Do tej pory byłem przeciwnikiem kieszonkowego i miałem ku temu sporo powodów. W dodatku fakt, że używam czasu przeszłego, wcale nie oznacza, że argumentów przeciw kieszonkowemu ubyło. Przeciwnie, jak się za chwilę dowiecie, doszło wręcz kilka nowych.

Jednak po roku obserwacji tego, w jaki sposób moje dzieci reagują na nasze „lekcje finansów”, mam kilka dodatkowych przemyśleń na temat kieszonkowego. Dlatego podjąłem decyzję, by jednak coś zmienić.

Dlaczego kieszonkowe może być kiepskim pomysłem?

W artykule pt. „Czego nauczyć dzieci o pieniądzach? ująłem to tak:

„Myślę, że nie ma sensu dawanie dzieciom regularnego kieszonkowego, bo przecież w życiu nikt im w ten sposób nie będzie pomagał. Jakiś czas temu dawaliśmy Julce kilka złotych na początku każdego tygodnia, by mogła sobie coś kupić w szkolonym sklepiku. Pomysł wydawał się dobry, bo miał nauczyć jej takiego postępowania z pieniędzmi, aby starczyło do końca tygodnia. Pojawił się jednak inny, niezamierzony efekt. Przed wyjściem do szkoły w poniedziałkowy poranek zaczęliśmy słyszeć takie oto zdanie: „A właśnie, jest poniedziałek. Poproszę moje 5 złotych.” Zalążek typowo roszczeniowej postawy. Bo niby za co te 5 złotych? Za to, że jest poniedziałek? A poza tym już samo stwierdzenie „moje 5 złotych” zaczęło mnie mocno niepokoić. Najlepsze jest to, że od razu o „swoje” 5 złotych zaczęła upominać się młodsza Gabrysia, bo przecież musi być sprawiedliwie.

Płacenie za efekty

Regularne kieszonkowe skończyło się, a pieniądze dziewczyny dostają od czasu do czasu, zwykle za wykonanie domowych czynności, które normalnie nie należą do ich obowiązków. Ale na pewno trzeba będzie opracować jakiś sensowny sposób płacenia za efekty pracy i to takiej pracy, na którą jest popyt. Julka zaproponowała wczoraj, że chętnie widziałaby „wypłatę” za dobre oceny. To oczywiście nie wchodzi w grę – wyjaśniłem jej szybko, że za swoją naukę to ona powinna płacić nam i nauczycielom. W każdym razie nad kwestią dziecięcych przychodów musimy porządnie się zastanowić.”

Koniec cytatu. Jak widzicie powody były bardzo konkretne. Co więcej, rozmowy z kilkoma znajomymi, jak również historie od Was, potwierdzają, że kieszonkowe faktycznie ma sporo wad:

Komentarz 01

Roszczeniowa postawa dziecka

Przypomnę tylko, że punkt 3. moich założeń do finansowej edukacji dzieci (pełną listę założeń znajdziesz tutaj), brzmi tak:

3. Chcę, aby rozumiały skąd się biorą pieniądze i aby odważnie szukały skutecznych sposobów na ich zarabianie. Szczególnie zależy mi na tym, aby zamiast „roszczeniowej postawy etatowca” wyrobić w nich proaktywną postawę przedsiębiorcy.

Te wszystkie decyzje podejmowałem w oparciu o opinie. A opinie są tylko opiniami. Każdy może mieć własne i zawsze znajdą się argumenty na ich obronę. Ponieważ bardzo zależy mi na świetnym przygotowaniu dzieci do podejmowania mądrych finansowych decyzji, postanowiłem sięgnąć po coś bardziej empirycznego. Tak właśnie dotarłem do badania ekonomistów z University of Sheffield w Wielkiej Brytanii, którego wyniki w zasadzie powinny być gwoździem do trumny idei kieszonkowego.
Badanie nosi tytuł: The Saving Behaviour of Children : Analysis of British Panel Data i wskazuje na jednoznaczną zależność:

Im wyższe kieszonkowe dzieci otrzymują od rodziców, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zamiast oszczędzać, będą wszystko wydawać.

A zatem jakie są skutki kieszonkowego? Roszczeniowa postawa, wpojenie dzieciom, że czy się stoi, czy się leży, trochę kaski się należy, a do tego jeszcze zwiększone prawdopodobieństwo, że nie będą umiały oszczędzać. Słowem, kieszonkowe sprowadzające się w praktyce do płacenia dziecku za upływ czasu, to edukacyjna katastrofa. Chyba, że…

kieszonkoweKiedy dzieci uczą się najlepiej?

Od czasu tamtego wpisu minęło 13 miesięcy i muszę przyznać, że pod względem finansowej edukacji moich dzieci to był całkiem niezły czas. Co ciekawe, nie tylko one uczyły się czegoś nowego. Ja również krok po kroku odkrywałem, że aby faktycznie coś dobrze zrozumiały, trzeba je uczyć we właściwy sposób. W przeciwnym razie zniechęcą się i znudzą.

