwencji wydajemy więcej.

Po drugie: nasz najcenniejszy zasób to czas. Mam bardzo poważne wątpliwości czy poświęcenie czasu na szukanie okazji i promocji to faktycznie najlepszy sposób na jego wykorzystanie.

Po trzecie: istnieją skuteczne i prostsze sposoby na oszczędzanie. Przynoszą one lepsze efekty, a wymagają mniejszych nakładów energii i czasu.

Co zrobić, żeby ogon nie machał psem?

Zgadzam się, że programy lojalnościowe niosą ze sobą potencjalne korzyści, jak choćby rabaty czy darmowe produkty z katalogu. Jednak by móc to faktycznie nazwać korzyścią, warto pamiętać o pewnych sprawach. Jeśli kupujesz paliwo na droższej stacji tylko dlatego, by zebrać punkty – to żadna korzyść. Jeśli kupujesz niepotrzebny gadżet, bo otrzymasz w zamian sporo dodatkowych punktów – to żadna korzyść. Jeśli przejeżdżasz w korkach kilka kilometrów do supermarketu, bo tam zbierzesz punkty – to żadna korzyść. Jeśli zamienisz zebrane punkty na produkt z katalogu, ktory być może się przyda, lecz w gruncie rzeczy nie jest potrzebny – to też żadna korzyść.

Gdy decyzje zakupowe podyktowane są uczestnictwem w programie lojalnościowym, a nie rzeczywistą potrzebą, to “ogon macha psem”. Aby cała zabawa miała sens, zbieranie punktów musi odbywać się jedynie “przy okazji” nabywania rzeczy, które są nam faktycznie potrzebne. Jeśli za takie zakupy dostaniesz punkty – to super. Ale gdy musisz dokupić coś jeszcze, choćby malutki gadżet przy kasie – to odpuść sobie. O stanie Twojego majątku decydują zgromadzone pieniądze, a nie żadne punkty. Jeszcze nie słyszałem o człowieku, który został bogaty, bo zdobył ogromną liczbę punktów w programach lojalnościowych. Pewnie dlatego, że aby je zdobyć, trzeba wydać sporo pieniędzy, a w ten sposób trudno się wzbogacić.

To samo dotyczy programów typu “moneyback” w bankach. Polegają one na tym, że przy spełnieniu określonych warunków (aktywne korzystanie z karty kredytowej, przelewanie pensji na konto, wykonywanie przelewów, itp.) bank zwróci nam kilka procent za część dokonanych zakupów. Najbardziej bawią mnie reklamy pod hasłem “zarabiaj na zakupach”. To dla mnie taki sam absurd, jak “zdrowiej dzięki paleniu papierosów”. Najważniejsze równanie finansów osobistych jest takie:

ZAROBKI – WYDATKI = OSZCZĘDNOŚCI

Wydawanie pieniędzy, to wydawanie pieniędzy. Nie da się na tym zarobić i już. Koniec i kropka. Jakiekolwiek próby rozwadniania tej oczywistej prawdy to zwykłe robienie wody z mózgu.

Oczywiście, jeśli Twój bank oferuje taki program, skorzystaj z niego. Jednak jeżeli jesteś zadowolony ze swojego banku, to nie przenoś rachunku do innego tylko dlatego, że oferuje on program “moneyback”. Zawsze weź pod uwagę opłaty, które bank pobiera za najczęściej wykonywane przez Ciebie operacje. Te koszty będziesz ponosił na długo po tym, gdy program “moneyback” się skończy.

I jeszcze słów kilka o serwisach zakupów grupowych typu Groupon czy Gruper. Choć można tam znaleźć ciekawe oferty, to osobiście uważam, że głównym skutkiem otrzymywania na adres email “wspaniałych okazji” są impulsywne i nieprzemyślane zakupy. Czy kiedy kupię za 30% usługę, której nie potrzebuję, to faktycznie zaoszczędziłem 70%? Nieplanowane weekendowe wyjazdy, zabiegi kosmetyczne, wyjścia po okazyjnych cenach do drogich restauracji – to tylko niektóre przykłady wydatków, których normalnie byśmy w ogóle nie ponieśli, ale skoro były w takiej korzystnej ofercie… I znów ogon macha psem.

Jak z tych serwisów korzystać? Zaglądaj do nich gdy masz już jasno zdefiniowaną potrzebę i szukasz konkretnego towaru albo usługi. Nigdy nie kupuj niepotrzebnych rzeczy tylko dlatego, że cena jest niższa o 70%. To przecież zupełnie bez sensu.

Czas też ma wartość

Jak już pisałem we wstępie, naprawdę podziwiam zaangażowanie osób specjalizujących się w łowieniu różnego rodzaju okazji. Jednak śledzenie regulaminów promocji, spędzanie długich godzin w Internecie na poszukiwaniach, czy przenoszenie rachunków pomiędzy bankami ma bardzo konkretny koszt. Tym kosztem jest czas, który mógłby być lepiej wykorzystany. Nie twierdzę, że nie ma to sensu, a przykłady odzyskania kilkuset złotych w parę miesięcy robią wrażenie. Zadaję sobie jednak pytanie: czy to faktycznie jest warte zachodu? Kilka programów lojalnościowych, karty kredytowe i rachunki w czterech bankach, do tego kilkadziesiąt emaili w miesiącu z superpromocjami – już samo zapanowanie nad tym chaosem pochłania kilka godzin w miesiącu.

