Jak nauczyć dziecko finansów? Case study

50

Upał sprzyja biznesowi. Moje córki kupiły kubki jednorazowe, cytryny, wodę, lód, szklany dzbanek i właśnie szykują lemoniadę, którą zamierzają sprzedawać w parku. Zostało im jeszcze przygotowanie plakatu z ceną i ruszają na łowy. Ciekawe, czy zwinie je straż miejska zanim coś sprzedadzą. 🙂 W każdym razie ich zaangażowanie jest ogromne, a do tego uczą się liczyć, ile muszą sprzedać aby zwróciły się koszty. Opiszę Wam przy okazji, jak poszło.

A póki co zapraszam Was bardzo serdecznie do lektury kolejnego artykułu o finansowej edukacji dzieci. W ramach tego cyklu Ania Sadowska zapoznaje się z najciekawszymi książkami na ten temat, wyciąga z nich to, co najciekawsze i pomaga nam w gromadzeniu kolejnych pomysłów.  Dzisiaj spora dawka sprawdzonych sposobów na przygotowanie dzieci do radzenia sobie w finansowej dżungli. Bez przedłużania, oddaję głos Ani.

a

Edukacja finansowa dzieci: 80% sukcesu to właściwa postawa i zachowanie.

Serdecznie Wam dziękuję za pozytywne komentarze po moim debiucie na blogu. Szczerze mówiąc, spodziewałam się różnych reakcji. W końcu żeby tu wejść, wpisujecie marciniwuc.com, a wyskakuje Wam artykuł jakiejś nieznanej nikomu mamy. Wielkie dzięki również za to, że w komentarzach polecaliście ciekawe lektury, wpisy w internecie, dzieliliście się doświadczeniami i pomysłami. Chciałabym zwrócić Waszą szczególną uwagę na komentarz Marka, który poleca ciekawe narzędzie, pomocne przy obsłudze Banku Taty (lub Mamy) – First Kid Bank. Jego wadą jest to, że wymaga znajomości angielskiego, ale poza tym wygląda profesjonalnie.

Właśnie, à propos Banku – miałam go zakładać… Wróciłam z wakacji 2 tygodnie temu, pełna zapału, żeby zostać właścicielką domowej instytucji finansowej. Nawet stworzyłam w Excelu narzędzie, które miało mi pomóc w obsłudze rachunków moich 2 małych klientów (komentarz Marka o First Kid Bank pojawił się później). Ale wiecie co? Musiałam odłożyć realizację tego pomysłu do września. Moi klienci są ciągle w nastroju wakacyjnym, większą część tygodnia przebywają u babci i dziadka na wsi i ZUPEŁNIE nie interesuje ich teraz kasa.

Ania z rodzinką nad morzem

Praktyka rozpocznie się we wrześniu, a ja dalej się szkolę. Zależało mi, aby przeczytać o doświadczeniach rodzica, który wychował już dorosłe dzieci, i aby te dzieci potwierdziły, że to właśnie w domu nauczyły się odpowiednio zarządzać pieniędzmi.

Kierując się tym wyznacznikiem, wybrałam książkę Dave’a i Rachel Ramsey’ów: Smart Money Smart Kids: Raising the Next Generation to Win with Money. Kim są ci państwo? To ojciec i jego dorosła córka, którzy dzielą się przemyśleniami na temat tego, jak wychować dzieci, aby świetnie radziły sobie z pieniędzmi. Metodę poruszaną w książce uznają za skuteczną, bo zadziałała u nich w rodzinie.

Dave Ramsey – to nazwisko może być Wam znane, jeśli czytacie bloga Marcina. Jest to guru finansów osobistych w USA, który ma własny program radiowy i telewizyjny i pomaga Amerykanom wychodzić z długów. Specjalizuje się w chirurgii… finansowej, bo skutecznie reanimuje pacjentów z wysokim poziomem długów i pomaga wiązać koniec z końcem.

Rachel Cruze – urodziła się w kwietniu 1988 r., a we wrześniu tego samego roku jej rodzice ogłosili bankructwo. Jak możecie się domyślać, jej dzieciństwo nie było beztroskie, zwłaszcza że miała jeszcze starszą siostrę i młodszego brata. Obecnie pracuje razem z tatą i – jak sama o sobie mówi – specjalizuje się w profilaktyce: uczy, jak wyrabiać zdrowe nawyki finansowe.

Jeśli przeszło Wam przez myśl, że tylko jedno z trojga dzieci Dave’a załapało, co jest ważne w podejściu do pieniędzy, i że być może stało się to dopiero w dorosłym wieku, to muszę wyprowadzić Was z błędu. Podam kilka przykładów, które wskazują, że już jako nastolatki naprawdę mogli zaimponować niejednemu dorosłemu w tej kwestii:

– każde z dzieci w wieku 16 lat kupiło sobie samochód za gotówkę, przy czym od początku wiedziały one, że tylko połowę kwoty sfinansują rodzice, a żadne kredyty nie wchodzą w grę. Auta kosztowały kilkanaście tysięcy dolarów, było to ponad 10 lat temu. Skąd miały tyle gotówki? O tym przeczytacie dalej 🙂

– syn Dave’a jako nastolatek wydał swoje 10 tysięcy dolarów na pomoc humanitarną w Peru po trzęsieniu ziemi;

– kilkunastoletnia Rachel była rozchwytywaną opiekunką do dzieci, bo profesjonalnie przygotowywała się do rozmów z rodzicami, czyli klientami; jej fachowa prezentacja o sobie oraz formularze, które miały pomóc zdobyć jak najwięcej informacji o podopiecznych, dawały rodzicom poczucie bezpieczeństwa, że dzieci będą w dobrych rękach.

No dobrze, przejdźmy już do samej metody, którą Dave Ramsey stosował u swoich dzieci. Jej podstawą jest stwierdzenie, że 80% sukcesu to wyrobienie odpowiedniego zachowania i wpajanie dzieciom takich wartości, które nie pozwolą im podejmować nieodpowiedzialnych czy impulsywnych decyzji finansowych. Pozostałe 20% to wiedza, która jest niezbędna, aby zrozumieć pewne zależności. Zbyt ogólnikowo? Szczegóły są niżej.

a

1. Hej ho, do pracy by się szło…

Jakie jest najpopularniejsze źródło pieniędzy? Oczywiście praca. Dave uznał, że jeśli jego dzieci chcą mieć swoje pieniądze, to powinny czerpać z tego samego źródła. Od początku był przeciwny kieszonkowemu, które nie było od niczego uzależnione. Twierdził, że rodzi to tylko postawę roszczeniową. Zamiast tego wymyślił, że każde dziecko pozna wartość pracy i radość z zarobionych pieniędzy w sposób odpowiedni dla swojego wieku, a należy zacząć jak najwcześniej.

A) Od 3 do 5 lat – w tym przedziale wystarczą 3 prace domowe, krótkie i proste. Dave podsuwa następujące pomysły, jak dzieci mogą się wykazać: zbieranie zabawek z dywanu, wkładanie brudnych ubrań do kosza, posłanie łóżka, łączenie skarpetek po wysuszeniu, nakrywanie do stołu (z nadzorem), pomaganie w noszeniu lekkich zakupów. Zapewnia, że dzieci będą zachwycone, a ich zaangażowanie przerośnie nasze oczekiwania. Należy im płacić od razu po wykonaniu zadania, żeby zarejestrowały, że praca = kasa. W przypadku małych dzieci zarobione pieniądze najlepiej od razu z nimi wydać. I – co istotne – okazać duży entuzjazm, aby wzmocnić w dziecku radość z pracy i zarabiania. Moja córka jest w tym przedziale wiekowym, ale nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby tak wcześnie robiła coś za pieniądze.

B) Od 6 do 13 lat – w tym wieku Dave przydzielał dzieciom 5 prac, dzięki czemu mogły zarobić więcej. Na lodówce wisiała tablica z zadaniami, na której odnotowywano wykonanie danej czynności. Raz w tygodniu było to sprawdzane i odpowiednio nagradzane finansowo. Jakie prace autor uznaje za stosowne w tym wieku? Karmienie zwierząt domowych, odkurzanie, ścieranie kurzów, sortowanie prania, składanie i odkładanie na półkę wypranych ubrań, zmywanie naczyń, podlewanie kwiatów, mycie okien, sprzątanie łazienki, prace w ogrodzie, mycie samochodu. W tej grupie wiekowej są moi chłopcy i choć wcześniej miałam inne zdanie, skorzystam z rad Dave’a. Może dzięki temu już nie będę się czuła we własnym domu jak służąca 🙂

C) Od 14 lat – hmm, napiszę jedynie tyle, że dzieci Dave’a były zachęcane, żeby pracować poza domem, a nawet zakładać własny biznes. Rachel potwierdza, że wiele jej dało wyjście poza system bezpiecznego zarabiania w domu. Nie tylko dzięki temu jako nastolatka zarobiła na samochód, ale poczuła na własnej skórze, z czym się wiąże prawdziwa praca.

Wizja pracujących dzieci jest trochę trudna do przyjęcia? Dave i Rachel zgodnie zapewniają, że to jeszcze nikogo nie zabiło, a wiadomo: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Należy spojrzeć na przyzwyczajanie do pracy tak samo jak na naukę mycia zębów – jest to po prostu konieczna umiejętność, którą każdy rodzic powinien przekazać swojemu dziecku. I zdecydowanie jest to obowiązek rodzica, a nie szkoły. Oczywiście nie powinniśmy płacić dzieciom za każdą pracę w domu, tylko za te, które były ustalone. Jest to jedyna możliwość, by stosunkowo małe dzieci odkryły zależność: praca = dochód. Nie chodzi jednak wyłącznie o czysto materialne podejście, ale również o poczucie zadowolenia z dobrze wykonanego zadania.

a

2. Nie ma i nie będzie

Brzmi jak antydoping kibiców przeciwnej drużyny piłkarskiej, ale chodzi o pieniądze 🙂 Jak to, pieniądze się kończą? Przecież wokół tyle ofert kredytów, to niemożliwe! Sęk w tym, że Dave i jego żona wręcz brzydzili się kredytami, od kiedy doprowadziły ich do bankructwa, więc to słowo w domu Ramseyów w ogóle się nie pojawiało. Zależało im na tym, żeby dzieci już od wczesnych lat zrozumiały, że jeśli wydadzą pieniądze, to po prostu nie będą ich więcej miały. Rachel do tej pory pamięta, że jako mała dziewczynka poszła z rodzicami do wesołego miasteczka i tam, na pierwszym z brzegu automacie, przegrała wszystkie swoje zaoszczędzone pieniądze. Pomimo próby wyjęczenia dodatkowych funduszy od rodziców nie dostała ani centa i resztę wycieczki wspomina jako torturę, zwłaszcza że musiała patrzeć, jak jej siostra rozsądnie wydaje swoje pieniądze. Serce Wam się łamie? Nie martwcie się. Po pierwsze, Rachel przeżyła i ma się dobrze. Po drugie, było to tak silne przeżycie, że utrwaliło w niej właściwą postawę, o którą jej rodzicom chodziło. I wreszcie po trzecie, to tylko jedna z wielu sytuacji w rodzinie Ramseyów, a oni sami dbali o to, aby zachować zdrową równowagę – nie tresować dzieci, ale wykorzystywać nadarzające się momenty, by ich czegoś świadomie nauczyć.

a

3. Świeć, świeć i jeszcze raz świeć… przykładem

Aż tak mocno trzeba świecić? Niestety tak. Czy tego chcesz, czy nie, dzieci to twój drugi cień, gumowe ucho, mocno wchłaniające gąbki. Jakkolwiek byś je nazwał, świadomie i nieświadomie obserwują Cię i naśladują. Dawanie dobrego przykładu brzmi jak odpowiedzialne i trudne zadanie? Warto potraktować to jako dodatkową motywację, by nieustannie zmieniać się na lepsze i trwać w tym, co dobre. Pamiętaj, że dzieci dobrze wyczuwają nawet takie niuanse jak impulsywne zakupy na poprawę humoru, czy prezenty kupowane im z poczucia winy, gdy spędzamy z nimi za mało czasu.