Rozmowy z osobami dorosłymi na temat finansów osobistych są znacznie łatwiejsze, bo temat zarobków, kosztów życia, kredytów czy oszczędzania od razu przywołuje w naszych głowach obrazy konkretnych sytuacji, z którymi mieliśmy do czynienia.

Rozmawianie z dziećmi o pieniądzach

Jednak dla dzieci większość tych spraw to całkowita abstrakcja. Dlatego najlepsze efekty przynoszą króciutkie lekcje i rozmowy, ale przeprowadzone we właściwym momencie. Najlepiej wtedy, gdy dzieci same zadają pytania. Skąd są pieniądze w bankomacie? Ile pieniędzy jest na karcie? Dlaczego nie odbijamy pieniędzy na kolorowym ksero? Po co pod reklamami w TV są małe literki na dole, skoro nikt ich nie zdąży przeczytać? Dlaczego jest tyle reklam pożyczek? To tylko niektóre pytania, z którymi ostatnio musiałem się zmierzyć.

Same rozmowy dają sporo, ale i tak najlepsze efekty przynosi życiowa praktyka. Moja młodsza córka Gabrysia (w marcu skończy 7 lat) każdą reklamę namawiającą do wzięcia kredytu kwituje ostatnio stwierdzeniem: „Głupota!”. Dlaczego? Bo na własnej skórze doświadczyła, czym jest kredyt.

Metoda trzech słoików

Moje dziewczyny zbierają pieniądze w trzech słoikach, co opisałem w artykule: Edukacja finansowa dzieci – podsumowanie pierwszego kwartału. Po kilkunastu tygodniach odkładania Gabi postanowiła zaszaleć. W słoiku z napisem Oszczędności, w którym gromadzi środki na większe zakupy, miała już 120 zł w banknotach i 8 zł w bilonie. W któryś weekend zapowiedziała, że dziś kupi sobie nową zabawkę. Aby nie opróżniać słoika do końca, zostawiła w nim bilon, pieniądze papierowe schowała do kieszeni, po czym zaprosiła mnie na wyprawę do „Smyka”. Chyba z godzinę biegała szczęśliwa po sklepie, oglądała z wypiekami na twarzy mnóstwo zabawek, przyglądała się cenom i porównywała je z zawartością swojej kieszeni. Kiedy pytała: „Tatusiu, a to mogę kupić?” odpowiadałem: „Jasne, to Twoje pieniądze, możesz kupić co chcesz.”

Lekcja finansów

Radość była ogromna, aż do momentu gdy na horyzoncie pojawił się mały, gadający Furby, który kosztował niestety 126 zł. Przez moment zastanawiała się, czy nie uzbierać jeszcze większej kwoty na droższą i większą wersję za 340 zł, ale widok słodkiego Furbisia przeważył. Nie miała żadnych wątpliwości, że to jest to. Jedynym problemem było brakujące 6 zł. Co zrobić?
– Tato, chcę tego Furbiego.
– Ale nie masz tyle pieniędzy.
– Ale ja bardzo go chcę.
– To idź do Pani, pokaż ile masz pieniędzy i zapytaj, czy Ci sprzeda. Może się zgodzi?

Pani ekspedientka była oczywiście nieubłagana, a u Gabi, w miejsce radości z buszowania wśród zabawek, pojawiły się szklane oczy i bardzo smutna mina. Jestem już uodporniony na te smutne minki, więc nawet nie próbowała mnie przekonywać. Zła i bliska płaczu kierowała się w stronę wyjścia, gdy nagle zadała pytanie:
– Tato, a ile pieniędzy zostało w słoiku?
– 8 zł.
– To wystarczy, prawda?
– To Ty mi powiedz.
– Wystarczy! Tato, daj mi teraz 6 zł, a ja dam Ci w domu te ze słoika!

Zabawka na kredyt?