Czy zamiast szukać metody na zdobycie kolejnego tysiąca punktów, nie lepiej z tym samym zapałem poszukać sposobu na zdobycie kolejnego tysiąca złotych? Przeznaczenie kilku godzin na własny rozwój miałoby moim zdaniem zdecydowanie większą wartość. Nie mam nic przeciwko sporadycznemu korzystaniu z sensownych okazji, ale uczynienie z tego głównego sposobu na oszczędzanie, to raczej kiepski pomysł. Moim zdaniem nie tędy droga.

Sposoby, które działają zawsze

Skoro nie jestem entuzjastą łowienia okazji i punktów, co moim zdaniem jest bardziej skuteczne? Oto kilka sposobów, które są prostsze, pochłaniają mniej czasu i energii, a przynoszą lepsze efekty:

1. Zawsze rób listę zakupów

To jedno z najbardziej skutecznych narzędzi, które w przypadku naszej czteroosobowej rodziny pozwala zaoszczędzić kilkaset złotych miesięcznie. Przed wyjściem do sklepu sprawdź, co masz w szafkach. W ten sposób nie wydasz pieniędzy na produkty kupione wcześniej, które mogą się wkrótce przeterminować. Listę zakupów warto podzielić na dwie kolumny: POTRZEBY (chleb, mleko, cukier, masło…) oraz ZACHCIANKI (piwko, chipsy, czekoladki, lody…). Dzięki temu lepiej zrozumiesz, na co faktycznie przeznaczasz pieniądze i czy nie możesz więcej oszczędzać. Długa lista zachcianek to ważny sygnał alarmowy, że Twoje podejście do finansów wymaga zmiany. Dobrym sposobem jest ustalenie własnego kwotowego limitu na zachcianki. Oczywiście w trakcie zakupów trzymaj się listy i nie sięgaj po rzeczy, które “mogą się przydać”. To strata pieniędzy. Te same zasady dotyczą produktów innych, niż spożywcze. Zajrzyj do swojej piwnicy, a zobaczysz, jak wiele pieniędzy niepotrzebnie tam zamroziłeś

2. Na zakupy chodź najedzony

Z pustym żołądkiem wydasz zdecydowanie więcej. Wszystko będzie wydawać się apetyczne i warte spróbowania, zaś wybrane produkty kupisz w większej ilości niż potrzebujesz. Ponadto będziesz kupować w pośpiechu, bez zastanowienia, byle by zaspokoić narastający głód. Chcesz mieć więcej pieniędzy w portfelu? Przed zakupami zjedz dobry posiłek.

3. Dzieci zostawiaj w domu

Gdy potrzebujesz zrobić większe zakupy, o ile to tylko możliwe, nie zabieraj ze sobą dzieci. Te małe skubańce zawsze wynajdą coś spoza listy zakupów: lizaczek, czekoladka, soczek, notesik, małe autko, plastikowy konik… Nie ma co się łudzić: zawsze znajdą sposób by nas przekonać. Jeśli nie płaczem, to słodką minką, ale to zrobią. Dlatego bezpieczniej zostawić je w domu i mieć kilkadziesiąt złotych w portfelu więcej.

4. Nie gromadź nadmiernych zapasów

Zdarzyło Ci się wyrzucić przeterminowaną żywność? To efekt nadmiernych zakupów “na zapas”. Nie kupuj więcej, niż potrzebujesz. Jasne, że czasem warto zaopatrzyć się w większe ilości pewnych towarów, aby nie robić zakupów zbyt często. Gdy jednak w supermarketach widzę wózki wypchane po brzegi żywnością, zaczynam się bać,  że wybuchła wojna. Wiele osób kupuje produkty w ogromnych opakowaniach, bo uważają, że płacą mniej. Tu jednak czekają na nas dwie pułapki: po pierwsze, “dwupaki” czy “czteropaki” nie zawsze mają niższą cenę jednostkową (sprawdź sam, też byłem zdziwiony), po drugie: jeśli kupisz większe ilości niektórych towarów (wędliny, słodycze, napoje, przekąski), to po prostu więcej i szybciej zjesz. Efekt netto? Mniej pieniędzy w portfelu i więcej centymetrów w pasie. Rozsądne zapasy – OK, ale nadmierne – bez sensu.

5. Nigdy nie kupuj na kredyt

Dług to największy wróg na drodze do finansowego bezpieczeństwa. Ze wszystkich form zadłużania to właśnie kredyty i pożyczki konsumenckie są najbardziej niebezpieczne i najszybciej drenują nasze portfele. Dlatego kupuj tylko tyle, na ile możesz sobie pozwolić bez korzystania z limitu w rachunku bankowym czy zadłużenia na karcie kredytowej. Jeżeli wydajesz więcej, pakujesz się w poważne tarapaty. Wcześniej czy później bardzo niekorzystnie wpłynie to na jakość Twojego życia. Pod żadnym pozorem nie sięgaj po dług.

Moim zdaniem tych pięć prostych zasad jest bardziej skutecznych niż wszelkie programy lojalnościowe. A co Ty o tym sądzisz?

Dziękuję za czas, który poświeciłeś na zapoznanie się z artykułem. Jeśli uważasz,  że jest wartościowy, poleć go proszę swoim znajomym i polub stronę na Facebooku. Pozwoli mi to dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Serdecznie dziękuję.

Może Cię zainteresować:
Ranking lokat bankowych i kont oszczędnościowych wystartował. Zobacz, które banki mają obecnie najlepsze oferty!