a

4. Pozwól im upaść

Tego już chyba za wiele! Przecież jako rodzice jesteśmy odpowiedzialni, żeby chronić nasze dzieci. Jasne, że tak, lecz nie przesadzajmy z tym. Najwięcej uczymy się wtedy, gdy sami próbujemy. Zadaniem rodziców jest stworzenie takich warunków, aby dzieci odczuwały boleść porażki, ale żeby mogły wynieść z tego właściwą lekcję i nie popełniać dużo bardziej kosztownych błędów w przyszłości. Przypomnijcie sobie przykład z wizyty w wesołym miasteczku, który podałam wyżej – Rachel uważa, że na dłuższą metę ten krótki ból przyniósł jej wiele dobrego.

a

5. Niech się z tym prześpią

Z czym mianowicie mają spać nasze dzieci oprócz przytulanek? Z tym samym, z czym my, dorośli, powinniśmy się czasem przespać, czyli… z problemem zakupowym. No tak, ale jaki to problem może się pojawić w tak młodym wieku? Otóż taki, żeby właściwie rozróżnić, czy to potrzeba czy raczej zachcianka. Jeśli twoje dziecko dostrzegło w sklepie rzecz, którą chce mieć za wszelką cenę, zachęć je, aby decyzję, czy wydać na to pieniądze, odłożyło do następnego dnia. Gdy rano się obudzi i pomyśli o tej rzeczy, pozbędzie się emocji i świadomie podejmie decyzję, czy faktycznie warto to kupić.

a

6. Naucz sztuki kupowania

Wydaje się, że kupowanie jest takie proste – wchodzę do sklepu, widzę cenę, daję pieniądze, biorę towar i już. Faktycznie proste, ale i kosztowne. Dave radzi, żeby uczyć dzieci, jak kupować taniej poprzez negocjowanie cen czy szukanie okazji. Jeśli sam nie wiesz, jak się negocjuje, możesz przeczytać wpisy na ten temat (Wprowadzenie do negocjacji – czyli jak otrzymać więcej za mniej?, Proś o więcej, niż chcesz dostać – negocjacje cz. 2). Warto pokazywać dzieciom, jak dobrze przygotować się do zakupu poprzez zebranie informacji o tej konkretnej rzeczy. Dzięki temu ominie je szaleństwo zakupów impulsywnych.

a

7. Nie walcz z naturą dziecka

W przyrodzie możemy dokonać podziału gatunku ludzkiego na urodzonych wielbicieli zakupów i maniaków oszczędzania. To, w której grupie znajdzie się Twoje dziecko, tak naprawdę nie ma znaczenia. Jeśli od urodzenia lubi wydawać pieniądze (tak jak Dave), musisz je nauczyć, jak wydawać mądrze, a nie korygować, żeby zupełnie utraciło radość z zakupów. Gdy dziecko ma cechy drugiej grupy, czyli kolekcjonuje pieniądze jak znaczki w klaserze, ucz je, aby oszczędzało z głową.

a

8. Cel wymaga środków, czyli parę słów o oszczędzaniu

Dave przytacza wyniki badań naukowych, które wskazują, że jako dorośli ponosimy porażkę w starciu z pieniędzmi, bo w młodości nie wyrobiliśmy sobie odpowiednich nawyków. Jednym z najważniejszych nawyków jest oszczędzanie, które uczy stawiania sobie celów, cierpliwości, odroczonej gratyfikacji, mądrzejszych decyzji zakupowych – czyli samych pozytywów, które w dorosłym życiu nie wpędzają nas w długi. Radzi, żeby dosyć wcześnie mówić dzieciom o różnych metodach inwestowania, tak by osłuchały się z tematem, nawet jeśli nie wszystko od początku będzie dla nich jasne.

a

9. Wszyscy jesteśmy menedżerami, czyli parę słów o dawaniu

Jak to wszyscy, przecież ja akurat niczym nie zarządzam. Mylisz się, bo zarządzasz pieniędzmi, które według Dave’a nie są twoją własnością. Pieniądze płyną, a ty jedynie wyznaczasz im kierunek. Dzięki takiemu podejściu można uczyć dzieci hojności, bo łatwiej wydawać pieniądze, które do nas nie należą. Zarządzamy również swoim czasem i talentami, więc nawet jeśli nie chcemy lub nie mamy czym materialnym się podzielić, to pokazujmy dziecku, że zawsze możemy podarować komuś swoją uwagę lub działać w wolontariacie.

Nasze dzieci żyją w skoncentrowanym na własnym „ja” pokoleniu, które często nie dostrzega potrzeb innych osób. Warto czasem przekłuć tę bańkę mydlaną i pokazywać im inną perspektywę.

Co robił Dave? Uwaga, uwaga, pewnie niektórzy znów się złapią za głowę. Otóż wysyłał swoje nastoletnie dzieci na misje humanitarne w biedne rejony świata, na przykład do Peru.

Ta niezwykła lekcja wrażliwości sprawiała, że po powrocie dzieci zupełnie inaczej patrzyły na to, co wcześniej wydawało się oczywiste, jak choćby dostęp do wody pitnej. Granica między prawdziwą potrzebą a zachcianką też stała się wyraźniejsza. Czy opowieści lub nawet filmy dokumentalne z tych regionów miałyby taki sam efekt? Chyba nie, to trzeba po prostu przeżyć, trzeba poczuć ten kubeł zimnej wody. Jako rodzice powinniśmy stwarzać dzieciom okazje, aby mogły jak najwięcej dać z siebie innym – czy to pieniądze, czy to czas i talent.

