Wow, Tato, wspaniale że nauczysz nas tylu ciekawych rzeczy na temat pieniędzy! Już nie możemy się doczekać! Od czego zaczynamy? – tak mniej więcej wyobrażałem sobie reakcję moich córek na zapowiedź wspólnej nauki finansów. W styczniu, chwilę po opublikowaniu na blogu artykułu pt. „Czego nauczyć dzieci o pieniądzach?” zawołałem Julkę (9 lat) oraz Gabrysię (6 lat) i z wielkim entuzjazmem ogłosiłem im, co następuje:

Dziewczynki, mam dla Was wspaniałą wiadomość! Postanowiłem, że od dzisiaj będę Was uczył jak postępować z pieniędzmi. Dowiecie się skąd się one biorą, co to jest bank, jak działają karty kredytowe i czym się różnią od debetowych…
Julka nieco zdziwiona zaczęła spoglądać na Gabrysię, ta coraz szerzej się uśmiechała, a ja niewzruszony ciągnąłem dalej:
nauczę Was jak zarabiać, jak mądrze wydawać, co to są odsetki, procent składany, na czym polega mądre oszczędzanie i ….
Porozumiewawcze spojrzenia dziewczynek zdradzały coraz większe przerażenie, a na ich twarzach zaczął malować się jasny przekaz: Tato oszalał.
…i co zrobić, aby w przyszłości pieniądze nie były dla Was żadnym problemem. I co Wy na to moje skarbeczki?

Cisza.

– Ej, dziewczyny, to przecież fajny pomysł. Będzie naprawdę super zabawa. Zaczynamy?
Pierwsza na odwagę zebrała się Julka:
Tatusiu, pomysł fajny, ale… możemy zacząć jutro?
Bo zaraz będzie My Little Pony na Mini Mini i chcemy z Julą oglądać – rzuciła Gabrysia.
– No właśnie, a potem muszę jeszcze odrobić angielski i spakować się do szkoły – szybko dodała Julka.

Ostatnie zdanie uświadomiło mi rozmiar porażki. Jeszcze nigdy do tej pory Julka nie przedłożyła nauki nad zabawę. Angielski? Pakowanie do szkoły? Stało się jasne, że nauka o pieniądzach to największy „skwar” jaki kiedykolwiek zaproponowałem moim dzieciom. Co ja sobie wyobrażałem? Że wyciągną notesiki i z zapałem zaczną notować spływające z moich ust mądrości? Pierwsza runda zakończyła się wynikiem 1:0 dla dzieci, a życiową lekcję odebrałem ja: jeżeli chcesz skutecznie uczyć dzieci o pieniądzach, zrób wszystko, aby nie kojarzyło im się to z nauką. Na razie musiałem odpuścić, ale oczywiście nie na długo.

Przeczytaj cykl poświęcony Edukacji finansowej dzieci. Znajdziesz w nim sprawdzone sposoby i pomysły na przygotowanie dzieci do świetnego radzenia sobie w świecie finansów. Oto lista artykułów z tego cyklu:

Bogatszy o cenną lekcję szukałem sposobu na powrót do tematu. Któregoś dnia jechaliśmy samochodem odebrać mamę z pracy. Ni stąd ni zowąd zadałem dzieciom pytanie:
– No dobra maluchy, kto wie co to jest zachcianka? Próbowały różnych odpowiedzi, ale w końcu poprosiły, żebym im wyjaśnił. Odpowiedziałem, że to coś, na co wydajemy pieniądze, choć nie jest nam tak naprawdę potrzebne. Potem wyjaśniłem czym różni się zachcianka od potrzeby i wreszcie zaproponowałem dziewczynom grę:
Teraz zagramy na punkty. Na zmianę zadam Wam pytanie, a Wy odpowiadacie, czy to potrzeba czy zachcianka. Kto pierwszy zdobędzie 10 punktów wygrywa. Trzy, cztery

Zabawa wyszła z tego całkiem niezła, bo niektóre rzeczy wcale nie były oczywiste. Na przykład: „kołderka” nie budziła żadnych zastrzeżeń – to oczywiście potrzeba. Ale już „zestaw dla dzieci z McDonalda”  wywołał poważną dyskusję. Ja stałem na stanowisku, że to zachcianka, a dziewczyny przekonywały mnie z zapałem, że jest to jednak potrzeba, szczególnie, kiedy są głodne 😉 . Zabawa wciągnęła dzieci na tyle, że gdy mama wsiadła do samochodu, od razu zaczęły zasypywać ją pytaniami i kazały odgadywać co jest potrzebą, a co zachcianką. Było sporo śmiechu, szczególnie gdy zaczęliśmy sobie z żoną podrzucać hasełka w stylu „kolejna para butów dla mamy” albo „hantle, którymi tato i tak nie ćwiczy”. Udało się też uświadomić dzieciom niektóre koszty, jak czynsz za mieszkanie, albo rachunek za prąd. Były bardzo zdziwione, że musimy płacić za nasze mieszkanie. Prosty sposób, a pozwolił przekazać dziewczynkom sporo sensownych informacji. Polecam.

Kilka razy przeprowadziłem też z Julą i Gabi rozmowy na temat tego, jak mogą zarabiać.  Ponieważ nie dajemy dzieciom kieszonkowego aby nie uzależnić ich od „pensji”, tłumaczyłem im trochę, że pomagając nam w niektórych pracach (nie należących do zwykłych obowiązków dzieci, takich jak sprzątanie pokojów), mają szansę zdobyć trochę grosza. Na początku same dość chętnie wymyślały dla siebie różne płatne zajęcia, ale jak przyszło do ich wykonania, nie bardzo chciało im się pracować. I było tak aż do chwili, gdy w naszym domu pojawiły się słoiki, które całkowicie zmieniły podejście dzieci do zarabiania i odkładania pieniędzy.

Zasadę trzech słoików zasygnalizowałem Wam krótko w poprzednim wpisie na temat dzieci. Przypomnę tylko, że opiera się ona na przekonaniu, iż mądre korzystanie z pieniędzy to ich przeznaczanie na trzy ważne cele:  cieszenie się życiem, inwestowanie oraz pomoc innym.  Chcąc nauczyć dzieci takiego podejścia do pieniędzy, przygotowujemy trzy słoiki, z których każdy ma odpowiednią nalepkę: Wydatki, Oszczędności, Pomoc innym. Następnie każdą otrzymaną lub zarobioną kwotę dzieci rozdzielają pomiędzy te trzy słoiki, przy czym zawsze część musi trafić też do słoika „Oszczędzanie” oraz „Pomoc innym”. Postępując w ten sposób dzieci uczą się kilku ważnych spraw. Po pierwsze: że nie wydaje się wszystkich zarobionych pieniędzy. Po drugie: że jeśli uzbroją się w cierpliwość i będą konsekwentnie oszczędzać, zrealizują swoje marzenia. Po trzecie: że dzięki pieniądzom mogą też czynić dobro, wspierając nimi innych ludzi.

Julka i Gabi wybrały sobie w sklepie pokaźne, zakręcane słoje, na które wydałem w sumie prawie 70 zł. Ponieważ jednak mają odegrać tak istotną rolę w finansowej edukacji, przebolałem ten wydatek przekonując sam siebie, że to dobra inwestycja. Dzieci bardzo zaangażowały się zarówno w wybór słoików, jak i późniejsze oklejanie ich nalepkami wskazującymi do czego mają służyć. Już na początku pozytywnie zaskoczyły mnie tym, że obie zdecydowały, aby największy słoik przeznaczyć na oszczędzanie.  Julka za cel postawiła sobie kupno telefonu komórkowego, a Gabrysia zakup niejakiego Furbiego (jakiś futrzasty stworek na baterię). Najdłużej dyskutowały ile przeznaczyć na „Pomoc innym”. Ostatecznie każda wrzuciła do właściwego słoika po 5 zł – mało, ale będzie jeszcze okazja, aby z nimi o tym porozmawiać.

Przygotowujemy 3 słoiki

To co stało się potem całkowicie przerosło moje oczekiwania. Dziewczyny zmotywowane widokiem kaski w słoiku (szczególnie tym z napisem „oszczędzanie”, który dla jednej oznacza upragniony telefon, a dla drugiej wymarzoną zabawkę) zaczęły prześcigać się w prośbach o przydzielenie im jakiejś pracy. Dzięki temu pół soboty upłynęło nam na wspólnym sprzątaniu,  dyskusjach o tym ile zarabia się na godzinę, czy lepiej zarabiać za przepracowany czas, czy może za efekt, itp. Słowem, miałem możliwość sporo je nauczyć, ale tym razem na ich własną prośbę. Słoiki działają rewelacyjnie.

Najważniejsze wnioski płynące z pierwszego kwartału świadomej finansowej edukacji moich dzieci są takie:

1. Jeżeli nie chcę zniechęcić ich do nauki, musi mieć ona formę zabawy lub gry.
2. „Potrzeba czy zachcianka” – super sprawdza się w samochodzie i daje okazję do fajnych rozmów.
3. Dzieci są mało zainteresowane pracą w celu zarobienia pieniędzy. Chyba, że mają konkretny cel.
4. Trzy słoiki sprawdzają się rewelacyjnie – nie tylko jako „sprzęt edukacyjny” ale również jako gwarancja posprzątanego mieszkania. 😉

Jak na razie to tyle. Postanowiłem jednak, że w kolejnym kwartale sięgnę już po porady ekspertów zamiast działać w oparciu o własną intuicję. Mały figiel, a „finansowa edukacja” trafiłaby w główkach moich dzieci do przegródki „skwarowate nudy”.

Dlatego jeśli znacie jakąś fajną literaturę na ten temat, grę, lub macie jakieś własne sprawdzone patenty – będę Wam bardzo wdzięczny za radę.
Serdecznie Was pozdrawiam i czekam z ciekawością na Wasze komentarze.

P.S. Kolejny wpis na temat dzieci i pieniędzy znajdziesz tutaj: