Ugotujesz się jak żaba – czyli długi w naszych głowach

53

Jak ugotować żabę? Wymaga to podobno rytuału polegającego na tym, aby żabki nie poparzyć. Nie mam odwagi ani serca aby sprawdzić to w praktyce, ale historia brzmi ciekawie. Jeśli wrzucimy żabę do wrzątku, to pod wpływem bólu i odruchowej reakcji natychmiast wyskoczy nam z garnka. Dlatego robi się to inaczej (tylko niech nie czytają tego Wasze dzieci!). Wkładamy żabę do wody w temperaturze pokojowej i gdy nieświadoma spokojnie sobie pływa, stopniowo ją podgrzewamy. Żabce robi się coraz przyjemnej, a że jest ona zmiennocieplnym płazem, nie czuje stopniowej zmiany temperatury, zapada w letarg i w końcu staje się parującą przystawką… Co to ma wspólnego z nami? Bardzo dużo: dokładanie w taki sam sposób wielu z nas wyłącza swoją świadomość i stopniowo, dzień po dniu, traci zdrowie, sprawność fizyczną, radość życia i… popada w długi.

Kolejne dwa artykuły poświęcę długom oraz temu, jak sobie z nimi poradzić. Nie są to jednak historie jedynie dla osób zadłużonych. Przeczytaj je nawet wtedy, gdy nie masz żadnych długów. Być może , pozwoli Ci to przemyśleć Twoje ogólne podejście do kredytów, pożyczek i innych form zadłużania się oraz pomoże Ci uniknąć problemów w przyszłości.

 

Przerobiłem to na własnej skórze.

Jeszcze w 2009 roku byłem gorącym zwolennikiem wszechstronnego korzystania z wszelkich produktów finansowych. Z dumą otwierałem portfel z czterema kartami kredytowymi: pierwszą trzymałem tam z sentymentu, dwie dodatkowe złote kredytówki dodawały prestiżu, karta MasterCard była zabezpieczeniem na wypadek awarii systemu Visa , zaś 20 000 zł limitu w rachunku dawało mi poczucie solidnej „poduszki bezpieczeństwa”. Taki młody, a taki zaradny! Wszystkie te cudeńka świetnie się sprawdzały: naprawdę nigdy nie musiałem sobie niczego odmawiać. Urządzanie nowego mieszkania szło pełną parą, małe dzieci miały zawsze piękne ubranka, zapracowana żona super prezenty, a ja zawsze mogłem sobie pozwolić na weekend na quadach.  A wakacje? Przecież tak ciężko pracowaliśmy, że jakikolwiek pobyt w hotelu klasy niższej niż 4 gwiazdki w ogóle nie wchodził w grę. Zasada była prosta: pracujemy, zarabiamy, należy nam się…

Do dziś nie mam pojęcia na co rozeszła się wtedy większość pieniędzy. W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że chyba jednak coś jest nie tak (błyskotliwe, co?). Gdy tylko pod koniec miesiąca na konto wpływało wynagrodzenie natychmiast szło ono na spłatę kart. Niby tak miało być, bo przecież chodziło o sprytne wykorzystanie „grace period” na karcie, ale jednak trochę to było dziwne. No bo jeśli przed chwilą miałem gotówkę na koncie, a po wyzerowaniu salda kart moje konto znów było puste, to w końcu miałem pieniądze, czy nie? Co więcej, „poduszka bezpieczeństwa” w formie limitu w rachunku coraz częściej stawała się zwykłym debetem po który musiałem sięgać by uregulować rachunki. Po dokonaniu opłat wyglądało to często tak:

 

debet

 

A wszystko zaczęło się tak niepozornie. Pierwszą kartę kredytową zamówiłem w 2003 roku aby mieć „trochę gotówki” pod ręką. Drugą, MasterCard, by kupić bilety na mistrzostwa świata w piłce nożnej w Niemczech (biletów nie zdobyłem, ale karta została). Trzecią, złotą, dostałem w prezencie od banku jako bonus do zaciągniętego w 2007 roku kredytu hipotecznego, a wniosek o czwartą złożyłem na stacji benzynowej, gdzie miła hostessa przekonała mnie, że to najlepszy sposób na zbieranie punktów i oszczędzanie na paliwie. Gdy później otrzymałem telefoniczną ofertę limitu w rachunku bieżącym nie wahałem się ani przez chwilę. Proszę bardzo, skoro bank chce bym korzystał z jego pieniędzy, chętnie to zrobię. Jako finansista i człowiek świetnie potrafiący policzyć benefity „dźwigni finansowej” i korzystania z pieniędzy innych ludzi zrobię z nich świetny użytek. Pożyczę darmowy pieniądz od banku i skorzystam z ciekawych okazji inwestycyjnych. Ech, jak ma się głowę na karku, to naprawdę „pieniądz robi pieniądz”. U mnie w każdym razie zrobił…prawie 30 000 złotych długów. Jeśli dodamy do tego trzy kredyty hipoteczne, to naprawdę trzeba przyznać, że działałem z fantazją i rozmachem. Prawdziwy „Wilk z Wall Street”!

Od tamtego czasu przeszedłem długą drogę i dzięki naprawdę drastycznym zmianom sytuacja finansowa naszej rodziny wygląda dziś bardzo dobrze. Ale gdy patrzę teraz na moje ówczesne zachowanie i poglądy, dochodzę do jednego wniosku: to było bardzo, bardzo, bardzo głupie. Byłem blisko tego, by ugotować się jak żaba. Dlatego gdy dziś słyszę młodych ludzi tłumaczących mi że trzeba cieszyć się życiem i sprytnie korzystać z długów, kart kredytowych, limitów w rachunku, to dość mocno się „nakręcam”.

 

Czy wszystkie długi są bez sensu?

Jestem finansistą i potrafię liczyć. Znam dobrze zasadę działania dźwigni finansowej i wiem na czym polega efektywne korzystanie z kapitałów obcych. Problem polega jednak na tym, że pewne prawidłowości sprawdzające się w finansach przedsiębiorstw staramy się przenieść na nasze finanse osobiste. Kilka tygodni temu, na prowadzonym przeze mnie szkoleniu, usłyszałem od doradcy finansowego, że poleca on klientom korzystanie z kredytów i pożyczek, bo „kapitały własne są najdroższe”. No tak, dla spółki giełdowej zwykle tak jest. Ale dla Kowalskiego?

Innym ciekawym przykładem z życia jest mój kolega z pracy, który postanowił kupić auto na kredyt. Powód? „Kredyt zdyscyplinuje mnie do lepszego oszczędzania, bo bez takiego bicza nad głową nie mogę się do tego zmusić”. Facet zarabia przyzwoite pieniądze, a finanse spółek ma w jednym paluszku. Tak właśnie działa w praktyce motto mojego bloga, że gdy chodzi o finanse osobiste wiedza to raptem 20% sukcesu, a cała reszta to zdrowy rozsądek. Odniesienie do „bicza nad głową” przypomniało mi zasłyszaną gdzieś wypowiedź, że zadłużanie się to jedna z najbardziej rozpowszechnionych współcześnie form niewolnictwa. Co ciekawe, to my sami, na ochotnika, zgłaszamy się do ciężkiej pracy na rzecz naszych „panów”, którym musimy zapłacić odsetki.

Czy wszystkie długi są „złe”? Nie. Gdy firma bierze kredyt inwestycyjny na rozwój działalności to ma to sens. Gdy spółka korzysta z limitu w rachunku, aby złagodzić efekty zatorów płatniczych, to też ma to sens. Gdy wreszcie Kowalski na rozsądnych warunkach zaciąga kredyt hipoteczny na zakup mieszkania, to też ma to sens. Jednak jakiekolwiek zadłużanie się w celu wydania pieniędzy na szeroko rozumianą konsumpcję, jest całkowicie bez sensu. Wszelkie chwilówki, pożyczki okazjonalne, kredyty samochodowe, limity zadłużenia w rachunku osobistym i korzystanie z limitów kredytowych na kartach – to z punktu widzenia zdrowego rozsądku jest całkowicie błędna decyzja.

 

Dlaczego długi konsumpcyjne to fatalna decyzja finansowa?

Po latach zbierania własnych doświadczeń oraz poznaniu historii wielu współpracujących ze mną osób stałem się przeciwnikiem, a wręcz zawziętym wrogiem wszelkiego rodzaju długów konsumpcyjnych. Takie długi są największą przeszkodą na drodze do finansowego bezpieczeństwa. Nie kreują żadnej wartości, za to skutecznie drenują nasze portfele. Uzależniają nas od pożyczkodawców, robią z nas niewolników i wprowadzają do naszego życia ogromne ryzyko, z którego najczęściej nie zdajemy sobie sprawy. Na czym polega ich zgubne działanie? Oto kilka przykładów:

1)      Ponosimy zdecydowanie wyższe koszty. Nie ma czegoś takiego, jak „darmowy pieniądz” czy nawet „tani pieniądz”. Kredyty konsumpcyjne zawsze są najdroższe i korzystanie z nich w ostatecznym rozrachunku kosztuje nas znacznie więcej niż zakup za gotówkę. Nie wspomnę już nawet, że kupując za gotówkę bardzo często mamy możliwość wynegocjowania ciekawego rabatu. Dlaczego tak wiele sklepów nakłania nas do zakupów na raty? Dlaczego dealerzy samochodowi lubią gdy kupujemy na kredyt? Bo ich marże na produktach finansowych są bardzo często wyższe niż na sprzedawanym sprzęcie czy na samochodach. Jak myślisz, kto za to płaci? Jak policzyć koszty takich produktów bardzo fajnie pokazuje Maciej Samcik. Zwróć uwagę jak stylowo się ubiera do poszczególnych scen – to raczej nie przypadek 😉

2)      Wydajemy więcej. Tutaj mechanizm jest bardzo prosty. Gdy nie masz pieniędzy i nie masz możliwości skorzystania z kredytu, po prostu nie robisz danego zakupu. Wiesz, że aby coś kupić, to najpierw musisz uzbierać pieniądze. To dobra i zdrowa sytuacja, która sprawia, że odpowiedzialnie podchodzimy do oszczędzania i dodatkowo dwa razy zastanawiamy się, czy dany zakup jest rzeczywistą „potrzebą” czy może zwyczajną „zachcianką”. Summa summarum – kupujemy mniej, wydajemy mniej, a więcej pieniędzy zostaje w naszych kieszeniach. Dostępność kredytu diametralnie zmienia tę sytuację: kupujemy więcej, kupujemy częściej, kupujemy impulsywnie, a dodatkowo ponosimy koszty obsługi kredytu. Mnożąc to przez kolejne miesiące i lata takiego postępowania szybko podkopujemy nasze finansowe bezpieczeństwo. Dokładnie jak żaba w podgrzewanym garnku…
Ach, jak cudownie jest kupować na kredyt! Jesteśmy wtedy tacy cool!

3)      Ponosimy większe ryzyko. To jest element, o którym zazwyczaj zapominamy. Tak jak zadłużona firma jest bardziej ryzykowna dla inwestorów niż firma posiadająca gotówkę, tak każdy zadłużony Kowalski musi się  liczyć z większym ryzykiem niż jego kolega bez długów. Zaciągając kredyt podpisujemy pakt, że część naszych przyszłych dochodów będziemy oddawać wierzycielowi. A zatem już dziś wydajemy pieniądze, których jeszcze nie zarobiliśmy. Co się stanie, gdy z jakichś powodów te przyszłe dochody się nie pojawią? Jak zmieni się sytuacja, gdy jutro Twój szef powie: „Świetnie się z Tobą współpracowało, ale musimy przeprowadzić restrukturyzację”? Skąd weźmiesz pieniądze na raty, nawet jeżeli były one najniższe na rynku?

długi

 

A żabka się gotuje…

Im dłużej zajmuję się finansami, tym bardziej przekonuję się, że długi konsumpcyjne to naprawdę fatalny pomysł. Wcześniej czy później mają one negatywny wpływ na finanse osobiste. Cały problem polega jednak na tym, że bardzo łatwo się z nich korzysta i że świetnie wpisują się one w naszą „konstrukcję psychiczną”. Zwykle jesteśmy niecierpliwi, chcemy mieć wszystko „tu i teraz”, a dostępne na wyciągnięcie ręki kredyty pozwalają nam szybko realizować zachcianki. Marketingowcy z branży finansowej doskonale o tym wiedzą i świetnie potrafią podać nam kredyt w atrakcyjnej formie:

Czy można mieć za złe bankowi, że chce zarabiać na pożyczkach? Absolutnie nie. To jego rola, a wręcz święty obowiązek. Jednak naszą rolą i obowiązkiem jest dbać o finanse rodziny, a zakupy na kredyt w żaden sposób nam w tym nie pomogą.

Szeroka dostępność kredytów sprawia, że coraz powszechniej uznajemy je za coś całkowicie normalnego. Wiele razy słyszę stwierdzenia typu „daj spokój, jedna pożyczka jeszcze nikomu nie zaszkodziła”, albo: „nie bądź takim ortodoksem, praktycznie nie płacę odsetek, więc o co ten cały szum?”. Słysząc to od razu przypominam sobie naszą żabkę z początku artykułu. Po co się tak emocjonować? Przecież jest ciepło i przyjemnie.

Ta „normalność” jest bardzo niebezpieczna, bo skutecznie usypia naszą czujność i sprawia, że stajemy się coraz bardziej pobłażliwi w naszym podejściu do długów. Jednak fakt, że coś jest normalne nie przesądza jeszcze o tym, że przestało być głupie. Kiedyś normą było niemycie się, palenie czarownic, przekonanie o tkwieniu Ziemi w centrum Wszechświata… Dziś normą jest przekonanie, że długi konsumpcyjne to coś zupełnie normalnego. Ot, zwykły i nieodłączny element codziennego życia.

Nie pozwól sobie wcisnąć takiego kitu!
Jeżeli naprawdę chcesz zapewnić finansowe bezpieczeństwo swojej rodzinie i dać sobie szansę na finansowy sukces w życiu, trzymaj się z dala od długów!

W kolejnym artykule napiszę o tym, jak radzić sobie z zadłużeniem. Dzisiejszy powstał jednak w bardzo konkretnym celu: aby skłonić Was do rewizji przekonań związanych z długami. Długi są bez sensu i jedyny rozsądny sposób postępowania z nimi, to… pozbyć się ich jak najszybciej i unikać ich jak ognia.

Tak, jestem pod tym względem ortodoksyjny. Ale jestem też w 100% przekonany, że właśnie dzięki temu bezwzględnemu nastawieniu do długów udało nam się tak bardzo poprawić sytuację finansową naszej rodziny.

Co o tym myślicie? Jakie są Wasze poglądy? Może znacie jakieś „szczególne przypadki, w których moje podejście jest zbyt konserwatywne? Jestem bardzo ciekawy Waszego zdania i czekam na Wasze pytania i komentarze.

Koniecznie przeczytaj również kolejny wpis, który jest kontynuacją tego artykułu i szczegółową instrukcją walki z długami:
Jak skutecznie pozbyć się długów? – ruszamy na wojnę z największym wrogiem.

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze53 komentarze

  1. Hej Marcinie,
    bardzo dobre podejście do długów i kredytów. Gratulacje, że udało Ci się wyjść i tak świetnie sobie radzisz z domowymi finansami 🙂

    Z jednym ale 🙂 Co z np. zakupami na raty (oczywiście 0%), które pomagają budować historię kredytową?
    Wiem, że za ok. dwa lata będziemy się starać o kredyt hipoteczny i staramy się teraz budować pozytywną historię, żeby lepiej wyglądać w banku. Drobne zakupy rozkładamy na raty 0% mimo, że stać nas na zakup za gotówkę.

    Myślę, że jeśli podejdziemy do tego z głową to takie długi też mogą być pozytywne i przynieść pewne zyski w przyszłości.
    Jestem ciekawa co myślisz na ten temat.

    Pozdrawiam
    Gosia

    • Cześć Gosiu,

      To ja Tobie powinienem pogratulować świadomego podejścia do finansów osobistych. Bardzo mało znam osób, które planują zaciągnięcie kredytu hipotecznego z 2-letnim wyprzedzeniem i tak odpowiedzialnie do tego podchodzą. Super!

      Jeśli chodzi o zaciąganie kredytów z myślą o zbudowaniu pozytywnej historii kredytowej, to owszem, ma to sens, jednak pod kilkoma warunkami:

      1) Kupujemy na raty 1-2 rzeczy, które są nam NAPRAWDĘ POTRZEBNE. Chodzi o to, aby „ogon nie machał psem” i aby nie kupować czegoś zbędnego tylko po to, aby budować historię kredytową w BIK.

      2) Powinny to być rzeczy o stosunkowo niewielkiej wartości. Kupno samochodu na kredyt pod pretekstem budowy historii kredytowej to zwykła ściema.

      3)Bardzo dokładnie liczymy koszty takiej pożyczki. Nie zawsze 0% to 0%, ale to chyba wiesz.

      4) Bardzo, ale to bardzo pilnujemy terminowej obsługi takiego zobowiązania, bo inaczej zamiast sobie pomóc i poprawić scoring punktowy w BIK – „zapaskudzimy” sobie historię i zaszkodzimy swoim własnym planom.

      Pozytywna historia w BIK przydaje się tak naprawdę tylko jeden jedyny raz w życiu: gdy ubiegamy się o kredyt hipoteczny. Wówczas pozytywna historia kredytowa pozwala na (nieznaczną) obniżkę marży, a czasem może zadecydować o przyznaniu kredytu.
      Jednak dużo ważniejsza będzie faktyczna zdolność kredytowa oraz wkład własny, więc nie demonizowałbym znaczenia BIK.

      Polecam Ci serdecznie bardzo fajny cykl artykułów na temat BIK przygotowany przez Michała Szafrańskiego na blogu jakoszczedzacpieniadze.pl

      Oto link:http://jakoszczedzacpieniadze.pl/punkty-bik-i-wiarygodnosc-kredytowa

      Jeśli podejdzie się do tego z głową – ma to sens.

      I na koniec bardzo ważna sprawa: po zaciągnięciu kredytu hipotecznego POZBYWAMY SIĘ INNYCH DŁUGÓW. Nie trzeba już przecież budować historii kredytowej, prawda?. Z praktyki wiem, że często niestety nawyk życia „na krechę” zostaje…

      • Dziękuję, wpis Michała już znam 🙂

        I oczywiście zgadzam się z wszystkimi Twoimi… hmm, przestrogami 😉

        ad. 3. Chyba najważniejsza sprawa przy zaciąganiu takiego zobowiązania. Niepotrzebne ubezpieczenia i karty kredytowe, na które wcale nie trzeba się zgadzać – wystarczy o tym wiedzieć.

        Życie na krechę a budowanie historii to dwie różne sprawy i jak do wszystkiego, do tego też należy podchodzić z głową.

        Pozdrawiam i jestem ciekawa drugiej części (choć oczywiście mnie nie dotyczy).

        Pozdrawiam!

  2. Jak wchodzisz do banku po kredyt widzisz pięęękny napis: „Serdecznie witamy”. Wychodząc widzisz, że sie zmienił na : „Już cię mamy…”

    • Cześć Roman. Taka rola banku 😉 Przyjmować od nas lokaty na 2% w skali roku i udzielać nam pożyczek na 16& – tak to hula i dzięki temu biznes się kręci. Wkurzają mnie tylko niektóre argumenty sprzedażowe, że to „spełnienie marzeń”, „poduszka bezpieczeństwa”, „wygodna gotówka na czarną godzinę”…

      A przecież gdy popadamy w problemy finansowe, to dodatkowa pożyczka nie jest „kołem ratunkowym: tylko „kamieniem u szyi”…

      Ale nie ma co obrażać się na banki. Niech robią swój biznes, a my po prostu MYŚLMY 😉

  3. Mam ostatnio sporo do czynienia z instytucjami finansowymi, przypadek #1 – pani z firmy pośrednictwa kredytowego była mocno zdziwiona, że obok kredytu hipotecznego mam tylko 1 kartę kredytową z niskim limitem, która potrzebna mi jest głównie do rezerwacji hotelowych, wynajmu samochodów itp.
    przypadek #2 – podczas wizyty u developera słyszę rozmowę pani od kredytów z jednym z klientów, słuchając jednym uchem dowiaduję się, że pani ma karty kredytowe w 5 bankach, do tego linię kredytową w rachunku, jej zdolność kredytowa i możliwość zakupu mieszkania zniknęły w 15 minut.
    Każdy dokonuje własnego wyboru, choć jak zauważyłam, wiele osób lubi zasłaniać się niewiedzą lub uprzejmością – nie wiedziałem, że karta rabatowa to jednocześnie kredytowa, przecież ja tę kartę tylko mam,ale nie używam, nie wiedziałem, że po 53 darmowych dniach, każdy kolejny słono kosztuje albo pani w banku była tak miła, że nie potrafiłam jej odmówić.. i to mówią dorośli ludzie.

    • Cześć Paulina, dziękuję za komentarz.

      ad 1) Pani z firmy pośrednictwa ogląda zapewne coraz więcej osób „zakredytowanych” po uszy, stąd jej ogromne zdziwienie. Witaj w gronie „NIENORMALNYCH” = stroniących od długów 😉

      ad 2) Fajny przykład – właśnie tak kredyciki pomagają nam w „spełnieniu marzeń” 😉
      Zawsze znajdzie się jakieś logiczne usprawiedliwienie – niektórzy są w tym mistrzami. Ja zamiast dobrego powodu do zadłużania się wolę mieć oszczędności. Cóż, w szkole nas tego nie uczą, a w mediach kredyty i pożyczki to czysta słodycz.

  4. Świetny wpis. Porównanie do podgrzewanej żaby powala zrozumieć niebezpieczeństwo, które czyha za drzwiami. Takim miejscem, gdzie na pewno wydasz więcej niż chcesz (mając kartę kredytową) to pub. Idziesz z kumplami na jedno piwo, a potem okazuje się, że zamiast zapłacić za 1-2 własne piwa, możesz postawić jedną, drugą kolejkę wszystkim – bo masz gest i masz ze sobą kartę kredytową…..
    pozdrawiam serdecznie
    Jarek z kursu EFC

    • Cześć Jarku,

      Dziękuję za komentarz i oczywiście za uczestnictwo w szkoleniu.

      Tak, taki pub to klasyczne miejsce na nasze polskie „zastaw się a postaw się” 😉

      Jeśli chodzi szerzej o płatności kartą, to już dawno zostało udowodnione, że używając plastiku wydajemy więcej, bo nie czujemy „bólu” związanego z wydawaniem gotówki. Tutaj na przykład jest opis fajnego badania na ten temat: http://citeseerx.ist.psu.edu/viewdoc/download?doi=10.1.1.24.3964&rep=rep1&type=pdf

      Serdecznie pozdrawiam i zapraszam do regularnych odwiedzin bloga!

  5. Marcin,

    gratuluję kolejnego fantastycznego wpisu. Zgadzam się w 100% co do kredytów konsumpcyjnych jak jednak traktować kredyty edukacyjne:
    1)na bardzo drogie programy typu studia MBA / specjalistyczna certyfikacja – czy w tym wypadku też lepiej poczekać rok czy 2 lata i przeznaczyć większą część oszczędności na edukację?
    2)Co z kredytami studenckimi?

    Dzięki

    • Hej Radek,

      Dziękuję za komentarz i ciekawe pytania.

      Co do zasady kredytowanie ma sens wtedy, gdy pieniądze z kredytu wykorzystamy na inwestycję przynoszącą zdecydowanie wyższą stopę zwrotu niż koszt samego kredytu. Edukacja pod wieloma względami może być taką inwestycją, ale wcale nie musi.

      Odnosząc się konkretnie do Twoich przykładów:

      1) certyfikacja/MBA – jeżeli ich zdobycie faktycznie oznacza, że niemal „z automatu” przełoży się to na ZNACZĄCO wyższe zarobki, lub realnie większe możliwości rozwoju – teoretycznie można to sfinansować kredytem. Ja bym jednak tego nigdy nie zrobił i szukałbym innych sposobów finansowania.

      Najlepszym sposobem jest aby pieniądze na studia wyłożył pracodawca, dla którego dany certyfikat ma realną wartość. Nie chce wyłożyć? Widocznie certyfikat nie jest zbyt wartościowy, albo pracodawca nie wiąże z Tobą dalekosiężnych planów. Dla mnie to oczywisty sygnał, że nie warto pakować w to własnych pieniędzy, tym bardziej z kredytu. Najlepsze programy typu MBA na Harvard Business School, INSEAD, Stanford czy IESE kosztują dziesiątki tysięcy dolarów. Najczęściej biorą w nich udział dwa rodzaje uczestników (a) ludzie z top managementu, za których płaci ich firma, (b) dzieci bardzo bogatych rodziców, nie muszące zaciągać kredytów na takie wydatki.

      Nie, nie zaciągnąłbym kredytu na żaden certyfikat ani na MBA. Jeśli już koniecznie chciałbym je zdobyć, odłożyłbym na to gotówkę. Jednak prawdziwy sens zdobywania tego typu kwalifikacji polega na robieniu tego przy współudziale pracodawcy.

      2) Do kredytów studenckich podchodziłbym ze zdwojoną ostrożnością. Moim zdaniem ich zaciąganie ma prawdziwy sens jedynie w przypadku osób, których naprawdę NIE STAĆ na sfinansowanie studiów w inny sposób. Wtedy jednak bardzo ważny jest wybór takiego kierunku studiów, który będzie „rentowny”. Studiowanie bibliotekoznawstwa czy filozofii na kredyt – to zupełne nieporozumienie.

      Bardzo nierozsądne jest również „cwaniakowanie” z kredytem studenckim. Wiele osób skuszonych jego bardzo niskim oprocentowaniem i możliwością częściowego umorzenia w przypadku rewelacyjnych wyników w nauce, zaciąga ten kredyt również wtedy, gdy nie jest on potrzebny. Plan jest taki, aby środki z kredytu inwestować, ale prawdziwy efekt w 9 na 10 przypadków to roztrwonienie środków z kredytu studenckiego na konsumpcję. Moim zdaniem ryzykowna gra nie warta świeczki.

      Dług to dług. Nawet studencki.

      • Zgadzam się z Tobą, Marcinie, jeśli chodzi o kredyt studencki – sama jestem tego przykładem 😉 Moich rodziców nie było stać na moje studia w innym mieście, więc byłam niejako zmuszona, by go zaciągnąć. Studiowałam informatykę na politechnice i już pod koniec studiów inżynierskich byłam w stanie utrzymać się z pracy w zawodzie na część etatu. Drugą część kredytu, na studia magisterskie, zaciągnęłam wiec z myślą o odkładaniu – niestety nic z tego nie wyszło, trudno mi było zrezygnować z przejadania tych dodatkowych 600 zł miesięcznie, a muszę teraz spłacić o 10 tysięcy więcej. Zaliczyłam więc oba podejścia 😉

        • A ja polecam kredytu studencki, żałuje że wziąłem go dopiero na 4 roku – w sumie tylko 12.000 zł. Całość wrzucałem na lokaty. Dodatkowo mobilizowało mnie to do uzupełniania tej kwoty o dodatkowe oszczędności. Jestem już 3 lata po studiach i mimo że mam gotówkę na spłatę, to bardziej opłaca mi się ciągle wrzucać te pieniądze na lokatę. Lekko liczę, że za 5 lat jestem do przodu jakieś 2.000 zł.
          Uważam, ze każdy kto może powinien brać ten kredyt chociażby po to aby przeznaczyć go po studiach na cele zakupu mieszkania. Nie ma tańszego kredytu.

  6. Cześć Marcin! Jestem zdecydowanie w Twojej drużynie, jeśli chodzi o podejście do zadłużania się. Im mniej „twardych” zobowiązań, tym więcej wolności, a wykorzystywaniu grace period na karcie czy inne tricki „optymalizacyjne”, nawet jeśli nie prowadzą do powstania złego długu, uważam za grę niewartą świeczki i spore marnotrawstwo czasu i uwagi, które możnaby wykorzystać na tworzeniu czegoś bardziej produktywnego, przydatnego.

    Ciekawym aspektem zadłużania się jednej strony jest to, że to również my stanowimy drugą stronę tej transakcji. Banki operują między innymi naszymi depozytami (i chcemy na nich jak najwyższego oprocentowania!). Część z nas jest akcjonariuszami lub obligatariuszami banków (i chcemy rosnących zysków tych przedsiębiorstw!). Olbrzymia rzesza ludzi pracuje w bankach, firmach pożyczkowych i podmiotach, które je obsługują (i chce mieć nadal pracę!). Nawet Piotr Adamczyk i Justyna Kowalczyk zarabiają na tym, że ktoś bierze te fatalne pożyczki 😉

    Ale to tylko poboczna refleksja o tym, że ten system to układ naczyń połączonych. Co do istoty problemu – też jestem ortodoksyjnym zwolennikiem długu praktycznie w każdej postaci, a konsumpcyjnych, w tym kart kredytowych, udało mi się nigdy nie dotknąć.

    • Cześć Michale,

      Witaj na blogu i dziękuję za komentarz.

      Całkowicie się z Tobą zgadzam, że to całe „zarabianie” na kartach kredytowych to jedno wielkie zawracanie głowy, strata czasu i energii. Tak zwany „payout” jest asymetryczny: potencjał zysku znikomy, a negatywne konsekwencje w przypadku nadmiernego zadłużenia duże. Poza tym nie znam nikogo, kto wzbogaciłby się poprzez „sprytne korzystanie z kart” 😉

      Cieszę się, że udaje Ci się trzymać z dala od kredytów konsumpcyjnych – dobra robota. Ja musiałem nauczyć się na własnej skórze. Bolało… 😉

      Bardzo podoba mi się Twój blog – ostatni artykuł o polisach inwestycyjnych jest naprawdę bardzo dobry. Zdecydowanie warto przeczytać: „6 mało znanych ryzyk związanych z polisami inwestycyjnymi

  7. Witaj Marcinie, bardo bory artykuł. Gratuluję zmiany podejścia do kredytów. Bardzo się cieszę, że zostałem wychowany w szacunku do pieniędzy. Domowa dewiza nie masz pieniędzy to nie kupujesz, uzbieraj kupisz. Dzięki temu nigdy nie kusiły mnie kredyty czy karty.
    Owszem mam kredyt z pracy ale ten jest na faktyczne 0% (ile pożyczyłem tyle oddaje w niedużych ratach) więc żal było nie skorzystać. Pożyczone pieniądze od razu zostały ulokowane i minimalnie ale zawsze procentowały.
    Pod koniec zeszłego roku wziąłem mały kredyt gotówkowy aby pojawić się w BIK. To akurat wliczyłem jako inwestycje pod kredyt hipoteczny, pieniądze z tego kredytu trafiły na konto oszczędnościowe.
    Strasznie mnie przeraża z jaką beztroską współpracownicy podchodzą do uruchamiania kolejnych kart, zwiększania limitów czy zakupów kolejnych sprzętów na raty, które jak się okazuje po pewnym czasie nie były im potrzebne.
    Przerażają mnie ludzie biorący kredyt na zakup samochodu, którym jeżdżą po mieście do pracy. Koszty kredytu w górę a wartość samochodu leci w dół z każdym dniem. Nawet znajomy taksówkarz nie brał kredytu gotówkowego na zakup samochodu tylko wziął go w leasing (nie płaci tyle ile za kredyt).
    Teraz został mi już tylko kredyt mieszkaniowy, ale też nie chcę go brać na max zdolności a taki, który będę mógł spłacać i spać spokojnie. Ale to wymagało systematycznego oszczędzania na wkład własny.

    Pozdrawiam!
    Marcin

    • Hej Wight,

      Witaj i dziękuję za komentarz. Nie było Cie jakiś czas (przynajmniej w komentarzach) 😉

      Co do Twojego podejścia do pieniędzy – mogę tylko pogratulować i kibicować Ci w dalszym bogaceniu się. Z takim rozsądnym podejściem to tylko kwestia czasu.

      Tak sobie myślę, że przecież to wszystko jest takie proste: wydawaj mniej niż zarabiasz, różnicę oszczędzaj i inwestuj, unikaj długów, pomagaj innym… A jednak tak wielu z nas pakuje się w tarapaty. To są jednak finanse osobiste, a tu liczy się więcej niż tylko wiedza. Od tego co wiemy ważniejsze jet to, co faktycznie robimy 😉

      Mam nadzieję, że uda Ci się otrzymać dobry kredyt hipoteczny. Dobrą regułą przy zaciąganiu takiego kredytu są takie 3 punkty:
      – 20% wkładu własnego,
      – max na 20 lat,
      – rata nie większa niż 30% dochodów netto

      Serdecznie pozdrawiam!

      • Z oszczędzaniem niby takie proste a jednak muszę walczyć ze sobą, bo dość często dokonuję kompulsywnych zakupów. Ostatecznie i tak staram się realizować miesięczny budżet ale wyrzuty sumienia są. Przez ostatnie miesiące jednak trochę bardziej się kontroluję i wróciłem do zapisywania wydatków. Muszę przyznać, że dzięki częstym odwiedzinom Twojego bloga i bloga Michała z jak…. jednak jest mi trochę łatwiej powstrzymywać się od nieplanowanych zakupów i planować wydatki.

        Co do kredytu to przy zakupie mieszkania z rynku wtórnego w dobrej cenie + samodzielny remont to powinniśmy mieć ponad sugerowane 20% (poduszkę będzie trzeba również zabezpieczyć).
        Przez jakiś czas zastanawialiśmy się nad rynkiem pierwotnym ale, ceny mieszkań są kosmiczne i w żadnym z bloków w interesujących nas lokalizacjach nie ma gazu (dla mnie fenomen). Obawiamy się opłat za energię elektryczną gotując i piekąc tylko na prądzie dlatego stawiamy na gaz. Dodatkowo problemy z ogrzewaniem z sieci miejskiej.
        Porównywałem ostatnio ofertę 2 banków i różnica w koszcie kredytu między jednym a drugim wynosiła ponad 100 tysięcy. Przed ostatecznym ożenkiem, z którymś bankiem będzie trzeba poświęcić sporo czasu. Jakoś obawiam się tych wszystkich „doradców” liczących tylko na prowizje.

        • Najważniejsze, że walczysz 😉 To więcej niż robi 90% innych ludzi. Nam spisywanie wydatków weszło w krew i stanowi bardzo zabawny wieczorny „rytuał”. Po prostu siła nawyku, dzięki któremu udaje się dużo zaoszczędzić i działać bardziej świadomie.

          Jeśli chodzi o kredyt hipoteczny – różnice w całkowitym koszcie faktycznie potrafią być ogromne, dlatego bezwzględnie warto poświęcić na to czas. Ja korzystałem z firm zajmujących się sprzedażą kredytów hipotecznych aby przygotować sobie „krótką” listę banków wartych rozważenia. Ostatecznie kontaktowałem się bezpośrednio z danym bankiem i zwykle udawało się uzyskać dużo lepsze warunki.

          Na koniec jeszcze jedno: ostatnio popularne jest obniżanie marży na kredycie hipotecznym w zamian za wykupienie polisy inwestycyjnej ze składką regularną. Policzyłem kilka takich przypadków – z moich wyliczeń, po uwzględnieniu wszystkich kosztów, bardziej opłacało się zapłacić wyższą marżę. Jak będziesz miał taką ofertę – ołówek do ręki i licz (nie tylko niższą marże, ale też koszty oferowanej polisy).

          Serdecznie pozdrawiam.

          • Jak słyszę zwrot poliso-lokata, albo polisa inwestycyjna to przed oczami mam pieniądze wtopione i stracone na zawsze. I będę ostrożny przy takich propozycjach. Na razie oszczędności lokuję na lokatach i niewielki środki w TFI obligacji i akcji, ale nie są to duże kwoty. Muszę zastanowić się jeszcze nad obligacjami.

  8. Ehhhhhhhh telefon za złotówkę też jest kredytem konsumpcyjnym. Właśnie się o tym przekonałam na własnej skórze. Nigdy nie wydałabym tyle na aparat telefoniczny zwłaszcza, że kilka działających leży w szufladzie. A teraz muszę zerwać umowę z operatorem – tak naprawdę nie wywiązuje się on ze zobowiązań tylko nie sądzę, żebym dała radę to udowodnić, bo tego nie umiem – i będę musiała zapłacić znaczną wartość telefonu. Mój mąż, który jest człowiekiem bardzo praktycznym, przy kolejnych umowach nie bierze telefonu, poprawia warunki umowy, a telefon kupuje sobie sam.

    • Hej Z, dziękuję za komentarz i ciekawe spostrzeżenie.

      Coż, od czasu do czasu każdy z nas musi zapłacić taki „podatek od naiwności” 😉 W życiu nie ma nic za darmo, więc dlaczego telefon miałby być za złotówkę?

      Dodałbym tylko, że w przypadku KAŻDEJ umowy o charakterze abonamentowym trzeba bardzo dokładnie zapoznać się z konsekwencjami zerwania takiej umowy przed czasem, bo w niektórych przypadkach mówimy o kwotach kar przekraczających 1000 pln.

  9. Abonament i telefon za złotówkę to są zwykłe zakupy na raty tylko ładnie nazwane i do tego na warunkach prawie jak w parabankach i do tego legalnie

  10. Witaj Marcinie, uważam że artykuł jest genialny i pokazuje jak łatwo można wpaść w wir różnych bezsensownych zadłużeń. Problem polega tylko na tym że jak już wpadniesz – to trudno z nich wyjść, bo co z tego że wiem że kredyt, karta są złe – jak brakuje czasem na coś …

    • Cześć Aneta,
      Dziękuję za komentarz i miłe słowa. Właśnie pracuję nad artykułem dotyczącym tego jak się wykaraskać, jak już się wpadnie w długi.

  11. Witaj Marcinie,

    W kwestii kredytów i zadłużania się mam takie samo zdanie jak Ty. Sam kiedyś wpadłem w spirale regularnego zadłużania się, jednak na moje szczęście były to niewielkie kwoty i w porę zreflektowałem się, iż tylko tracę pieniądze na odsetkach. Od pewnego czasu nie zaciągam już szybkich pożyczek, a mój niewielki limit kredytowy podpięty do konta pozostaje nieruszony.

    Jednak uważam też, że kredyt nie jest niczym złym gdy jest zaciągnięty na konkretne, nagłe potrzeby, z świadomością kredytobiorcy, że jest w stanie spłacić go całkowicie. Sam raz byłem w takiej sytuacji, iż potrzebowałem kilku tysięcy na drobny zabieg operacyjny a nie chciałem korzystać z moich długoterminowych oszczędności. Koniec końców spłaciłem ten kredyt w 5 miesięcy, raty nie zaburzyły w żadnym aspekcie moich domowych finansów, nie musiałem podejmować jakieś szczególnych wyrzeczeń aby regularnie spłacać raty, a sam kredyt kosztował mnie naprawdę niewiele.

    Widać jeśli działa się odpowiedzialnie, świadomie i rozsądnie, to można bezpiecznie korzystać z udogodnień jakie oferuje nam współczesny świat. Ważne aby nie stały się one dla nałogiem czy jedynym sposobem postępowania w życiu.

    • Hej Kamil, dziękuję za komentarz.

      Kredyt nie jest ani „dobry” ani „zły”. Ale korzystanie z niego w nagłych przypadkach jest bardzo ryzykowne i zwykle stanowi wstęp do poważnych problemów (a wiele takich sytuacji miałem okazję oglądać). To nie koło ratunkowe – to kamień u szyi.

      W Twoim przypadku kredyt nie spowodował spustoszenia w domowych finansach, bo kwota wynosiła jedynie 1000 zł. A co by się stało, gdyby rachunek za zabieg opiewał na 12 000 zł? Czy równie łatwo i szybko pozbyłbyś się takiego zadłużenia???

      Najlepszym remedium na „nagłe wypadki” jest zbudowanie funduszu bezpieczeństwa w wysokości 6-miesięcznych wydatków i ulokowanie go w bezpieczny sposób. Wymaga to działania z odpowiednim wyprzedzeniem. Skoro dałeś jednak radę spłacić 1000 zł w 5 miesięcy (wraz z kosztami i odsetkami) to jesteś w stanie odłożyć środki na fundusz bezpieczeństwa. Szczerze polecam – naprawdę można wtedy czuć się bezpieczniej i żaden kredyt nie będzie Ci potrzebny. Taniej, sensowniej, prościej i bezpieczniej.

      • Marcinie, nie zrozumiałeś mnie. Zabieg kosztował kilka tysięcy, nie tysiąc. Można było go przeprowadzić bezpłatnie w ramach NFZ, ale nie chciałem czekać. Ten tysiąc złotych o którym pisałem to tylko kredyt odnawialny podpięty do mojego konta, który mam od niedawna. Poza tym koszty zabiegu znałem już na samym początku, więc nie było mowy o jakimkolwiek zaskoczeniu ceną. A nawet jeśli to mam swoje oszczędności długoterminowe, lekko licząc w wysokości kilkunastu miesięcznych pensji 🙂 Więc w sytuacji kryzysowej mogę z nich skorzystał bez wahania. Ja tylko uważam, że odpowiedzialne korzystanie z kredytu niekoniecznie musi zwiastować nadciągającej katastrofy.

        Uważam, że osobne oszczędności na wypadek utraty pracy, czy naprawę samochodu to bardzo dobre rozwiązanie, sam będę się przymierzał do stworzenia takich osobnych funduszy awaryjnych. Jednak uważam też, że należy iść dalej i ubezpieczyć się na życie i zdrowie, na wypadek bardzo poważnych problemów zdrowotnych czy losowych. Czasami same oszczędności mogą nie wystarczyć, a z drugiej strony szkoda tak od razu pozbywać się wszystkich oszczędności, które gromadziliśmy nieraz latami.

        • OK, Kamil, to wszystko jasne, teraz jesteśmy „na tej samej stronie” 😉

          Bardzo słuszna uwaga dotycząca ubezpieczeń. Niektóre zdarzenia ze względu na swoją skalę mogą mieć bardzo destrukcyjny wpływ na finanse rodziny. Realną ochrona przed nimi są właśnie ubezpieczenia. Będzie okazja jeszcze o tym napisać, ale taki ubezpieczeniowy plan minimum to przynajmniej:
          1) OC pojazdów
          2) Ubezpieczenie mieszkania od ognia i innych zdarzeń losowych
          3) Ubezpieczenie kosztów leczenia w podróży zagranicznej.

          W wielu przypadkach (choć nie we wszystkich) w takim planie minimum powinna być uwzględniona również polisa na życie.

          Gratuluję zdrowego rozsądku 😉

          • A dziękuję uprzejmie 😉
            Własnie dobrze by było prześwietlić oferty ubezpieczeń. Ostatnio rozmawiałem z Maciejem Samcikiem na ten temat i on poleca firmę Prudential. Mówił mi też, że w Pramerica były dobre ubezpieczenia ale się coś popsuli ostatnio. Wydaje mi, że to dobry temat na obszerny wpis, który nie był nigdzie szerzej poruszany. Co do OC, to Michał Szafrański porusza szeroko ten temat teraz na swoim blogu 😉

  12. Witaj Marcinie,

    Masz 100% racji, tyle że takie przekonanie rodzi się w głowie, dopiero gdy masz wszystko czego dusza zapragnie a następnie „prawie” zbankrutujesz (podkreślam prawie), wówczas jeżeli zrozumiesz dlaczego tak się stało, zaczniesz oszczędzać.

    Niemal identyczny przykład możesz podać na zasadzie dziecka i ognia. Co rozumniejsze dzieci nie wsadzą ręki w ogień, jeżeli im się przekaże „si” , niemniej zrobią to i tak choćby przez przypadek czy nieuwagę, bo zapomną, bo przestały się pilnować bo … ech temat rzeka. Sens jest taki, tak długo się pilnujesz, jak długo będziesz o tym zdarzeniu pamiętał.

    Ludzie żyjący z dnia na dzień, raczej o takich tematach nie myślą. Starają się po prostu przetrwać. Tak więc od czasu do czasu słyszy się o egzekucja komorniczych. Więc nie można tego kierować do wszystkich, bo to nie trafi do wszystkich. Ci ludzie i tak tego nie pojmą.

    A tutaj pół żartem. Tak więc zaoszczędzone pieniążki musisz w coś zainwestować by je pomnożyć. Lokaty za niskie, Obligacje fajne, tyle że mam za mało by coś z tego było … co pozostaje ? Odpowiedź oczywista 😉 Przychodzi najmniej spodziewany moment, przegapisz chwilę wyjścia, trach i oszczędności zamrożone na kilka dobrych lat :]

    A tak żartem. Niejaki Kadafi nie zadłużał się u nikogo. Wręcz pożyczał innym, bo miał w nadmiarze. Jak skończył ? Rach, ciach, Kadafiego nie ma, a co po nim pozostało .. cóż to inny temat. Niemniej morał taki, jak już coś masz to spróbuj zminimalizować ryzyko ewentualnej utraty swoich oszczędności i nie tylko :]

    • Hej Robert, dzięki za ten komentarz.

      Temat rzeka, co? 😉 Jasne, że nie dotrę z tym przekazem do wszystkich, ale jeśli choćby jedna osoba uporządkuje sobie dzięki moim wpisom finanse, zadba o finansowe bezpieczeństwo swojej rodziny i dzięki temu będzie się jej łatwiej żyło – to już było warto!

      Na własnym przykładzie przekonałem się, że te ogólne, oparte na zdrowym rozsądku, uniwersalne zasady postępowania z pieniędzmi po prostu działają. Wyjątki oczywiście będą. Od czasu do czasu znajdzie się ktoś, kto przeżyje upadek z dużej wysokości. Ale czy to oznacza, że grawitacja przestała działać i można przestać się nią przejmować?

      Mam już zaplanowane kolejne wpisy na temat inwestycji. Również na temat tego, że trzymanie się zbyt bezpiecznych strategii również bywa…ryzykowne 😉 Będzie okazja podyskutować 😉

      Serdecznie pozdrawiam

  13. Są takie przysłowia:dobry zwyczaj nie pożyczaj,chcesz miec wroga pozyc mu pieniadze,ja sie martwilem jak od ciebie pozyczyc to teraz ty sie martw jak to odzyskac.
    memory find i wszystko jasne 🙂

  14. Witam,
    okej zgodzę się z tym podejściem, ale powiedz mi jak to zrobic żeby w niedługim czasie wyjśc z takiego zadłużenia jakiego sam doświadczyłes te np 30 000 PLN??
    Pozdrawiam

  15. Witam.
    To, że ludzie tak łatwo i bezrozumnie zaciągają kredyty to między innymi zasługa takich doradców jak Pan i ***** prawda, że jak ktoś ma zaciągnięte kredyty to „śpi spokojnie”, „bo się „przyzwyczaja” , jeden się przyzwyczaja a drugi nie. Ja przynajmniej „otarłam” się o depresję, tak to diagnozuję. Nigdy nie wierzyłam w „dobrą wolę banku ani też w dobrą wolę „doradców”, raz mi się zdarzyło wziąć kredyt- o jeden raz za dużo. Wyszłam z tego nie za sprawą jakichś doradców ale dzięki „żelaznej dyscyplinie” jaką sobie narzuciłam w sferze finansów (o tym pisze Michał Szafrański).Niestety dużo jest ludzi nieuczciwych chcących „wydoić” tzw. (jak to pan pisze) zwykłego Kowalskiego i jest (niestety) grupa osób za bardzo ufnych.
    A to, że Pan tak źle zarządzał swoimi finansami jako osoba w tym „siedząca” to naprawdę chwalebne to nie jest.
    Ludzie – najlepszymi doradcami dla samych siebie , jesteście Wy sami – myślcie, analizujcie, wertujcie, szukajcie wiedzy w internecie i zawsze ale zawsze poddawajcie to weryfikacji.

    • Hej Livia,

      Bardzo dziękuję za komentarz.

      Zacznę od tego, że serdecznie gratuluję Ci skutecznego rozwiązania problemu własnego zadłużenia. Wiem, jak wiele kosztuje to poświęcenia i wiem jak dużej dyscypliny to wymaga – właśnie dlatego, że sam przez to przeszedłem.

      Okres, w którym źle zarządzałem własnymi finansami traktuję jako bardzo cenną życiową lekcję. Mam to już dawno za sobą, ale wspomnienia życia w długu są ciągle świeże i stresujące. Myślę, że dają mi one „legitymację” do pisania na ten temat. Uważam, że gdybym sam nigdy nie był zadłużony i pisał o tym jak radzić sobie z długiem, byłbym jak kawaler piszący o tym jak stworzyć szczęśliwe małżeństwo. Zawodowi kierowcy też mają wypadki…

      Zgadzam się w 100%, że to my sami jesteśmy własnymi najważniejszymi doradcami finansowymi. Piszę o tym w kilku miejscach na tym blogu.

      Widzę tylko niespójność tego przekonania ze wstępem do Twojego komentarza: że zadłużenie to zasługa doradców, takich ja. To w końcu my podejmujemy decyzje finansowe, czy robią to za nas doradcy? Dla jasności dodam tylko, że nie jestem doradcą finansowym.

      Na koniec jeszcze uprzejma prośba o nieużywanie wulgarnych słów w komentarzach. Chodzi o szacunek dla innych czytelników bloga. Tym razem je wykropkowałem, bo komentarz jest cenny, ale będę bardzo wdzięczny, jeśli będziemy prowadzić dyskusję bez takich niepotrzebnych ozdobników.

      Serdecznie Cie pozdrawiam.

  16. Gratuluję -świetny wpis, gotująca się żaba jest wymowna, ale często bywa tak, że człowiek musi się przekonać o czymś osobiście, bo inaczej nie da się przekonać słowu innych.
    Ja jestem po przejściach z wychodzeniem z kredytów konsumpcyjnych (konsolidowanych kilkukrotnie, a jakże 🙂 ) i mam wrażenie, że dług przypomina trochę narkotyk a spirala zadłużenia – efekt uzależnienia od niego. Wniosek z tego porównania dla mnie jest taki – że stałem się „ortodoksem” – żadnych kredytów, choćby nie wiem jak kuszący byłby cel i jak wielka okazja miałaby mi „przejść koło nosa”. I tak jak alkoholika nie można nigdy wyleczyć, a celem jest tylko maksymalny czas abstynencji, tak i ja nie mogę sobie pozwolić nawet na „małe kredytowe piwko” – czyli choćby kredyt na pralkę czy odkurzacz (choćby było potrzebne).
    Po ponad dwóch latach kupowania za swoje mam dużo spokojniejszy sen i mniej obaw na przyszłość (choć i dłuższą listę zachcianek do spełnienia).

    • Hej Seba, dzięki za komentarz i witaj w gronie kredytowych „ortodoksów”.

      Potwierdzam, że super się żyje bez rat drenujących miesięczny budżet, nawet jeżeli oznacza to nieco skromniejszy styl życia.

      Serdecznie pozdrawiam

  17. Cześć Marcin,
    Jestem czytelnikiem Twojego bloga i szczęśliwym posiadaczem Twojej książki. Dzięki Tobie i Michałowi Szafrańskiemu zacząłem regularnie sporządzać swój budżet oraz oszczędzać pieniądze. Na razie jestem na 4 kroku i właśnie udało mi się spłacić wg. zasady kuli śnieżnej spłacić kolejny kredyt. Został mi już tylko kredyt samochodowy.
    Samochód amortyzuje w mojej firmie i dzięki temu nie płacę przez jakiś czas podatków, ponieważ mam własną działalność gospodarczą.
    Co myślisz o takim zadłużaniu się??Kredyt, Leasing??Pytam, bo chce spłacić samochód i co potem brać kolejny w leasing czy płacić US 300 lub więcej złotych miesięcznie??
    Co o tym wszystkim myślisz, bo nurtuje mnie to pytanie.

    Pozdrawiam

  18. Jakoś tak się u mnie złożyło, że nigdy żadnych kart kredytowych nie miałam. W okresie braku pieniędzy wspomagalam się jedynie zakupami na raty. Chociaż zawsze były to drobne rzeczy. Nigdy nie miałam ciągot konsumcyjnych. Jak mam oszczędności wówczas wydaje na ekstrawaganckie zakupy. Autem jeżdżę starym a oszczędności mam zainwestowane, dopiero po duzej nadwyzce obiecalam sobie kupić cos lepszego. Oczywiście kredyt hipoteczny mam, ale i plan jak go splacic wcześniej.

    Pozdrawiam

  19. Hej Marcin,
    generalnie zgadzam się z tym, że kredyty konsumpcyjne są dużo droższe niż się to wydaje. Jednak nie do końca się z Tobą zgodzę co do kart kredytowych. Osobiście posiadam w portfelu dwie karty kredytowe od 2004 roku. Jedna z nich jest używana sporadycznie, druga nie jest nawet aktywowana – stanowi typowe zabezpieczenie finansowe na awaryjną sytuację (aktywacja telefoniczna zajmuje 2 minuty). Gdy korzystam z tej pierwszej to zawsze się mieszczę w okresie bezodsetkowym. W ten sposób zapłaciłem za wakacje w ubiegłym roku czy nowego laptopa: spłacając kartę z dochodów bieżących (trzech kolejnych) i nie ruszając żadnych oszczędności, mimo że m.in. były tworzone z myślą o urlopie. Więc nawet jeśli bym dostał wypowiedzenie to wciąż mam środki, które z założenia były przeznaczone na wakacje.
    Inna sprawa to ile trzeba zarabiać żeby odłożyć na coś większego? Weźmy na ten przykład samochód. Jeżdżę sporo samochodem. Paliwo kosztuje mnie +/- 800zł na miesiąc. Do tego koszty utrzymania: ubezpieczenie, naprawy, materiały eksploatacyjne, parkingi etc. – razem koło 8 000 zł rocznie. Wraz z paliwem robi się to kwota 17 600 zł rocznie. Dużo czy nie – nie ma to znaczenia. Teraz załóżmy, że kupujemy auto 4-5 letnie i używamy je 3-4 lata (żeby wartość rocznych napraw nie przekroczyła wartości auta). Zakup auta: 30 000 zł. Czyli, żeby odłożyć na kolejne musimy odkładać po 8 000-10 000 zł rocznie. Razem z kosztami bieżącymi robi się już 25 000 – 27 000 zł. Ile trzeba zarabiać, żeby utrzymać samochód i móc go zmienić? Oczywiście wiem, że po zmianie sprzedajemy stary, ale nim to nastąpi musimy mieć kasę na zakup auta.

    Jestem przeciwnikiem zadłużania się pod korek, zadłużania się bez sensu („bo przecież wyszedł nowy iPhone”) etc. Ale uważam, że rozsądek pozwala korzystać z istniejących rozwiązań finansowych w sposób bezpieczny i zrównoważony, by nigdy nie doszło do problematycznej sytuacji.

  20. Jeśli ktoś płaci 1700 złotych miesięcznie na poczet opłat administracyjnych do wspólnoty mieszkaniowej to rozumiem że chyba mieszka w pałacu. Tak wspólnota pałacowa???
    I potem się dziwi że mu zabrakło debetów na kartach.

  21. „Gdy nie masz pieniędzy i nie masz możliwości skorzystania z kredytu, po prostu nie robisz danego zakupu. Wiesz, że aby coś kupić, to najpierw musisz uzbierać pieniądze. To dobra i zdrowa sytuacja, która sprawia, że odpowiedzialnie podchodzimy do oszczędzania ”

    Równie wielka bzdura co twierdzenie że kredyty konsumenckie są złem. Pieniądz odkładany traci na wartości. W efekcie kosztuje nas tak samo jak kredyt tyle że z dyskontem a nie z oprocentowaniem.

    Twierdzenie, że owe oszczędności można zainwestować to kolejne gotowanie żaby.
    Na takich inwestycjach prędzej stracimy niż będziemy w stanie kupić produkt który planowaliśmy.
    Współczesna gospodarka jest gospodarka długu. Ode zawsze taka była, tylko kiedyś ten dług był ukrywany w wartości kruszcu, co prowadziło do niedoborów pieniądza tamujących rozwój gospodarki i konieczności dewaluacji. Dziś powodem tego mechanizmu jest koncentracja kapitału z pieniądza generowanego z długów.

    Konsumenci niewiele mogą w tym względzie zmienić, bo to dla nich jak sikanie pod wiatr. Skoro państwowi regulatorzy opłacani przez korporacje stworzyli taki system finansowania konsumpcji, to załamać go może tylko kolejna rewolucja socjalna. Każdy pojedynczy konsument może po prostu powstrzymywać się od kupowania za kredyt i liczyć na wszelkie pomyślności przy zarabianiu na zaspokajanie swoich potrzeb. Jeśli w ten sposób postąpi większość, to większość będzie miała coraz mniej okazji do zarobienia na zaspokojenie swoich potrzeb. I wszyscy będą żyć w coraz gorszych warunkach z coraz niższą siła nabywczą swojej pensji. Tak się zresztą dokładnie dzieje na świecie – w USA od końca lat 60. ubiegłego wieku i Polskę dotyka ten sam „dobrobyt” od 26 lat.

  22. Taka drobna dygresja.
    Jeśli chodzi o kontakty z wszelkimi instytucjami finansowymi, doradcami, tak telefoniczne jak i tete a tete, i propozycjach ulokowania środków w jakiekolwiek fundusze, czy otwarcia kolejnego rachunku z nową kartą, której nie potrzebuję, zawsze mimowolnie przypomina mi się pewna scena z pewnego filmu. Ten film to Wilk z Wall Street, a scena to ta, w której Leo skutecznie przekonuje pewnego naiwniaka do zainwestowania drobnej sumy w wątpliwe przedsięwzięcie. Rozmowa odbywa się przez telefon przy włączonym głośniku, a każdy kolejny krok do ostatecznego przekonania wahającego się „inwestora” spotyka się z nieukrywaną uciechą przysłuchujących się rozmowie współpracowników, którą potęgują wymowne gesty Leo…
    Ta scena zawsze pomaga mi przetrwać nawet najzacieklejsze próby wciągnięcia mnie w najbardziej lukratywne inwestycje. Z uśmiechem 🙂
    Cóż, tak już jest, iż jakiekolwiek zapewnienia o trosce o nasze finanse to zwykłe mydlenie oczu, a jedyną motywacją drugiej strony jest prowizja 🙂

  23. Macin, możesz – najlepiej jednym zdaniem – wyjaśnić nie-finansistom na czym polega drozszosc kapitałów własnych w przedsiębiorstwie?

Odpowiedz