marilyn

 

Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy” – to zdanie wypowiedziane przez Marilyn Monroe robi furorę wśród wszystkich zakupoholików. Piękne blond włosy, długie rzęsy, zagadkowy uśmiech, mrugnięcie okiem – taka piękność wie, o czym mówi i z całą pewnością nie może się mylić. Kto jednak zna historię jej życia wie również o tym, że nie dane jej było odnaleźć szczęścia.

Do napisania tego artykułu skłoniły mnie dwa wydarzenia: przeprowadzka oraz relacja z Ukrainy.

Ostatni weekend spędziłem w moim rodzinnym Lubinie na Dolnym Śląsku, gdzie pomagałem mamie przeprowadzić się do nowego domu. Przewozem mebli i większych elementów zajęła się firma przeprowadzkowa, a naszą działką była zawartość szaf, szuflad, półek i schowków. Choć mama nigdy nie przesadzała z gromadzeniem rzeczy, to na przewiezienie wszystkiego potrzebowaliśmy dwóch pełnych dni. Widok tych wszystkich kartonów, pudełek, toreb i worków na środku nowego salonu był powalający. Byliśmy w szoku jak wiele rzeczy gromadzi człowiek na przestrzeni lat.

Gdy po powrocie do Warszawy zasiadłem do kolacji i włączyłem „Fakty” , leciała akurat relacja z Ukrainy, gdzie dziennikarze pokazywali rezydencję Wiktora Janukowicza oraz zawartość hangaru pod Kijowem z kolekcją luksusowych aut należących prawdopodobnie do jego syna. Widzieliście już pewnie ten gustowny kibelek:

kibelek

W głowie świtało mi tylko jedno pytanie: Po co to wszystko? Po cholerę człowiekowi tyle błyskotek, zabawek i gadżetów? Złoto, marmury, kiczowate ornamenty, własne zoo… Przecież to głupie. Nie wspominając nawet, że to pieniądze z podatków, które powinny być przeznaczone na inny cel. I gdy tak rozmyślałem o ukraińskich oligarchach, do głowy przyszła mi inna myśl: A na co ja przeznaczam swoje pieniądze? Niby pilnuję budżetu, ale czy części z nich nie wydaję wciąż na „błyskotki” mniejszego kalibru?

Zgłębiając ten temat natknąłem się na kilka ciekawych artykułów, zdjęć i statystyk. Czy większość naszych piwnic, garaży i strychów nie przypomina przypadkiem tego:

workshop mess

Skąd się biorą te wszystkie rzeczy w naszych domach? Z zakupów. A czym za nie płacimy? Naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi: zarówno bieżącymi (zarobki) jak i przyszłymi (zakupy na kredyt). A po co nam to wszystko? By poczuć się lepiej? Czy faktycznie wydając pieniądze możemy kupić sobie choć trochę szczęścia?

Okazuje się, że tematem tym zajęli się nawet naukowcy. Na przykład w raporcie „To Do or to Have? That Is the Question” para amerykańskich badaczy argumentuje, że zamiast kupować rzeczy materialne, lepiej jest wydać pieniądze w ciekawszy sposób.

Powszechnie uważa się, że kupienie sobie nowego ubrania czy też elektronicznego gadżetu potrafi skutecznie poprawić humor. Tymczasem, chociaż przez kilka chwil faktycznie czujemy się lepiej, to już po paru godzinach od powrotu z zakupów nasz nastrój znacząco się pogarsza. Najczęściej związane jest to z poczuciem winy, że po raz kolejny zachowaliśmy się nieodpowiedzialnie. Poza tym, w miarę jak przyrasta w naszym domu sterta zakupionych przedmiotów, coraz mniej nas one cieszą. Rzeczy materialne starzeją się i zużywają, przez co z czasem po prostu przestają nam się podobać. Efekt jest taki, że nawet jeśli wykupimy wszystkie towary z centrum handlowego, ostateczny wpływ na nasze samopoczucie będzie raczej negatywny. Jaki jest zatem lepszy sposób na wykorzystanie pieniędzy?

Okazuje się, że zdecydowanie bardziej pozytywny wpływ na poczucie szczęścia ma wydawanie ich na nowe doświadczenia: podróże, pasje, hobby, wyjścia do teatru, opery, kina, na koncert, spotkania z innymi ludźmi itp.

Hikers

Tego typu inwestycje w doświadczenia dają nam poczucie szczęścia z kilku powodów. Po pierwsze z czasem podlegają tzw. pozytywnym reinterpretacjom, dzięki czemu zapominamy o lejącym deszczu czy wielogodzinnej podróży samochodem, a pamiętamy jedynie przyjemne wygrzewanie się na słońcu. Po drugie, doświadczenia te stają się ważną częścią naszej tożsamości oraz bardzo pomagają w nawiązywaniu pozytywnych relacji z innymi ludźmi. Chwile spędzone w miłym towarzystwie na długo pozostają w naszej pamięci jako jedne z najszczęśliwszych.

Przeglądając internet trafiłem też na ciekawy wpis na blogu Wolnym Być, gdzie w jednym z artykułów opisana jest tzw. inflacja stylu życia. Ilustruje ona jedno z praw Parkinsona, które mówi, że nasze wydatki rosną w takim tempie, by skonsumować nasz cały dochód. Faktycznie coś w tym jest. Z czego wynika ten nasz pęd do ciągłej konsumpcji i zakupów?

