Na co pożyczyliśmy 374 mld zł? Odpowiedź na jedno pytanie, która bardzo mi pomoże.

44

Choć często posługujemy się w niej liczbami, ekonomia nie jest nauką ścisłą. Niektórzy zastanawiają się nawet, czy to w ogóle nauka. Świętej pamięci redaktor Tadeusz Mosz lubił powtarzać takie stwierdzenie: Wpływ ekonomistów na gospodarkę jest mniej więcej taki, jak meteorologów na pogodę. Dlatego zawsze uśmiecham się w duchu mówiąc o sobie „ekonomista”.

Nie zmienia to faktu, że bardzo lubię ekonomię i wszystko, co jest z nią związane. To, co niezwykle mnie w niej fascynuje, to pewne bardzo ciekawe zjawisko. Ekonomia to suma indywidualnych decyzji pojedynczych osób, które stopniowo kumulują się w trendy. A trendy, choć w krótkiej perspektywie niemal niezauważalne, wywierają następnie potężny wpływ na nasze życie i gospodarkę. Przez jakiś czas możemy je ignorować, ale potem…

Zejdźmy jednak do bliższej nam „mikroskali”, na którą mamy bardziej realny wpływ. Jeszcze 20 lat temu prawie nikt nie słyszał o czymś takim, jak kredyt hipoteczny. 10 lat temu już 945 000 osób miało taki „lewarek”, a łączna suma ich zadłużenia wynosiła 77 mld złotych. Nieźle. Minęła kolejna dekada i jak to wygląda dziś?  Blisko 2 mln aktywnych umów kredytowych o łącznej wartości 374 mld złotych. (źródło: Raport AMRON–SARFiN 4/2015). Idziemy jak burza i wygląda na to, że kolejne lata oznaczać będą kontynuację tego trendu, aż do momentu, w którym… Postawmy na razie tu wielokropek. Wrócimy do tematu gdy WIBOR podskoczy do poziomów z 2008 roku.

Zaciągnięcie i spłacanie kredytu hipotecznego to jedna z tych życiowych decyzji, która ma bardzo poważne konsekwencje dla naszych finansów. Kilka prostych błędów lub nadmierny pośpiech przy wyborze kredytu – i płaci się za to ogromne pieniądze. Gdy przeczytałem w przytoczonym powyżej raporcie, że tylko w 2015 roku kredyt hipoteczny zaciągnęło 181 tys. osób, przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

Niektóre osoby pożyczają na rozsądnych warunkach i w oparciu o sensowne kryteria. Inne pakują się w kiepskie umowy, płacą drakońskie marże, a na dodatek wciskane są im dodatkowe produkty (ubezpieczenia, polisy inwestycyjne, karty kredytowe, itp.). I jeszcze się cieszą, że taki kredyt dostały.

Tymczasem kilka złych decyzji przy zaciągnięciu kredytu, a różnica może wynieść kilkanaście, kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy złotych. Zresztą zaciągnięcie kredytu to nie jedyny moment, gdy nasze decyzje są ważne. A co w momencie zmiany mieszkania? Czy taki kredyt warto zrefinansować? A może najlepiej spłacić go przed terminem?

Chodzi mi po głowie przygotowanie dobrego materiału (cyklu wpisów, poradnika, a może kursu?), który pomoże podejmować dobre i świadome decyzje osobom, które taki kredyt hipoteczny mają lub planują go zaciągnąć. Trochę już na ten temat udostępniłem na blogu w specjalnej zakładce Kredyt hipoteczny – przewodnik. Chciałbym jednak zrobić coś więcej.

I tu potrzebuję Twojej pomocy: odpowiedzi na jedno proste pytanie, które mi bardzo pomoże.

O co chodzi z tym pytaniem?

Siedzę po uszy w tematach finansowych i czasem tracę właściwą perspektywę. Pewne sprawy wydają mi się tak oczywiste, że nie warto o nich wspominać. Z kolei inne tak nieistotne, że nieświadomie je ignoruję. Nie chciałbym popełnić takiego błędu przygotowując materiał o kredytach hipotecznych. Tym razem chcę tam zamieścić odpowiedzi na wszystkie ważne pytania – ale pytania ważne dla Ciebie, a nie dla mnie.

W tym celu przygotowałem prosty formularz składający się tylko z jednego pytania:

Czego chciałbyś dowiedzieć się na temat kredytu hipotecznego?

Dlaczego zadaję to pytanie w osobnym formularzu, a nie proszę po prostu o komentarz pod wpisem? Bo z komentarzami jest tak, że jak ktoś inny już napisze coś, co mamy na myśli, to raczej odpuścimy sobie odpowiedź. Po co się powtarzać? Tymczasem właśnie częstotliwość powtarzania się pytań pozwoli mi naprawdę lepiej zrozumieć, które sprawy są dla Ciebie najbardziej kluczowe.

Bardzo liczę na to, że zechcesz w ten sposób mi pomóc. Kliknij po prostu poniższy przycisk:

button pytanie

Serdecznie Ci dziękuję!

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze44 komentarze

  1. Jesteście rewelacyjni. W ciągu dwóch godzin od publikacji mam już od Was 34 niezwykle ciekawe odpowiedzi. Wczytuję się, analizuję i przede wszystkim proszę o więcej, więcej, więcej 🙂 Otwieracie mi oczy na wiele spraw.

  2. Mam zupełnie inne pytanie, ale zadam je tutaj:)
    Chodzi o tzw. raty zero procent. Ostatnio znajomi przekonywali mnie, że takie raty to rzeczywiście rewelacja i płaci się dokładnie taką kwotę, jaką dany produkt ma na półce (pod warunkiem, że nie weźmie się dodatkowego ubezpieczenia). Jedyne, co przychodzi mi do głowy w odpowiedzi na takie „rewelacje” to:
    1. nie ma darmowych kredytów, w każdym razie banki na pewno ich nie udzielają;
    2. jeśli mam pieniądze na kupno czegoś jestem w zupełnie innej sytuacji, niż jeśli nie mam pieniędzy na zakup; w pierwszym przypadku jestem panem(panią) sytuacji i sam(a) stawiam warunki, w drugim – wiadomo.
    Ale jakichś bardzo twardych argumentów nie znalazłam.

    • Jeżeli to rzeczywiście są raty 0% i nikt nie wciśnie ci dodatkowego ubezpieczenia to jest to najlepszy z możliwych kredytów, ma sens głównie wtedy gdy np. wiesz, że masz szansę wykończyć mieszkanie za gotówkę, ale nie wiesz czy starczy ci na wszystko. Bierzesz wtedy RTV-AGD (polecam jednak tylko to zupełnie niezbędne do tego by w nim zamieszkać). Jeżeli ci zostaje gotówka to spokojnie nadpłacasz. Dobra rada to krótki okres kredytowania ( czyli taki jak okres gwarancji sprzętu lub krótszy)

      Dla twojej informacji :masz absolutną rację nie ma darmowych kredytów 🙁 Raty tak naprawdę nie są darmowe bank dostaje jakieś pieniądze ze sprzedanego sprzętu (umowa pomiędzy bankiem i sklepem)a klient za to płaci wyższą ceną zakupu – nawet ten, który płaci za gotówkę

      Z rynkiem nieruchomości jest podobnie ogranicz akcje kredytową banków ( patrz kryzys 2008), a ceny drastycznie spadają. Kredyty hipoteczne sztucznie tworzą nadmierny popyt na rynku więc cena rośnie. Tak własnie tworzą się ,,bańki” – dotyczy to właściwie wszystkich klas aktywów.

    • Towar /produkt kupowany na raty 0%jest w 99% razy droższy o kilka kilkanaście procent od ofert z innych sklepów /też internetowych/ z płatnością gotowkowa
      Nawet przy tej samej cenie przy gotówce prawie zawsze masz możliwość wytargowania paru % rabatu

      • Większość sieci internetowych też sprzedaje na raty więc nie wiem gdzie tu widzisz różnice kilkunastu procent. Z ciekawości wpisałem model lodówki, którą kupiłem 3 miesiące temu i nie widzę tej różnicy, chyba, że są jakieś sklepy o których nie wiem wyłącznie z płatnością gotówką, jeśli takie znasz to proszę podziel się tą informacją.

      • Kupiłam wyciskarke do soku właśnie na raty 0% w sklepie internetowym. Cena na raty i z płatnością od razu nie różniła się niczym..

        • Ale chodzi o to że mocno prawdopodobne że można ją kupić taniej w innym sklepie internetowym, który rat 0% nie oferuje…

    • Raty 0%, takie prawdziwe istnieją. Opłacalność dla sprzedawcy polega na tym, że większość ludzi kupi zdecydowanie więcej niż powinna/potrzebuje, jak dostaną możliwość spłaty ratalnej. Do tego dostają dane klienta do przetwarzania. Z ratami 0% jest jak z nożem – przydatne narzędzie w rękach rozsądnego człowieka, ale krzywdę też można sobie zrobić.
      Ja korzystam, ale pod kilkoma warunkami:
      – Suma = cena towaru, żadnych ubezpieczeń, kart kredytowych, opłat itp.
      – Kupuję to, czego rzeczywiście potrzebuję i na co mnie stać, a potrzebuję niewiele i „stać mnie” oceniam dość radykalnie.
      – Sprzedawca ma najlepszą ofertę na rynku. Nie kupię towaru za 500 zł w ratach 0%, jeśli w innym miejscu mogę to samo kupić za gotówkę za 490 zł.

      • Anna,

        Czyli poświęcasz czas i energię by zaciągnąć takie raty z głową. Bardzo słusznie.

        Tylko… jakie realne korzyści odnosisz z faktu dokonania zakupów na raty?
        Na czym one polegają w porównaniu ze zwykłymi zakupami za własne pieniądze?

        • Czasu i energii za bardzo nie poświęcam, bo jeśli się wie co sprawdzać to można to zrobić sprawnie. Dodam, że nie kupuję w sklepach stacjonarnych, bo się nie opłaca, więc cały proces zakupów odbywa się w wolnej chwili przy komputerze. Wiem już, które sklepy oferują sensowny system ratalny i są rzetelne, więc sprawdzam tylko oferty cenowe. Realna korzyść? Wyłącznie większa ilość wolnych środków.

          • Ale czy te „wolne środki” w jakiś sposób dla Ciebie pracują?

            Wybacz, że tak dopytuję, ale naprawdę staram się zrozumieć fenomen zakupów ratalnych dokonywanych przez osoby, które bez problemu mogą kupić za własne środki. 🙂

            • Leżą na koncie oszczędnościowym 🙂 Wiadomo, nie wypracują żadnego wielkiego zysku. Dodatkowo mogę po nie sięgnąć, gdybym potrzebowała np. zainwestować w firmę. W pewnym sensie można powiedzieć, że traktuję zakup ratalny jak kredyt gotówkowy – generuję wolną gotówkę.

    • Cześć Z,

      Moje podejście do rat 0% jest bardzo poste:

      1. To dług – jak każdy inny.
      2. Nawet jeżeli załapiesz się na 0% (dotyczy to wąskiej grupy klientów o na tyle dobrej sytuacji finansowej, że w zasadzie takie raty nie są im potrzebne) – ponosisz inne koszty:
      a) czasu na załatwienie formalności i biurokracji związanej z zawarciem umowy
      b) energii związanej na pilnowanie terminowych spłat (w niektórych umowach opóźnienie z 1 ratą oznacza koniec 0%)
      c) czasu na posprzątanie po takich ratach (zebranie potwierdzeń, że wszystko spłacone, że nie masz już żadnych zobowiązań).
      d) energii związanej z myśleniem, że jednam masz dług, który trzeba pilnować

      A jakie są KORZYŚCI z takich rat? Zyski w wysokości kilkudziesięciu złotych, bo gotówka była trzymana w tym czasie na lokacie?
      Moim zdaniem – szkoda prądu.

      KORZYŚCI są moim zdaniem znacznie mniejsze ot STRAT – jeśli nie finansowych, to strat czasu i energii.

      A kiedy kupujesz za własne = zamykasz transakcję i już nic nie obciąża Twojej głowy. Możesz przeznaczyć czas na bardziej wartościowe rzeczy.

      3. Raty to dodatkowe ryzyko. Stracisz pracę i… pojawia się problem.

      4. Nie mam pieniędzy? To robię swój – znacznie tańszy – system ratalny. Najpierw przez kilka miesięcy odkładam – potem kupuję.

      To tak w ogólnym zarysie 😉

      • Bardzo dziękuję za odpowiedź. „Święty spokój” to niewątpliwie zysk. Rzeczywiście „haczyków” jest więcej, niż korzyści, nawet jeśli suma spłaty jest równa cenie wyjściowej.

      • Jest jeszcze jeden problem tj. Czy osoba ktora stac na zakup za gotowke wybiera opcje raty 0% tylko poto aby zracjonalizowac swoja zachcianke.. bo mimo wszystko rozklada koszty w czasie. 3000 pln upfront boli bardziej niz 200 pln przez 15 msc.

      • Jest jeszcze jedna korzyść – takie dane trafiają do BIKu, w przypadku osób, które nie mają żadnej historii kredytowej a starają/spodziewają się czy planują zaciągnięcie jakiegoś, zawsze to wpływa na ich korzyść, a jest chyba najmniej inwazyjne 🙂

    • Udzielają. Np. na allegro przez Raty Payu 0% zdaje się mBank udziela takich rat. A np. kart karta kredytowa – przez 52 dni nie płacisz za zadłużenie. To też taki kredyt 0%.
      Odnośnie drugiego – nie do końca stawiasz warunki. Zgadzasz się na warunki zaproponowane. To że masz pieniądze oznacza tylko tyle, że ich wydanie na zakupioną rzecz rozłożysz w czasie. Teoretycznie mogą w tym czasie, zanim je wydasz na kolejne raty, zarabiać na siebie.

  3. Ja mam pytanie zupełnie z innej beczki, pośrednio tylko związane z hipoteką. Co Marcinie sądzisz o tym, żeby w ogóle zrezygnować z zakupu własnego mieszkania / domu na kredyt? I po prostu wynajmować w pobliżu miejsca pracy, nadwyżkę finansową po prostu odkładając?
    Zastanawiam się, jak zmieni się nasz świat w ciągu najbliższych 10-20 lat (ewentualny rozpad UE, terroryzm, islamizacja, zamieszki w biedniejącej Europie Zachodniej, zamknięcie granic, ewentualne mega-kryzysy gospodarcze, roboty i automatyzacja, likwidacja wielu zawodów) i troszkę się boję kredytu na 20-30 lat. Uwiązania do jednego miejsca.
    Nie wiem, gdzie będę żył i co będę robił za 5 lat. Nie wiem, w jakim mieście. Nie wiem, w jakim zawodzie. Nie wiem nawet, w jakim kraju.
    Zszedłem z wydatkami poniżej 50% dochodów. Dochody będą mi już tylko cały czas rosły. Inflacji poziomu życia powiedziałem stop – wystarczy mi to, co mam, żyję całkiem ok. Za jakiś czas nie będę mieć już jakichkolwiek długów i tak ma już zostać do końca życia. Jak to sensownie rozegrać? Inwestować w ETF czy może kupić jednak mieszkanie i je wynająć?
    Czy rozsądnie jest po prostu nie chcieć w ogóle kupować własnego mieszkania?

    • Hej Marcin,

      Napisałem już trochę o tym w dwóch artykułach:

      1. Czy własne mieszkanie to dobra inwestycja?
      2. Lepiej kupić czy wynająć mieszkanie?

      Jeśli chodzi o czarne scenariusze – to bardzo szeroki temat, który za jakiś czas pewnie podejmę. W tym scenariuszu nie tylko mieszkania są zagrożone, ale ETF-y również 😉 Tu przytoczę jednak zdanie Marka Twaina: „Spędziłem większość życia, martwiąc się o rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły.”

      Czy rozsądnie jest po prostu nie kupować mieszkania? Jasne. W Twojej sytuacji wręcz bardzo sensowne, skoro nie masz sprecyzowanych planów odnośnie miejsca pobytu, zawodu i rodziny.

      • Wielkie dzięki za odpowiedź i poświęcony czas. Artykuły czytałem, więcej niż jeden raz – podobnie jak cały Twój blog 🙂

        U mnie problem jest w otoczeniu – nie wiem czemu, ale wszyscy bliscy mi ludzie sądzą, że posiadanie własnego mieszkania lub domu jest wręcz „obowiązkowe”.

        • No tak. Znam to trochę z autopsji. W moim przypadku próbują mi wmówić, że powinienem zamienić swoje mieszkanie 54 m2 na dom ( mam żonę i 2 dzieci). Mieszkanie mam bez kredytu, więc wszyscy dookoła namawiają mnie, że powinienem wziąć kredyt i kupić dom, bo przecież stać mnie żeby spłacać raty.

    • Więc zadam Ci pytanie: to po co chcesz życ w Polsce? Nie masz nic, nie chcesz tu mieć, więc ja na Twoim miejscu wyjechałbym gdzies gdzie jest i będzie bezpiecznie, np. Australia czy Nowa Zelandia…..Jaki sens jest tu siedzieć i się zamartwiac?Pomyśl: całe zycie bedziesz odkładał, nic nie bedziesz miał, przyjdzie jakis reset i….co wtedy? jak sie okaże że te wszystkie oszczedności straciłeś? Więc wydaje mi sie że lepiej życ tu i teraz albo wyjechać w bezpieczny region w trybie natychmiastowym. Ja bym tak zrobił.

  4. A ja zapytam o coś związanego z kredytem, ale to dość konkretna sytuacja. Jestem ciekawa zdania Marcina, ale i Waszego.

    1. Mam mieszkanie kupione 3 lata temu na kredyt. Mieszkałam w nim pół roku, potem zostało wynajęte. Po zapłaceniu raty kredytu i czynszu zostaje mi „na czysto” 300 zł co miesiąc z wynajmu. Mieszkanie to kawalerka.
    2. W związku ze zmianą sytuacji potrzebuję dużego mieszkania. Wynajem raczej odpada, bo oferta większych mieszkań to przede wszystkim apartamenty, ceny są koszmarne. Poza tym rodzina z dziećmi i zwierzakami to z perspektywy wynajmujących słabi klienci, więc wybór mieszkań niewielki. Dlatego zdecydowałam się na zakup.

    I teraz mam dwie opcje.

    1. Sprzedaję kawalerkę. Jest w fajnym miejscu, blisko metra, więc ze sprzedażą nie byłoby problemów. Szacując cenę sprzedaży i pozostały do spłaty kredyt opłaty itp. zostanie mi około 80 tysięcy, którymi mogę powiększyć wkład własny. Obecnie mam wkład własny na poziomie 10 proc. wartości planowanej nieruchomości, a więc bankowe minimum. Wiadomo, do zakupu jeszcze coś uzbieram. Zalety: niższy kredyt = niższa rata = lepsza oferta bo wyższy wkład własny.
    2. Nie sprzedaję kawalerki, kupuję drugie mieszkanie. Rata jest wyższa, ale z wynajmu mam dodatkowe 300 zł, które przeznaczam na spłatę. Zalety: mam drugą nieruchomość, której wynajem powoli buduje mój majątek. Dodatkowo w razie jakichkolwiek nieprzewidzianych wydarzeń mam mieszkanie, które mogę dość szybko sprzedać.

    Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii. Może zwrócicie uwagę na jakiś aspekt, który ja pominęłam.

    • Opcja druga. Tylko ja na Twoim miejscu poczekałbym ile tylko jeszcze się da i uzbierał na jak największy wkład własny.

    • Anna,

      Od 12 lat wynajmuję mieszkania w Warszawie, wynajmowałem też we Wrocławiu. Lubię nieruchomości, ale nie zawsze są dobrą inwestycją.

      Bez dokładnych analiz (szczególnie dotyczących Twojej sytuacji finansowej) nie odpowiadam jednoznacznie, ale poddam Ci coś pod rozwagę.

      (1) O ile wyższe będą raty drugiego kredytu (wyższa kwota + ubezpieczenie niższego wkładu + wyższa marża) – a ile wynosiłyby z wyższym wkładem własnym? Jak ma się do tego 300 zł z kawalerki? (uwzględniłaś podatek? – jeśli nie, pamiętaj o możliwym szantażu ze strony najemców, jak coś przeskrobią 😉 )

      (2) Załóż w swoich kalkulacjach konieczne odświeżanie mieszkania wynajmowanego przy każdej zmianie najemców i większy remont co około 5 lat.

      (3) Co ok. 5 lat – wymiana pralki, zmywarki, lodówki na nową

      (4) Załóż, że średnio 1 miesiąc w roku nie dostaniesz czynszu (np. najemcy zmieniają się co 2 lata, przez 2 miesiące mieszkanie stoi puste, bo je odświeżasz i szukasz kolejnych najemców)

      (5) Uwzględnij swój czas związany z administracją wynajmowanego mieszkania.

      (6) Twój majątek będzie niemal w całości zależał od jednego rodzaju nieruchomości: mieszkań.

      (7) Dolicz w kalkulacjach koszty ubezpieczeń (szczególnie OC – gdy najemcy zaleją sąsiadów) oraz opłaty za użytkowanie wieczyste i podatek od nieruchomości

      (8) Wyobraź tez sobie, że nigdy nie miałaś kawalerki, o której piszesz.
      Mieszkasz za to w swoim wymarzonym, większym mieszkaniu, na które zaciągnęłaś kredyt na dobrych warunkach.
      Czy w tej sytuacji poszłabyś zaciągnąć kolejny kredyt na zakup kawalerki, by mieć w kieszeni 300 zł miesięcznie więcej?
      Innymi słowy: chcesz zatrzymać tę kawalerkę, bo to w Twojej ocenie świetny deal, czy po prostu jesteś z nią związana emocjonalnie?

      (9) Ile miesięcy przetrwasz z dwoma kredytami w razie utraty pracy? (jaki jest Twój odłożony fundusz bezpieczeństwa)?

      (10) Ile miesięcy jesteś w stanie dokładać do mieszkania, jeśli najemcy się wyprowadzą?

      Powtórzę jeszcze raz: bardzo lubię nieruchomości na wynajem. Twoja kawalerka w pozytywnym scenariuszu będzie zapewne stopniowo drożeć, a kredyt maleć. Tylko policz dobrze, czy dasz radę pociągnąć dwa kredyty i miej dobry plan awaryjny. Wszystko trzeba bardzo dobrze policzyć i nie opierać się na ogólnikach w rodzaju „nieruchomości to dobra inwestycja”.

      • Dzięki! wiedziałam, że napisanie tu komentarza będzie dobrym pomysłem. Dużo materiałów do przemyśleń 🙂

        1. Bez konkretnej oferty (w tym – ostatecznej wynegocjowanej ceny mieszkania) mogę tylko szacować. Z szacunków wynika, że różnica oscyluje około 300 zł. Podatek jest, ale teoretycznie, bo dzięki amortyzacji wynajem jest na stracie i nie muszę nic płacić. Ale racja – z czasem amortyzacja się skończy, dopisuję po stronie kosztów.

        2. 3. Pralka i lodówka na 5 lat? To ja w domu w życiu takich luksusów nie miałam 🙂 A tak serio: brałam pod uwagę znaczące podniesienie standardu mieszkania i podniesienie ceny, ale przeliczyłam i wyszło, że się nie kalkuluje. Lodówkę mam „w spadku” po poprzedniej właścicielce mieszkania, sama z niej korzystałam, więc najemcom też służy. Pralkę istotnie kupiłam, jak się wprowadzałam, zmywarki brak, ale zainteresowanie ofertą i tak było bardzo duże. Nadrabiam np. akceptacją dla zwierząt. Ale racja, w końcu coś trzeba będzie wymienić – po stronie kosztów.

        4. Założyłam jeden miesiąc bez czynszu, na razie mam „nadwyżkę”, bo od 2,5 roku żadnego przestoju nie było.

        5. Nie czuję obciążenia administrowaniem, wszystko co robię to przesyłam najemcom rachunki, a potem je płacę z konta – chwilę to zajmuje.

        6. To prawda, choć nie zamierzam na tym poprzestać 🙂 Inna sprawa, że jakoś „czuję” nieruchomości bardziej niż inne inwestycje. Ale nie wiem, na ile emocje powinny przy tym odgrywać rolę. Choć z drugiej strony – to finanse osobiste 🙂 Ale słuszna uwaga – muszę pomyśleć o dywersyfikacji.

        7. Dzięki, o OC nie pomyślałam! Zajmę się tym w trybie natychmiastowym! Podatek to 30 zł rocznie płatne w ratach 😀

        8. Czyli: mam 80 tysięcy więcej niż teraz i kupuję mieszkanie? Brałabym pod uwagę, żeby 50 tysięcy wziąć na wkład własny, a 30 odłożyć i czekać na dobrą okazję, żeby kupić nieruchomość pod wynajem. Emocjonalnie nie jestem z tą kawalerką związana, mieszkałam tam pół roku, nawet nie do końca pamiętam jak wygląda 🙂
        Ale Twoje pytanie dało mi do myślenia. Doszłam do wniosku, że nie jestem związana emocjonalnie z tym konkretnym mieszkaniem, ale z samym faktem posiadania nieruchomości. W mojej rodzinie nikt nigdy mieszkania nie miał. Chyba dla mnie to kwestia pewnego poczucia bezpieczeństwa, posiadanie takiego majątku, bo mieszkanie w którym mieszkam trudno mi traktować jako majątek.
        Ale do tego rzeczywiście ta kawalerka wydaje mi się świetnym dealem. Bez oporów próbowałabym sprzedać np. kawalerkę na Białolęce i mieć ją z główy 🙂 A mieszkanie 27 m, z osobną kuchnią, przy metrze, na fajnym, zielonym osiedlu z dobrą infrastrukturą to coś, co – w moim przekonaniu – będzie się długo cieszyło powodzeniem.
        Dodatkowo biorę pod uwagę coś, co pisałeś argumentując za kredytem na 20 lat a nie na 30. Jak masz na 20 lat, a sytuacja się pogorszy to zawsze możesz wydłużyć okres spłaty, ale na co dzień jesteś zmotywowany do szybszego spłacania. Zakładając, że nie sprzedam kawalerki będę zmotywowana do spłacania większej raty, a w razie czego zawsze mogę mieszkanie sprzedać, zyskując sporą gotówkę.

        9. Wiem, że to zabrzmi jak hurraoptymizm, ale… Mam o tyle specyficzną sytuację, że trudno mówić o utracie pracy, co najwyżej o zmniejszeniu dochodów. Mam zawód i umiejętności, które pozwalają mi zarabiać w bardzo różny sposób. Mam etat na czas nieokreślony, kawałek etatu w innym miejscu i DG działającą w dwóch dość odmiennych branżach. Z dywersyfikacją dochodów jest bardzo dobrze, a pracuję na tym, żeby było lepiej. Fundusz bezpieczeństwa cały czas się buduje.

        10. Zakładam, że mieszkanie takie jak moje nie będzie stało puste dłużej niż dwa miesiące. Kawalerki przy metrze o standardzie wykraczającym poza meblościankę po dziadkach to chodliwy towar 🙂 Ostatecznie rata jest na tyle niska, że wystarczy zrezygnować z zaplanowanych w budżecie zachcianek, żeby ją pokryć.

        Szkoda, że nie ma kalkulatora, który by to policzył 🙂 Bardzo dużo tu jest zmiennych, dużo liczenia i myślenia mnie czeka. Dzięki, że mi zwróciłeś uwagę na kilka kwestii, których nie brałam pod uwagę.

    • Opcja pierwsza.A czemu? Bo kawalerka jest na kredyt….i w razie nieprzewidzianych wydarzeń masz 2 mieszkania na kredyt….czyli tak naprawde nie masz nic…….

  5. „Odpowiedź na jedno pytanie, która bardzo mi pomoże. ”

    Hmm jakoś tak czytam kilka razy ten tytuł i jakiś nie po polsku mi się wydaje 😉

  6. Cześć 🙂

    Napisałem w ankiecie ale jeszcze rozwinę w komentarzu. Od kilku tygodni czytam o kredytach hipotecznych w internecie, byłem w kilku bankach i zebrałem różne oferty. Ale dopiero wczoraj wieczorem olśniło mnie, że w mojej sytuacji całkiem opłacalny wydaje się być wybór kredytu z rachunkiem bilansującym. Niestety w internecie są tylko zdawkowe informacje na ten temat, bez żadnych konkretnych wyliczeń czy kalkulatorów, a nawet pracownicy banków w których byłem i które mają w ofercie takie rachunki, nic na ten temat nie wspominali.

    Tymczasem jeśli nie zadłużam się „pod korek”, nie pakuję w mieszkanie wszystkich oszczędności i planuję wcześniejszą spłatę kredytu, to wydaje się to być całkiem ciekawa alternatywa. Co prawda taki rachunek koszuje, więc jeśli już się na to zdecyduję, to muszę trzymać na nim określoną sumę pieniędzy żeby było to opłacalne. Ale z drugiej strony dzięki temu, że pieniądze na takim rachunku „pracują” tak, jakby stanowiły nadpłatę kredytu a jednocześnie w każdej chwili mogę je wycofać, mogę tam umieścić osczędności, którymi normalnie kredytu nigdy bym nie nadpłacił: poduszkę finansową, oszczędności na samochód, wakacje albo inne cele. Efektywnie środki na takim rachunku działają tak, jakbym zainwestował je ze stopą zwrotu równą oprocentowaniu kredytu (i to po opodatkowaniu!) a zysk przeznaczył w całości na spłatę odsetek.

  7. Jeszcze żeby nie było że jestem takim optymistą albo reklamuję banki, to jednak kredyt z bilansowaniem ma trochę wad:

    – Rachunek bilansujący do kredytu kosztuje i to nie mało. Żeby w ogóle wyjść na zero, czyli żeby oszczędność na odsetkach pokryła dodatkowe opłaty, trzeba najczęściej na takim rachunku trzymać 20 – 30 tysięcy PLN.
    – Każdy bank który ma taki rachunek w ofercie wylicza jego koszt w inny sposób, więc ciężko je porównać.
    – Banków oferujących taki rachunek w Polsce jest raptem kilka, więc całkiem prawdopodobne, że w innym banku dostaniemy tańszy kredyt.
    – Skoro pieniądze z rachunku bilansującego można łatwo podjąć, to jednak potrzeba samodyscypliny, żeby tego nie zrobić. Łatwiej nadpłacać kredyt przez kilka lat w tradycyjny sposób i zapomnieć że w ogóle miało się te pieniądze, niż trzymać na łatwo dostępnym rachunku równowartość nowego samochodu albo dwóch 😉

  8. ,,(cyklu wpisów, poradnika, a może kursu?), który pomoże podejmować dobre i świadome decyzje osobom, które taki kredyt hipoteczny mają lub planują go zaciągnąć.”- bardzo dobrze, wiedzieć, że istnieją takie kursy. W sumie nawet do głowy by mi nie przyszło, że ludzie będą się dzielić ,,niewygodną wiedzą”, a jedynie można takie informacje wyciągnąć samemu, w żmudny i długi sposób, na pewno zawiły, ewentualnie na szkoleniach zawodowych. Niestety, każdy bank jak tak sroczka będzie chwalić swój ogon niezależnie od tego jaki on faktycznie jest. Chociaż ostatnio dostrzegłam jeden plus względem NGO http://papug.pl/jakie-formalnosci-przy-zakladaniu-ngo/ Zamierzam w niedalekiej przyszłości mieć z tej dziedziny jakiś dodatkowy dochód. Czasami wręcz trzeba się podwoić/potroić aby lepiej się (finansowo) wiodło.
    A propos finansów… jak wybrać dobry kredyt na mieszkanie aby móc w miarę normalnie żyć? Przyznam szczerze, że kiedyś chcielibyśmy być z Narzeczonym na swoim, a nie ,,cudzym” poprzez wynajem. Zdaję sobie sprawę, iż sami za swoje nawet za 10 lat nie będziemy w stanie kupić mieszkania bez pożyczki.

Odpowiedz