Nie cierpię kredytów konsumenckich i tej obłudnej otoczki sugerującej, że pomagają nam one w realizacji marzeń. To wielka ściema. Marzenia realizują doradcy, którzy zgarniają prowizję – klienci walczą o przetrwanie. Uśmiechnięci ludzie z reklam nie opowiadają o tym, że długi drenują portfele, wyciskają nas jak cytrynę i potrafią bardzo sponiewierać. W reklamach scenariusz jest zawsze optymistyczny i kończy się w chwili wzięcia kredytu. Co tak naprawdę dzieje się później? Poznajcie historię Agnieszki.

Ponad połowa Polaków nie ma żadnych oszczędności. Jeśli należysz do tej grupy, to od finansowej katastrofy dzieli Cię jedna błędna decyzja lub jeden miesiąc bez wypłaty – te słowa powtarzam na prawie każdym szkoleniu. E tam, przesadzasz. A co ma zrobić ktoś, kto mało zarabia? – ripostują często moi rozmówcy. Mam na to cały arsenał argumentów, ale żaden z nich nie ma takiej mocy, jak prawdziwe historie moich czytelników.

Bohaterka dzisiejszej historii – Agnieszka – ciągle prowadzi swoją walkę. W takiej sytuacji trudno jest spojrzeć na sprawy z dystansu. Przeczytaj proszę tę historię i podziel się w komentarzu swoim pomysłem. Co Ty byś zrobił w jej sytuacji?

Oto list od Agnieszki:

“Przypadkowo trafiłam na Pana blogu na wpis Jak skutecznie pozbyć się długów? i bardzo mi się on spodobał z uwagi na konkretne, praktyczne rady w nim zawarte. Jako że wciąż jestem na etapie wychodzenia z zadłużenia, postanowiłam podzielić się z Panem swoją historią, przedstawić moje sposoby radzenia sobie z długami oraz błędy, jakie po drodze popełniłam.

Czuję się bezpiecznie – kredyt mi pomoże

W 2015 roku w maju podjęłam decyzję o zmianie swojego auta na nowsze. Ponieważ mam stałą pracę w urzędzie (w 2015 roku zarabiałam 2100 zł na rękę i mieszkałam wówczas z rodzicami), zdecydowałam, że w tym celu zaciągnę kredyt. Po rozmowach z doradcami kredytowymi w moim banku uznałam, że korzystniejszą opcją aniżeli kredyt gotówkowy będzie wzięcie karty kredytowej w formie przelewu 95 % z kwoty przyznanej na karcie na moje konto i spłaty owej sumy w systemie ratalnym.

Ponieważ czułam się wówczas bezpieczna finansowo i miałam także uruchomiony limit kredytowy w koncie w wysokości 3300 zł, to ustaliłam sobie miesięczną kwotę raty na 1000 zł. Nadmienię, że otrzymałam kartę na łączną kwotę 13.500 zł. Zależało mi na szybkiej spłacie zadłużenia, dlatego nie brałam pod uwagę tego, że być może kwota raty okaże się dla mnie nie do udźwignięcia.

Pod koniec maja dokonałam zakupu samochodu. Było to auto używane i sprowadzone z Niemiec. Zapłaciłam za nie 12.000 zł + doszły mi jeszcze koszty opłaty akcyzy, rejestracja auta, ubezpieczenie, W międzyczasie sprzedałam moje stare auto za kwotę 2000 zł. W sumie posiadane pieniądze pozwoliły mi na dokonanie wszystkich niezbędnych opłat, a nawet część sumy jeszcze została nieruszona. Nie przewidziałam jednak tego, że może wystąpić jakaś sytuacja awaryjna, a tak właśnie się stało.

Nie tak miało być

Po krótkim okresie użytkowania auto zaczęło szwankować i musiałam oddać je do mechanika. Pierwszy mechanik, który zajął się tym autem, skasował ode mnie sumę 500 zł. Jednak jego działania nie przyniosły efektu i po raz kolejny musiałam oddać je do warsztatu. Mechanik, dalej szukając przyczyny, dokonał wymiany pewnych części i tym razem skasował 1000 zł za naprawę. Niestety i tym razem nie przyniosło to na dłuższą metę skutku. W związku z tym zawiozłam auto do innego fachowca, który po dokładnym sprawdzeniu auta poinformował mnie, że do wymiany jest cały silnik, ponieważ jest on uszkodzony w takim stopniu, że praktycznie nie da się znaleźć innego rozwiązania aniżeli wymiana silnika (stary silnik został przegrzany). Po namyśle, nie widząc innych możliwości wyjścia z tej sytuacji, zgodziłam się na wymianę silnika, którego zakupem zajął się wspomniany mechanik. Po dokonaniu tejże operacji mechanik wystawił mi rachunek na łączną kwotę 3.350 zł. Po drodze wyszła też dodatkowo sprawa hamulców, które były do wymiany – klocki +tarcze (1.000 zł).

Tym samym w bardzo szybkim tempie znalazłam się bez środków na koncie i bez możliwości zapłacenia za wykonane usługi. Aby móc dalej funkcjonować i opłacić swoje zobowiązania, poszłam do banku i zwiększyłam tam limit kredytowy w koncie do sumy 10.300 zł. Zaczęłam od tamtej pory (a był to sierpień ubiegłego roku) żyć na dużym debecie sięgającym kilku tysięcy złotych. Do tego dochodziły comiesięczne raty za kartę kredytową w wysokości 1000 zł, no i koszty utrzymania się, zakupu paliwa. W związku z czym szybko okazało się, że w tej sytuacji za niedługi czas przekroczę przyznany mi limit kredytowy i nie będę miała już żadnych środków na koncie.

Walczę

Chcąc podratować swoje finanse drastycznie ograniczyłam na jakiś czas korzystanie z wszelkich form rozrywki, wszelkie wyjścia, zakupy ciuchów, butów itp. Nie wyjechałam też nigdzie na wakacje. Aby odzyskać choć część kwoty, którą skasował ode mnie drugi z mechaników, który zajmował się moim autem, pojechałam do pierwszego i podjęłam z nim rozmowę na temat dokonywanych wcześniej przez niego napraw, które nie wyeliminowały wcale problemów i w wyniku tego odzyskałam od niego kwotę 1000 zł. Następnie podjęłam rozmowę z właścicielem komisu, który sprzedał mi auto. Co prawda była to trochę musztarda po obiedzie, bo od momentu zakupu auta upłynęło już trochę czasu. Jednak właściciel komisu stwierdził, że dorzuci się do kosztów naprawy auta, jakie poniosłam. W sumie otrzymałam od tego Pana 1.800 zł. Mimo tego, że na jakiś czas owe kwoty podratowały mój budżet, to i tak nie rozwiązywały sprawy bieżącego zadłużenia, które jednak z czasem rosło.

Jednak muszę odsapnąć

W pewnym momencie jesienią ubiegłego roku przyszły też takie chwile, kiedy nie umiejąc już wytrzymać ciągłego zaciskania pasa, postanowiłam pozwolić sobie na parę rzeczy, tzn. kilka wyjść towarzyskich, zakup stroju i sprzętu na basen, kilkudniowy wyjazd na warsztaty rozwojowe w góry. W ten sposób moje finanse jeszcze się pogorszyły.

Powiew optymizmu i koło ratunkowe. Betonowe

Szukając dróg na rozwiązanie tej sytuacji i zahamowanie rosnącego debetu, znów udałam się na rozmowy do doradców kredytowych. Okazało się, że przy swoim bieżącym zadłużeniu mogłam jeszcze wziąć kredyt konsumpcyjny w łącznej kwocie wraz z ubezpieczeniem 17.000 zł. Podjęłam szybką decyzję i wzięłam ów kredyt. Kwota, która wpłynęła na moje konto, po odliczeniu kosztów kredytu i ubezpieczenia, pozwoliła mi na całkowitą spłatę karty kredytowej i spłatę dużej części debetu.

Jednak na moim koncie wciąż pozostał debet w wysokości ponad 4.000 zł. Wydawało mi się jednak wówczas, że nie jest to duża suma w stosunku do tego, jaka kwota była wcześniej. Dość optymistycznie patrzyłam w przyszłość, tym bardziej, że tym razem rozłożyłam sobie spłatę zadłużenia na 6 lat – miesięczna rata kredytu w wysokości 300 zł. Poczułam się w miarę bezpiecznie i mając w planach pewne zmiany w swoim życiu, powzięłam decyzję o wyprowadzce z domu rodzinnego i wynajęciu mieszkania.

Tak jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Jako że propozycja wynajmu mieszkania trafiła się od dobrej koleżanki, to szkoda mi było nie skorzystać z niej. Wynajęłam to mieszkanie. Wcześniej oczywiście wykalkulowałam, jakie wydatki czekają mnie miesięcznie i stwierdziłam, że żyjąc bardzo skromnie jestem w stanie podołać temu wyzwaniu.

Od połowy listopada 2015 roku zamieszkałam samodzielnie. Sam wynajem mieszkania wynosił mnie miesięcznie 500 zł+czynsz około 250-300 zł, internet-15 zł, energia elektr. – 70-80 zł. Do tego oczywiście dochodziły koszty wyżywienia, paliwa, wszelkie wydatki związane z utrzymaniem auta, najpilniejsze zakupy do mieszkania, które w pewnym stopniu musiałam jednak doposażyć, gdyż nie miałam np. własnych naczyń, sztućców itp.

Uczęszczałam też w tym czasie na treningi i lekcje pływania, co także generowało pewne wydatki, ale stwierdziłam, że z tych rzeczy nie zrezygnuję. W ten oto sposób moja sytuacja finansowa znów się pogorszyła. Ale ponieważ w przeciągu tego czasu otrzymałam też niewielkie podwyżki (wynagrodzenie wzrosło mi do kwoty 2.300 zł) i nagrodę finansową 1.000 zł uwierzyłam, że na pewno dam radę i znajdę sposób na poprawę sytuacji. Poprawa jednak nie nastąpiła, a ja w miarę upływu czasu bałam się coraz bardziej zaglądać na konto, na którym kwota na minusie była coraz większa.

Marazm i błędne koło

Trwałam jednak dalej w swojej decyzji pozostania na swoim. Pewnie gdybym wówczas poszukała dodatkowego zajęcia lub zmieniła pracę, to sytuacja przyjęłaby inny obrót, ale ja w pewnym momencie popadłam w jakiś dziwny stan marazmu i nie podejmowałam żadnych konkretnych działań.

Dopiero około kwietnia tego roku zaczęło do mnie docierać, że muszę coś zrobić, bo za chwilę może się okazać, że przekroczę limit kredytowy i nie będę miała jak żyć. Po dłuższym namyśle zdecydowałam się na powrót do domu rodzinnego, aby zmniejszyć koszty utrzymania i zakupu paliwa. W połowie maja opuściłam wynajęte mieszkanie i wróciłam do rodziców. Niestety musiałam jeszcze uregulować ostatnie opłaty z tamtego mieszkania, zapłacić dziewczynie za wynajem za ostatni okres i na początku czerwca zapłacić ubezpieczenie za auto.Tym samym moja sytuacja finansowa osiągnęła najgorszy jak dotąd w mojej historii stan i dobiłam do kwoty ponad 10.000 zł debetu. Aby uratować się przed zablokowaniem konta szybko przelałam niewielką kwotę pieniędzy z karty kredytowej, która wciąż była aktywna, na konto. Przez resztę miesiąca za paliwo i najbardziej niezbędne wydatki płaciłam kartą. Gdy otrzymałam kolejną wypłatę, okazało się, że bardzo dużą jej część muszę przelać, aby spłacić zobowiązania na karcie. I tak powstało trochę takie błędne koło, z którego nie potrafiłam wyjść….

Nóż na gardle. Muszę coś zrobić!

Właśnie wtedy podjęłam decyzję o sprzedaży wszystkich tych rzeczy, które nie są mi już potrzebne, których nie używam. Wystawiłam na aukcjach różne swoje książki i starocie. Jednak początkowo zainteresowanie było znikome i nic nie zarobiłam. Następny krok to była decyzja o sprzedaży auta, które znów zaczynało szwankować i budziło mój niepokój co do tego, jakie jeszcze naprawy mogą mnie czekać. Wystawiłam je w kilku miejscach, ale tutaj także zainteresowanie było minimalne, praktycznie bliskie zeru. Nadszedł czas mojego urlopu. Wzięłam 3 tygodnie wolnego i przez ten czas maksymalnie ograniczyłam swoją aktywność i wydatki, dzięki czemu trochę zmniejszył się mój debet.

Sytuacja jednak wciąż jest bardzo poważna, więc w mojej głowie zrodził się taki plan, aby za wszelką cenę jednak sprzedać auto, dzięki czemu spłacę cały ten debet i pozostanie mi tylko kredyt. Zaczęłam też intensywnie szukać lepszej pracy, ale pomimo wysłania cv do wielu pracodawców na razie nie doczekałam się odzewu. Zaczęłam więc drążyć głębiej ten temat i tak zrodził się w mojej głowie plan, aby zwolnić się ze swojej dotychczasowej pracy za porozumieniem stron i wyjechać na dłuższy czas do pracy zagranicę. Zarejestrowałam się nawet w kilku sprawdzonych biurach pośrednictwa pracy i dowiedziałam się, że praktycznie w każdej chwili mogę wyjechać, wystarczy tylko moja decyzja i gotowość.

W ostatnim tygodniu dostałam też w końcu konkretną propozycję zakupu mojego auta od komisu, z którym kontaktowałam się kiedyś. Postanowiłam nie ociągać się i pojechałam na rozmowę do nich. Oczywiście byłam świadoma, że nie zwrócą mi się koszty inwestycji w to auto i że w sumie sprzedam je pewnie taniej niż oczekuję, ale mimo to upatrywałam w tym pewnej szansy na spłatę znacznej części zadłużenia. Ostatecznie po negocjacjach sprzedałam moje auto za kwotę 9.200 zł. Tym samym zyskując sumę, która pokryje cały mój debet, ale przede mną jeszcze trochę czasu do następnej wypłaty, a żyć jednak jakoś muszę… Dlatego szukam dalej sposobów na zarobienie pieniędzy.

Zaraz po fakcie sprzedaży auta ruszyła trochę sprzedaż na moich aukcjach – ktoś kupił moją książkę, ktoś inny stare, zabytkowe radio. Poczułam, że coś zaczyna się dziać i po raz pierwszy z dumą oglądałam zarobione, dodatkowe pieniądze. Dowiedziałam się też, że mogę ubiegać się o zwrot kwoty ubezpieczenia, jaką zapłaciłam za swoje auto w tym roku. No i znalazłam kolejne przedmioty do wystawienia na sprzedaż, jak chociażby opony zimowe od auta, stary rower. Zatem w planie mam kolejne sprzedaże. Jak i najważniejszą decyzję, która trochę napawa mnie strachem, ale wydaje mi się skutecznym sposobem na zdobycie gotówki – a mianowicie zwolnienie z pracy i wyjazd zagranicę w celach zarobkowych.

Refleksja. Co dalej?

Jak widać moja historia wskazuje, że szybkie, impulsywne decyzje kredytowe nie prowadzą do niczego dobrego. Moje osobiste doświadczenia są dla mnie jednak bogatym źródłem wiedzy na temat tego jak nie postępować, w jaki sposób nie podejmować decyzji. Dostałam naukę na resztę życia…

Jeśli moja opowieść zainteresuje Pan lub miałby Pan jakieś wskazówki, uwagi, rady odnośnie tego co mogę dalej zrobić w sytuacji, w której się znalazłam, to będę bardzo wdzięczna za pomoc.

Agnieszka walczy. Pomożesz?

Miałem do czynienia z wieloma zadłużonymi osobami. Czasami rozwiązanie jest bardzo trudne, a czasem w zasięgu ręki. Osoba zadłużona nie widzi jednak tych rozwiązań, bo poziom negatywnych emocji i zmęczenie walką są tak duże, że trudno jest spojrzeć na sprawę z dystansu. Agnieszka jest obecna z nami na blogu. Jeżeli masz dla niej słowa otuchy, lub chciałbyś coś podpowiedzieć, to właśnie nadarza się świetna okazja, by pomóc komuś swoim komentarzem. 🙂

Może Cię zainteresować

Więcej materiałów, które pomogą Ci w walce z długami, znajdziesz w cyklu
Jak pozbyć się długów?: