Które kredyty mają sens?

126

Nie cierpię długów. Uważam, że korzystanie z kredytów i pożyczek konsumpcyjnych to szczyt finansowej głupoty. Byłbym jednak finansowym ignorantem, gdybym nie przyznał, że pewne kredyty mają sens.  Oto moja lista takich zobowiązań. Czy Waszym zdaniem powinna ona zawierać coś jeszcze?

Moje podstawowe podejście do długów jest proste: są one największym, najgroźniejszym, najbardziej brutalnym wrogiem na drodze do finansowego bezpieczeństwa. W bezwzględny sposób drenują nasze portfele i z ogromną skutecznością pozbawiają nas ciężko zarobionych pieniędzy. Są jak kula u nogi, jak kamień u szyi, jak ciężki balast, który z trudem dźwigamy na własnych barkach. Zamiast cieszyć się finansową wolnością, co rano ruszamy do pracy, by tyrać na spłatę odsetek. Część naszego cennego życia poświęcamy, harując jak niewolnicy na rzecz wierzycieli. Długi są po prostu fatalne.

Czy długi są złe?

Niektórzy z Was uważają, że mam zbyt ortodoksyjne podejście do kredytów i wszędzie powtarzam, że długi to “samo zło”. Muszę to zdementować. Nie uważam, że “długi są złe” – to zbyt mocne określenie. Zadłużanie się na konsumpcję jest jednak… głupie. Zarabiają na tym banki i firmy pożyczkowe, zarabiają sprzedawcy, od których kupujemy na kredyt, a my w tym całym układzie jesteśmy zawsze w plecy.

Jeżeli masz “luźny” stosunek do długów i uważasz, że korzystanie z nich jest OK, przeczytaj koniecznie te dwa artykuły:

1. Ugotujesz się jak żaba, czyli kredyt w naszych głowach.
2. Jak skutecznie pozbyć się długów?

Dlatego jeszcze raz: zadłużanie się jest głupie! Jakich sytuacji to jednak nie dotyczy?

Kredyt hipoteczny na mieszkanie (własne lub wynajmowane).

Różnica w stosunku do większości kredytów i pożyczek polega na tym, że pożyczonych pieniędzy “nie przejadamy”, lecz przeznaczamy je na zakup składnika majątku, którego wartość w czasie ma szansę rosnąć.

I od razu wyjaśnienie –  zauważ, że piszę “ma szansę wzrosnąć”. Wartość niektórych nieruchomości będzie się pięła stopniowo do góry, innych będzie stała w miejscu, a jeszcze innych będzie spadać. To trochę jak z akcjami na giełdzie – zadowolenie z wyniku będzie zależeć od tego, które akcje kupisz.

Jeśli w okolicy, w której mieszkasz, w każdej chwili kolejne hektary łąki można zamienić na działki budowlane – to będzie ciężko o wzrosty cen. Jeżeli jednak mówimy o mieszkaniu np. w centrum, gdzie  trzeba coś zburzyć, aby postawić kolejny budynek – sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Trzeba również pamiętać, że rynek nieruchomości, jak każdy inny, jest rynkiem cyklicznym. Po zakończonej kilka lat temu bańce spekulacyjnej spadek cen był czymś naturalnym. Dlaczego jednak ceny w dobrych lokalizacjach miałyby za 5 lat być niższe niż dziś?

Już sam reżim pieniądza fiducjarnego, który wymusza zwiększanie jego podaży w kolejnych latach, a także cel inflacyjny NBP na poziomie 2,5% w skali roku – to warunki, które z upływem czasu prowadzą do wzrostu cen dobrych nieruchomości.

Kredyt na inwestycje

Tutaj zasada jest prosta: jeśli potrafisz zainwestować pożyczone pieniądze w taki sposób, aby zyski wygenerowane przez ten “obcy kapitał” były wyższe od całkowitych kosztów pożyczki (oprocentowania, wszelkich prowizji oraz po uwzględnieniu podatków od wygenerowanych dochodów) – takie pożyczanie pieniędzy może mieć sens. Może, ale nie musi!

Sensowne pożyczanie dotyczy zwykle inwestycji w ramach prowadzonej działalności gospodarczej: zakupy maszyn, urządzeń, patentów itp. – które pomogą nam zwiększyć skalę działalności i zwielokrotnić generowane dochody – to przykład mądrego skorzystania z dźwigni finansowej.

Tu jednak warto zwrócić uwagę na bardzo ważną sprawę: nie każda inwestycja ma sens! Jeśli kupujesz niepotrzebne maszyny lub inwestujesz w sposób nieprzemyślany, skorzystanie z kredytu, zamiast zwielokrotnić dochody, zwielokrotni Twoje błędy! Jeżeli masz wątpliwości, czy inwestycja będzie rentowna, nie finansuj się kredytem.

Osobiście uważam, że jednym z najgłupszych kredytów, związanych z działalnością gospodarczą, jest “kredyt na start”. Nie wiesz jeszcze, czy Twój biznes wypali, a już toniesz w długach… Bez sensu!

Spekulacja to nie inwestycja!

Wielu młodych ludzi zachwyca się pomysłem polegającym na tym, by zaciągnąć “tani kredyt hipoteczny”, a tak uzyskane pieniądze zainwestować np. na giełdzie. Skoro oprocentowanie kredytu wynosi 5% w skali roku, a na “inwestycji” w akcje czy fundusze bez problemu wyciągnie się 10% – to grzechem jest nie skorzystać, prawda?

Uwierzcie mi – jest ogromna różnica pomiędzy dużym inwestorem, który po analizach chce przejąć kontrolę nad jakąś firmą I pożycza środki, by kupić jej akcje, a “Kowalskim”, który zaciąga kredyt, by kupić parę akcji “z lewarem”. Pożyczanie w celach spekulacyjnych jest skrajnie niebezpieczne! Dźwignia finansowa działa zawsze w dwie strony – zamiast szybko i łatwo zarabiać, wiele osób przez taką dźwignię szybko i łatwo traci.

Czym różni się inwestycja od spekulacji?

Operacja inwestycyjna to taka, która dzięki starannej analizie obiecuje bezpieczeństwo oraz zadowalającą rentowność zaangażowanej kwoty. Operacje niespełniające tych wymogów są spekulacjami.

Benjamin Graham – Inteligentny Inwestor

 A zatem:

  1. Staranna analiza.
  2. Bezpieczeństwo.
  3. Zadowalająca rentowność.

A co z kredytem konsolidacyjnym?

Popularna “konsola” zwykle łagodzi tylko objawy choroby kredytowej, ale nie zwalcza jej przyczyn. Dlatego w wielu przypadkach znacznie sensowniej będzie zastosować “metodę śnieżnej kuli” i szybko pozbyć się długów. Opisałem to szczegółowo w tym artykule:

Kredyt konsolidacyjny – świetne rozwiązanie czy bomba z opóźnionym zapłonem?

Jakie jeszcze kredyty mają Waszym zdaniem sens?

Czy są jeszcze jakieś zobowiązania, które dopisalibyście do takiej listy sensownych kredytów?

Co myślicie o mojej liście?

Czy faktycznie moje podejście jest zbyt ortodoksyjne?…

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 831 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze126 komentarzy

  1. A co z kredytami z ZFŚS? Czy warto je brać tylko po to aby pieniądze „pracowały” chociaż na lokacie?

    • Cześć Michał,

      Dług to dług, nawet jeżeli jego oprocentowanie jest bardzo niskie. Pożyczone pieniądze niosą ze sobą koszty i ryzyko.
      Wiele osób pożycza pieniądze z dobrymi intencjami „zarabiania”, a potem okazuje się, że pieniądze rozchodzą się na bzdury, a długi do spłacenia zostają.

      Dotyczy to zarówno ZFŚS, jak również kredytów studenckich.

      Pożyczone pieniądze dają złudne poczucie, że stać nas na więcej, niż w rzeczywistości. Jesteśmy bardziej podatni na różnego rodzaju „okazje”, a wiele sprzętów w domu nagle zaczyna wymagać naprawy lub wymiany, itp.

      Warto trzymać się zasady, że żyjemy za swoje zarobione pieniądze i już.

      Poza tym – jeśli środki z ZFśS mają być trzymane na lokacie – to szkoda na to czasu i energii (ile na tym można zarobić?).
      Dług to Twój wróg! Takie jest moje zdanie 😉

      • Myślę, że kredyt w ZFŚS ma sens ale tylko wtedy gdy przeznaczamy go na cele inwestycyjne.
        Kilka lat temu dzięki takiemu nieoprocentowanemu kredytowi kupiłam kawałek ziemi. Cena nie była wysoka bo 12 tys. ale zarabiałam wówczas tak mało, że spłata prawie 300 zł raty miesięcznie bolała tak bardzo że do dziś to pamiętam 🙂
        Obecnie wartość działki jest 7-8 razy większa od tego co za nią zapłaciłam. A ja dzięki tamtemu kredytowi dziś czuję się bardziej bezpieczna i niezależna finansowo.

        W nawiązaniu do pytania Michała, słyszałam o przypadku, że kredyt był wzięty i odłożony na lokatę jako oszczędności na tzw. czarną godzinę, ponieważ kredytobiorca nie miał na tyle silnej woli żeby systematycznie, co miesiąc, samodzielnie oszczędzać. Ale twierdził że jak ma do zapłacenia co miesiąc ratę kredytu to już inna kwestia … 🙂

      • Mam mozliwość wzięcia z pracy pożyczki z oprocentowaniem 2 proc. w skali roku. Bardzo możliwe, że wezmę taką pożyczkę w celu nadpłacenia kredytu hipoteznego, czyli zastąpię dług o wyższym oprocentowaniu długiem o niższym oprocentowaniu.

      • W przypadku kredytu studenckiego można wygenerować solidną stopę zwrotu, nawet przy wykorzystaniu bezpiecznych lokat bankowych. Długi okres kredytowania, okres karencji i jeszcze dłuższy okres spłat + solidne przepływy (transza to nawet 1000 zł) + bardzo niskie oprocentowanie kredytu sprawiają, iż „ma to sens”. Oczywiście pod warunkiem zachowania wstrzemiężliwości i realizacji celu zgodnie z planem.

        • Planuję wziąć kredyt studencki z poręczeniem babci i taty, aby uniknąć dodatkowych opłat. Co więcej, będzie to ostatni rok studiów, więc zaciągnę 6000 lub 10 000 zł ( w zależności od przyznania na podstawie uzyskanego dochodu).

          Mam bardzo dużą szansę znaleźć się wśród najlepszych studentów uczelni, co obniży moją kwotę spłaty o 20%. Jeżeli to osiągnę, zarobię na kredycie kilkaset złotych.

          Odnoszę wrażenie, że opanowałem regularne oszczędzanie do mistrzostwa na swoim poziomie, więc regularny dopływ gotówki będę przenosił na konto oszczędnościowe. To pozwoli zwiększyć kwotę o kilkadziesiąt złotych.

          Czuję, że moje rozumowanie jest dobre. Ufam też, że przez dwa lata (za lat 5 po uzyskaniu i dwuletniej przerwie) będę w stanie płacić 300 lub 500 złotych miesięcznie, choć mój cel jest inny: chcę sprawdzić w 3 dostępnych bankach możliwość spłaty kredytu w jednej transzy.

          Czy coś przeoczyłem? Może zbyt ufnie podchodzę do tego tematu?

      • Nie demonizowałabym tak kredytu studenckiego. Tak jest to kredyt, ale bez niego wiele osób (w tym ja i mój mąż) nie mogłoby sobie pozwolić na sfinansowanie nauki. Dzięki kredytowi mogliśmy opłacić studia zaoczne, równocześnie pracując już na etacie. Wtedy nie był to popularny sposób działania, u nas wymuszony sytuacją finansową naszych rodzin, ale jak się potem okazało wyszedł nam na dobre. Po 5 niełatwych latach godzenia pracy i nauki okazało się, że mamy całkiem fajne CV i skończone studia a część naszych znajoych do CV mogła co najwyżej wpisać wspomnienia z imprez studenckich 😉

        • Hej Magda,
          Oczywiście – w takich sytuacjach ma to sens. Są jednak osoby, które zaciągają ten kredyt nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że jest tani…
          Jak dalej wygląda sprawa z tym kredytem? Udało Wam się już go pozbyć?

          • Tak, udało się go spłacić na szczęście bez problemów. Mimo wszystko muszę przyznać, że te dłuuugie lata spłacania były mocno irytujące, na szczęście niezbyt bolesne dla portfela, ale po spłaceniu otowrzyliśmy butelkę szampana ze szczęścia :). Być może także dzięki takiemu doświadczeniu nigdy więcej nie zaciągnęliśmy innych kredytów konsumpcyjnych. Nawet nie wzięliśmy niczego na raty, najpierw odkładmy potem kupujemy. Wyłamaliśmy się jedynie przy kredycie hipotecznym i patrząc z perspektywy czasu chyba nie zrobiłabym tego drugi raz. Mimo, że nie możemy narzekać na nasze finanse i rata kredytu nie przekracza 30% dochodów, to jest to dla mnie duże obciążenie psychiczne. Jak wynajmowaliśmy mieszkanie czułam się wolna. A mieszkanie będzie nasze dopiero za 22 lata – jak spłacimy kredyt.

      • Moja rada to jest taka,ze jeśli jesteś uczciwym człowiekiem,a jest ktoś w rodzinie co moze Ci pomóc, to niech pomoze lepiej umowic sie ,ze otrzyma 5% od pożyczki, zamiast dac bankom, Wszystko w rodzinie zostanie , i jeden nie straci i drugi zarobi .Jeść mała łyżeczka bez żadnych problemow, Jednak musicie miec do siebie zaufanie ,ze jeden drugiego nie wykorzysta i nie oszuka.
        Tak wiem ktoś powie ale ja musze miec bo zachorował ktoś w rodzinie i nie ma kto mi pomóc, zmuszony/a jestem i to jest prawda,ale kiedy idziemy do Banku usłyszysz, tak oczywiście nie ma problemu mu w razie czego na pewno cos zaradzimy , damy wakacje kredytowe, tylko wcześniej nalezy powiadomić bank. Bank sie powiadamia wcześniej a wówczas zaczynają sie kłopoty bo juz nikt nie rozumie,ze wstępnie zagwarantowali,zeby tylko podpisać umowę, a czlowiek w potrzebie wierzy bez myślenie i nie doczytuje umowy do końca. Wówczas to klient jest oszustem, złodziejem nie bank, nie możesz rozwiązać żadnej umowy tylko sady, konto puste,i choc ma czlowiek racje i mówi prawdę nie będzie prawda klienta tylko banku.Nigdy więcej żadnego konta w banku i żadnej pożyczki, żadnego kredytu , podarłam karty spłaciłam juz dość duzo pieniędzy, zgodnie z podpowiedzią Marcina,ale żadne plan nie wypala dalej, Dlaczego, bo jak jednego się pozbyłam to w miedzy czasie cos nowego przyniosło kłopot , zaoczne wydane wyroki z kłamstwami banków, przed sadem ,ze pracownicy nie mogą odszukać klienta ,ze klient znikną, zażądali dodatkowo kuratorów do zwiększenia kosztów sadowy, Sad nie sprawdził kompletnie niczego wydał wyrok. Komornik zajal konta wszystkie bankowe, zabiera z ZUS z emerytury. A klient nawet nie ma prawa się odwolac o sucha informacja tylko,ze jest zajecie komornikow, To ze sa splacane kredyty tylko w mniejszych kwotach nikt bez zaplaty przyslania rozliczenia do sprawdzenia kwoty na jaka jest wyrok nie chce wydać. Bank nie ujawnia żadnych szczegółów dotyczących pozwów.Wiec ja sie pytam kto jest złodziejem klient czy Bank, który mial spłacone 70 % pożyczki i nie ujawnia tego przed sadem w pozwie.Co powinien robić klient, dalej spłacać jak juz nie dostaje grosza nawet na chleb.Na zapłatę rachunku czy spłaty innych kredytów typu linia kredytów ,czy w 50 % spłacona karta kredytowa i jest generowany nowy dług przez bank macierzysty. Pieknie daje się rady,ale co ma zrobić stary czlowiek który potrzebować pieniędzy na leczenie bo yl człowiekiem bez rodziny samotnie żyjący ? Wyjsc z długu , odkładaj pieniadze ale nikt nie mówi czy zeby w ścianie na to pozwolą. Pieknie pisać młodzi ludzie potrafią, zarabiać na książkach Podcastach i tłumaczyć jak zarabiać na forexie,ale to wszystko sa brednie,moze pomogą ludziom młodym , którzy maja wsparcie i zaczynają życie by błędów nie popełnić,ale gdzie rada dla tych starych bardzo chorych ludzi, którzy chcą jak każdy jeszcze żyć. Nie daje się tym ludziom żadnych szans. Mam Tobie Marcinie opowiedzieć moja Historię to jakbym Ci opowiedziała moja historię to byś mial roboty tyle przypisaniu książek,ze nie musiałbyś sie zajmować pisaniem blogów przez pare lat. Szkoda ,ze wszyscy co radzą nie potrafią odpowiedzieć na emaile by podać chociaż adres do jakis instytucji która faktycznie miała chec pomocy takim podobnym zadłużonym ludziom, tylko jest pytanie zapłać znamy juz odpowiedz na twoje pytanie, a biedak chciałby zaplacic a nie ma jak i z czego, wiec odpowiedzi tez nie będzie. Jednak jak chleba nie kupi nie zaplaci następnej raty bo chce się dowiedzieć odpowiedzi na zadane pytanie i rozwiazac problem otrzymuje ze wstawionymi dwoma zdaniami skopiowane paragrafy z dziennika Urzędowego czy podobnych ogłoszeń, tak wygląda pomoc ludziom zadłużonym, Książce ślicznie to wszystko wygląda , ale życie jest zyciem

  2. Super, że poruszyłeś ten temat. Byłem zadłużony po uszy. Jeden kredyt, drugi, zaległości wobec ZUSu, US, leasing, ugoda z poprzedniego leasingu… Działo się… Poziom miesięcznych zobowiązań ze spłat w wysokości 105% dochodu. Najgorsze, że ostatni kredyt wziąłem bo…. czułem, że grunt mi się pali pod nogami i muszę szybko brać, bo za chwilę nikt mi już nie da.
    Pomogło najpierw utwardzenie d…, tj. przestrzeni międzybiodrowej 😉 i stanowcze informowanie windykatorów/komorników, że zacznę im spłacać gdy przestanę płacić coś innego i mogą sobie dzwonić i oddawać sprawy do sądu do woli. Spłacanie po kolei. Teraz prawie jestem na czysto. No i teraz…
    Moim zdaniem takim kredytem z gatunku sensownych są raty 0% (bez ubezpieczeń i innych prowizji. Czyste 0). Nie wiem, czy nadal są takie w sklepach z elektroniką. Kiedyś były. Odsetki są wliczone w cenę produktu, którą i tak zapłacę, nikt mi nie da zniżki tylko z powodu płatności gotówką. I tylko tli się we mnie wątpliwość czy nie lepiej być ortodoksem, by nie zrobić z siebie znowu „ugotowanej żaby” prędzej czy później.

    • Serio nie targujesz się gdy płacisz gotówką? Rozumiem płacąc kartą, ale gotówką? 😉 Prawie zawsze na takich zakupach oszczędzam 50-100zł, tylko faktem, że się zapytałem. Nie tylko z elektroniką. Kupiłem tak tez rower, też najpierw gadał sprzedawca, może Pan wziąć na raty, albo pożyczkę, a ja spytałem… a nie mogę jak człowiek gotówką? A facet: noo rzadko tak się kupuje, ale jak chce Pan gotówką to nawet mogę Panu rabacik dać. I rower miałem 2stówy taniej. 🙂

      • Nigdy tak nie robiłem, pewnie dlatego, że mam świadomość dodatkowych prowizji dla sprzedawcy z tytułu kredytu. Z drugiej strony, rzadko kupowałem za gotówkę. Dopiero kończę porządki z finansami. Spróbuję przy najbliższym zakupie 🙂

    • Hej Michał,

      Gratuluję serdecznie uporania się z długami 😉

      Co do rat 0% – jak słusznie zauważyłeś, mogą mieć sens, choć zwykle faktycznie okazuje się, że 0% nie oznacza 0zł kosztów 😉
      Opóźnienie w spłacie jednej raty i… nagle pojawiają się koszty – i to spore. Na etapie budowania historii kredytowej w BIK to może być sens, ale trzeba dokładnie wczytać się w umowę (i tu pytanie: czy nie szkoda Twojego czasu na tę całą papierologię?)

      Najważniejsze jednak, aby nie kupować czegoś, co nie jest potrzebne, tylko dlatego, że jest na raty 0%.

      • Cześć Marcin,

        W przypadku konsumpcji (jednak lubię od czasu do czasu przemyślany prezent zrobić sobie lub bliskim) wolę odłożyć gotówkę (czyli móc kupić za gotówkę), ale i tak wziąć 0%.

        Stosuję proste zasady:
        – rata do 20% przychodu;
        – nie wydłużam kredytowania ponad 10 rat, czyli max 2 pensje

        Te dwie pensje cały czas, nieruszane, leżą sobie w „słoiku” własnie temu przeznaczonym. Więcej nie wydaję na przyjemności, nie mam takiej potrzeby.

        Dlaczego? Nie muszę tej kwoty „znikać” z oszczędności. Wolę więc zablokować część oszczędności niż się ich pozbyć. Oczywiście w ten sposób kupuję tylko takie dobra, które i tak planuję kupić prędzej czy później.

        Nie, nie mam rat 12 miesięcy w roku, a 10 rat to max, zwykle 4-6.

        Nie kredytuję wycieczek, wakacji (na to mam oddzielny „słoik”), mimo że przez to nie wyjeżdżam co roku.

        Hipotecznych nie planuję w ogóle. No, przynajmniej w najbliższych latach. Wybrałem swobodę pod tym kątem i brak długotrwałych zobowiązań finansowych. Bycie wynajmującym nie kręci mnie w ogóle, więc się nie pcham na ten teren. Nie ma nic gorszego niż zarabiać w sposób, którego się nie lubi.

        Mogę, a raczej muszę w ten sposób, bom na dorobku z aktualną poduszką w przedziale 6-9 mcy (w zależności czy liczyć minimum obecnych wydatków i zaciśnięcie pasa (9 mcy) czy wydatki takie jak obecnie (wtedy 6).

        • „…odłożyć gotówkę (czyli móc kupić za gotówkę), ale i tak wziąć 0%”

          Gdzie sens, gdzie logika? Skoro masz odłożoną gotówkę, to czy nie łatwiej po prostu kupić za gotówkę – i mieć sprawę z głowy? Nawet jeśli ten kredyt to rzeczywiście czyste zero procent – to jednak trzeba pamiętać itp. A co się zyskuje? Nic.