a

10. System kopertowy – narzędzie do nauki oszczędzania i dawania

Daj dziecku 3 koperty, na jednej napisz WYDAĆ, na drugiej ZAOSZCZĘDZIĆ, a na trzeciej PODZIELIĆ SIĘ. Pozwól mu udekorować je według własnego uznania, żeby był w tym element zabawy. Następnie zachęć dziecko, aby każdy zarobek dzieliło pomiędzy te 3 koperty. System kopertowy jest niczym innym, tylko wstępem do budżetowania, a jak twierdzi Dave, odpowiedni budżet to najważniejszy klucz do tego, żeby dobrze zarządzać pieniędzmi w dorosłym życiu.

a

11. Niech się cieszą z tego, co mają

Znów brzmi szorstko? No cóż, w dzisiejszym świecie do dzieci podchodzimy z ogromną delikatnością, podczas gdy one tak naprawdę tego nie potrzebują. Może Cię zaskoczę, ale Dave jest bardzo religijną osobą, wielokrotnie odnosi się w książce do cytatów z Biblii i ostatnią rzeczą, którą pragnie, jest tyranizowanie własnych dzieci. Zależy mu mocno na tym, aby rodzice świadomie bronili dzieci przed agresywnym marketingiem, który je atakuje w różnych sytuacjach. Jak to zrobić? Oto kilka sprawdzonych przez autora sposobów:

Zawsze będzie lepsza wersja – gdy mamy w domu maniaka nowinek, trzeba mu uświadomić, że to celowa zagrywka producentów, aby klient dokonał kolejnego zakupu, który tak naprawdę niewiele wnosi; za chwilę wyjdzie jeszcze lepsza wersja.

Przerwij to u źródła – tu Rachel podaje swój przykład z czasu, gdy stała się fanką Facebooka, a zwłaszcza przeglądania zdjęć, które wrzucali jej znajomi. Kiedy dostrzegła na fotografii koleżankę z torbami pełnymi zakupów, czuła się gorsza i od razu chciała to wyrównać, pędząc do sklepu. Na szczęście w porę się zorientowała i opanowała w szale zakupów w dość prosty sposób – zlikwidowała sobie konto na FB. To samo można uczynić z innymi rzeczami (czy osobami), które zmniejszają nasze poczucie zadowolenia. Trzeba się od nich po prostu odciąć.

Mów NIE – to proste, trzyliterowe słowo, którego wielu dorosłych nie potrafi nawet wymówić 🙂 Ma ono jednak ogromne znaczenie dla kształtowania charakteru naszych dzieci, a tym samym podejmowania przez nie mądrych decyzji w przyszłości.

Na koniec ważna rzecz, którą Dave kilkakrotnie podkreśla w książce: WYLUZUJ! Jeśli chcesz uczyć dzieci finansów jego sposobem, ale boisz się, że nie dasz rady konsekwentnie stosować tylu zasad naraz, to autor zapewnia, że sam nie był perfekcyjny, a mimo to dzieci zrozumiały, co jest ważne. Nie trzymaj się też sztywno reguł, bo nie zawsze będą one właściwe do zastosowania. Korzystaj z nadarzających się okazji, żeby dziecku coś wytłumaczyć, na przykład jeśli widzisz jego zainteresowanie, gdy wpisujesz wartości z paragonów do budżetu domowego albo szukasz w internecie księgarni, w której najtaniej kupisz wymarzoną książkę. Codziennie obracamy pieniędzmi, więc takich okazji jest naprawdę wiele.

Podsumowując: możesz naprawdę łatwo zepsuć dzieci, gdy będą myślały, że wszystko im się należy, a stąd już równia pochyła do katastrofy finansowej w przyszłości. Dom to bezpieczne gniazdo, a nie hamak, w którym można się całymi dniami wylegiwać. Twoim zadaniem jako rodzica jest wychowywanie strzał zamiast bumerangów. Autor rozumie przez to dorosłe dzieci – jeśli je dobrze przygotujemy do samodzielnego radzenia sobie z pieniędzmi, to nie będą do nas wracały jak bumerang, kiedy tylko podwinie im się noga, ale trafią w swój życiowy cel jak strzała i będą się bogacić 🙂 Ja zamierzam spróbować z takim podejściem, a Wy?

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, Ania.

Jak uczycie swoje dzieci finansów? W jaki sposób rozwijacie w nich inteligencję finansową? I co myślicie o metodach Dave’a i Rachel? Podzielcie się tym z nami w komentarzach.

P.S. Dla tych z Was, którzy chcieliby dokładnie zapoznać się z treścią „Smart Money, Smart Kids” podaję link afiliacyjny, z którego możecie nabyć książkę w formie papierowej, a także ebooka i audiobooka (należy wybrać właściwy prostokąt na stronach księgarni). Dziękuję, jeśli zdecydujesz się na zakup książki w ten właśnie sposób.

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 399 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze50 komentarzy

  1. „No tak, ale jaki to problem może się pojawić w tak młodym wieku? Otóż taki, żeby właściwie rozróżnić, czy to potrzeba czy raczej zachcianka.” – mam 40-ry dyszki na karku, ale dzięki za przypomnienie (właśnie chorowałem na nowy samochód – chyba efekt wieku średniego, czyli zachcianka 🙂

  2. Dzięki Ania / Marcin

    A wiecie, że 2 dni temu tę książkę na swoim podcascie wskazal jako wartą do przeczytania Michał Szafrański :):). Wskazał jako jedną z wielu, ale właśnie tą zainteresowałem się najbardziej i właśnie tą postanowiłem nabyć.
    Szczęsliwy zbieg okoliczności a z drugiej strony tylko utwierdziełm się w tym. Dziękuję Ania, fajny wpis

    • Cześć Kat,
      Nie znalazłem jej nigdzie po polsku. Była niedawno wydana, więc chyba jeszcze nie ma tłumaczeń. Ja słuchałem Audiobooka – czytają go Dave i Rachel.

  3. Dla mnie największą trudnością jest jak nauczyć dzieci by myślały charytatywnie. Część fachowców postuluje dzielenie gotówki na 3 kupki lub słoiki. Inni twierdzą, że zmuszanie czy nakłanianie dzieci do przeznaczana swoich ciężko zarobionych pieniędzy nie powinno mieć miejsca, bo to dzieci same powinny decydować, na co chcą je wydać. Warto jest popatrzyć na to z punktu widzenia dorosłego (tak chyba sugerował Autor Banku Taty) – gdyby mój pracodawca powiedział, że zabiera mi dziś 10% pensji i przeznacza na cele charytatywne, bo przecież to tak oczywiste, że nie warto o tym dyskutować, to czułbym się mocno wykorzystany. Moim zdaniem chyba najlepszym wyjściem jest uświadomienie dzieciom, kim są osoby, które potrzebują naszej pomocy np.: poprzez udział w misjach charytatywnych (choć to trochę ekstremalne), wizyty w domach opieki, specjalnych ośrodkach itp. Dopóki dzieci nie zobaczą na własne oczy jak bardzo ich środowisko domowe różni się od codzienności osób, które będą beneficjentami naszej pomocy, dopóty myślenie o pomaganiu innym będzie będzie czystą abstrakcją.

    Świetna recenzja książki – przymierzam się do niej już od dłuższego czasu, ale wreszcie pojawił się bodziec, by myślenie zamienić na działanie.

    • „Gdyby mój pracodawca powiedział, że zabiera mi dziś 10% pensji i przeznacza na cele charytatywne, bo przecież to tak oczywiste, że nie warto o tym dyskutować, to czułbym się mocno wykorzystany”.

      Jak na ironię, szczytem marzeń wielu ludzi (moim nie) jest, aby pracodawca zabierał im ponad 40% i przeznaczał na cele niekoniecznie charytatywne. Gdy tak się nie dzieje, przyrównują swoje sytuację do śmiecia.

    • Ania Sadowska

      Po lekturze tych 2 książek moje zdanie jest takie, że warto tym przysłowiowym trzecim słoikiem przypominać dzieciom, żeby odkładały też na cele charytatywne, ale nie dawać im wskazówek, ile konkretnie powinny odkładać. Oprócz tego ważne jest, aby samemu pokazywać, że wspiera się innych lub tak jak piszesz, pozwalać dzieciom doświadczać, w jakich warunkach żyją inni.

  4. Cieszę się Marcinie, że choć nie własnymi rękami, ale znalazło się na Twoim blogu miejsce na temat edukacji finansowej dzieci.

    Witaj Aniu! Z chęcią będę czytać, co masz do powiedzenia, bo te dwa wpisy Twojego autorstwa podobają mi się bardzo, szczególnie, że mogę je wykorzystać w praktyce we własnym domu. „Bank taty” już jest u mnie na liście książek pierwszej potrzeby. Dzięki i pozdrawiam:)

  5. Nauka dzieci gospodarności to istota sprawy. Znowu zadajemy pytanie – dawać kieszonkowe, czy jednak płacić za obowiązki domowe, które powinny być raczej codziennością, a nie pracą zarobkową, temat rzeka, a ja nie o tym chciałam.

    Wakacje to dobry czas na naukę gospodarności. Nadmorskie miejscowości naciągają jak mogą, a to „pamiątka”, o której zapominamy zaraz po jej zakupie, a to automaty z grami itd.
    Mój sposób jest taki – dać dzieciom określoną pulę pieniędzy na własne wydatki (czyt. bzdury). Z jednej strony musi to być kwota atrakcyjna dla dziecka, ale też musi to być rozsądna dla nas, dorosłych. Omawiamy tę kwestię, przeliczamy np. ile to dziennie na ulubioną grę, itp. i zostawiamy ich z decyzjami i liczeniem. Jak zostanie wydana 1 dnia – bida, bankrut (tak jak w przykładzie wesołego miasteczka); jak potrafią myśleć (i słuchają wcześniejszych rad wskazówek) taka wakacyjna lekcja będzie niezłą wskazówką na przyszłość – jak dbać o budżet, jak go przeliczać i wydawać z głową!

    • Ania Sadowska

      Asiu, to jest bardzo dobry sposób, potwierdzony też przez autora książki Bank Taty. David podał przykład ze swojego życia, kiedy jego dzieci, wyposażone w dodatkową sumę pieniędzy na wydatki wakacyjne, skrupulatnie przyglądały się cenom w sklepie z pamiątkami, a syn kolegi wrzeszczał wniebogłosy o swojej pilnej i drogiej potrzebie, którą to rodzice mieli spełnić. Jego dzieci były świadome, że nie mają co prosić o dodatkowe pieniądze na wydatki na urlopie (poza zwyczajowymi, w których uczestniczyła cała rodzina, czyli np. bilety wstępu, wspólne lody), więc starały się tak nimi zarządzać, żeby ich nie roztrwonić.

  6. świadomość

    Pozwólmy dzieciom po prostu być dziećmi…niech sie bawia beztrosko, a do tematów finansowych beda miały wiele przyszłych dorosłych lat….ten świat staje na głowie…ambicje rodziców, ledwie wiążacych koniec z końcem, względem swych pociech przekraczają zdrowe granice…prawdziwy talent i tak obroni sie sam….To my lepiej zadbajmy o nasze finanse abysmy mogli dac dzieciom takie wykształcenie i tak je pokierowali aby w przyszłości nie dotyczył ich problem minimum krajowego….a za granice wyjeżdzały z ciekawości a nie przymusu…Zdarzenie z dziecinstwa: mamo, kim chcialabys żebym kiedys był? – odpowiedzi mamy( wykształcenie średnie ): zostaniesz kim będziesz chciał, ale ja chciałabym żebys miał wyższe wykształcenie, został inzynierem….Po maturze: mamo, nie ide na studia, ide do pracy, mam juz cos na oku ( miałem po prostu dośc biedy, chciałem zarabiać )- odpowiedz mamy: jesli tak to wyprowadzaj sie z domu…jesli chcesz tu zostac, pojdziesz na kierunek o którym wczesniej mi wspominales, i nie martw sie skad beda na to pieniadze….Brała pożyczki żebym sie wykształcił…Dzis jest na emeryturze, całe 1600 zeta po 40 latach pracy….Ja od paru lat ponad 200.000 rocznie…Role sie odwróciły i dzis to ja wspieram swoja mamę….Wspomnienia z dzieciństwa? Najlepsze jakie mozna mieć – beztroska……

    • z jednej strony masz rację, z drugiej – dziś większość ma wyższe wykształcenie, a niewielu może to wykorzystać do dobrze płatnej pracy,

      co więcej – tak, dajmy dzieciom beztroskie dzieciństwo, ale dajmy też konkretne wskazówki i rozmawiajmy, żeby za chwilę, zarabiając 200 tyś rocznie nie roztrwoniły tego na wszystko (przykłady dobrze zarabiających sportowców, którzy przez hulaszczy tryb życia po zakończeniu kariery są bankrutami, bo nie ma planu i przemyślenia wydatków) tylko żeby potrafiły z głową podchodzić do pieniędzy, bez uderzenia wody sodowej przy ich dużych ilościach
      pozdrawiam

    • Hej świadomość
      Dzięki za komentarz i gratuluję sukcesu zawodowego. Zgadzam się, że beztroska dziecięca jest bezcenna i nie powinniśmy jej dzieciom zabierać. Dla mnie jednak świadome wychowywanie jest ważne, daje chociaż jakieś podstawy do funkcjonowania w dorosłym życiu. Tobie się udało, ale czy wszyscy tak samo kończą?

    • Cóż,

      Dzieciństwo to jedyny okres gdy możemy dzieci czegoś nauczyć. Kto wpoi im życiowe zasady i przygotuje je do życia, jeśli nie my? A kiedy mamy to robić jeśli nie w czasie, kiedy są dziećmi?

      Poza tym, dzieci nie żyją w próżni. Jeśli to nie my nauczymy ich obchodzenia się z finansami, zdobędą tę wiedzę z innych źródeł: z reklam, bajek, filmów, od rówieśników…
      Pytanie, czego się tam nauczą. Zdrowego rozsądku, czy beztroskiej konsumpcji?

      Moje dzieci nie mają beztroskiego dzieciństwa. Mają dzieciństwo radosne, ale pełne wymagań ze strony rodziców i zasad. Wspaniale jest jednak obserwować, jak nabierają pewności siebie i wiary w to, że dzięki własnej zaradności mogą osiągnąć wszystko, czego zapragną. A mądre postępowanie z pieniędzmi pomoże im bardzo w realizacji tych marzeń.

      Tak na to patrzę.

  7. Znowu super artykuł – gratuluję 🙂

    Co do edukacji finansowej dzieci polecam też wywiad z „Super Nianią” na blogu Michała Szafrańskiego http://jakoszczedzacpieniadze.pl/jak-uczyc-dzieci-finansow-dorota-zawadzka.

    Pada tam jedno stwierdzenie, sprzeczne z książką Ramsey’a, z którym się zgadzam. Nie należy płacić dzieciom za wykonywanie obowiązki domowe. Powinny się raczej od małego uczyć, że utrzymanie domu w porządku to wspólne zadanie wszystkich domowników i nie jest to coś ekstra, tylko za kasę. Natomiast można płacić dzieciom za wykonywanie obowiązków nadmiarowych.

    • Dzięki Katarzyno! Czytałam wywiad z Super Nianią, nawet go skomentowałam 🙂 Sama nie wiem, kto ma rację, jeśli chodzi o to płacenie za obowiązki domowe. Zamierzam jednak spróbować z podejściem Ramsey’a i dam znać, jak to funkcjonuje w mojej rodzinie.

    • Nie wiem czy to właśnie w tym wywiadzie u Michała, czy może tutaj u Marcina, albo jeszcze gdzieś indziej… było wspomniane, żeby płacić za nadprogramowe prace domowe, czyli skoszenie trawy, umycie samochodu etc. a nie np. za posprzątanie swoich zabawek.
      Wydaje mi się, że finansowe wynagradzanie obowiązków dzieci może doprowadzić do ich roszczeniowej postawy w przyszłości.

      Ale czekam z niecierpliwością na wnioski Ani po wprowadzeniu zasad Ramsey’a w życie 🙂

      • Cześć Oszczędnicka,

        To było u mnie 😉 Ja tam trzymam się zasady, że podstawowe prace (porządki w pokojach, składanie ubrań czy zabawek) – to święty obowiązek dzieci i za to pieniędzy nie dostaną. Ale prace dodatkowe, które same mi proponują, aby sobie na coś zarobić – to coś, za co chętnie je wynagradzam. To są zresztą sporadyczne sytuacje – dzieci nie pracują w domu jak na plantacji bawełny. Jednak gdy im na czymś zależy, chcą to kupić i szukają pomysłu na dorobienie – takie podsunięcie im dodatkowej pracy, za którą dostaną parę złotych pomaga im zrozumieć jak się zdobywa pieniądze. Nie poprzez jęczenie, tylko przez działanie.

        Szukają też innych sposobów. W ostatnie 3 dni wygenerowały 87 zł za sprzedaż domowej lemoniady 😉

        • Zuch dziewczyny 🙂 właśnie się zastanawiałam jak to będzie z tą strażą miejską 😛

          Bo właściwie w „amerykańskim” przekazie (dobrowolna) praca dzieci często się pojawia. Jak chociażby sprzedawanie lemoniady czy ciasteczek. Ale zawsze wydawało mi się, że w naszym systemie to byłoby niemożliwe… i zaraz jakaś straż miejska czy urząd skarbowy się przyczepi…

  8. Hejka
    Mam 4 letnigo synka i korzystam z książki http://www.mindanddream.pl/zarzadzanie-marzeniami-3-5-lat/
    dziecko samo sobie wyznacza nagrody i książka pomaga wprowadzić zdobywania punktów aby nagrody otrzymać. Do tego posiada kilka budujących wierszyków. Na nagrody zbiera się punkty a nie pieniądze wydaje mi się to dobrym pomysłem dla dziecka w tym wieku. To znaczy uczy się zarządzania punktami ( w przyszłości pieniądze) czyli sensownego ich wydawania, odkładania gratyfikacja oraz liczenia. Jednak nie są to pieniądze co w tym wypadku 4 latka uważam za dobre rozwiązanie.
    U mnie jak narazie całkiem działa. Polecam

  9. Cześć. Wszystko wygląda dobrze i jest do zastosowania, ale co zrobić kiedy zachcianki dzieci spełniają dziadkowie, ciocie itp. ??

    • Hej Mateusz,
      Mam podobny „problem”.
      Otwarta rozmowa z babciami i ciociami sporo daje. Zwykle udaje nam się wyjaśnić nasze podejście. To oczywiście nie załatwia sprawy, bo przecież „rodzice są od wychowania, a babcie od rozpieszczania 😉

      Staramy się jednak trzymać takich zasad:
      1. Skoro dzieci dostają prezenty od innych – to w porządku. Nie ma w tym absolutnie nic złego.
      2. Ale to nie znaczy, że jako rodzice też będziemy ulegać namowom dzieci. Tłumaczymy im, że sytuacja z babciami i ciociami jest absolutnie wyjątkowa. Dziewczyny doskonale o tym wiedzą.
      3. Jeśli dostaną dodatkowe pieniądze od cioci, wujka czy babci – traktują je tak samo, jak pieniądze zarobione. Czyli dzielą pomiędzy 3 słoiki: wydatki, oszczędności, pomoc innym. Wydaja pieniądze z tego pierwszego.

      Babcie, wujków i ciocie odwiedzają sporadycznie, bo dzieli je dystans ponad 350 km.
      Nas widzą każdego dnia. Dlatego raczej wiedzą co jest regułą, a co wyjątkiem 😉

  10. nie popieram płacenia dzieciom za czynności domowe. Każdy z członków rodziny powinien miec swoje obowiązki w domu, czuć się odpowiedzialnym i partycypować w życiu domowym. Nam dorosłym za te czynności też nikt nie płaci. Płacenie za nie dzieciom powoduje mechanizm „nie zapłacisz, nie zrobię”. Trzeba uchwycić granicę między uczeniem dzieci przedsiębiorczości, właściwych postaw względem pieniądza, a materialistycznym podejściem do życia na każdym kroku.
    Ważny jest tez nasz, rodziców przekaz nt. pieniędzy. Nie mówmy dzieciom: „pieniądze szczęścia nie dają”, „pieniądze są brudne”, „nie stać nas na to”, „to jest za drogie” (powtarzane non stop), itp. Lepiej juz powiedzieć „spójrz to kosztuje XX zł, teraz tyle nie mamy, ale mozemy się zastanowic, co zrobić, żebyśmy mogli to kupić”, itp. Chodzi o to, żeby dzieci nie dziedziczyły naszego podświadomego przekonania o sobie jako osobie biednej, której nigdy na nic nie bedzie stać.

    • Tak, niezmiernie ważna jest ta uwaga wg zasady uważaj na swoje myśli bo staną się Twoimi czynami itd. Często nieświadomi rodzice sami doprowadzają do tego że ich dzieci czuja się „biedakami” tylko dlatego że mieli taki wzorzec w dzieciństwie i nie przekraczają magicznej lini wzorca…

  11. Rzeczywiście płacenie dzieciom za pracę może wywołać postawę w której dziecko będzie chciało za wszystko pieniądze. Sądzę, że u dzieci postawa robienia czegoś bezinteresownie jest bardzo ważna. Jednak wpojenie dzieciom pracy ma pozytywne odniesienie. W dorosłym życiu nie będą się bać podejmowania wyzwań. Ciekawy wpis 🙂

  12. Ja płacę dzieciom za pracę, ale tylko jeśli znacząco wykracza ona poza ich obowiązki.
    Poza tym założyłam dzieciom (5 i 9 lat) konta w banku – typu „junior” w PKO i tam im przelewam kieszonkowe + dodatkową kasę, jeśli im wpadnie. To konto pozwala dzieciom na zakładanie „skarbonek” i określanie celu oszczędzania. Jesli więc dziecku na czymś zależy, to zakładamy odpowiednią skarbonkę i poprzez graficznie zaznaczony progres, dzieci widzą, jak im kasa przyrasta i ile jeszcze brakuje. Dostają też od banku odznaki, co dodatkowo motywuje. Jak chcą wydać kasę na jakieś głupoty, to zawsze pytam, czy rzeczywiście im na tym zależy, czy nie lepiej dorzucić kasę do jakiejś skarbonki i przybliżyć się do celu.

    Dodatkowo, ponieważ dużo kasy mi schodziło na zachcianki dzieci w marketach (typu lody, pączek, batonik, jakaś pierdółka), to wprowadziłam zasadę, że jeśli idą ze mną na zakupy i powstrzymają się od zachcianek, to wpłacam im premię po 2 zł na konto. Ponieważ widzą, jak im kasa na koncie ładnie przyrasta, to chętnie godzą na to, a dla mnie to i tak wychodzi na plus finansowo.
    Poza tym ich własne oszczędności i tak ostatecznie pozwalają zaoszczędzić mi kasę, bo przerzucam na dzieci część wydatków, które normalnie musiałabym pokryć – np. niektóre wydatki związane z utrzymaniem ich zwierzaków, czy hobby. Dzięki temu ponoszą finansowe konsekwencje swoich wyborów. Oczywiście z 9-latką jest pod tym względem łatwiej, bo 5-latek myśli jednak trochę innymi kategoriami.

  13. Dobrych parę lat temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem-nastolatkiem sam szukałem różnych możliwości, żeby coś cokolwiek zarobić. Zawsze interesowałem się komputerami i chciałem mieć jakieś dodatkowe pieniądze, żeby móc sobie kupić coś lepszego. Nie było dla mnie normalnej pracy, a leniwy nie(stety) byłem i zainteresowałem się umowami o telefon, internet, telewizje które podpisywali moi rodzice. Zagłębiłem się w temat i odkryłem, że znacznie przepłacają. Skończyło się na oszczędności 65zł każdego miesiąca, które przez pewien czas rodzice mi wypłacali jako „nagrodę”. Całą sytuację opisałem na moim blogu. To tak w temacie dorzucenia moich 3 groszy do dyskusji 🙂

    • Dokładnie o to chodzi! Szukanie pozornie drobnych oszczędności, które już w skali lat robią wielką różnicę. Ja osobiście dostawałem kieszonkowe, ale tata często zachęcał mnie do „inwestycji”. Zakup gitary i opłacanie sobie lekcji, pozwalało uczyć dalej, zakup wypalarki pozwalał kopiować płyty (ups… szalone lata 90′) itd.

  14. Mnie niestety nigdy rodzice nie uczyli jak rozsądnie obchodzić się z pieniędzmi. Właściwie zawsze miałam to co chciałam, a w momencie przyjścia ‚dorosłości’ i samodzielnego utrzymywania się, rozbiłam się o ścianę z bardzo dużym problemem poradzenia sobie od pierwszego do ostatniego. Dlatego myślę, że to bardzo ważne uczyć dziecko gospodarowania pieniędzmi.

    • Mam nadzieję, że coraz więcej rodziców będzie świadomych, jakie to ważne. Nasze dorosłe dzieci będą dzięki temu lepiej przygotowane do życia, a przecież właśnie o to chodzi w wychowaniu.

  15. U nas wygląda to tak, że kiedy córka miała jakieś 3 lat poprosiliśmy znajomych, żeby zamiast słodyczy dawali jej np. 1zł czy 2zł, które wrzucała do skarbonki. Mówiła nam co by chciała sobie za to kupić i jak uzbierała odpowiednią kwotę to jechaliśmy do sklepu. Robimy tak do tej pory plus nagrody (kasa do skarbonki) za np. posprzątanie pokoju 🙂

  16. My zaczęliśmy od zakupu dwóch większych puszek zwanych skarbonkami i do tych puszek dzieciaki odkładają sobie pieniążki które otrzymują z różnych okazji czy to od nas, rodziców czy od dziadków, cioć itp. i pomimo tego że zbierają tak już od dobrych dwóch lat nic w tych skarbonach jeszcze nie ubyło 🙂

    • Czyli macie maniaków oszczędzania 🙂 Ciekawe, ile już im się udało uzbierać. Może policzcie razem i następnym razem, gdy będą coś od Ciebie chciały, to przypomnij im, że ich już na to stać 🙂

  17. Mam syna w II klasie i na tym etapie pracuję nad tym, by dziecko rozumiało wartość pieniądza, to znaczy co można kupić za jaką kwotę. Na razie jest to w dużej mierze abstrakcja – 20 groszy i 20 złotych. W pierwszej klasie syn dawał pieniądze kolegom, żeby było im miło; pojawił się też kolega, który sprzedawał dzieciom różne rzeczy, dość drogo, mówiąc oględnie. Ale dzieci nie wiedziały, że ołówek za 10 złotych to nie jest okazja.

    Myślę, że wprowadzenie kieszonkowego ma na celu właśnie to: zrozumieć, ile co kosztuje.

  18. Cześć Aniu Sadowska;)

    Twoje wpisy i komentarze są bardzo ciekawe,
    czy można dopisywać komentarze pod starszymi wpisami?
    W ten sposób można się z Tobą komunikować?

    pozdrawiam ciepło

  19. Szczerze mówiąc jestem gorącą przeciwniczką płaceniu dziecku za pomoc rodzicom w domu.
    Owszem, uczesnie dzieci, że praca = pieniądze samo w sobie (ideowo) ma sens, jednak moim zdaniem opisane tu zasady są bezrefleksyjne.

    U pana Marcina cenię to, że nawet jeśli ma swoje zdanie, to podważa je sam I ewentualnie „pozostawia pole do decyzji” czytelnikowi. Tutaj metody zostały postawione na stół bez przemyśleń.

    Każdy powinien decydować samodzielnie, jednak nie zastanowienie się choćby (zastanowienie – decyzja potem może być różna!) nad konsekwencjami płacenia dziecku za pomoc mamie c zy tacie, oceniam bardzoe negatywnie.

    Dziecko nie powinno uczyć się, że pomoc bliskim w codziennych obowiązkach powinno być nagradzane. To są obowiązki, za które w przyszłości nikt nie będzie ich nagradzał. I faktem jest, że nauczą się, że praca = pieniądze. Jednak moim zdaniem należałoby wszczepić w dziecko rozróżnienie pracy. Ponadto wydaje mi się, że nawet taka nauka może prowadzić do nieszczęścia (pewnie zależy od dziecka) – ale jestem wdzieczna moim rodzicom, że nauczyli mnie innego równania praca = rozwój I spełnienie. Jeśli potrafimy pracować z pełnym zaangażowoaniem nie myśląc o tym w kategoriach „jak to zrobię to dostanę wynagrodzenie” tylko „zrobię to, bo to fajny I rozwojowy projekt” ..

    Jednak nie zaprzeczam, że uczenie dziecka na temat rozporządzania swoimi finnsami jest dobre. Ale może lepiej jak starsze dziecko nauczy się zarabiać wykonując dodatkowe prace – np. odkurzy sąsiadowi auto za 10 zł, albo sprzeda swoje prace plastyczne, czy cokolwiek.

    Apeluję do autorki o więcej refleksji I podważania pewnych teorii (dla samego podważania), po to, aby pokazać chociażby, że opinia jest wyważona I oparta na rzetelnej analizie sytuacji.

    • Zgadzam sie z Anną. Placenie za zwykla pomoc w domu zbuduje roszczeniowa postawę i wychowa ludzi baaardzo wyliczonych. „Pomoge Tobue jesli mi zaplacisz…” tak ma wygladac to pokolenie? Nauka o pienuadzach jak najbardziej, ale wszystko musi mieć uswoje granicę. Jest jeszcze takie powiedzenie, ze jesli robisz to co lubisz- nie spedzisz w pracy nawrt jednego dnia. To tez warto dzieciom wpajac.

  20. Fajny artykuł, osobiście uważam że to ważny temat, ponieważ gdy nie nauczy się dziecka jak zarządzać pieniądzem może to mieć bardzo złe skutku za kilka lat :/

Odpowiedz