Cóż, codziennie jesteśmy bombardowani ogromną liczbą reklam. Pierwsze z nich wmawiają nam, że koniecznie musimy kupić nowe ubrania, meble, samochody, nowy komputer, konsolę do gier, najnowsze kosmetyki lub chociaż zabawki dla naszych dzieci. Bez tego będziemy przecież smutni, niemodni, nieatrakcyjni. Druga grupa reklam idzie o krok dalej. Nie masz pieniędzy na kupno tych rzeczy? Nie ma sprawy! Mamy dla Ciebie wspaniałą pożyczkę, kredyt, kartę kredytową. Przyjdź, podpisz, zadłuż się i kupuj, kupuj, kupuj…Zobacz na swoich sąsiadów: Ci spod jedynki mają już nowy samochód, tamci z parteru są już po remoncie, a Ci z naprzeciwka kupili dziecku narty. A Ty? Na co jeszcze czekasz? Nie musisz czekać na realizację marzeń!

W tej atmosferze nie trudno jest dojść do przekonania, że jedynym sposobem na lepsze życie jest konsumpcja i kolejne zakupy. Tyle tylko, że to zupełny absurd, bo gdy zatrzymasz się na chwilę i spokojnie pomyślisz, co tak naprawdę jest w życiu ważne, od razu nabierzesz ochoty by wyrwać się z tego owczego pędu.

Odpowiedzią na to zakupowe szaleństwo jest coraz bardziej popularny ruch, czy może nawet filozofia, zwana minimalizmem.  Jeden z ciekawszych blogów, które znalazłem na ten temat, to www. becomingminimalist.com

Część tez tego „ruchu” jest dla mnie bardzo odległa, ale niektóre są bardzo ciekawe w kontekście tego artykułu. Oto te, które szczególnie mi się spodobały:

1)      Rozważ całkowity koszt swoich zakupów. Zwykle gdy coś kupujemy, sprawdzamy jedynie cenę na metce. Faktyczny koszt jest jednak wyższy. Każda zakupiona rzecz wymaga poświęcenia dodatkowego czasu, energii i wysiłku. Musimy coś wyprać, uporządkować, odkurzyć, sprzątnąć, naprawić, zakonserwować, odnowić, wymienić, itp. Mnóstwo cennego czasu tracimy też na poszukiwanie czegoś, co nam „zginęło” pod stertą innych przedmiotów. Dlatego im mniej mamy rzeczy, tym więcej przestrzeni, energii i czasu. Do tej pory  patrzyłem na to głównie z perspektywy czysto finansowej: warto jest kupować mniej, bo to oznacza mniejsze wydatki, większe oszczędności i przede wszystkim pozwala uniknąć długów. Przemawiają jednak do mnie również te „jakościowe” argumenty.

2)      Przyjmij postawę podróżnika. Ten punkt naprawdę jest niezły. Gdy wyruszamy w podróż zabieramy ze sobą jedynie to, co niezbędne. Dzięki temu jesteśmy bardziej mobilni, czujemy się lżejsi a nawet nieco bardziej wolni. Choć nie wyobrażam sobie zredukowania posiadanych przez nas rzeczy do rozmiarów walizki czy plecaka, to fajnie jest spojrzeć na własne mieszkanie okiem podróżnika. Już samo wyobrażenie, które przedmioty są naprawdę niezbędne, pozwala skutecznie zidentyfikować sporo rzeczy, które już wkrótce trafią na Allegro lub Tablicę.pl 😉

3)      Wyłącz telewizor. Z tym punktem zgadzam się w 100%. Ale nie chodzi tu jedynie o popularny slogan, że telewizja to złodziej czasu. Argumenty są raczej takie, że współczesna telewizja działa tak, by za wszelką cenę przyciągnąć nas przed ekrany i utrzymać przed nimi na tyle długo, żebyśmy zdążyli zaabsorbować solidną dawkę reklam. Dzięki temu telewizja generuje przychody od reklamodawców, co zapewnia jej egzystencję. Przy tym jakość nadawanych programów nie ma najmniejszego znaczenia, liczy się jedno: tępo wpatrzony w ekran telewidz. I faktycznie, gdy przypomnę sobie jak słabe, żenujące, a wręcz ogłupiające są niektóre programy, nie mam najmniejszych złudzeń, że ich jedyną rolą jest utrzymanie uwagi telewidza, który czeka „co będzie dalej”. Chyba największe dno, jakie miałem okazję przez 15 minut oglądać, to Warsaw Shore… dłużej nie byłem w stanie wytrzymać… Zemdliło mnie.

To tyle na temat przeprowadzki, Janukowicza i minimalizmu. Przekaz tego wpisu jest bardzo klarowny:

Kupuj mniej, przyjmij postawę podróżnika, wyłącz telewizor i … inwestuj w doświadczenia!

Co o tym myślicie? Dla mnie to przepis na trochę lepsze życie i większy porządek w finansach. Może znacie jeszcze inne sposoby na wyrwanie się z objęć naszej „kultury konsumpcjonizmu?

Miłego dnia! I oczywiście będę bardzo wdzięczny za polubienie strony i polecenie mojego wpisu. Serdecznie Dziękuję.