          • Ja widzę kilka plusów kupowania na raty 0%:
            – mając odłożoną gotówkę, nie muszę jej przeznaczać na zakup telewizora, tylko pieniążki leżą na lokacie i zarabiam. W obecnych czasach oprocentowanie lokat jej niestety bardzo niskie, więc te zyski, nie oszukujmy się, nie są spektakularne. Ale może ktoś potrafi lepiej to zainwestować?
            – jeżeli ktoś mozolnie budował fundusz bezpieczeństwa, ma już odłożone troszkę większe oszczędności – w końcu przychodzi czas na konsumpcję. Ze względów psychologicznych nie chciałbym wydawać wszystkich pieniędzy oszczędzanych cały rok na telewizor. Wolę płacić małą ratę z wynagrodzenia. To w pewnym sensie też jest forma zabezpieczenia. Jeżeli za kilka miesięcy będę potrzebować pieniędzy – będę miał je na koncie a nie zamrożone w kupionej lodówce za gotówkę;
            – jeżeli ktoś chce zbudować historie kredytową to w tym przypadku ma to za 0 zł:)

            Sam planuję za niedługo zakup na raty 0% właśnie z tego względu, że nie chce tak szybko pozbywać się długo odkładanych pieniędzy.

      • Cześć Marcinie,

        Ja kupiłem laptop (z którego piszę) na przysłowiowe raty 0%. Z kilku powodów.
        1. Za płacenie kartą była prowizja 3% (skąd oni to wzięli w dzisiejszych czasach to nie wiem).
        2. Musiałbym lecieć do bankomaty i wypłacać tą kwotę (patrz punkt 1).
        3. Za płatność gotówką nie było żadnego rabatu.
        Niemniej jednak był to zakup przemyślany, obejrzany i dopiero po kilku dniach kupiony.

        Ale i tak nie mogę się doczekać, jak go spłacę.

    • Michał, gratuluję! Takie wpisy dają mi nadzieję, że można, choć ja mam ogromną kwotę do spłaty i właśnie zaczęły się moje problemy. Limit w koncie firmowym – napisałam wniosek o restrukturyzację i czekam na odpowiedź, z windykacji już wydzwaniają… w tym samym banku mam leasing na pojazd specjalistyczny, pożyczkę firmową – coś jak obrotówka oraz prywatnie dwa kredyty hipoteczne jeden w złotówkach, a drugi w euro. I już postanowiliśmy z mężem oddłużanie (dzięki Marcinowi i Michałowi Szafrańskiemu) – metoda śnieżnej kuli mogłaby zadziałać, ale na trzy lata i tak jesteśmy zablokowani, bo musimy spłacać duże raty leasingu, pożyczki firmowej, a teraz nie wiadomo co będzie z limitem w koncie… Pit za 2016 rok wyszedł dużo gorszy, więc bank zaproponował restrukturyzację, ale nie wiem, czy się dogadamy, bo wstępne warunki są dla mnie nie do przyjęcia – straciłabym wszystko, moja działalność gospodarcza tego nie wytrzyma… Mamy z mężem plan – nie wiem czy słuszny – aby mąż otworzył działalność gospodarczą (mamy rozdzielność majątkową) i dostanie z tego tytułu 50 tys. z Urzędu Marszałkowskiego niskooprocentowaną i można spłacać po roku – będzie wspierał moją działalność, żebym mogła prosperować, chociaż przez jakiś czas. Chcę być wiarygodna dla banku, mam zobowiązania, no i musimy więcej zarabiać, bo inaczej po nas… Doradzajcie kochani, co o tym myślicie?

  3. Bardzo mądrze opisane ja rok temu spłaciłem wszystkie kredyty jakie miałem i czuje się o wiele bezpieczniej.
    Zawsze czujemy na sobie jakieś długi, po spłacie tych nawet irytuje mnie spłata abonamentu za telefon 🙂
    Swoją drogą poszukuję doświadczonego jak i początkującego rentiera do wymiany spostrzeżeń na temat najmu i kredytów. Jeśli ktoś chciałby wymienić się ze mną informacjami, a mam sporo pytań, proszę pisać na maila
    Pawelkami90@gmail.com

  4. Wziąłem kiedyś (ponad dwa lata temu) kredyt konsumpcyjny, z którego jestem bardzo zadowolony.
    Bank, dzięki któremu na raty kupiłem dość dobry aparat fotograficzny, chciał zareklamować swoje usługi i miał krótką promocję – oprocentowanie naprawdę 0%.
    Mogłem cieszyć się aparatem o 10 miesięcy wcześniej – zrobiłem przez to mnóstwo o wiele lepszych zdjęć, niż gdybym tego aparatu nie zmienił.
    Taka okazja jednak bardzo rzadko się zdarza. Jak się komuś zdarzy – warto skorzystać.
    Oczywiście, gdybym miał przepłacić za aparat, dorzucając jakiś procent bankowi, nie zrobiłbym tego.

    • Hej Zbyszek,

      Jest jeszcze jeden sposób na to, by nie czekać 10 miesięcy: kupić za gotówkę 😉
      Szybciej, wygodniej i bez zbędnych ryzyk…

      • Marcin,
        Sposób, o którym napisałeś, w moim odczuciu jest gorszy – wszystko zależy od okoliczności.
        1. Jeżeli masz całą potrzebną na zakup gotówkę, a może Tobie ktoś rozłożyć płatność na 10 nieoprocentowanych rat, niewydane od razu pieniądze mogą leżeć na rachunku oszczędnościowym – w ten sposób można sobie trochę potanić zakup. Ta procedura trwałą bardzo szybko i była wygodna.
        2. Tamtego sposobu użyłem, gdy pracowałem w firmie 100% wypłacalnej, w której miałem absolutną pewność, że pieniądze w stałej kwocie co miesiąc otrzymam na konto. Dlatego nie istniało ryzyko nieterminowej spłaty każdej z rat.
        3. W tamtym czasie nie miałem wolnej gotówki w kwocie umożliwiającej zakup aparatu, ale mogłem sobie pozwolić na odłożenie co miesiąc 1/10 kosztów jego zakupu.
        4. Gdybym najpierw oszczędzał, a potem kupił, nie miałbym wielu tak dobrych zdjęć z ciekawych miejsc, które odwiedziłem w trakcie tych 10 miesięcy. A po terenie trochę się włóczę…
        Oczywiście, to co piszesz, w ogólności jest rozsądne. Natomiast czasami trafi się ekstra okazja, z której warto skorzystać.

    • Zakup na raty to nie tylko kwestia kosztów. To głównie kwestia bezpieczeństwa czy będzie cię stać na zapłacenie raty. Różne rzeczy się zdarzają i brak możliwości zapłaty raty generuje ryzyko i dodatkowe koszty.

  5. Kredyt na podniesienie kwalifikacji, zdobycie nowej sensownej i zyskownej wiedzy. Niekiedy nie mamy środków na dobre certyfikaty np. CIMA, MBA a one mogą (choć nie muszą ) poprawić nasze dochody. To taki kredyt inwestycyjny w siebie. Chociaż ja osobiście wolę rozwijać się za gotówkę. Tak jestem ortodoksem 😉 .

    • Hej Artur,

      Ciekawy temat z tą „inwestycją w siebie”.
      Tutaj najważniejsze jest, co tak naprawdę finansujemy. Branie kredytu na certyfikat, który nie daje niczego, poza mało istotnym skrótem w CV, to dla mnie kanał.
      W ten sposób tracimy podwójnie:
      – czas i energię na zdobycie zbędnego certyfikatu,
      – pieniądze na jego sfinansowanie 😉

      Warto przeprowadzić wcześniej szczerą rozmowę z pracodawcą – o ile wzrośnie nasze wynagrodzenie, gdy przyniesiemy taki czy inny certyfikat. Wiele osób może się zdziwić, jak mało istotne są niektóre „papierki”. Co więcej – jeśli certyfikat jest przydatny – można poprosić pracodawcę o jego sfinansowanie. Może być o to łatwiej niż o podwyżkę, a w sumie na jedno wychodzi.

      • W moim zawodzie dodatkowe kwalifikacje w bardzo wymierny sposob przenosza sie na wyzsze zarobki i lepsze propozycje pracy, ale ich podnoszenie wiaze sie nieraz ze sporymi kosztami (studia podyplomowe lub kursy branzowe). U obecnego pracodawcy nie mam szans na sfinasowanie studiow podyplomowych, ale na biezaco sledze rynek pracy w mojej branzy i uwazam, ze tu inwestycja moze mi sie oplacic. Wszystko wiec moim zdaniem zalezy od branzy i od tego, czy placimy tylko za „papierek”, czy tez faktycznie podniesiemy swoje kwalifikacje. Wiedza jest dla mnie dobra inwestycja.

  6. Trzeba przyznać, Marcinie, że jesteś bardzo ortodoksyjny odnośnie zaciągania kredytów, masz w tym dużo racji, ale też trzeba pamiętać, że kredyty dają możliwość szybszego tzw. awansu społecznego, wiele osób dzięki temu jeździ samochodami, kupuje w młodym wieku mieszkanie czy realizuje swoje pasje lub biznes, wszystko musi się odbywać w granicach rozsądku i dopóki jest stabilna praca lub zawód gwarantujący szybką zmianę oraz zdrowie mamy nad tym kontrolę, w końcu banki też muszą na czymś zarabiać i wypłacać pensje pracownikom 😊 bank nie zarabia na lokatach, tylko na kredytach 😊

    • Cześć Fashionandcash,

      A co, jeśli stabilna praca się kończy???… A długi zostają? Jak wtedy wygląda „awans społeczny”?

      Własnie takie podejście prowadzi ludzi do sytuacji, w której uganiając się za iluzją „awansu społecznego” robią z siebie współczesnych niewolników harujących na raty.
      Polecam Ci serdecznie artykuł „Finanse osobiste według Kena i Barbie” – piszę tam więcej, co myślę, o tym „społecznym awansie”.
      http://marciniwuc.com/finanse-osobiste-wedlug-kena-barbie/

      Ja dostrzegam ogromną różnicę pomiędzy człowiekiem, który „wygląda jak bogaty” – bo żyje na kredyt, a człowiekiem, który „jest bogaty” – bo nie ma długów, tylko oszczędności.

      Dla mnie spłacona hipoteka jest lepszym symbolem statusu, niż czerwone BMW na kredyt 😉

    • Przecież Marcin pisze, ze kredyt na mieszkanie ma sens. Kredyt na realizowanie pasji? Jesli to naprawde pasja to znajdę na nią pieniądze bez zadłużania się. Jeśli nie to może po prostu jest za droga. Na przykład nie mam co udawać, że pasją dla mnie żeby być koleksjonowanie dzieł uznanych artystów.

    • „…kredyty dają możliwość szybszego tzw. awansu społecznego, wiele osób dzięki temu jeździ samochodami, kupuje w młodym wieku mieszkanie”

      A to każdy buc musi mieć samochód? Albo mieszkanie tuż po studiach?? Wszystko zaraz, od razu, już, bo awans społeczny, bo człowiek w samochodzie lepszy od człowieka w tramwaju, tak?

      Strasznie mnie takie argumenty wpieniają – nawet trudno mi to ukryć. Dlatego, zamiast kontynuować wywód, podeprę się klasyką:

      Ledwie szlachcic na wioszczynę
      Z pękiem długów się wydrapie –
      Już mieć musi komisarza.
      Dziw się potem, gdy się zdarza,
      Kto da więcej!”
      A jak krzykną po raz trzeci,
      Jakby z procy szlachcic leci
      I do swego komisarza
      Idzie w służbę za szafarza.

      Już Aleksander hr. Fredro ponad 200 lat temu wiedział, że „kredyt umożliwiający awans społeczny” to prosta droga do pętli zadłużenia…

    • Tzw.awans społeczny jakkolwiek to rozumieć nie musi być poprzez branie kredytu,to jest proste jak drut i jasne jak słońce

    • Zdrowie nad którym mamy kontrolę powiadasz. …. bardzo optymistyczne przyjmujesz założenia tylko po to aby kupić i mieć więcej niż to na co Cię naprawdę stać.
      Złudne poczucie awansu społecznego przez posiadanie rzeczy – to chyba trochę kompleksy i budowanie fikcji.

  7. Ja mam 2 karty kredytowe, kredyt na zakup mebli i kredyt hipoteczny. Priorytetem dla mnie na dzień dzisiejszy jest spłata kredytu hipotecznego, oprocentowanego 4,13%, rata to niecałe 300 zł miesięcznie z czego prawie połowa to odsetki. Karty kredytowe z których często korzystam spłacam w terminie 100% wydanej kwoty więc nie mam żadnych opłat, żadnych odsetek. Kredyt na meble 50×0% nie ma żadnych dodatkowych kosztów

      • tak, gdybym dziś stracił pracę mógłbym rok żyć bez podejmowania nowej. gdybym chciał to spłacił bym tą hipotekę od razu…wtedy nie wiele by mi zostało na tzw. „czarną godzinę” ale jeszcze bym trochę miał…zresztą likwidując 1 polisę inwestycyjną mógłbym tą hipotekę spłacić ale jak na razie ta polisa zarabia więcej jak odsetki od tego kredytu

          • nie na darmo czytam Twojego bloga od ponad roku 🙂 może nie wszystko jest w 100% wg twoich wskazówek ale bilans prowadzę na bieżąco i analizuje każdą złotówkę

    • Czyli masz około 44 tysiące kredytu hipotecznego, jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby od 44 tysięcy na polisie inwestycyjnej dostawać 4,13% więc z pewnością lepiej spłacić ten kredyt, tym bardziej, ze teraz stopy są niskie więc w przyszłości kredyt będzie kosztował wiecej

  8. właśnie dziś na swoim blogu opublikowałem wpis o moim podejściu do zadłużania się, a staram się iść przez życie z zasadą, że NIE KUPUJĘ RZECZY, NA KTÓRE MNIE NIE STAĆ. W myśl tej zasady nie korzystam z głupich kredytów konsumenckich i odradzam kupowanie na raty, czy wspomagadnie się limitem na karcie kredytowej tylko po to, aby kupic rzeczy, które są dla nas za drogie i na które nas tak naprawdę nie stać. To że odwlekamy płatność w czasie nie oznacza, że nie będziemy musięli ponieć kosztów zakupu.
    Tak jak ty nie twierdzę, że wszytskie kredyty są złe. Sam mam kredyt na mieszkanie, ale kredyty zaciągnięte na przyjemności, czy zaspokojenie próżności są totalną głupota. Tego powinniśmy się wystrzegać.

        • To są takie dobre rady które nic nie znaczą. To czy coś jest potrzebne o przydatne jest rzeczą subiektywną.
          Możesz nawet jeść mniej i mieszkać czasowo u rodziny. ……
          Konkretna zasada to nie wydawać pieniędzy których nie masz (wyjątek kredyt na małe ! mieszkanie )

  9. Hehe, zastanawiam się czy to pisać, ale co tam. Mam prawie 31 lat i prawie milion złotych. Tylko, że nie po tej stronie zera co trzeba 🙂

    Pracuję na etacie, mam 3 kredyty hipoteczne. 2 z nich póki co same się spłacają (wynajem). Trzeci, ten największy, będę spłacał sam. Jest na dom, ale nie ten wymarzony. Na dom z rozsądku. Jest w nim sklep spożywczy, który będzie prowadzić żona (zwolniła się z „bezpiecznej” pracy na etacie, umowa o pracę na czas nieokreślony). Dodatkowo jest perspektywa na postawienie tam billboardów, z których będą dodatkowe zyski (a które nie będą zakłócały naszej przestrzeni 🙂 ).

    Główne oczekiwania przy zakupie tego domu to podwyższenie dochodów, miejsce do wygodnego życia dla mnie, żony, córki i dwóch psów (pies w bloku – stanowczo NIE polecam) oraz miejsce – przystań – punkt startowy do rozwoju dalszej działalności (spora działka do dalszych manewrów). Sklep to tylko początek. Jestem dobrej myśli, ale mam też plan na gorsze czasy.

    Na ten wymarzony dom jeszcze przyjdzie czas. W końcu ledwo przekroczyłem 30stkę 🙂

    Dużo by gadać, głowa aż kipi od pomysłów. Powodzenia wszystkim i nie bójcie się marzyć i walczyć o swoje!

    • Hej Krzysiek,

      Trzymam kciuki. W Twoim wieku miałem ponad 2 mln po tej „drugiej stronie” 😉

      Mam nadzieję, że masz wszystko dobrze policzone, a sklep spożywczy i billboardy wygenerują nadwyżki, na które liczysz.

      Trzymam z całej siły kciuki 🙂

      • Cześć Marcin,

        Czytam Twojego bloga od jakiegoś czasu ale nie wiedziałem, że miałeś tak duży dług. Nie byłem pewny czy Twoje rady dotyczące spłaty kredytów, zaznaczę bardzo cenne, są podparte praktyką. Rozumiem, że pozbyłeś się zobowiązań. Gratulacje!

        Z perspektywy czasu uważasz, że warto było się tak zadłużać? To był czas w którym myślałeś jedynie o szybszej spłacie, nawet kosztem zysków? Czy raczej podszedłeś do tego z odpowiednim dystansem.

        Pozdrawiam

        • Hej Kuba,

          Tak, już dawno wszytko pospłacane (łącznie z kredytem hipotecznym na mieszkanie, w którym mieszkamy).
          Z perspektywy czasu: nie – nie warto było tak się zadłużać 😉

          Nie było dystansu. Był stres. Ale to na szczęście dawne dzieje…

          • Marcinie, wiem, że nie łatwo wracać do złych emocji, ale bardzo proszę, opisz koniecznie, jak wyszedłeś z takiej pętli, jak dałeś radę psychicznie – u mnie 1,7mln i jak pisałam wyżej, jeśli bank zgodzi się na restrukturyzację limitu, to może damy z mężem radę, ale jeśli nie, to możemy stracić wszystko co mamy…

  10. Hej! A co z leasingiem na samochód przy działalności ? Mam na myśli taką prace gdzie odpowiednie auto budzi u klienta zaufanie? Łatwiej zdobyć klienta i dzięki temu działalność ma szanse na szybszy rozwój? Pozdrawiam.

    • Karola, chyba sama odpowiedziałaś sobie na pytanie – jeśli auto jest po to, aby „wzbudzić zaufanie” czyt. „na pokaz”, to chyba coś jest nie tak. No chyba że prowadzisz salon sprzedaży aut, wtedy faktycznie słabo byłoby jeździć starym fiatem seicento 😀

    • Karola,

      Uważam, że zaufanie klienta budzi dobry sprzedawca, a nie dobre auto.

      Ale sprzedawcy tłumaczą to inaczej, bo lubią jeździć dobrymi autami 😉 Nawet za cenę miesięcznych rat…

  11. Marcinie, nie jesteś ortodoksem. Ortodoks nie uznaje kompromisów i nie weźmie kredytu. Ortodoksem jest mój kolega, który na budowę domu pożyczył od rodziny o wiele więcej niż wynosi przeciętny kredyt hipoteczny. Z własnych środków wyłożył o wiele więcej. Dziś mieszka już u siebie, meble w drodze, jedynie plac do zagospodarowania. Wiem ile go to kosztowało. Pracuje od kilku lat po 80 godzin tygodniowo i nie raz padał na twarz. Pytałem go czemu się tak zajeżdża i czy nie woli wziąć kredytu na 30-40% LTV, żeby na spokojnie dokończyć budowę. Zasugerowałem, że może być to krótki kredyt nawet na 3-4 lata, dostanie super warunki i koszty będą relatywnie niewielkie. Odmówił grzecznie, acz stanowczo. Stwierdził, że dziś ma pracę i dobrze zarabia, a za dwa lata może być zupełnie inaczej. Poza tym nie znosi kredytów, nigdy nie był zadłużony (poza jednym 0% dawno temu) i po kredyt do banku nie pójdzie. Uważa kredytu za szkodliwe dla własnych finansów i woli pożyczyć od rodziny, ponieważ ma taką możliwość. Gdyby jej nie miał, budowałby dłużej.

    Podzieliłbym kredyty nie tyle na dobre i złe, co na korzystne dla nas lub szkodliwe.

    Kredyt hipoteczny (w ujęciu finansowym) – Skrojona na miarę hipoteka może być korzystna. Niski LTV, niska marża, niska rata w porównaniu z kosztem najmu – z każdą spłaconą ratą takiego kredytu zwiększamy wartość netto (spłacony kapitał) w porównaniu z sytuacją, gdybyśmy wynajmowali. Jeżeli odwrócimy parametry i raty byłyby wysokie vs niski koszt najmu, kredyt mógłby być szkodliwy. Można porównać ile czynszów jest warte mieszkanie. Im więcej czynszów, tym bardziej opłacalny staje się kredyt.

    Kredyt na konsumpcję – Co do zasady szkodliwy

    Kredyt na inwestycje – Zależy, czy kredytobiorca jest dobrym inwestorem. Ponieważ nie ma środków na inwestycje, istnieje domniemanie, że nie ma na tym polu istotnych sukcesów.

    Kredyt konsolidacyjny – finansowo sprawa bardzo indywidualna, wymagająca dokładnego porównania wszystkich zobowiązań przed i po konsolidacji. Co do zasady, kredyt, to kredyt, a skoro finansował konsumpcję ma zabarwienie mocno niekorzystne.

    Przykłady korzystnych kredytów.
    – Taksówkarz z Warszawy bierze w leasing Priusa. Celowo podaję przykład droższego auta. Nie ma tańszych w eksploatacji taksówek w dużych miastach niż właśnie Priusy.
    – Fotograf kupuje sprzęt, dzięki któremu będzie mógł poszerzyć zakres swoich usług. To kredyt dla działającego już przedsiębiorcy z doświadczeniem, a nie „10000 na start”
    – Kowalski bierze kredyt na instalację LPG do swojego auta. Koszt odsetek jest kilkakrotnie niższy niż oszczędności przy dystrybutorze.
    – Nowakowi zepsuł się telefon. Przy okazji podpisywania nowej umowy z operatorem wybrał telefon z wyprzedaży z ubiegłego roku. Całkowity koszt telefonu w abonamencie, czyli de facto ratach kredytu jest niższy niż zakup w sklepie. Telefon nie jest szczytem marzeń, ale spełnia swoją rolę i był „prawdziwej promocji”. Do tego na raty.

    • Cześć eMCI,

      Bardzo lubię te Twoje komentarzowe „rozkminy” 😉

      No tak – jeśli ja jestem ortodoksem, to Twój kolega jest prawdziwym fundamentalistą 😉

    • A zadłużenie u rodziny to nie jest forma kredytu?
      Chyba tylko wtedy kiedy można go nie oddać. Zadłużenie jest zadłużeniem.

  12. Ja bym dodała zadłużenie na bardzo dobre studia. Zagraniczne są często drogie i nie zawsze da się w całości pokryć stypendiami itp. a otwierają wiele drzwi i przede wszystkim głowę 😉

    • Cześć Emma,

      Zgoda 😉

      Z zastrzeżeniem, że studia takie studia faktycznie dają REALNE szanse na znacznie wyższe zarobki, pieniądze a kredytu idą faktycznie na studia (tuition fee + accommodation), a nie na finansowanie „studenckiego stylu życia” 😉

      Swoją drogą kiepska sprawa zaczynać życie po studiach z ciężarem długów na plecach…

  13. Długość to długo i naprawdę trzeba dobrze policzyć wszystko. Ja ładnych kilka lat temu miałem kredyt inwestycyjny, ale pod zabezpieczenie własnych środków. Wychodziło duuużo taniej niż hipoteka. To był 2008. Kredyt na 5 lat, miałem spłacić w max 2 lata. Jedyne czego nie przewidziałem to załamanie rynku. Co z tego że kredyt był tani, skoro powstały zobowiązania wobec ZUS czy US. Końcowy bilans bardzo niekorzystny. Trzeba było sprzedać majątek firmy, zamknąć działalność i znaleźć pracę aby wyjść na prostą.

  14. Nie wyobrażam sobie nie brać kredytu na samochód – inaczej jeździlibyśmy starymi rupieciami, co grozi większa utrata zdrowia lub życia w razie wypadku. Autor naprawdę woziłby swoje dzieci 20 letnim gratem ?
    Ja dziękuje za takie porady.

    • Jasio,

      Nie, wożę dzieci bardzo dobrym samochodem kupionym za gotówkę.
      Czy naprawdę potrzeba wielkiej wyobraźni, aby nie brać kredytu na tracący na wartości samochód?…

        • Tak, bo to jest taka magiczna pięćsestka. Jedna, którą da się jednocześnie przepic, kupić za nią samochód i jeszcze pojechać nad morze, żeby powkurzać swoją obecnością celebrytów 🙂

          Mamy tysiaka z tego programu i nie mamy samochodu.

  15. Marcinie, nie napisałeś jeszcze o pożyczce na odzyskanie zdrowia. Są sytuacje, w których NFZ nie finansuje leczenia. Ja sam tego doświadczyłem. Do pewnego momentu finansowałem leczenie z zarabianych pieniędzy. W pewnym momencie jednak okazało się to za mało i musiałem wziąć pożyczkę w banku. Tutaj nie ma miejsca na rozważania, czy kredyt jest zły lub dobry. To po prostu jest konieczność. Kredyt ten jest jednocześnie inwestycją we mnie. To, z czym się zmagam, powoduje duże zmęczenie. To sprawia, że nie jestem w stanie pracować więcej. Całą energię i cały swój czas, poza niezbędnymi przerwami na odpoczynek, poświęcam na pracę. Wykonuję ją trzy razy dłużej niż kiedyś. Dojście do pełnego zdrowia spowoduje, że będę mógł więcej zarabiać.

    Jak widać, są przypadki, gdzie dobrze jest wziąć kredyt, a kiedy nawet jest to konieczne. Nie wiem, czy pisałeś o tym, jak z głową brać kredyt, jaki wybrać, z którego banku. Ja przedzwoniłem do wielu i dzięki temu znalazłem bardzo tani, jak na kredyty najczęściej oferowane na rynku – w Citi Handlowym. Otóż całkowity koszt kredytu (jest na 6 lat), prowizja i odsetki, wyniósł 27%. Przy takim okresie kredytowania w większości banków koszt ten wynosi od 40 do 50%. I tu ważna rzecz. Został wprowadzony jakiś czas temu, dla ochrony konsumentów przed wprowadzaniem ich przez banki w błąd, wskaźnik RRSO – rzeczywista roczna stopa oprocentowania. Jednak nie informuje on o rzeczywistym koszcie kredytu. Na niego składa się oprocentowanie (i tu ten wskaźnik sprawdza się – podaje rzeczywistą roczną stopę, dzięki czemu można porównać oprocentowanie między bankami) oraz prowizja, zwana czasami opłatą przygotowawczą. Wynosi zwykle około 1 tys. zł. Jeśli ktoś bierze kredyt na 5 tys., to jest to bardzo istotny element pożyczki, znacznie podwyższający jej koszt. Jedynym sposobem na obliczenie rzeczywistego kosztu kredytu jest zsumowanie wszystkich rat i odjęcie kwoty, jaką pożyczamy od banku, jaką bank przelewa na nasz rachunek do naszej dyspozycji. Trzeba też uważać na ubezpieczenie. Banki nieźle na nich zarabiają, bo jego koszt przy kredycie 5 tys. zł też wynosi około 1 tys.! Często banki podają tylko oprocentowanie i wielkość raty nie informując, że w kredycie zawarte jest ubezpieczenie. To wychodzi dopiero na etapie procedury zawarcia umowy. Z tego powodu warto na początku się zapytać, czy rata i oprocentowanie są wyliczone z ubezpieczeniem. Jeśli tak, to warto poprosić o wyliczenie bez ubezpieczenia.

    Jedną z pułapek, która powszechnie jest stosowana przez banki, jest konsolidacja. Zachęcają do przeniesienia do nich kredytu mamiąc niższą ratą, a już nie mówią o tym od razu, że jest ona niższa przez dłuższy okres kredytowania, czyli spłacania. Tymczasem taki skonsolidowany kredyt jest najczęściej droższy od poprzedniego, bowiem doliczana jest prowizja. Zostawiając kredyt w dotychczasowym banku nie płacimy jej – zapłaciliśmy ją już raz na początku, gdy braliśmy kredyt.

    • Hej Tomek,

      Nie wiem, o jak wielkiej kwocie piszesz.
      Jednym z powodów, dla których mamy zbudowaną bardzo duża poduszkę bezpieczeństwa, są właśnie sytuacje jak ta, którą przytoczyłeś…

      Życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia i jeszcze szybszego pozbycia się kredytu…

      1000 zł na 27% pożyczony na 6 lat = 4 195 zł do oddania…

      • Całkowity koszt kredytu wyniósł 27%, czyli z pożyczonego 1000 do oddania będzie 1270, w tym wszelkie opłaty i odsetki, a nie 4195.

      • 1000 zł na 27% pożyczony na 6 lat = 4 195 zł do oddania… – czyli przyjąłeś jako RRSO 27%? RRSO wynosi niecałe 5%, 27% to koszt kredytu (odsetki i prowizja) za cały okres kredytowania. Od 1000 zł to 270 zł do oddania.

        Skoro już piszę ten komentarz, to odniosę się też do kwestii poduszki bezpieczeństwa. Świetny wynalazek. oprócz zalet, ma też wadę – nie rośnie na drzewach 😉 Bardziej poważnie, trzeba mieć z czego ją stworzyć. Nie zawsze jest to możliwe.

        • Hej Tomku,

          Dziękuję – faktycznie założyłem RRSO – mój błąd. Teraz zdecydowanie wygląda lepiej.

          Co do poduszki bezpieczeństwa – tworzy ją się tak samo, jak spłaca kredyt: W RATACH.
          Jeśli ktoś potrafi w domowym budżecie znaleźć środki na spłatę rat, dlaczego nie może znaleźć tych środków na tworzenie poduszki bezpieczeństwa?… 😉

        • 270 wszystkich kosztów przez 6 lat przy pożyczonym 1000? Podzielisz się linkiem do oferty? Przecież to jak pożyczyć na 9,9% bez żadnych kosztów. Brzmi jak dług na bez kosztowej karcie kredytowe,=j.

  16. Sensowne kredyty to wg. mnie:

    – raty zero procent (prawdziwe zero!) – jak się buduje swoją zdolność kredytową to warto korzystać. Generalnie to niezłe rozwiązanie, ale ja z niego korzystam tylko w jednym przypadku – cała suma na zakup i tak jst uzbierana i leży odłożona na koncie oszczędnościowym.

    – kredyt na mieszkanie. Przy obecnych relacjach między wysokością raty (+czynsz) a wynajmem (piszę o realiach warszawskich) to jak najbardziej sensowne rozwiązanie. Jeden kredyt mam już spłacony po sprzedaży mieszkania, własnie biorę drugi. Rata około 1500 zł + 700 czynsz, a za wynajem takiego mieszkanai musiałabym zapłacić około 4 tysięcy. A tak to każda rata buduje jednak majątek.

    – kredyt inwestycyjny tylko przy bardzo dokładnym policzeniu zysków i bezpieczeństwa. I po zastanowieniu się, czy naprawdę ta iwnestycja musi byc tak wysoka.

    • A po co ci zdolność kredytowa jak nie zamierzasz brać kredytów? To raczej wymówka abyś korzystać z kredytu na konsumpcję.

  17. Marcinie,
    uważam iż jest jeszcze jeden rodzaj kredytu wartego uwagi.
    Kredyt na siebie i podnoszenie swoich umiejętności. Sam jestem w trakcie jego spłacania. Wziąłem go by opłacić studia podyplomowe- oczywiście jeśli ktoś posiada gotówkę to najlepiej zapłacić za nie od razu za swoje. Ale jeśli jest możliwość zaciągnięcia taniego kredytu (ja akurat mam pożyczkę z pracy, która jest na prawdę oprocentowana na 0%) na wzrost swoich umiejętności poprzez szkolenia, studia czy też certyfikaty, które w przyszłości mogą zwiększyć nasze przychody to jest to warte rozważenia.

    • Hej Mateusz,

      Jak już pisałem powyżej – zgadzam się, o ile takie studia faktycznie przyczyniają się do zwiększenia zarobków, a nie są tylko notką w CV.

      Osobiście za edukację płacę zawsze gotówką 😉

  18. Cześć,
    trochę zgadzam się z przedmówcami, że kredyty z ratą 0% może nawet mają sens. Parę razy jednak się przymierzałam do tego, ale jednak nigdy nie skorzystałam. Od kilku lat (odkąd zaczęłam czytać Szafrańskiego i Ciebie Michał), zaczęłam prowadzić budżet i odkładać część zarobków. Od tych kilku lat zawsze mam jakieś oszczędności, obecnie jest to tylko ok. 20 tys + ok. 5 tys, które pożyczyłam partnerowi. Do tego liczę wkrótce na sprzedaż mieszkania, z którego po spłacie kredytu, zostanie mi ok. 35-45 tys. Liczę te oszczędności skrupulatnie, bo za ok. rok zostanę bez pensji, jak tylko zakończę urlop macierzyński. Niestety wyprowadziłam się do innego miasta i będę miała za daleko do mojej poprzedniej pracy, a w obecnym mieście mogę mieć trudności ze znalezieniem nowego zajęcia. No ale to temat na inną dyskusję. Wracając do tematu kredytów, niejednokrotnie zastanawiałam się nad wzięciem pożyczki konsumpcyjnej na 0%, aby nie nadwyrężać oszczędności, które w tym czasie mogą pracować dla mnie. Zawsze jednak rozmyślałam się. Ostatnio kupiłam sporo rzeczy do mieszkania: meble, pralka, rzeczy dla dziecka, „nowy” używany samochód, kurs prawa jazdy. Wydałam na to sporo tysięcy. Starałam się jednak ograniczyć konsumpcję w innych obszarach, np. zyskałam 1600zł miesięcznie, które wcześniej wydawałam na czynsz mieszkania w Warszawie, gdzie pracowałam. Dlaczego ostatecznie nie zdecydowałam się na kredyt? Względy psychiczne. Naprawdę nie potrafię ocenić co się ze mną stanie, jeśli raz skorzystam z takiego kredytu i faktycznie nie zapłacę nic za niego i spłacę bez problemów. Obawiam się siebie, że uznam w takim razie to rozwiązanie za coś wspaniałego, coś co pozwoli mi realizować moje zapędy konsumenta (które chyba ma każdy z nas) i przez pewien czas będzie to wszystko faktycznie dobrze działać. Boję się, że jak wielu dłużników, obudzę się któregoś dnia z komornikiem na karku i nie będę pamiętała jak do tego doszło, bo przecież wszystko szło tak wspaniale. Widzę w tego rodzaju kredytu pułapkę, w którą może wpaść każdy z nas, pułapkę psychologiczną. Nauczyłam się przez ostatnie lata sporej samodyscypliny jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy i oszczędzanie. Ale mam też partnera, który niestety podchodzi do pieniędzy luźniej ode mnie i widzę w tym dodatkowe zagrożenie. Mój partner wpływa na moje życie, podejmowane decyzje i jeśli pozwolę sobie na rozluźnienie w kwestii pieniędzy, gdzie narzuciłam sobie pewien rygor przed laty, to boję się, że mogłabym wrócić do dawnych nawyków, kiedy to kasa na koncie była tylko od 1 do ostatniego, a nie miałam żadnego konta z oszczędnościami. Konkluzja zatem dla mnie jest taka, że taki kredyt 0% nie ma sensu, jeśli występują jakiekolwiek przesłanki psychologiczne, które mogą spowodować lawinę decyzji o kolejnych takich kredytach na rzecz zwykłego konsumpcjonizmu.

    • Hej Kaja,

      Bardzo trafne spostrzeżenia.

      Dlaczego w ogóle ktoś oferuje raty 0%?
      Bo wtedy ludzie kupują więcej – nawet, jak nie potrzebują…

      • I jest jeszcze coś, w czasie kiedy są raty 0% w sklepie są zazwyczaj ciut podniesione ceny. Na to nikt nie zwraca uwagi. Bank nigdy niczego nie daje za darmo. Firma- sprzedawca podpisuje umowe z bankiem i to on ponosi koszty rat 0% więc siłą rzeczy musi to jakoś odrobić. Mamy z mężem 2 kredyty 1.hipoteczny ma zakup domu warunek był taki żeby rata nie przekraczała wynajmu, 2. Inwestycyjny na zakup warsztatu. W obu przypadkach podwyższyliśmy wartości nieruchomości remontami za gotówkę. Takie były założenia przy zakupie. Zakup warsztatu potraktowalismy z mężem jako inwestycję na emeryturę. Pozdrawiam

          • Kupno na kredyt za 0 procent daje tylko poczucie że nie przepłacasz.
            Zakładasz z optymizmem że będzie cię stać na spłatę.
            Problem się robi jak nie wszystko idzie dobrze.
            Kredyt 0% ma takie same ryzyko przy spłatach jak np kredyt na 5% czy 10 %!

            • Ryzykiem jest kupowanie rzeczy, na ktore mnie nie stać bez względu na oprocentowanie. Nie kupuję takich rzeczy. Rat oprocentowanych nie biorę, bo to się nie opłaca. Z rat zero procent mogę skorzystać, kasa sobie leży na koncie oszczędnościowym i tyle.

    • Z tą pułapką o której piszesz to prawda, bo sam w nią wpadłem. Bez problemu mógłbym kupić coś za gotówkę, ale po co skoro są pożyczki, raty nawet te z wysokim oprocentowaniem. U mnie było tak- wzrost zarobków o 100 procent, wzrost poziomu życia o 300 procent. Wszytko ładnie wygląda z boku, że ktoś sobie radzi, żyje na lepszej stopie życiowej a tak naprawdę ma bardzo dużo długu. Nigdy nie miałem problemów ze spłacaniem, ale od pewnego momentu zaczęło mnie to męczyć. Oddawać 3/4 wypłaty na pożyczki, nic nie odkładać, żyć od pierwszego do pierwszego i stwarzać pozory bogatego a tak naprawdę martwiąc się czy mnie nie zwolnią, czy w razie czego znajdę pracę. Człowiek staje się wtedy niewolnikiem banków, niewolnikiem jednego miejsca pracy (bo co będzie jak zmienię i tam mnie zwolnią? ). Człowiek w ogóle się wtedy nie rozwija a rzeczy materialne zaraz stają się przestarzałe i tracą bardzo dużo na wartości a ludzie naprawdę nie zwracają uwagę co posiadamy a Ci którzy zwracają są po prostu puści. Posiadam dwa samochody (oboje z żoną dojeżdżamy do pracy i muszą być niestety dwa)- jeden za 40 tys. a drugi za 2 tys. jakoś nie widzę różnicy gdy parkuje pod marketem żeby ktoś zwrócił uwagę z czego wysiadam a droższe auto będę musiał jeszcze trochę spłacać. Do zmiany myślenia nakłonił mnie tata, który zawsze na święta życzy mi wyjścia z długów, blog Marcina oraz wkurzenie, że nigdy więcej na nic się nie zadłużę, bo to głupota i męczenie samego siebie. Miałem w tym roku starać się o pożyczkę hipoteczną na 160 tys. (80 tys. na spłatę dotychczasowych długów oraz 80 na skończenie remontu domu), ale pomyślałem, że jeśli jestem w stanie przy zmianie myślenia i podejścia do zakupów spłacić 80 tyś. w niecałe dwa lata a potem drugie tyle odłożyć to jaki jest sens męczyć się z kredytem przez 20 lat skoro mogę mieć to samo w 4 lata? Naprawdę długo mi zeszło zanim zmieniłem myślenie na temat zadłużania, więc Kaja jeśli nie musisz nie zadłużaj się, nie bierz nic na raty. Masz bardzo zdrowe podejście do życia i Twój partner powinien się cieszyć, że trafił na kogoś takiego jak Ty.

  19. Cześć Marcin!

    Przede wszystkim gratuluję bloga i trafnych oraz (co najważniejsze) naprawdę pomocnych w życiu uwag i spostrzeżeń. O to naprawdę rzadko, dlatego tak bardzo cenię Twój blog i wiedzę, oraz dziękuję za chęć dzielenia się nią z innymi, w tym ze mną oczywiście :).

    Czytam Twój blog od kilku miesięcy i mam małą satysfakcję, że sam już jakieś 2 – 3 lata temu zacząłem dochodzić do podobnych wniosków dotyczących oszczędzania, inwestowania i odkładania pieniędzy na tzw. „czarną godzinę”. Mieszkam w średniej wielkości mieście, mam niezłą pracę i zarobki nieco powyżej średniej krajowej plus roczną, naprawdę dużą premię. Moje oszczędności nie są ogromne, aczkolwiek od tych 3 lat wyraźnie widzę, że systematyczność w oszczędzaniu nawet niewielkich kwot i trzymanie się założonego planu bez ulegania panice jest kluczem do sukcesu.

    Przechodząc do rzeczy i nawiązując do tematu kredytów. Sam popełniłem przez kilka ostatnich lat wiele błędów związanych z zadłużaniem się np.: przygoda z polisolokatami, na szczęście dość szybko zakończona; kilka niedużych kredytów konsumpcyjnych aczkolwiek drenujących portfel; romans z kartą kredytową, na której zawsze był minus itp. To już dawno za mną. Trochę spędza mi sen z powiek kredyt frankowy wzięty 10 lat temu, na szczęście ani kwota kredytu ani miesięcznej raty (która nie wzrosła w moim przypadku zanadto) nie utrudnia mi i mojej rodzinie życia, nie przekreśla także planów ani nie uniemożliwia oszczędzania. Jedynie ta świadomość, że dług nie chce zmaleć przez ten kurs… Ale biorąc kredyt frankowy byłem świadomy ryzyka i zgodziłem się je podjąć ciesząc się niższą ratą i co najważniejsze, własnym chociaż jak się okazało po kilku latach i po założeniu rodziny, już nieco zbyt małym mieszkaniem. Z tym tematem jednak przyjdzie się jeszcze zmierzyć za jakiś czas, bo zalążki pomysłu się pojawiają ;).

    Pozwól, że podzielę się krótko moimi doświadczeniami w zakresie uporania się z pożyczkami i długami. Dla mnie takim katharsis był ślub i założenie rodziny 5 lat temu. Postanowiłem wtedy, że moja rodzina to moja inwestycja i nie mogę sobie pozwolić na nieodkładanie na środków na jej przyszłość. Podobnie z oszczędzaniem na emeryturę. A nie było to możliwe, bo zawsze miałem do spłaty jakąś pożyczkę lub kilka tysięcy debetu na koncie… Brałem jedną pożyczkę konsumpcyjną, by spłacić inną lub debet w koncie. Dramat.

    To co zrobiłem by zamknąć temat raz na zawsze, to znowu pożyczyłem pieniądze… tym razem u pracodawcy. Firma w której pracuję ma taką możliwość, by udzielać pożyczek, chociaż nie jest to jej główny profil działalności. Dlaczego się na to zdecydowałem? Uzgodniłem z szefem kwotę, warunki i termin spłaty, oprocentowanie (symboliczne). Mogłem spłacić jednorazowo całą kwotę, lub w dowolnych ratach; wcześniej lub szybciej. Byle w terminie. Nie muszę dodawać, że pracodawca bardzo poszedł mi na rękę jeśli chodzi o kwotę, jak i warunki spłaty. Nie zapłaciłem także od takiej pożyczki żadnej prowizji ani wymuszonego ubezpieczenia. Udało mi się dzięki temu pozbyć wszystkich toksycznych długów konsumpcyjnych i rat w ciągu niecałych dwóch lat.

    Teraz… od trzech lat jestem czysty. Zredukowałem możliwość zrobienia debetu w koncie osobistym do minimalnej kwoty i nie korzystam z tej możliwości. Pociąłem kartę kredytową, która do niczego nie była mi potrzebna. Mogę skupiać się na oszczędzaniu i inwestowaniu. Założyłem fundusz inwestycyjny córce, oszczędzam na emeryturę na IKE PLUS, mam portfel funduszy inwestycyjnych w NN (troszkę podobny do Twojego Marcinie, aczkolwiek z pewnymi różnicami) oraz poduszkę bezpieczeństwa na lokacie bankowej (którą chcę jeszcze powiększyć w tym roku). Postawiłem sobie różne cele oszczędnościowe np.: założyłem sobie kwotę, którą muszę uzbierać na samochód; fundusz inwestycyjny córki traktuję jako jej oszczędności, a nie swoje, co ma powstrzymać mnie przed chęcią sięgnięcia po nie; podobnie z oszczędnościami emerytalnymi i poduszką bezpieczeństwa – są nie do ruszenia. I to działa :).

    Wiem, nie każdy ma możliwość dogadania się z pracodawcą. Nie każda firma udziela pożyczek lub ma przewidziany jakiś fundusz zakładowy na ten cel. Ale może warto wybadać w firmach i zakładach w których pracujecie, czy jest to możliwe? Może będzie to rozwiązanie korzystniejsze niż kredyty konsumpcyjne w bankach, lub co gorsza, branie tzw. chwilówki przez internet.

    Co Ty sądzisz o tym rozwiązaniu Marcinie? O pożyczkach u pracodawcy, zwłaszcza symbolicznie oprocentowanych? Co sądzisz na przykład o pożyczeniu pieniędzy u pracodawcy na symboliczny procent i przeznaczeniu kwoty na zakup samochodu, co będzie znacznie korzystniejszym rozwiązaniem niż kredyt samochodowy? Albo co sądzisz o skorzystaniu z takiej pożyczki gdy zbliża się pewien wydatek, zamiast pozbywania się oszczędności lub inwestycji, które przynoszą realne zyski? Czy mówisz temu rozwiązaniu zdecydowane nie, czy też tak, ale… ?Jestem ciekawy także zdania innych Czytelników.

    Z góry dziękuję wszystkim za doczytanie do końca tego przydługiego wywodu. Pozdrawiam serdecznie.

    • Cześć Olek,

      Dzięki za komentarz i serdecznie gratuluję Ci tak dużych postępów w dbaniu o własne finanse 😉

      Moim zdaniem wykorzystanie taniej pożyczki od pracodawcy by pozbyć się drogich kredytów konsumpcyjnych, to jak najbardziej racjonalne zachowanie.

      Ale już pożyczanie na zakup auta… Pytanie w jakim celu? Bo naprawdę POTRZEBUJĘ samochodu, czy może CHCĘ mieć fajniejszy? Zwykle oszukujemy samych siebie przy takich wyborach, a dług to dług, nawet jeżeli jest tani…

      Na nieprzewidziane wydatki lepiej mieć fundusz bezpieczeństwa, niż korzystać z pożyczki u pracodawcy.

  20. Jest tylko jeden kredyt, który jestem w stanie zaakceptować i jest to pożyczenie pieniędzy od rodziny lub zaufanego znajomego w sytuacji, gdy rzeczywiście nie mamy na coś gotówki a zdarza się okazja życia. U mnie miało to miejsce na studiach, gdy pojawiła się możliwość wyjazdu na atrakcyjny kurs do Portugalii (była ostra selekcja i spośród paru tysięcy osób organizatorzy wybierali 20 osób na ten kurs) a bilety lotnicze były wtedy jeszcze drogie (ponad 1000zł w obie strony i nie było szans by było taniej). Pożyczyłam wtedy na te bilety. Ale obecnie chyba nie znalazłabym czegoś na co bym w taki sposób pożyczyła. Jakby nie patrzeć pożyczka to pożyczka i ja się z taką opcją czuję bardzo źle, bo to pokazuje że pragnę czegoś na co mnie nie stać. A koniec końców może się okazać że to jest chwilowa zachcianka albo pójście na skróty. Na tyle dużo smutnych historii odnośnie kredytów czytam zarówno tutaj jak i u Michała Szafrańskiego by nie chcieć nic tą drogą finansować. Nawet mieszkania (odpowiada mi wynajem).

    • Mieszkanie to nie jest chwilowa zachcianka 🙂 Jak masz możliwość wynajmu i to Ci odpowiada to świetnie. U mnie koszty wynajmu byłyby zdecydowanie większe od kosztów mieszkania na kredyt.

  21. Marcin, a co myślisz o wynajmowaniu mieszkania – nawet za cenę niewygody, z rodziną (żoną, dzieckiem) – a w tym czasie kupnem jednego, dwóch, może kiedyś trzech kawalerek na wynajem za pomocą kredytu, które będą dawać przychód pasywny? I wtedy, gdy sumaryczny przychód pasywny będzie w stanie pokryć kredyt na własne mieszkanie, to wtedy kupić konsumpcyjnie mieszkanie dla siebie?
    Bardzo niepopularne rozwiązanie, nieakceptowane przez wielu bliskich „doradców”, ale może w tym szaleństwie jest metoda?

  22. Banki naprawdę zabiegają o udzielenie jakiegokolwiek kredytu, np. po zalogowaniu do konta w mBanku – zawsze widnieje informacja, że bank ma dla mnie dodatkowe środki. Z ciekawości kliknąłem na kredyt samochodowy. Strona została przekierowana do wypełnienia wniosku o kredyt. Oczywiście anulowałem. Po paru godzinach zadzwonił przedstawiciel z banku czy chce taki kredyt. Natomiast po ponownym zalogowaniu komunikat w stylu „zgłaszałeś wniosek o kredyt – kontynuuj”.
    Bank wciska kredyt jak tylko może…

  23. Z mojego własnego doświadczenia – dorzucę sensowny kredyt na samochód – ma on sens, ale pod warunkiem, że:

    1) kupujemy auto nowe w salonie – przez ładnych parę lat eksploatacji tylko „lejemy i jeździmy”, mamy gwarancję i robimy tylko standardowe przeglądy oraz nie wydajemy na niespodziewane naprawy pojazdu, który jest „Panie kochany igła nie bity i Niemiec płakał jak sprzedawał i tylko do kościoła 100m jeździł”. Mit, że „auto traci 30% wartości z chwilą wyjazdu z salonu” zostawiamy – tak rzeczywiście jest, ale kto mądry sprzedaje nowe auto miesiąc czy rok po zakupie ?
    2) kupujemy tylko takie auto (marka) na jakiego utrzymanie nas stać (aby nie „zabiły” nasz koszty serwisu). Nie pakujemy się w segment premium, jeśli nie zarabiamy „premium”. Liczymy koszty eksploatacji, bo auto ma jeździć a nie stać bo nas nie stać 🙂
    3) kupujemy auto dopasowane do naszych potrzeb (rodzaj nadwozia, wyposażenie) bez zbędnych drogich „gadżetów” w wyposażeniu,
    4) kupujemy ubezpieczenie AC, aby w razie wypadku/kolizji nie płacić z własnej kieszeni (dealerzy mają bardzo tanie pełne pakiety AC/OC/NW/Assistance a do tego naprawę bezgotówkową, gdzie ASO i wycenia szkodę i naprawia – wtedy duży (dealer) „kopie się” z dużym (ubezpieczyciel), a klient ma bezkosztowo i bez użerania się z walką z zaniżonym odszkodowaniem naprawione auto w dodatku na oryginalnych częściach (zakładam oczywiście uczciwość serwisu),
    5) wkład własny do kredytu powinien być taki, aby ilość kapitału do spłaty szła co najmniej na równi z aktualną wartością auta, żeby jeśli je rozbijemy (szkoda całkowita) nie zostać z długiem i bez auta.

    • Bardzo rozsądny komentarz! Przede wszystkim – nie kupujemy auta premium, jeśli nie zarabiamy premium.

  24. @Marcin
    Tylko ilu ludzi stać na wyłożenie od ręki gotówką 50 i więcej tys. ?
    Mając do wyboru jeździć starym rzęchem albo wziąć kredyt zdecydowanie lepiej jest brać kredyt.
    Tak samo oszczędzanie kilka lat, żeby kupić auto za gotówkę jest pozbawione sensu. Ile wydasz w tym czasie na komunikację publiczną (taksówki pominę), ilu spraw nie załatwisz, ile razy będziesz prosić znajomych/rodzinę o przewiezienie czegoś, o ile więcej czasu stracisz ? Jakoś o tych kosztach oszczędniccy (to nie atak tylko takie skrótowe określenie zwolenników oszczędzania i kupowania za gotówkę) zapominają.

    Powiem więcej – kredyty są dla ludzi tylko trzeba do nich (jak do większości rzeczy) podchodzić z umiarem. Ludzie pożyczki biorą, spłacają i jakimś cudem żyją i to nawet całkiem nieźle.

    • „Powiem więcej – kredyty są dla ludzi tylko trzeba do nich (jak do większości rzeczy) podchodzić z umiarem.” – Zgadza się, czyli z głową.
      „Ludzie pożyczki biorą, spłacają i jakimś cudem żyją i to nawet całkiem nieźle.” – też prawda w odniesieniu do wielu osób. Jednak nie do wszystkich. Czasami kredyty pogrążają.

      Co do kupna samochodu, to zależy, gdzie i ile jeździsz. Jeśli po mieście, to komunikacja miejska zawsze będzie tańsza. Przy czym oczywiście, prawie zawsze mniej komfortowa. Natomiast jeśli już samochód jest naprawdę potrzebny, to trzeba przekalkulować, co jest korzystniejsze – inwestowanie w stary, czy kupienie nowego. Jeśli kupisz mało awaryjny, a takie są nawet 20-letnie, to używany będzie zawsze tańszy od nowego. Przy czym trzeba wiedzieć, jaki używany kupić i dobrze kupić dany egzemplarz – trzeba wiedzieć, co sprawdzić lub kupować z kimś, kto wie.

      • 1. Jeśli poruszasz się tylko po mieście, gdzie jest dobra komunikacja publiczna to samochód w ogóle nie jest potrzebny.
        Tylko ile osób mieszka w miejscu gdzie równocześnie ma dobry dojazd autobusem do pracy, domu, szkoły, sklepów, lekarza, itd. a na dodatek żadnych większych zakupów nigdy nie robi ? Ja takich nie znam.

        2. Taaa… 20-letnie bezawaryjne auto, z małym przebiegiem, Niemiec płakał jak sprzedawał, itp. A następne 20 lat będzie jeździło też bezawaryjnie.
        A teraz zamykamy książeczkę i kończymy bajkę.
        Ani znajomy fachowiec (jak sam nie jesteś to jak sprawdzisz na ile ktoś jest) ani nawet wizyta w stacji diagnostycznej nie gwarantuje kupna w miarę przyzwoitego egzemplarza.
        Poza tym naprawdę woziłbyś swoją rodzinę 20-letnim cudem z komisu ?
        Niektórzy po prostu wolą bezpieczeństwo i jakość od pieniędzy.

        • Warszawa ma sensowną komunikację i spokojnie da się bez samochodu. A większe zakupy robimy przez internet.

        • Czasem ignorancja mnie zdumiewa. Jej źródłem najczęściej jest niewiedza. Kiedy ostatnio czytałeś czasopismo motoryzacyjne? Kiedy oglądałeś ostatnio program motoryzacyjny.

          • Znaczy się wiedzę o samochodach czerpiesz z TVN turbo – zaiste zdumiewający poziom ignorancji reprezentujesz. Nie będę się z nim równał wiec eot.

    • Nie mamy samochodu od roku. Liczba niezałatwionych spraw? Zero. Kasa wydana na komunikację miejską? Taka sama jak wcześniej,bo i tak trzeba było mieć kartę miejską, przecież nie codziennie i nie wszędzie jedzie się autem.
      Taksówki? Chyba z pięć razy przez cały rok, zdecydowanie mniej niż kosztowałoby utrzymanie samochodu.

      A licząc czas weź pod uwagę, że zyskujemy czas, jakiego nie zużywamy na zarobienie na samochód, jego utrzymanei czy spłatę rat :_)

      • Zgadza się tylko ten czas oddajecie spędzając więcej czasu w autobusach.
        Jeśli mowa jedynie o jeździe po mieście to takiej osobie auto potrzebne nie jest. Tylko z życia wiem, że nie wszędzie autobusem zajedziesz i brak auta faktycznie ogranicza.

        • Niekoniecznie więcej, bo metro + tramwaje sa zdecydowanie szybsze od samochodu w korkach. Mało tego, rower jest szybszy!
          Fakt, mówię o jeżdżeniu po mieście, jak ktoś regularnie wyjeżdża dalej to co innego. Przez ten rok ani razu nie było jakiegokolwiek problemu z dojazdem.

            • Z dziećmi bez auta też się da 🙂 Moi rodzice wychowali mnie i dwójkę mojego rodzeństwa bez auta… nie w Warszawie, tylko w 50-tysięcznym mieście. Na wakacje jeździliśmy pociągiem, a po najbliższej okolicy autobusami. Po mieście przemieszczaliśmy się pieszo. Nikomu to nie zaszkodziło 🙂

          • Komunikacja miejska jest szybsza tylko w godzinach szczytu. Poza tym nigdy tramwaj nie jest na zawołanie, nie jeżdżą jeden za drugim – traci się czas czekając na przystanku. Sprawa wygląda tak, że najczęściej samochód jest lepszy. Tylko jednocześnie zawsze jest droższy.

            • A dom jest lepszy od mieszkania, a dwa pokoje od kawalerki 🙂 Uważam, że luksusy są fajne, ale nie na kredyt. Jak ktoś ma brać kredyt na samochód, to znaczy, że go na ten samochód nie stać.

              Problem w tym, że większość ludzi uważa, że samochód jest niezbędny, nie postrzega tego w kategoriach dobra luksusowego, poprawiającego komfort. Bo owszem, pewnie może ten komfort poprawiać. Ale uważam, że komfortu nie poprawia się na kredyt i tyle, bo to dowód życia ponad stan.

              Nie twierdzę, że samochód nie jest przydatny, tylko, że można bez niego żyć w dużym mieście. Nie spędzam wcale nie wiadomo ile czasu na przystankach – jak tramwaj odjedzie, to za 4 minuty będzie kolejny, metro też jest często. A od wiosny do jesieni przy fajnej pogodzie wybieram rower i w ogóle nigdzie nie czeka.

                • Dlatego zaznaczyłam, że pisze o Warszawie… 15 minut? Tyle mi się nie zdarza czekac, może jakąs późną nocą tak jeżdżą. Akurat na komunikację w mieście nie narzekam. Niedługo przeprowqadzamy się do innej dzielnicy i będzie jeszcze lepiej.

      • @Anna
        Nie wiem o jakim konkretnie mieście piszesz ale w mieście w którym ja mieszkam zdecydowanie przewagę ma samochód. Poza tym co człowiek to inny przypadek.

        Jeśli ktoś porusza się po głównych arteriach komunikacyjnych i wzdłuż nich ma pracę, szkołę czy inne aktywności to OK ale są niestety takie relacje gdzie dojechać jest niezmiernie trudno bo nie ma na tych trasach bezpośrednich połączeń co skutkuje tym, że zamiast jechać 15 – 20 minut samochodem jedziesz komunikacją około 1 godzinę do półtorej godziny (!) w jedną stronę gdzie odległość to tylko ok. 15 km… i kasujesz przy tym różne bilety bo to nie są ci sami operatorzy… i wszystko oczywiście w granicach jednego miasta zaznaczam.

        W tym przypadku wolę zdecydowanie ciepłe auto, muzykę lub audiobook, nie marznie się na przystankach, nie wkurza na spóźnienia autobusów / tramwajów i oszczędza przy tym masę życia które można spożytkować znacznie lepiej.
        O załatwieniu po drodze z pracy wygodnie różnych spraw też już nie wspomnę bo to już jest oczywiste.
        Także różnie to wygląda. Jak ktoś ma pracę 2 km od domu to może nawet pieszo iść. Jak ktoś mieszka w mieście 20-tysięcznym też auto nie jest jakieś mega niezbędne bo wszędzie blisko ale w miastach kilkusettysięcznych już jest zupełnie inaczej i każdy musi dopasować środki komunikacji do własnego przypadku .

        • Piszę po Warszawie. Samochód ma jedną podstawową wadę: co z tego, że jedna osoba nim pojedzie do pracy, jak druga pracuje w zupełnie innym miejscu i już musi jechać komunikacją, bo inaczej to będzie mnóstwo kręcenia się po mieście. Albo w ogóle3 zaczyna o innej godzinie. A dzieci mają szkoły w jeszcze innych miejscach i o innej porze. Więc i tak na bilety trzeba wydać. Do tego dochodzi problem korków.
          A co do kosztów to Warszawa ma relatywnie tanie bilety kwartalne, szczególnie z kartą warszawiaka i nei ma problemu róznych operatorów.

  25. Uważam, że czasami warto wziąć kredyt zmniejszający wysokość lacznych miesięcznych rat ale tylko kiedy mamy klin finansowe i CAŁĄ nadwyżkę przeznaczamy na walkę z dlugami. Pozwala to wziąć oddech, złapać płynność i w konsekwencji zacząć spłacać dlugi co w konsekwencji pozwoli na szybsze wykscie z opresji. Oczywoscie zastrzeżenie, że potrzebna jest batdzo silna dyscyplina.

  26. Cześć Marcin,

    A tak z innej beczki, co myślisz o obecnym rynku mieszkaniowym? Czy to dobry czas na zakup mieszkania, jak to może wyglądać w najbliższym czasie?

    Pozdrawiam.

  27. Kiedyś wzięłam kredyt w banku żeby spłacić kartę kredytową i ją zamknąć. Póki ją miałam nie dawałam rady jej spłacić i odsetki były większe na karcie. Ratę kredytu dopasowałam do swoich możliwości. Kartę kredytową założyłam, żeby zbierać na niej punkty lojalnościowe ale jej nie zadłużałam aż nadszedł gorszy moment w moim życiu i wydawało mi się, że nie dam rady bez płacenia nią. Po tej przygodzie skutecznie zniechęciłam się do wszelkiego rodzaju pożyczek, kart kredytowych itp. Mam obecnie hipoteczny i często się martwię co będzie jak wzrosną stopy procentowe. Mam plan nadpłaty ale póki co odkładam niewielkie kwoty.

  28. A ja uproszczę sprawę. Są tylko dwa powody, dla których warto wziąć kredyt:

    1. Kiedy spodziewamy się, że korzyści z dodatkowych środków będą większe od kosztów kredytu.

    Pod tą kategorię podpadają wszystkie przykłady w artykule: mieszkanie, inwestycje itp. Może być też sytuacja, gdy widzimy dobry moment na inwestycję (np. okazyjna nieruchomość) a środki mamy zamrożone w innych aktywach.

    2. Kiedy musimy ratować swoją skórę (lub swoich najbliższych).

    Mam na myśli operację ratującą życie lub zdrowie moje lub mojej żony/rodziców/kochanki/kota/przyjaciela. Ludzie (i koty) są ważniejsi od pieniędzy. Słowo „skóra” jest tu dosłowne. Ratowanie przyjaciela z długów, których nabrał nierozsądnie się nie liczy, chyba, że nabrał u podejrzanych typów, którzy chcą odcinać odsetki w częściach ciała.

  29. Cześć Marcin:)

    Krótko o mnie – mam 26 lat i żadnych kredytów, co miesiąc odkładam z wypłaty (2800) ok 1600: na wesele, na samochód, na konto emerytalne, i po prostu na oszczędnościowe.
    Oprócz tego standardowe moje wydatki to 200 na mieszkanie(mieszkam z rodzicami) ok 115 za telefony i internet i ok 200 na leki.
    Mam kartę kredytową w millenium, która kosztuje 8/miesiąc, chyba że zrobię 5 transaksji na dowolną kwotę.
    I to jest chyba jeden z kredytów które można mieć – tzn ja robię 5 transakcji miesięcznie na łączną kwotę maks 60-70 złotych. Ale robię sobie jakąś historię kredytową – kiedyś chce wziąć kredyt na dom.
    Jest chyba jeszcze jedna opcja, o której ktoś chyba pisał w komentarzach już – raty 0% w sklepach elektronicznych i tym podobnych. Ale taki kredyt/ratę brałbym tylko w przypadku, gdybym miał rzeczywiście gotówkę żeby zapłacić za zakup od razu. To też budowanie historii kredytowej.
    No i oczywiście kredyt hipoteczny ale to chyba nie muszę pisać:)

    Pozdrawiam,
    Przemek

  30. Sensownym i uzasadnionym kredytem jest kredyt na podnoszenie własnych kwalifikacji.
    Na naukę , studia , kursy – pod warunkiem, że faktycznie podniesie to naszą wartość na rynku pracy.

  31. Samochód jest bezkonkurencyjny, gdy jeździ się na wycieczki. Mając gaz, cena paliwa jest identyczna z ceną biletu pociągu. Oczywiście, są jeszcze koszty eksploatacji i spadek wartości samochodu – różnica między ceną zakupu, a sprzedaży. Nawet to uwzględniając, jadąc we 2 osoby, a najczęściej jeździ się na wycieczki w co najmniej 2 osoby, to z nawiązką samochód jest tańszy. Nawet jadąc na benzynie koszt całego przejazdu (eksploatacja i amortyzacja) jest porównywalny z ceną biletu pociągu lub autobusu. Przy czym, jeśli chodzi o Pendolino, bo jest najdroższym pociągiem, to już jadąc samemu samochodem z gazem cena jest taka sama uwzględniając wszystkie koszty, w tym opłatę za autostradę, a czas przejazdu tam, gdzie jest autostrada lub droga szybkiego ruchu (np. Wrocław – Warszawa, Wrocław – Kraków) jest taki sam. Pendolino jest szybkie, ale połączeń nim realizowanych w skali całego kraju jest niewiele. Na wszystkich innych trasach samochód jest szybszy. Tyle o aspekcie finansowym.

    Natomiast w aspekcie komfortu, możliwości i swobody samochód odjeżdża komunikacji publicznej z prędkością wyczynowego Ferrari. Pociągiem i autobusem dojedzie się tylko w wybrane miejsca – samochodem niemalże wszędzie. Nie jest się uzależnionym czasowo, samochodem wyjeżdża się kiedy się chce i wraca, kiedy się chce. W ciągu dnia samochodem odwiedzi się więcej miejsc niż komunikacją publiczną. Pociąg nie zatrzyma się na żądanie. Samochodem mogę zatrzymać się w każdej chwili, np. gdy zobaczę jakiś pałac lub inne fajne miejsce znajdujące się po drodze lub gdy zechcę coś kupić w sklepie spożywczym. Mogę zabrać dowolny bagaż, nie muszę go targać do i z pociągu. W samochodzie mogę do woli rozmawiać przez telefon, słuchać muzyki bez słuchawek, ustawić temperaturę taką, jaka mi odpowiada. Niedawno jechałem nowoczesnym pociągiem. Wszystko było ok poza temperaturą. Tak grzało, że w butach miałem ogień 😉 Mam dużą frajdę jeżdżąc samochodem po górskich trasach. Autobusem to już nie to samo 😉

    • Dlatego napisałam, że braku samochodu nie odczuwa się jesli chodzi o życie w mieście, bez częstych wyjazdów. Poza tym ja mam chorobe lokomocyjną i akurat dlam nie komfort podróży samochodem na dłuższej trasie jest zerowy. To znaczy wytrzymam, jest lepiej niż kiedyś, ale wychodzę jak po torturach.

      • Tak, w mieście komunikacja publiczna ma znacznie więcej plusów. W niektóre części miasta, zwłaszcza w centrum, szybciej dojedzie się publiczną. W przypadku samochodu w centrum jest duży problem z parkowaniem. Są miejsca, gdzie czas dojazdu jest taki sam, a też takie, zwłaszcza na peryferiach, gdzie samochodem dojedzie się szybciej. Natomiast co do kosztów, komunikacja publiczna w mieście zawsze będzie tańsza.

  32. Nawet jadąc na benzynie koszt całego przejazdu… – tu chodziło mi o sytuację, gdy jedzie się we 2 osoby.
    Marcinie, przydałaby się możliwość edycji bezpośrednio po napisaniu komentarza.

    • Jeszcze jedna refleksja. Im dalej od centrów miast i im dalej od ośrodków miejskich, tym bardziej potrzebny jest samochód. Mieszkając w małych wioskach wręcz konieczny, bowiem tam najczęściej nie ma komunikacji publicznej, ani prywatnych przewoźników. W dodatku zostały też tam polikwidowane sklepy. Może dla mieszkańców miast brzmieć dziwnie, bo tam jest mnóstwo sklepów, ale w mniejszych wioskach nie ma najczęściej ani jednego – zostały polikwidowane ze względów na nieopłacalność ich prowadzenia. Teraz najczęściej mieszkają tam w nowo wybudowanych domach zamożni ludzie, którzy w miastach prowadzą swoje firmy.

  33. Masz strasznie konserwatywne podejście do sprawy kredytów, z którym w zasadzie się zgadzam. Dla mnie wyjątek jest tylko jeden – jako młoda osoba korzystam z kredytów 0% (rzeczywiste 0%, bez żadnych dodatkowych kosztów czy ukrytych opłat) w celu budowania opinii kredytowej w BIKu bo nigdy nie wiadomo co będzie w przyszłości. Jest tylko jedno ale – pieniądze na cały kredyt leżą na koncie oszczędnościowym i jest ustawione polecenie zapłaty tak aby nie było żadnej niespodzianki w przyszłości, że o czymś zapomniałem a zamiast budować pozytywnej historii to ją sobie niszczę. Jedyna wada tego co robię to potrzeba utrzymania dyscypliny tak aby przypadkiem tych pieniędzy na raty nie ruszyć na coś innego, jednak z tym nie mam żadnego problemu.

    W sytuacji gdy nie mam środków na coś na czym mi zależy (bez względu czy za gotówkę czy w ramach kredytu) nie pozwalam sobie na zakup tego

  34. Myślę, że generalnie bardzo dobrze sprawdza się tu zasada Kiosakiego – dobry kredyt to taki który spłaca za nas ktoś inny (albo inaczej, taki który wkłada nam pieniądze do kieszeni). Wyjątkiem od tej reguły jest kredyt na własne mieszkanie. Każdy inny kredyt (przeznaczony na konsumpcje) to moim zdaniem mniejszy lub większy błąd.

  35. W moim przypadku udało się tak że mam kredyt hipoteczny na mieszkanie, które wynajmuję, dzięki temu spłacam kredyt i jeszcze zarabiam. Zastanawiam się nad kupnem drugiego mieszkania, popyt na wynajem mieszkań jest bardzo duży.

Odpowiedz