Jak nauczyć dzieci postępowania z pieniędzmi i… nie popsuć ich?

26

Dzisiaj kolejna porcja pomysłów i porad dotyczących edukacji finansowej dzieci, które Ania Sadowska „wycisnęła” dla nas z kolejnej książki na ten temat. Tym razem dowiemy się m.in.:

– po czym poznać, że dzieci są „popsute”?
– jak w kreatywny sposób wykorzystać kieszonkowe?

– jak skutecznie ograniczyć apetyt dzieci na zachcianki?
– jak odpowiedzieć na pytania naszych dzieci o pieniądze?

– jak wychować dzieci lepiej dzięki…trudniejszym obowiązkom? 🙂

Oddaję głos Ani i życzę Wam bardzo przyjemnej lektury.

 

Popsułam swoje dzieci?

  • Nie mam już siły zamiatać, za dużo mam tych obowiązków – mówi jeden z moich synów.
  • Przecież miałeś na to cały tydzień. Przypominałam Ci o nich. A ty prawie wszystko w sobotę robisz – odpowiadam.
  • Bo nie miałem wcześniej czasu.
  • No co ty, każde zadanie zajmuje przecież parę minut. Pamiętasz, jak mierzyliśmy czas, gdy wyjmowałeś naczynia ze zmywarki? Wyszło na pewno mniej niż 10 minut.
  • No tak, ale my teraz wszystko musimy robić, a ty nic.
  • Jak to nic? Chyba źle widzisz. Zresztą jak nie chcesz, to nie zamiataj, to dostaniesz najwyżej mniejsze kieszonkowe.
  • No dobra, jakoś pozamiatam (mina męczennika).
  • A ja już sobie na dziś odpuszczę, daj mi mniej kasy – woła z innego pokoju drugi syn, który przysłuchiwał się naszej rozmowie.

Super. Zaraz zaczną kojarzyć, że praca to nudne obowiązki, które trzeba wykonywać w pocie czoła, zwłaszcza gdy się je źle rozplanuje. Z takim nastawieniem chyba w ogóle nie będzie im się chciało zacząć pierwszą „dorosłą” pracę.

Początki były niezłe i wykonywali swoje obowiązki domowe bez szemrania. Ale z czasem coraz trudniej było ich zachęcić do pracy, zwłaszcza gdy na koncie uzbierali sporą sumkę, znacznie przekraczającą potrzeby. „Pewnie przez tych 7 lat zdążyłam już zepsuć swoje dzieci i mogę sobie odpuścić tę całą edukację finansową” – chodziło mi po głowie.

Sięgnęłam jednak po książkę Rona Lieber’a The Opposite of Spoiled: Raising Kids Who Are Grounded, Generous, and Smart About Money

Autor publikuje swoje artykuły w rubryce „Twoje pieniądze” New York Times’a. Poza tym często gości w szkołach, rozmawiając z rodzicami o pieniądzach i wartościach w kontekście wychowywania dzieci. Oto, co z tej lektury wyniosłam.

 

Zepsute – czy da się je jeszcze naprawić?

 Jeśli nie wiesz, czy masz pod swoim dachem „zepsute” dziecko, Ron podaje 4 cechy, które wyróżniają ten gatunek:

  1. Mają mało obowiązków (w tym domowych).
  2. Nie mają zasad, które wpływają na ich zachowanie czy rządzą ich planem dnia.
  3. Rodzice poświęcają im zbyt dużo czasu i udzielają zbyt dużego wsparcia.
  4. Mają dużo rzeczy materialnych.

Jeśli z tych punktów wynika, że mowa o Twoim dziecku, nie załamuj się. Ron przytacza wyniki pewnego eksperymentu przeprowadzonego na dzieciach w wieku 10-17 lat, przejawiających zachowania materialistyczne. Nie wnikając w szczegóły – dla takich dzieci jest jeszcze nadzieja!

Dlatego w oparciu o książkę Rona przedstawię Wam teraz garść porad, dzięki którym będziecie mogli „naprawić” dzieci samodzielnie, a jeśli jeszcze nie są zepsute, to od początku właściwie się z nimi obchodzić. 🙂

 

Wyreguluj samokontrolę.

 W dzisiejszych czasach nasze dzieci praktycznie wszystko mają na wyciągnięcie ręki. Nasze pokolenie nie doświadczyło w młodości aż takiej łatwości zdobycia dowolnej rzeczy bez potrzeby czekania. Jeśli macie wątpliwości, to przypomnijcie sobie, czy gdy byliście dziećmi:

  • sprawdzaliście w 2 minuty w Google, dlaczego niebo jest niebieskie?
  • po zrobieniu zdjęcia od razu mogliście zobaczyć, czy dobrze wyszło?
  • mogliście zadzwonić ze SWOJEGO własnego telefonu?
    -itp.

Zdaniem autora książki, jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci dobrze funkcjonowały w dorosłym życiu, musimy wyregulować ich samokontrolę. Przytacza on wnioski z bardzo długiego badania, w którym analizowano w sumie 1000 osób, od momentu narodzin, aż do ukończenia 32 roku życia. Okazało się, że w przypadku grupy osób, które miały słabo wykształconą samokontrolę w dzieciństwie, było mniej prawdopodobne, że będą one oszczędzać czy założą konto emerytalne, za to z większym prawdopodobieństwem pojawiały się u nich problemy kredytowe. Co więcej, brak samokontroli bardziej przesądzał o kłopotach finansowych, niż przynależność do klasy społecznej czy nawet poziom IQ.

Ron, podobnie jak inni autorzy książek na temat edukacji finansowej dzieci, zachęca do dawania kieszonkowego. Kieszonkowe ma być narzędziem do nauki oszczędzania i wydawania, a przede wszystkim do ćwiczenia cierpliwości. Powinno się pojawić wtedy, gdy dziecko potrafi już liczyć i zaczyna interesować się pieniędzmi. Autor podkreśla, że jako rodzice powinniśmy zrobić wszystko, żeby nie zaprzepaścić szansy na wykształcenie dorosłych z 15-20 letnim stażem w zarządzaniu pieniędzmi (nawet, jeśli to „tylko” pieniądze z kieszonkowego).

W książce pojawia się ciekawy pomysł na kieszonkowe, autorstwa copywritera Jake’a Johnsona.

Wspólnie z żoną marzyli, żeby ich 7-letni syn Liam myślał w duchu przedsiębiorczości i wyrósł na kogoś, kto oferuje na sprzedaż swoje kreatywne pomysły. Chcieli, żeby wiedział, jaką radość może przynosić dobrze wykonana praca. Ich syn nie dostawał więc pieniędzy za zwykłe domowe zadania, ale za…. zidentyfikowanie problemu i rozwiązanie go. Jak to wyglądało w praktyce?

mycie aut jako praca dla dzieci

Gdy Liam dostrzegł liście z pobliskiego drzewa na trawniku przed domem – zaoferował, że je usunie, jednocześnie negocjując z rodzicami cenę usługi. Gdy dziadek podjechał do nich brudnym autem – zaproponował, że je umyje. Mycie auta przypadło mu do gustu i postanowił zaoferować swoje usługi również sąsiadom. Chłopiec postrzegał zarabianie pieniędzy jako projekt, który wymagał rozwiązania problemów, a nie jak sprzedaż swojego czasu, żeby szybko wykonać powierzone zadania. Takie przedsiębiorcze myślenie na pewno mu się przyda, niezależnie od tego, co będzie robił w życiu.

Wypróbuję to podejście na swoich chłopcach, zobaczymy jakie będą efekty 🙂

 

Sprawdź „spalanie” pieniędzy na zachcianki.

 Pewnie zauważyliście, że droższa zabawka niekoniecznie gwarantuje lepszą zabawę. Do tego wniosku doszła też Mary Matthiesen, obserwując wielogodzinną zabawę swojego dziecka tańszą zabawką, podczas gdy droższa znudziła się bardzo szybko. Wymyśliła więc współczynnik dobrej zabawy, który można stosować nie tylko do zabawek, ale też do  gier komputerowych, książek, itp. Ogólnie można go odnieść do zachcianek, przy artykułach pierwszej potrzeby nie sprawdza się.

Chodzi o to, żeby oszacować liczbę godzin rozrywki, którą dana rzecz/usługa nam zapewni, a następnie podzielić ją przez cenę, którą trzeba za nią zapłacić. Im wyższy wynik, tym bardziej warto wydać na to swoje pieniądze. Swoją drogą ciekawe, czy się domyślicie, jaka z zabawek u  dzieci Mary miała największy współczynnik dobrej zabawy? Była to……. zwyczajna talia kart 🙂

Są rzeczy, które możemy po prostu pożyczyć, zamiast kupić” twierdzi Annie Leonard, dyrektorka Greenpeace USA, która współdzieli z sąsiadami basen. Wspomina też, że gdy jej córka chciała się nauczyć jazdy na nartach i wysłała maila do okolicznych sąsiadów, w odpowiedzi dostała używany, ale sprawny sprzęt i strój. Jej córka dzięki temu nauczyła się, że gdy mamy potrzebę, to najpierw zwracamy się do lokalnej społeczności. Dzięki temu można zaoszczędzić środki na coś innego.

Jedną z kategorii wydatków, w której szczególnie chętnie kryją się zachcianki, są ubrania. Nie mam co prawda jeszcze takich problemów z moimi dziećmi, bardziej dotyczą one rodziców nastoletnich dzieci. W książce pojawia się pomysł na rozwiązanie tego kłopotu.

Narysujcie linię poziomą, na lewym końcu napiszcie „potrzeba”, a na prawym „zachcianka”. Załóżmy, że od Waszego dziecka spłynęła prośba na nowe kalosze. Po lewej stronie będą najtańsze buty z dyskontów, po prawej najdroższe, jakie są na rynku. Zdecydujcie, w którym miejscu narysować pionową linię, która będzie oznaczała, jaką kwotę jesteście w stanie maksymalnie przeznaczyć na ten zakup. Wszystko, co dziecko będzie chciało kupić na lewo od pionowej linii, mieści się w Waszym budżecie, więc będziecie mogli to kupić. Jeśli jednak córka lub syn za żadne skarby nie założą na siebie tańszej marki, muszą dopłacić ze swojej kieszeni różnicę, o którą przekroczy Wasz maksymalny budżet. Co Wy na to?

 

Wprowadź zasady i kontroluj, czy są przestrzegane.

 Pamiętacie jeden z punktów podany przez Rona, który świadczy o „zepsuciu” dzieci? „Nie mają zasad, które wpływają na ich zachowanie”. Autor uważa, że w każdej rodzinie powinna zostać stworzona lista rzeczy, które dzieci nie mogą kupić za swoje pieniądze. Nie podaje konkretnych przykładów, pozostawia to dyskusji w gronie rodziny, ale zasady powinny być jasne, konsekwentnie realizowane i wraz z wiekiem dostosowywane.

Ważną zasadą jest też ograniczenie oglądania TV, zwłaszcza ze względu na reklamy. Jedno z badań otwierających oczy na to, jak ogromny wpływ mają reklamy na dzieci, dotyczyło 4 i 5 latków, którzy oglądali reklamę pewnej zabawki. Była też kontrolna grupa dzieci, która nie oglądała tej reklamy. Jakie były efekty?

70% dzieci, które nie widziały reklamy, wolało się bawić w piaskownicy z innymi dziećmi zamiast tą zabawką. W grupie, która oglądała reklamę – już tylko 36% wybrało kolegów.

 

Otwarcie rozmawiaj o pieniądzach i wartościach.

 Autor uważa, że ma to ogromne znaczenie, aby edukacja finansowa była skuteczna. Często dzieci będą same inicjować tę rozmowę i wystarczy pilnować, aby po ich pytaniu nie pojawiła się cisza lub nieprawdziwa odpowiedź. Dlaczego rodzice udają, że nie słyszą pytań dzieci o kwestie finansowe?

– Bo nie wiedzą od czego zacząć, a temat jest obszerny,
– bo nie zarabiają zbyt dużo,

– bo wiedzą, że nie są przykładem do naśladowania,

– bo uważają, że pieniądze są ich prywatną sprawą,
– bo chcą chronić niewinność dzieci w obliczu tak trudnego tematu,

– bo u nich też niewiele się na ten temat mówiło.

Gdy już taki rodzic wydusi z siebie jakieś słowa, to zwykle są to odpowiedzi typu: „Nie stać nas na to” lub „Nie mam przy sobie pieniędzy”. Dziecko może nawet uwierzyć, że to prawda, aż do momentu, gdy…. zobaczy, że sami coś sobie kupujemy, choć podobno nie mamy pieniędzy.

Jak zdaniem Rona powinna brzmieć pierwsza odpowiedź, która dobrze się sprawdzi przy każdym pytaniu dzieci odnośnie pieniędzy? Uwaga, zapamiętujemy, żeby zastosować w razie potrzeby:

     – A dlaczego pytasz?*

*przy czym mówimy tonem zachęcającym do dalszej rozmowy, a nie podejrzliwym 🙂

Choć to niegrzeczne odpowiadać pytaniem na pytanie, ale w tym przypadku darujmy sobie bon ton. Zyskujemy dodatkowy czas, żeby przemyśleć temat, a przede wszystkim dowiemy się, skąd pojawiło się to pytanie w głowie naszego dziecka.

Autor przytacza też wyniki badań, z których wynika, że jeśli już rozmawiamy z dziećmi na temat pieniędzy, to znacznie rzadziej poruszamy go z dziewczynkami. Jeśli więc macie w domu syna i córkę, to zwróćmy uwagę, czy nie dyskryminujecie przypadkiem płci pięknej 🙂

W książce pojawia się szereg najczęściej zadawanych pytań i sugestie odpowiedzi. Ja chciałabym zwrócić Waszą uwagę zwłaszcza na jedno:

– Mamo/tato, a ile ty właściwie zarabiasz?

Jak się pewnie domyślacie, odpowiedź „Nie twoja sprawa” nie jest właściwa. Z drugiej strony, podanie kwoty zarobków, która dla dziecka może być zawrotna, też nie jest dobrym rozwiązaniem. Ron uważa, że zanim dziecko pozna odpowiedź, powinno wiedzieć, ile kosztuje utrzymanie rodziny. Podaje historię Scott’a Parkera, który w niecodzienny sposób podszedł do tematu. Pewnego wieczoru przyniósł do domu całą swoją wypłatę w… banknotach jednodolarowych.

Dzieci ze zdumienia pootwierały buzie, gdy zaczął te stosy banknotów wykładać na stół. Gdy już rozłożył całą swoją wypłatę, zaczął zabierać stopniowo pieniądze mówiąc, na co będzie je musiał przeznaczyć. Przedstawił im planowanie wydatków w budżecie domowym, ale nie na papierze, tylko na prawdziwych banknotach. Gdy już rozplanował wszystkie potrzebne wydatki, na stole zostało już tylko niewiele banknotów. Dzięki temu jego dzieci zrozumiały, że sama kwota zarobków niewiele mówi. Dopiero w zestawieniu z wydatkami ma sens. To ilustracja często powtarzanej na blogu Marcina maksymy: „Nieważne ile zarabiasz, ważne ile Ci zostaje.”

 

WWWWW (albo 5xW)

Przypomina Wam to silnik, który nie może odpalić? Zdaniem autora dziecko nie ruszy sprawnie do świata pieniędzy, jeśli zapomnicie o 5 słowach na literę W:

Wdzięczny – naucz dziecko wdzięczności. Ron podaje kilka sposobów, mnie najbardziej podoba się taki:

Ale to tylko jedna z możliwości stworzenia okazji do przejawiania wdzięczności i zdobycia innej perspektywy. Ważne, żeby nauczyć dzieci wrażliwości i zrozumienia, że nie każdy na tym świecie ma równe zasoby. Niech pamiętają też o tym, że wiele pięknych doświadczeń jest całkowicie gratis 🙂

Wystarczająco – odpowiedź, ile to właściwie jest, widać w naszych codziennych wyborach. Przede wszystkim my jako rodzice musimy sami to zdefiniować dla siebie, żeby potem przekazać właściwe wzorce dzieciom.

U młodszych dzieci można trenować użycie słowa „wystarczająco” tak, jak robiła to pewna amerykańska rodzina. Panował u nich zwyczaj, że gdy dziecko dostało lub kupiło nową zabawkę, to musiało oddać inną ze swojej kolekcji do szpitala, w którym pracowała mama.

 

Więcej, Wcześniej i Wymagające dużego zaangażowania – o czym mowa? Ron słusznie zauważa, że dzieci często wykonują obowiązki, które zbyt wiele nie wnoszą do funkcjonowania rodziny. Zwykle wolimy sami zrobić trudniejsze zadania niż poświęcić swój czas, żeby nauczyć dzieci, jak się je wykonuje. Nie myślimy o tym, że robiąc tak, dajemy im przekaz: „Niewiele oczekujemy od Ciebie, żyjesz głównie dla siebie”.

Jak myślicie, jaki jest prawdopodobnie najbardziej pracochłonny i uciążliwy obowiązek domowy? Według autora, nastolatki spokojnie mogą pomagać w jego realizacji. Chodzi o… przygotowywanie posiłków. W Japonii 8-9 latki codziennie podają na stołówce lunch i sprzątają ze stołu. Doświadczenia szkół montessoriańskich mówią, że 12 latki mogą robić samodzielnie zakupy spożywcze.

Na wiosnę ma być w Polsce emitowany „Masterchef Junior”, który pewnie zawstydzi niejednego dorosłego. Zatem dajmy dzieciom więcej obowiązków,  nie poprzestawajmy tylko na prostych zadaniach i angażujmy je już od najmłodszych lat również w bardziej złożone prace. Dzięki temu mają możliwość zbudowania poczucia swojej wartości, bo sprawdzają się w wielu trudnych sytuacjach.

Dzieci powinny wiedzieć, jak oszczędzać, jak wydawać, jak bronić się przed próbami manipulacji ze strony innych. Możemy wpłynąć na ich perspektywę i podejście do pieniędzy. Nikt tego za nas nie zrobi. To ważne zadanie jest w rękach każdego rodzica.

I co myślicie o podejściu Rona? Przemawia do Was to, czego uczy amerykańskich rodziców? Czy jego rady sprawdzą się w Polsce? Dajcie znać w komentarzach.

Pozdrawiam serdecznie, Ania

Ania Sadowska rodzinkaAnna Sadowska – tworzy cykl o edukacji finansowej dzieci. Prywatnie mama Łucji, Pawła i Sebastiana.
Szuka sprawdzonych metod, które pomagają wykształcić u dzieci i młodzieży właściwe podejście do pieniędzy. Podpowiada rodzicom, co jest istotne, aby w dorosłym życiu ich dzieci mogły odnaleźć się w kwestiach związanych z finansami i sprawnie zarządzać swoim domowym budżetem.Od kilkunastu lat pracuje w międzynarodowej korporacji, zdobywając doświadczenie w działach zakupów, rachunkowości i kontroli wewnętrznej.

Poprzednie artykuły z tej serii:

1. Czego nauczyć dzieci o pieniądzach? (Marcin Iwuć)
2. Edukacja finansowa dzieci – podsumowanie pierwszego kwartału (Marcin Iwuć)
3. Kieszonkowe dla dzieci – wady, zalety, i…złoty środek?(Marcin Iwuć)
4. Edukacja finansowa dzieci. Bank taty. (Anna Sadowska)
5. Jak nauczyć dziecko finansów? Case study. (Anna Sadowska)
6. Edukacja finansowa dzieci – jak to się robi w Kanadzie?(Anna Sadowska)
7. Pieniądze nie rosną na drzewach – czyli uczymy dzieci finansów (Anna Sadowska)
8. Czy kapitalizm jest dobry dla dzieci? (Anna Sadowska)

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze26 komentarzy

  1. Witam! Bardzo podobaja mi sie te teksty, ciekawe przyklady. Chetnie je wykorzystam w przyszlosci.
    Wedlug mnie bardzo wazna jest transparentnosc wydatkow w rodzinie. Nie mam zamiaru ukrywac przed moimi dziecmi zarobkow jak i wydatkow. A rozmowy o pieniadzach w naszym domu sa na porzadku dziennym. Badzmy przykladem i tyle 🙂

    • Ania Sadowska

      Agnieszka, jak już rozmawiacie otwarcie o pieniądzach, to połowa sukcesu 🙂 Tak trzymaj!

  2. Podczas zeszłorocznych wakacji byłem zdumiony widząc jak mój 4,5 letni syn potrafi się kontrolować. Nasz przedszkolak tak polubił automaty z kulkami za 2 zł, że postanowiliśmy to kontrolować. Daliśmy mu kieszonkowe tylko i wyłącznie na rozrywkę. Przez 2 dni wszystko szło po naszej myśli, aż nagle zobaczył maskotkę misia. Tak bardzo mu się spodobała, że chciał ją natychmiast kupić. Fakt, że w domu ma kilka podobnych pluszaków, nic nie zmienił. Zaproponowaliśmy mu, że może kupić tego misia odkładając na niego 3 dni z kieszonkowego, a rodzice dołożą mu resztę. Wyobraź sobie, że przez te 3 dni nie istniały żadne automaty z kulkami. Liczyła się tylko maskotka misia i odliczanie ile pieniędzy mu jeszcze brakuje. Dawno nie widziałem, żeby dziecko potrafiło się cieszyć z tak prostej i powtarzalnej zabawki.

    • Ania Sadowska

      Dzięki Dominiku, ze podzieliłeś się swoim doświadczeniem. To prawda, rodzicom wydaje się, ze dzieci nie potrafią się kontrolować, a wiele zależy od warunków, jakie im stwarzamy.

  3. Mogłabym zacząć ten komentarz od mojego uwielbienia dla tej serii, ale zawsze tak robię, więc dzisiaj się powstrzymam 😛

    Zgadzam się ze wszystkimi pomysłami Rona 🙂
    Chociaż nie wiem, czy faktycznie tak jest, że chłopców bardziej wtajemnicza się w finanse domowe. Na pewno od dziewczynek dużo więcej się wymaga, mają więcej obowiązków domowych. Za mniej rzeczy się je chwali, traktując niektóre zachowania jako oczywistość. Taka moja obserwacja, ale mam nadzieję, że to się zmienia…

    Odnośnie samodzielności i odpowiedzialności krąży w internecie taki obrazek: Rozmawiają dwie Mamy o swoich dzieciach. Pierwsza pyta:
    – Co robisz, że Twoja Marysia jest taka samodzielna? Potrafi już tyle rzeczy, a mój Krzyś… [blablabla]
    – Pozwalam jej – odpowiada druga 🙂
    [dobra trochę zmyśliłam sam tekst, ale taki był wydźwięk obrazka :P]

    Oglądałam hiszpańską wersję „Masterchef Junior” – obłędne rzeczy dzieciaki gotowały 🙂

    • Ania Sadowska

      Oszczędnicka, chyba trochę się zmienia podejście do dziewczynek, bo już inne pokolenie rodziców je wychowuje.
      Ciekawe, na jak dużo Ty będziesz pozwalać Juniorowi. Na pewno jednak będzie z niego zaradny dorosły, skoro tak uważnie czytasz ten cykl 🙂

  4. Witam,
    Mieszkam w Warszawie i od dłuższego czasu poszukiwałem zajęć ekonomicznych dla moich córek (6 i 8 lat) nie znalazłem. Sam przekazałem im wiedzę (z wykształcenia, a także z krwi i kości jestem ekonomistą oraz aktywnym inwestorem na rynku nieruchomości) o finansach rodzinnych oraz generalne informacje jak funkcjonuje bank i towarzystwo ubezpieczeniowe, moje córki mają 5-cyfrowe konta w „banku taty”. Oszczędzanie idzie im całkiem dobrze, ale chciałem ich przekonać do inwestycji, mimo kilku podejść natrafiłem na opór. Nie wiem czy są za małe? Czy boją się ryzyka? Zakładam, że dobrze wyjaśniłem im przewagę inwestowania (gwarantowałem im pewny zysk vs. depozyt w banku taty). Być może powiedzenie, że mają X pieniędzy było dla nich ważniejsze niż większe zyski z inwestycji w przyszłości. Jeśli tak, kiedy jest właściwy moment, aby zaczęły inwestować, a nie jedynie oszczędzały?

    • Ania Sadowska

      Hej Sławek, jestem pod wrażeniem! Twoje córki sporo już wiedza jak na tak młody wiek. Moim zdaniem na inwestycje trochę dla nich za wcześnie. Czytałeś książkę „Bank taty”, która opisywałam w moim pierwszym wpisie? Co prawda inwestowania nie przedstawiałam na blogu, ale w książce jest pomysł na to, jak autor podszedł do tematu. W jego rodzinie to się sprawdziło. Planuję w tym roku opracować temat inwestowania przez dzieci, obserwuj wiec dalej cykl 🙂
      A jeśli chodzi o zajęcia ekonomiczne dla dzieci w Warszawie – dostałam namiary na „Wow school”, która ma ambicje uczyć dzieci w ciekawy sposób przedsiębiorczości, programowania i umiejętności przywódczych. Mieszkam w Łodzi, wiec osobiście tej szkoły nie sprawdziłam, ale może warto.

      • Aniu,

        Dziękuje za wskazówki i miłe słowa. Nie czytałem Banku taty, ale wiem, że muszę i wpisałem sobie pozycje na listę zadań.
        Wygląda, że szukałem czegoś takiego jak Wow School, dopytuje ich o szczegóły. Na bieżąco śledzę wpisy Twoje i Marcina, z niecierpliwością czekam na kolejne.

    • Ekonomiczny Uniwersytet Dziecięcy przy SGH prowadzi zajęcia dla dzieci nieco starszych bo 11-13 letnich. Wydaje mi się, że zajęcia dla 6latka to trochę za wcześnie.

      I a propo artykułu: moje dzieci chyba są rozpuszczone 😉 Moja 9 latka wytrzymała 2 tygodnie prac domowych dla wypłacanych tygodniówek i straciła zainteresowanie. Wydaje mi się, że wynika to z tego, że jeszcze nie ma na co wydawać więc pieniądze po prostu nie stanowią dla niej jeszcze większej wartości.
      Z kolei moja 6 latka nie ma po prostu świadomości wartości pieniędzy. Wydanie całych oszczędności na gazetkę z konikami nie stanowiłoby dla niej problemu. I nie jest to kwestia samokontroli bo ta jest u niej na prawdę wyjątkowo silna.
      Fajne artykuły, poproszę o więcej.

      • Ania Sadowska

        Ekonomiczny Uniwersytet Dziecięcy jest dla klas 5 i 6 szkoły podstawowej. Wykłady są nie tylko w Warszawie, także w kilku innych większych miastach. Dla zainteresowanych -do 29 lutego możliwość zgłoszenia dzieci na kolejną edycję!
        Bea, będzie więcej! A córki się rozkręcą, zobaczysz 🙂 Spróbuj stosować te pomysły z książek, które podaję. Ja po prostu eksperymentuję na dzieciach, bo wiadomo, że nie wszystko się sprawdzi w każdym przypadku.

  5. Hmmm. Część pomysłów zapewne jest warta wykorzystania.
    Natomiast razi mnie podejście, które sugeruje, że dzieci to roboty, które można popsuć lub czegoś nauczyć.
    Dzieci nie robią tego co im każemy, tylko to co sami robimy. Oczywiście zgadzam się że edukacja finansowa dzieci jedt ogromnie ważna, zwlaszcza że niewiele czasu upłynęło od kiedy ludzie zaczęli mieć różne dobra na wyciągnięcie ręki.
    Jednak autor książki pisząc, że rodzice udzielając zbyt dużego wsparcia ( w sumie nie precyzuje jakiego wsparcia – czy finansowego? ) dla mnie dyskwalifikuje się jako autorytet. Ale ja odebrałam to jako wsparcie emocjonalne.

    • Ania Sadowska

      Hej Asiu, autorowi bardziej chodziło o to, żeby pozwalać dzieciom na większa samodzielność. Dzięki temu mogą się sprawdzać w różnych sytuacjach i budować poczucie pewności siebie, które ma znaczenie, gdy trzeba się bronić przed manipulacjami ze strony innych.

  6. Bardzo ciekawe książki znajdujesz Aniu! I zdecydowanie zgadzam się, że od podejścia rodziców,relacji z nimi zależy czego się dzieci od nich nauczą. Jeśli chodzi zaś o psucie dzieci, to istnieje badanie, którego wynika, że jeśli dziecku pozostawi się decyzję o podzieleniu się, czyli pozwoli mi się na egoizm, to będzie ono jednak bardziej skłonne do dzielenia się niż dziecko, któremu kazano być dobrym. Zresztą widzę po swoim synu, że przy wolnym wyborze potrafi być naprawdę szczodry. Do tego,gdy tylko któremuś z nas zdarzyło się powiedzieć, że nie mamy pieniędzy, on zawsze z radością deklarował „Ja mam pieniądze! Dam Wam!” 🙂

  7. Ania Sadowska

    Aniu, masz złote dziecko 🙂 Cieszę się, ze podobają Ci się te książki – mam nadzieję, ze kolejne również przypadną Ci do gustu.

  8. Bardzo ciekawy tekst. Osobiście uważam, że rodzice często popełniają błąd, nie dając dzieciom regularnego kieszonkowego, a tylko finansując ich zachcianki na życzenie. Regularnie wypłacane kieszonkowe, nieważne czy będzie to 5 zł, 20, czy jakakolwiek inna kwota, daje dziecku poczucie posiadania własnego budżetu, którym może gospodarować i nad którym ma kontrolę. Można się np. umówić z dzieckiem, że musi sobie zaoszczędzić połowę kwoty na wymarzoną zabawkę, a potem, gdy ta kwota będzie już uzbierana, rodzic dopłaci drugą połowę. Jeśli dziecko w międzyczasie wyda kieszonkowe na słodycze — OK, jego sprawa, ale ma wówczas świadomość, że zakup zabawki oddali się w czasie.
    W innych krajach, np. w UK, nawet małe dzieci mają w szkole przedmiot o nazwie „home economics”, na którym uczą się jak zarządzać domowym budżetem. Szkoda, że u nas nie ma takiego przedmiotu w szkole, może chociaż częściowo rozwiązało by to problem braku umiejętności gospodarowania własnymi pieniędzmi.

    • Ania Sadowska

      Może nasz system edukacji też w niedługim czasie pójdzie z duchem czasu. Ale zanim to nastąpi, warto wziąć sprawy w swoje ręce. W końcu „home economics” najlepiej trenować w domu 🙂 Taka nauka finansów przez rodziców ma tę zaletę, że sami starają się też podejmować mądrzejsze decyzje, bo wiedzą, że mają koło siebie czujnych obserwatorów 🙂

  9. Hej!
    Ciekawy artykul. Osobiscie jestem przeciwna placeniu dziecku za obowiazki domowe bez wzgledu na to czy sa one narzucone przez nas czy dziecko samo zglosilo sie do zadania.

    • Ania Sadowska

      Aleksandra, wiem że jest to sporna kwestia. Warto jednak dawać kieszonkowe, niekoniecznie zależne od wykonania obowiązków domowych. Dzięki temu dziecko jest w stanie podejmować samodzielne decyzje finansowe i ćwiczyć samokontrolę 🙂

  10. Niestety nauka dzieci przedsiębiorczości jest ogromnym wyzwaniem, szczególnie jeśli rodzice mają małe pojęcie o tym. Myślę, że przedsiębiorczość powinna być wprowadzona do edukacji i to na wczesnym poziomie. A reszta zależy od rodziców.

Odpowiedz