Początkowo pomyślałem, że to kiepski pomysł. Skoro planowała wydać maksymalnie 120 zł i nie stać jej na zabawkę, to nie powinna kupować. Ale później przyszła mi do głowy makiaweliczna myśl: pokażę małej na czym polega kredyt!
– No dobra, dam Ci 6 zł, ale musisz mi oddać pieniądze jeszcze dziś. Jeśli zapomnisz, to jutro zabiorę Ci 7 zł, a każdego kolejnego dnia o złotówkę więcej. OK?
– Dobrze! Hurra!
Gabrysia pobiegła szczęśliwa do kasy zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co właściwie odpowiedziałem. Cały wieczór i cały kolejny dzień bawiła się swoim nowym nabytkiem (zabawki za własne oszczędności cieszą bardziej) i dopiero trzeciego dnia coś się jej przypomniało. Podeszła do mnie z monetami w ręku i powiedziała:
– Tatusiu, oddaję Ci pieniądze ze słoika.
– Ale miałaś oddać je dwa dni temu.
– No, ale tato, zapomniałam.
– Nie ważne, musisz mi oddać o 2 zł więcej.
– Tatusiu, ale zabierzesz mi wszystko, co mam! (smutna minka + szklane oczy)
– Trudno, umowa to umowa.
– Nie, nie, nie! To niesprawiedliwe…
Po tych słowach było jeszcze tupanie nogą, złość, prawdziwy płacz, a potem rozmowa na temat banków, pożyczania pieniędzy i drenowania kieszeni przez długi. Ostatecznie pozwoliłem zatrzymać Gabrysi te 2 zł, ale wyjaśniłem jej, że bank nigdy, przenigdy by się na to nie zgodził. Od tej pory już kilka razy proponowałem jej w sklepie: „Chcesz coś kupić? Mogę Ci pożyczyć.” Ale zawsze reaguje tak samo: „O nie, nie, nie! Dziękuję bardzo!”

Jak więc widzicie, życie samo podsuwa nam okazje, aby nauczyć dzieci czegoś pożytecznego. Problem niestety polega na tym, że takie chwile zdarzają się raczej rzadko, a dobrych finansowych nawyków, które pragnę wpoić moim dzieciom, jest znacznie więcej. I tutaj wracamy do kieszonkowego.

Teoria kontra praktyka

Ucząc dzieci postępowania z pieniędzmi staram się im wyjaśniać, jak to działa w dorosłym życiu. Między innymi dlatego odpuściłem kieszonkowe, bo przecież w realnym świecie nikt nie zapłaci im „za nic”. Wychodziłem z założenia, że dam im pieniądze wtedy, gdy sobie zarobią wykonując dodatkowe prace, które nie leżą w zakresie ich obowiązków. I rzeczywiście, od czasu do czasu dzieci naprawdę chętnie wyszukiwały sobie dodatkowych prac i bardzo cieszyły się z każdej zarobionej złotówki. Życie jest jednak bogatsze od teorii. Po roku stosowania takiego podejścia dostrzegam też jego słabe strony.

1. Dodatkowych okazji do zarobku dla małych dzieci jest dosyć mało

Wyznajemy zasadę, że nigdy nie płacimy dzieciom za to, co po prostu należy do ich obowiązków. Utrzymywanie porządku w pokojach, sprzątanie po posiłkach, dobra nauka w szkole – to muszą po prostu robić i już. Jak robią to dobrze, to są chwalone, jak robią to źle, to zgarniają ochrzan. Żadna motywacja finansowa nie wchodzi w grę.

Okazjami do zarobku są inne sytuacje: posprzątanie pokoju za siostrę (mogą się między sobą rozliczać), sprzątanie w innych pokojach, poza swoimi (chyba, że same nabałaganiły), wysyłanie na poczcie listów poleconych i przedmiotów sprzedanych na Allegro, itp. Stopniowo zacząłem dostrzegać jednak jeszcze jeden problem. Niektóre sprawy nie leżą teraz w zakresie obowiązków dzieci, bo są one jeszcze małe. Ale wraz z wiekiem dzieci powinny robić w domu coraz więcej i nie zamierzam im za to płacić. Dzisiaj umycie auta może być okazją do zarobienia kilku złotych. Ale za jakiś czas czymś naturalnym powinno być to, że po powrocie z rodzinnej wycieczki umyją samochód.

2. Dzieciom od czasu do czasu wpadają w ręce finansowe prezenty

W naszym przypadku misternie ułożony „system” ulega gwałtownemu zakłóceniu, gdy tylko dziewczynki pojadą do którejś z babć. W tym przypadku szklane oczka, smutne minki i entuzjazm wykazywany w sklepie z zabawkami w zupełności wystarczą, by dopiąć swego. Dzieci wracają z furą prezentów i dodatkowo z pieniędzmi na drobne wydatki, co skutecznie zniechęca je do wykonywania dodatkowych prac. Po co się męczyć za kilka złotych, skoro od babci dostałam dwie dychy? Kiedy dodamy do tego „wróżki zębuszki”, urodziny, imieniny, dzień dziecka i święta, okazuje się, że da się z tego wyżyć. 🙂 Szczególnie, że rodzice i tak płacą przecież za wszystkie potrzeby typu: mieszkanie, jedzenie, ubranie itp.

I wreszcie brakuje mi jeszcze jednego elementu. Kluczem do finansowego sukcesu w dorosłym życiu jest również systematyczność, umiejętność planowania i gospodarowania swoimi zarobkami, przewidywanie, kiedy będzie mnie na coś stać, itp. Przy całkowicie nieregularnych dochodach, zakłócanych w dodatku niespodziewanymi prezentami, trudno jest coś na ten temat dzieciom przekazać. Jasne, mogę im sporo o tym opowiedzieć, ale i tak zrozumieją to tylko wtedy, gdy same poczują to na własnej skórze.

Może jednak istnieje złoty środek?

Jestem finansistą i w wielu miejscach dzielę się z Wami konkretną wiedzą, którą zdobyłem przez lata pracy. Ale bycie rodzicem i edukacja własnych dzieci, to już zupełnie inna bajka. Muszę się przyznać, że czuję się ciągle jak amator. Sam uczę się na bieżąco, szukam ciekawych pomysłów, sprawdzam co działa w praktyce i z upływem czasu staram się dostosować swoje działania. Tak właśnie doszedłem ostatnio do wniosku, że chyba ponownie dam szansę kieszonkowemu, ale na trochę innych zasadach.

Zastanawiałem się, co zrobić, aby dzieci nie traktowały kieszonkowego jak należnego im zasiłku dla bezrobotnych. I wiecie na jaki wpadłem pomysł? Zaprosiłem do rozmowy głównych zainteresowanych, czyli Gabrysię i Julkę. W ubiegły poniedziałek usiedliśmy sobie wygodnie w pokoju i zaczęliśmy rozmawiać. Powiedziałem, że zastanawiam się, czy dawać im kieszonkowe. Od razu zaznaczyłem, że nie jest to coś, co im się po prostu należy, ale wierzę, że pomoże im lepiej obchodzić się z pieniędzmi w przyszłości. Kurcze, ale wyszła nam z tego świetna rozmowa! Oczywiście dziewczynki są entuzjastycznie nastawione do tego pomysłu (kto by nie był na ich miejscu?). Ale przede wszystkim bardzo aktywnie włączyły się w ustalanie wspólnych zasad, na jakich to kieszonkowe będzie działało.

Zmiana planu – wersja robocza

Na razie nasz plan roboczy wygląda tak:

1) Kwota będzie regularna, ale niska. Julka będzie dostawać 7 zł wypłacane co tydzień. Gabrysia 5 zł , ale wybrała płatności po 22 zł miesięcznie. Tutaj mieliśmy długą rozmowę z Gabrysią, która chciała mieć tyle samo, co starsza Julka. Argumenty, że starsze dziecko ma większe potrzeby, a sprawiedliwie, nie znaczy po równo, zupełnie do niej nie docierały. Dopiero, gdy zgodziłem się na 7 złotych, ale z rozpoczęciem płatności za 3 lata, gdy Gabi będzie w wieku Julki, przyznała, że faktycznie 5 zł będzie OK. 🙂

2) Za kieszonkowe dziewczynki będą kupować sobie co chcą, ale… To są pieniądze z domowego budżetu, których nie da się cudownie rozmnożyć. Aby dać im kieszonkowe, musimy zmniejszyć wydatki na coś innego. Stanęło na tym, że rodzice nie będą już kupować tzw. „podjadek” (paluszków, talarków i lizaków). Dodatkowo pieniądze konsekwentnie będą dzielone pomiędzy 3 słoiki: bieżące wydatki, oszczędności, pomoc innym.

3) Prezenty finansowe nie zmniejszają kieszonkowego, ale… Dzieci same zaproponowały, aby poza tradycyjnym ochrzanem, jedną z konsekwencji zawalenia przez nie obowiązków było czasowe obcięcie kieszonkowego.

4).Dodatkowe pieniądze będą jak zwykle do zdobycia za dodatkowe prace. Dzieci właśnie pracują nad listą propozycji. 🙂

Jestem bardzo ciekawy, jak to zadziała w praktyce. Czy uda się znaleźć „złoty środek” i skorzystać ze wszystkich zalet kieszonkowego, pomijając jednocześnie jego wady? Jakie „niezamierzone efekty” pojawią się z czasem? Zobaczymy. Za kilka miesięcy na pewno podzielę się z Wami moimi obserwacjami.

Co Wy myślicie o kieszonkowym?

Ale teraz najbardziej interesuje mnie Wasza opinia: co Wy myślicie o kieszonkowym? Dajecie je swoim dzieciom? Jakie są efekty? A może macie własne wspomnienia z kieszonkowym z dzieciństwa? Co Waszym zdaniem warto robić, a czego nie? Na co uważać? Będę bardzo wdzięczny za Wasze komentarze, które pomogą zarówno mi, jak również wielu innym rodzicom czytającym ten artykuł. Miłego dnia! 🙂

Przeczytaj cykl poświęcony Edukacji finansowej dzieci. Znajdziesz w nim sprawdzone sposoby i pomysły na przygotowanie dzieci do świetnego radzenia sobie w świecie finansów. Oto lista artykułów z tego cyklu: