Pracować mniej, ale lepiej i mądrzej? Brzmi trochę jak utopia, prawda? A jednak jest w Polsce człowiek, który może Cię tego nauczyć. Popularyzator wiedzy, autor i twórca, który w dodatku świetnie radzi sobie w biznesie. W tym artykule sprawdzam, jak dba o finanse Radek Kotarski. 

Jakich zasad postępowania z pieniędzmi trzymają się znane osoby, które osiągnęły sukces w dziedzinie, którą się zajmują? Czy stosują jakieś metody, mają jakieś rady, którymi mogłyby się z nami podzielić? I co robią, żeby pieniądze nie przeciekały im przez palce? Mniej więcej takie pytania siedziały w mojej głowie, kiedy wpadłem na pomysł cyklu pt. Jak dba o finanse… Dlatego chyba nikogo nie zdziwi, że bohaterem tego artykułu został Radek Kotarski – przedsiębiorca, założyciel sieci LifeTube i wydawnictwa Altenberg, twórca Polimatów, autor już trzech książek, popularyzator nauki. Radek jest człowiekiem, który z całą pewnością odniósł spory sukces. Może się wydawać, że jego życie składa się z samych wielkich wygranych. Czy tak jest faktycznie? Zapraszam Cię do zobaczenia wywiadu: 

A jeśli wolisz czytać – poniżej znajdziesz transkrypcję. 

Radek, robisz tak wiele rzeczy, że kiedy o tym czytałem, trudno mi było za Tobą nadążyć. Myślę, że chyba każda osoba w Polsce, która ogląda YouTube, rozpoznaje Cię – wie, kim jest Radek Kotarski. Rozpoznaje, ale niekoniecznie zna, więc gdybyś miał powiedzieć, kim jesteś i czym się zajmujesz, to jak byś to ujął w słowa?

To sprawia mi zawsze spory problem. Staram się to jakoś zsyntetyzować, a to nie jest coś, co da się ze sobą do końca połączyć. Wydaje mi się, że definiuję siebie przede wszystkim jako popularyzatora wiedzy. Ale biorąc pod uwagę to, że zajmuję się tak wieloma sprawami naraz, i to, że w narodzie pomstuje przekonanie, że jak ktoś zajmuje się wszystkim, to nie zajmuje się niczym, albo jak jest do wszystkiego, to jest do niczego, to zdefiniowanie siebie sprawia mi kłopot.

Natomiast dobrze pamiętam moment, w którym jeden ze znajomych moich rodziców – pan Marek – zajmował się przedsiębiorstwem wielobranżowym. Wtedy pierwszy raz w życiu poznałem znaczenie tego słowa, bo on zajmował się wydawaniem krzyżówek, drukował jeszcze ulotki, sprzedawał przeróżne artykuły. Przyszliśmy do jego domu, w którym leżał stos tych wszystkich rzeczy, którymi się zajmował, i dla mnie to była jedna z najbardziej fascynujących chwil w moim późniejszym dzieciństwie: kiedy to wszystko było niemal na wyciągnięcie ręki. 

Wtedy doszedłem do wniosku, że chciałbym być trochę jak pan Marek: wielobranżowy. I rzeczywiście się udało. Więc wspólnym mianownikiem tych wszystkich rzeczy, którymi obecnie się zajmuję, jest dążenie do krzewienia mniej lub bardziej wartościowych informacji. Mimo to za każdym razem, odpowiadając na takie pytanie, trochę bezradnie rozkładam ręce.

Na początku była potrzeba 

Popularyzujesz naukę w ciekawy sposób, a jednocześnie kryje się za tym również bardzo solidnie prowadzony biznes. Opowiedz trochę więcej, czym jest Altenberg i LifeTube. Poznajmy trochę bliżej Radka Kotarskiego jako przedsiębiorcę.

To jest o tyle ciekawe, że wszystkie przedsiębiorcze części mojej działalności wzięły się z tego samego wspólnego mianownika. Mianowicie ja jako podmiot działający na rynku – mniej lub bardziej, ale jednak medialnym – zauważałem w nim jakiś rodzaj braku. Wynikał on z tego, że jako twórca internetowy nie czułem się we właściwy sposób zaopiekowany w kontekście kontaktów z reklamodawcami albo sam też nie do końca miałem kompetencje do tego, żeby się czymś takim zajmować. Doszedłem do wniosku, że byłoby super, gdyby istniał taki podmiot, który całą tę część zdjąłby z twórców, moich koleżanek, kolegów, którzy podejrzewam, że mają z tym bardzo podobny kłopot. I tak powstał LifeTube, który tę część przejął.

Nie byłem też do końca zadowolony ze współpracy z moim poprzednim wydawcą. Z drugiej strony nie chciałem już działać w ramach stuprocentowo self-publishingowego modelu. Chciałem, żeby stało za mną wydawnictwo, które wydaje książki na trochę innych zasadach. Nie było wtedy takich podmiotów, więc Altenberg powstał dokładnie z takiej potrzeby. Te projekty po jakimś czasie stawały się duże, bo np. po sprzedaniu LifeTube jest wielomilionowym biznesem. Nasze wydawnictwo też sprzedaje książek bardzo dużo. 

Radek Kotarski finanse

My tłumaczymy takie sukcesy jakąś taką inżynierią wsteczną i tym, że tam był jakiś niesamowity, przemyślany zamysł biznesowy. Nie. W psychologii wiemy, że nazywa się to podstawowym błędem atrybucji i nie powinniśmy w ten sposób tłumaczyć sukcesów, bo wydawnictwo powstało właściwie tak, że ja chciałem, żeby profesjonalny podmiot zajął się wydaniem i dystrybucją mojej książki. Stworzyłem go samodzielnie, a po prostu dwie moje koleżanki przyszły i powiedziały: Hej, Radek, skoro wydajesz te książki, to może wydasz też naszą. Więc tak naprawdę wydawnictwo zostało zbudowane w oparciu o tak proste założenie. Czyli to nie jest tak, że kryją się za tym jakieś niesamowite historie, w wielu przypadkach to był przypadek połączony z dużą dozą szczęścia, ale zbudowany na podstawie jakiejś silnej własnej potrzeby.

Jak działają biznesy Radka?

I faktu, że dostrzegasz taką lukę i nie pozostajesz na nią obojętny, chcesz ją wypełnić, pomysł jest Twój, ale przyciągasz do jego realizacji innych ludzi. To nie jest tak, że robisz to sam. Powiedz, ile osób pomaga Ci w tym wszystkim i jaki jest ten twój medialny biznes?

Za każdym razem moim kluczowym partnerem okazuje się mój brat, który stoi właściwie zawsze obok mnie i jest dla mnie takim lekarzem pierwszego kontaktu i wyższą instancją w stosunku do przeróżnych rzeczy. Prywatne sprawy konsultuję z żoną, a biznesowo zawsze odbijam wszystkie pomysły o niego. I tak było od samego początku: od Polimatów, które powstawały jako taki chałupniczy program z aspiracjami bycia telewizją edukacyjną, przez późniejsze elementy, w których Polimaty zaczęły być trochę komercjalizowane. 

polimaty

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu pukają i sponsorzy, mówiąc: Hej, może pan chce ulokować nasz produkt w swoich programach?. Pomyślałem: To znaczy, że tego programu nie ogląda wyłącznie moja mama. To jest niesamowite, że nagle to znajduje kilkusettysięczną publiczność. My dzisiaj za pewnik przyjmujemy, że coś takiego jak influencing internetowy jest częścią biznesu, ale w 2012 r. to były dla nas zupełnie nowe rzeczy i nawet w dużej mierze niekomfortowe, bo my nawet nie wiedzieliśmy, w jaki sposób odpowiadać na takie zapytania.

Więc ten mój brat zawsze był dla mnie takim rodzajem wsparcia. Dzisiaj jest prezesem wydawnictwa i działa samodzielnie. Daje mi taki komfort, w którym jestem w stanie wyłączyć się na tygodnie, miesiące z jakiejkolwiek działalności, nie tylko operacyjnej, ale w ogóle codziennej. I przedsiębiorstwo sprawnie zarządzane jest właśnie przez niego. Za każdym razem mam kłopot z mówieniem o bieżących współpracownikach, działaniach właśnie ze względu na to, że mój brat potrafi to sam ogarnąć. Ja o dużej części nawet nie wiem. Więc dalej jestem właścicielem tego biznesu, ale to nie jest taki rodzaj zależności, w której jest mi coś raportowane. Jestem raczej tego dobrym duchem. I jak mój brat chce coś ze mną skonsultować, to super.

Natomiast my w ramach wydawnictwa w dużej mierze opieramy się na bardzo małym, ale zwartym gronie najbliższych współpracowników, których myślę, że nie jest więcej niż pięciu, a cała reszta biznesu opiera się na kontraktorach zewnętrznych, firmach, które często działają z nami niemal na wyłączność, bo od nas tego biznesu jest do zrobienia dość dużo, w związku z tym zamawiamy sporo materiałów graficznych, wiele pojedynczych usług, które dają też komfort drugiej stronie, że my je zawsze chętnie weźmiemy. Powiedziałbym, że na dzień dzisiejszy liczymy już te wszystkie zewnętrzne osoby w dziesiątkach, a nie w jednostkach. Bo paradoksalnie, żeby przygotować nawet pojedynczą książkę do druku, potrzebny jest już zespół.

Radek Kotarski książka

O LifeTubie nie wiem, bo kiedy wychodziłem z tamtej struktury, to ona też miała kilkudziesięciu pracowników, natomiast mam nadzieję, że tam się wszystko wiedzie dobrze i nadal jest w porządku. Ale w kontekście tego pytania powiem tylko tyle: ja zawsze preferowałem mniejsze zespoły niż większe. My 30 razy zastanawiamy się, zanim kogoś zatrudnimy. Każda osoba, która u nas pracuje, wie, że nie zatrudniamy w łatwy sposób. Kiedy rekrutujemy kogoś na stanowisko, w którym dana osoba będzie odpowiedzialna za płatny zasięg, za reklamę na Facebooku czy w Google, to oprócz tego, że przejrzymy CV i zobaczymy, że tam jest coś takiego, co jest obowiązkowym elementem, np. podstawowa znajomość pakietu MS Office, prawo jazdy kategorii B 😉, będziemy chcieli, żeby ktoś zmierzył się z jakimiś zadaniami. 

Tak samo jest, kiedy rekrutujemy redaktorów. Zdarza się, że chcemy kogoś wziąć, bo fajnie wypadł na rozmowie kwalifikacyjnej, ale ta osoba potem nie broni tych zadań i zatrudniamy kogoś zupełnie innego. A z drugiej strony, co może być ciekawą informacją dla kogoś, kto jest na etapie poszukiwania pracy: uwielbiamy takie momenty, w których ktoś się sam do nas zgłasza z inicjatywą i mówi: Mam pomysł na zrobienie tego tak, to jest próbka moich możliwości. I zdarzało nam się współpracować z takimi osobami ze względu na to, że to było proaktywne działanie, a nie reaktywne.

Czyli małe, elastyczne zespoły, dookoła grupa podwykonawców, bardzo staranna rekrutacja dająca pewność, że w tym wszystkim znajdą się odpowiednie osoby, i sprawnie działające, duże przedsięwzięcia.

Jak zaczynał Radek Kotarski?

Czy pamiętasz swoje początki? Od czego Radek Kotarski w ogóle zaczął?

Przychodzą mi do głowy lata nastoletnie. Strony internetowe były wtedy czymś nieuchwytnym i nikt nie myślał, że można je mieć w obrębie swojego profilu na Facebooku czy w jakiejś zorganizowanej strukturze. Przychodziłem do różnych podmiotów i mówiłem, że jestem takim czternastolatkiem, który świetnie ogarnia strony internetowe, bo znalem HTML-a, trochę PHP i to był koniec moich kompetencji. 

Pomyślałem, że pójdę znowu proaktywnie do firm, które lubiłem. W tamtych czasach ubierałem się w skate shopach, więc obszedłem je wszystkie w Zielonej Górze, po to, żeby powiedzieć: Hej, zrobię wam stronę internetową. Dwa się na to zdecydowały. Więc to były moje początki. Moje pierwsze biznesy. Wtedy to były dla mnie monstrualnie wielkie pieniądze. Bo np. za cały sklep ze zrobieniem zdjęć poszczególnym artykułom kasowałem 500 zł. Dla mnie to było wtedy pół roku życia. To wydaje mi się wspólnym mianownikiem tego, co robię teraz – zajmowanie się różnymi rzeczami – ale materia, która ostatecznie dotyka tego tematu, musi być dla mnie intersująca.

Radek Kotarski majątek

Nie tylko sukcesy

Popularyzator nauki, więc domyślam się, że bardzo lubisz uczyć się nowych rzeczy i odkrywać różne sposoby działania. A trudne chwile, sytuacje, w których noga Ci się powinęła. Momenty, gdy siedziałeś i mówiłeś: Na zewnątrz każdy mówi: „Radek Kotarski – pasmo sukcesów, co sobie pomyśli, zaraz to realizuje, wznosząca linia”? Czy w Twoim przypadku były takie chwile, w których było ciężko?

Zdecydowanie tak, np. kiedy zajmowałem się finansami, sprzedażą kredytów hipotecznych, ubezpieczeń. Rozpocząłem tę działalność w 2007 r., czyli w najgorszym możliwym momencie. Dosłownie było tak, że otworzyłem działalność, podziałała ona trzy miesiące i przyszedł wielki krach na rynkach finansowych. Mimo wszystko i tak kontynuowałem ją przez kilka kolejnych lat. To była branża, która za bardzo mnie nie lubiła, ja chyba też potem nie za bardzo ją lubiłem. 

Starałem się nie poddawać. I śmiało można powiedzieć, że to był dla mnie trudny okres. Nie wiem, czy ja do końca wierzyłem we wszystkie produkty, które my w tamtym czasie oferowaliśmy. One były na rynku i trzeba było się mniej lub bardziej z nimi pogodzić. To był rodzaj bardzo niewdzięcznej roboty, która mnie niezwykle stresowała, troszeczkę zahaczała nawet o takie chodzenie po domach.

Kiedy mówisz o finansach, o ubezpieczeniach, o kredytach, to w perspektywie czasu śmiało można powiedzieć, że pośrednicy finansowi – a ja do takich należałem – mieli oferty wszystkich banków, które w tamtym czasie sprzedawały kredyty hipoteczne. Ale czy ja zawsze polecałem ten kredyt hipoteczny, który był dla tego konkretnego człowieka lepszy? Myślę, że nie. Brakowało mi podstawowej wiedzy na ten temat, czasu na to, żeby to policzyć, a z drugiej strony, nie oszukujmy się, każdy pośrednik finansowy dostaje też zadania – trzeba było wyrobić cele w konkretnych instytucjach. W związku z tym ta praca była związana z ogromną presją. Z czasem okazało się, że zostawienie tego było dobrą decyzją.

Radek Kotarski finanse

Wpadliśmy też kiedyś z moim bratem na fenomenalny, jak nam się wydawało, pomysł na serwis, który nazywał się zachowane.pl. Chcieliśmy tam pokazywać archiwalne zdjęcia. Chcieliśmy, żeby były zachowane w toku dziejów. I oparliśmy to na takiej trochę demotywatorowo-kwejkowej formie. Okazało się, że to jest super, ale tylko dla nas. 

zachowane.pl

Zainteresowanie tym serwisem nie było szczególnie duże. Zainwestowaliśmy w niego dużo pieniędzy, bo powstała aplikacja mobilna, całkiem niezła wersja webowa. I to zupełnie nie pofrunęło, mimo że wtedy miałem już swoje media, którymi mogłem przekierować tam część ruchu. Za każdym razem było tak jak z tym podstawowym błędem atrybucji: dużo mówimy o tych niesamowicie dobrych momentach, a rzadko kiedy wspominamy o tych gorszych. One absolutnie były i to jest zupełnie normalne.

Jak osiągnąć sukces?

Jesteś człowiekiem, który dostrzega jakieś luki na rynku, gdy przychodzą Ci do głowy pewne pomysły i zaczynasz je realizować, szybko otaczasz się ludźmi, którzy będą w stanie je rozwinąć, poprowadzić dalej, a Ty koncentrujesz się wtedy na innych rzeczach, które Cię interesują. Ale wyobraźmy sobie taką sytuację – przychodzi do Ciebie Twój synek Borys i pyta: Tata, jak osiągnąć sukces? Bo Ty jesteś człowiekiem sukcesu. Co byś mu odpowiedział?

Gdyby Borys był nastolatkiem, to już by rozumiał więcej. Powiedziałbym mu właściwie jedną rzecz: ten prawdziwy, satysfakcjonujący sukces jest możliwy do osiągnięcia wyłącznie wtedy, kiedy te rzeczy, które zajmują nam czas na co dzień, oprócz tego, że dają wymierne nagrody zewnętrzne, zaspokajają ważne dla nas sprawy. Ale nie chodzi o takie sprawy, za którymi często krążymy i do których dążymy, żeby była to np. jakaś nasza niesamowita pasja. Ja chyba śmiało mogę powiedzieć, że nie wierzę w skuteczne działanie pasji w toku całego życia. 

Dobrym przykładem jest moja żona, która ma pasję związaną z czekoladą. Ona to kocha. Jest fenomenalnym testerem, ma niesamowicie rozwinięty aparat sensoryczny. Potrafi łączyć smaki. Ale ona na koniec zajmuje się logistyką – sprzedażą tej czekolady, więc ta cała pasja trochę ginie w tych sprawach. W związku z tym poradziłbym mojemu synowi, żeby nie dążył do tego, żeby to było coś, co go budzi każdego dnia rano z niesamowitą motywacją i pasją, bo ja uważam, że wystarczy wypełnienie sensu. Trzecia szkoła wiedeńska, jeśli chodzi o psychologię, na czele z Viktorem Franklem jest absolutnie na piedestale postawionym podmiotem, który mówi, że nie trzeba wiele więcej niż poczucie sensu tego, co robisz.

Jak znaleźć w życiu sens?

Victor Frankl, autor książki Człowiek w poszukiwaniu sensu, sukces definiuje jako efekt uboczny pracy w jakimś wyższym celu, kiedy poświęcamy się czemuś, co jest większe i ważniejsze od nas samych – faktycznie wtedy pojawia się to poczucie szczęścia z pracy.

Ta praca dla siebie, dla innych jest czymś, co całkiem nieźle definiuje sukces. Bo jakbyśmy się nad tym dobrze zastanowili, to jesteśmy niewiele znaczącym pyłkiem w kosmosie. Ale to, jaki sami sobie sens nadamy, przyczyni się potem realnie do tego, że przez to życie przejdziemy po tej dobrej stronie. Ale z drugiej strony, być może, efektem ubocznym będzie coś, co nazwałeś sukcesem. 

Radek Kotarski finanse

Natomiast kluczowe pytanie, które tu się pojawia: co jeśli nie? Co jeśli wypełnimy swoje życie czymś, co działa sensownie, ale nie będziemy mieli do czynienia ze spektakularnym sukcesem mierzonym w kategoriach finansowych czy popularności. Moim zdaniem dalej to życie będzie super. Problemy zaczynają pojawiać się wtedy, kiedy to nastawienie na te nagrody zewnętrzne jest za duże. Bo każdy z nas zna takie osoby, które są trochę za bardzo nastawione na pieniądze, na szukanie popularności. My łatwo je wyczuwamy. Ich wspólnym mianownikiem jest to, że pragnąc tego tak bardzo, właśnie tego nie osiągają.

Jak dba o finanse Radek Kotarski?

Przejdźmy do drugiej części wywiadu. Radek, pewnie bardzo się nie pomylę, kiedy powiem, że Twoje biznesy generują wielomilionowe przychody. Jak dzisiaj dba o finanse Radek Kotarski?

W kontekście tych wszystkich rzeczy, które powiedzieliśmy i o Franklu, i o sensie, to mimo że one brzmią trochę jak takie filozoficzne dywagacje, to chciałabym zaznaczyć, że ja żyję tymi sprawami na co dzień i wydaje mi się, że one stoją za niektórymi przedsięwzięciami. Wspominam o tym nieprzypadkowo w kontekście Twojego pytania, ponieważ ja na pewnym etapie w kontekście własnych finansów zacząłem się kierować dokładnie tą samą zasadą: zacząłem się zastanawiać, co realnie ma sens w moim życiu, np. czy kupno nowego samochodu jest w stanie długoterminowo dać mi poczucie sensu i szczęścia. Więc masa moich decyzji finansowych przepuszczana jest trochę przez ten franklowski filtr. To oznacza, że większość moich obecnych działań dotyczących moich prywatnych finansów wiąże się z dobrym ich poukładaniem w taki sposób, żeby priorytetem była nawet nie inwestycyjna część, tylko ochrona tego, co do tej pory udało mi się zdobyć.

Jeśli chodzi o codzienne prowadzenie finansów, to w marcu i kwietniu 2020 r. miałem taki epizod związany z polską giełdą, kiedy akcje były tak tanie, że szkoda było ich nie kupić. Doszedłem do wniosku, że kupuję to za cenę X, sprzedaję za cenę Y, niezależnie od aktualnej sytuacji na rynku. W związku z tym kupując akcje, wystawiłem roczne zlecenia, które się potem w czasie posprzedawały. Wiem, że straciłem, sprzedając KGHM za 110 zł, kiedy on był po 180 zł, więc mniej zarobiłem. Ale to był przejaw mojej umowy ze sobą – cecha charakterystyczna tego, w jaki sposób dbam o finanse.

To bardzo ważne, co robisz, czyli wchodząc w jakąś inwestycję, definiujesz już sobie moment wyjścia, czyli masz jakiś scenariusz. Nie zostawiasz tej decyzji na później, bo jak wiadomo, później będziemy w zupełnie innych okolicznościach i możemy zupełnie inaczej daną sytuację oceniać. Więc to jest bardzo rozsądne podejście do inwestowania.

Najważniejsze zasady biznesowe Radka

Czy są jeszcze jakieś zasady, którymi się kierujesz w sprawach finansowych?

Tak, są. Trudno mi mówić o autorach tych zasad, wiem, że je pamiętam. Nie ma tygodnia, w którym ktoś się do mnie nie zwróci z informacją: Hej, Radek, mam supernowy interes, szukamy inwestorów, czy to jest coś, co cię interesuje? Ja niestety zawsze odmawiam, ponieważ taką zasadą, którą się na co dzień kieruję, jest to, że działam wyłącznie wtedy, kiedy zgadzają się dwa elementy. Pierwszy z nich: czy ja jestem w stanie dać jakąkolwiek wartość w tym biznesie od siebie i czy tam jest coś, co wykorzystuje moje unikalne umiejętności. Brzmi to jak samochwalstwo, ale ja wiem, że ja mam jakiś rodzaj rzeczy, które idą mi całkiem nieźle, a cała masa innych idzie słabo, w związku z tym, kiedy ktoś chciałby, żebym operacyjnie cokolwiek nadzorował, to nie jestem dobrym podmiotem do czegoś takiego.

Radek Kotarski

Starasz się działać w tym obszarze, w którym są Twoje talenty.

I gdzie jest wpływ. A drugim elementem jest przedsięwzięcie, z którym ja mam jakiekolwiek połączenie. Czyli jakiekolwiek farmy fotowoltaiczne, sprzedaże gruntów pod autostrady – mówiąc wprost, ja nie jarzę tych rzeczy. Nie zabieram się za rzeczy, których nie rozumiem i których nie jestem w stanie wyjaśnić żonie, jadąc windą z pierwszego na czwarte piętro. To mi daje pewien rodzaj klarowności tych spraw, którymi się zajmuję.

Radek Kotarski

Staram się w ogóle nie kupować nowych rzeczy. Taką mam politykę w kontekście samochodów i nieruchomości. Ja chcę, żeby rzeczy, które kupuję, przeżyły okres „chorób dziecięcych”. Daje mi to duży spokój. Nie mam takiego poczucia, że nowe jest zawsze najlepsze. Gdybym przejrzał teraz swoją szafę, to wydaje mi się, że połowę moich rzeczy stanowią te kupowane jako używane. One dają mi ogromną satysfakcję. Na berlińskich squatach na Kreuzbergu wyszukuję rzeczy i dwa tygodnie później zastanawiam się: po co?! – ale ok. W kontekście zakupów jestem raczej skąpcem. Jakikolwiek większy wydatek zostanie bardzo dobrze przemyślany.

Staram się bardzo mało wydawać. Nie wiem, czy to uniwersalnie dobra zasada, czy też nie, natomiast ona wiąże się z tym, że na pewnym etapie zacząłem obserwować swoje zakupy. Raz w życiu kupiłem naprawdę dobry, nowy samochód, ale później zaczął on przysparzać mi dużo stresów, np. wysoka cena ubezpieczenia, zarysowanie w jednym miejscu, dostawałem przez to palpitacji serca, nie mówiąc o rzeczach związanych z utartą wartości w czasie. Dlatego kupuję używane rzeczy. 

A jeśli w związku z tym używaniem mają jakąś historię, np. że ktoś o to dobrze dbał, to ja już jestem sprzedany totalnie. Wystarczy opowiedzieć mi dobrą bajeczkę o nieruchomości albo jakiejś duszy, to I’m all in. Natomiast raczej większość tych rzeczy opiera się na srogiej rozwadze i ma na celu ochronę rzeczy, ale jakkolwiek źle to zabrzmi, nie za bardzo lubię gotówkę. Staram się jej nie mieć na kontach, wolę ulokować ją w jakąś nieruchomość, która w perspektywie czasu albo da mi i mojej rodzinie radość, albo wygeneruje przychody. Wydaje mi się, że na pewnym etapie realnie zmieniło moje życie to, kiedy zdałem sobie sprawę, że pasywami okazała się masa przedmiotów, które traktowałem jako aktywa. Wydawało mi się, że samochód to jest coś, co mam i stanowi wyznacznik mojego statusu. Zrozumienie tego bardzo pomogło mi w życiu.

Przekazałeś w tej wypowiedzi bardzo dużo cennych wskazówek. Pierwsza sprawa: kontrolowanie swoich wydatków: nie ma kasy, której nie da się nie przepuścić, więc trzeba to trzymać pod kontrolą. Druga sprawa: to, co mówiłeś o inwestowaniu, czyli działasz w obszarze Twojej kompetencji, robisz to, na czym się znasz. Jeśli na czymś się nie znasz, nie pakujesz w to swojego czasu i pieniędzy. I przykład LifeTube’a, Altenberga potwierdza to, że kiedy na tym się koncentrujesz, to bardzo dobrze działa.

W co inwestuje Radek Kotarski?

Powiedziałeś też o nieruchomościach. Czyli jest też taki element, że część pieniędzy wyciągasz ze swojego biznesu i lokujesz w inne aktywa.

I to są głównie nieruchomości.

Mieszkania na wynajem?

Tak. Można śmiało powiedzieć, że dokładnie tak to działa. Chociaż ostatnio zacząłem szukać swojej kompetencji jednak w domach. Staramy się to robić na takiej zasadzie, żeby po raz kolejny dodać wartość. W jednym przypadku kupiliśmy dom, który był w strasznym stanie, ale my zauważyliśmy jego ogromny potencjał. I nawet po włożeniu tam naszej czysto fizycznej pracy i jakiejś koncepcji udało się doprowadzić do sytuacji, w której dostaliśmy potem ofertę sprzedaży tego domu dwukrotnie większą niż zakup. Ale doszliśmy do wniosku, żeby jednak to wynająć.

Mam dość podobne podejście do gotówki: to jest takie aktywo, które w dość wolny sposób, ale jednak traci na wartości. Nie ma sensu wszystkiego stawiać na tego jednego konia. Więc do inwestowania też podchodzę jak do takiego kolekcjonowania różnego rodzaju aktywów, czy to są akcje, nieruchomości czy inne aktywa.

Ale to czerwone Ferrari powoduje, że możemy płynnie przejść do trzeciej części naszego wywiadu. U mnie na stole leży książka Radka. Ja dopiero zacząłem z nią przygodę, bo ją jeden raz przeczytałem – jest to dopiero wstęp do pracy z tą książką.

Życzyłbym sobie wszystkich czytelników, z takim podejściem, jak Ty. Taka książka wymaga pracy, a nie samego przeczytania jej.

Najdroższa książka w Polsce

Zanim przejdziemy do tego, co jest w tej książce, powiedz, jaką cenę uzyskałeś za tę książkę w ramach akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?

Ta książka została wylicytowana za 450 555 zł.

I to nie był mały dodatek.

Tak, to było Ferrari F430 w wersji F1, piękny samochód. Coś, co było moim odwiecznym marzeniem, kiedy jeszcze mi się wydawało, że przedmioty takie jak czerwone Ferrari dają długoterminowe szczęście i mogą być skuteczną motywacją zewnętrzną. Ta cała akcja związana z Ferrari była dla mnie dowodem na to, że rozliczyłem się ze starym myśleniem. I kiedy wiele osób łapie się za głowę, myśląc „po co?”, dla mnie istotne było udowodnienie sobie, że nie potrzebuję takiej zabawki po to, żeby czuć się dobrze. Mogę równie dobrze ją oddać. 

Inaczej książka
fotografia: Szymon Nawrot

Naturalnie była to część całej akcji marketingowej związanej z tą książką i tego nie da się ukryć, bo wiadomo, że powiązaliśmy to z książką po to, żebyś za sprawą tej książki i ty zmienił swoje nastawienie do nagród zewnętrznych. A takim niezłym dowodem na to jest to, co ja robię z tym Ferrari. Wiem, że w wielu przypadkach dobre ziarno zostało zasiane wtedy, kiedy ktoś siadł, zrobił taki rachunek sumienia i zdał sobie sprawę, co rzeczywiście powoduje u niego to dłuższe poczucie szczęścia. I rzadko kiedy nagrody zewnętrzne zdają ten test.

Radek Kotarski

Są też badania, które pokazują, że poza pomaganiem innym, z którego też czerpiemy ogromną satysfakcję, jedną z większych satysfakcji jest również inwestycja w doświadczenia, fajne wspomnienia. Wyobrażam sobie, że siedząc w bujanym fotelu w wieku 90 lat, wspomnisz aukcję Ferrari i stwierdzisz, że to była jedna z fajnych rzeczy, którą w życiu zrobiłeś.

Jak Radek pracuje nad książkami?

Przeczytałem też drugą twoją książkę – Włam się do mózgu, i się nie zawiodłem, bo lubię takie naukowe podejście, odsianie ziarna od plew. Nie lubię tych wszystkich miejskich legend. I ty nie tylko się z nimi rozprawiasz, ale sama bibliografia to aż 60 stron. Bardzo wyraźnie też oddzielasz swoją opinię od stwierdzeń rozstrzygających, które pochodzą z badań naukowych. To wymagało od ciebie przebrnięcia przez ogromną liczbę tych badań. Powiedz, jak pracujesz nad takim dziełem.

Przede wszystkim musimy zacząć od motywacji: dlaczego ja w ogóle coś takiego piszę? Dlaczego piszę książki o tym, jak ogarnąć lepiej swoją pracę, lepiej się uczyć? I sam wstępny etap ma dwa bardzo konkretne uzasadnienia. Po pierwsze, ja czuję w tym jakiś rodzaj swojego braku. Ja mam ogromne problemy z zapamiętywaniem. Miałem taką sytuację, w której przez długie lata uczyłem się języków obcych i mało z tego pamiętałem. To mnie frustrowało. Wiedziałem, że trzeba zająć się tym wspomnianym brakiem. 

 

Ale drugi element leży w tym, że my bardzo rzadko o takich sprawach jak uczenie się, pracowanie, myślimy jako o umiejętnościach samych w sobie, które mogą być szlifowane. Nikt z nas nie ma żadnego problemu z tym, żeby powiedzieć komuś, kto jest słaby w grze na pianinie, że żeby był lepszy, to musi to ćwiczyć. Ale jak ktoś mówi, że się słabo uczy albo średnio mu w robocie idzie, to już nie mamy takiej swobody, żeby powiedzieć: OK, więc nabądź wiedzę w zakresie tego, w jaki sposób lepiej wykonywać swoją pracę czy lepiej się uczyć. Dla mnie odkryciem było to, kiedy uświadomiłem sobie, że to się da wyszlifować. Żeby nauczyć się, jak się uczyć, i dopiero potem zacząć się uczyć. Nauczyć się, jak pracować, i dopiero potem zacząć pracować. Więc to były te dwa bardzo ważne elementy.

Włam się do mózgu

Dzisiaj śmiało mogę powiedzieć, że dla mnie ogromnym profitem z wydania tych książek były sprawy finansowe, bo książki sprzedają się bardzo dobrze: Włam się do mózgu dobija nieśmiało do 200 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, druga książka wielkimi krokami zbliża się do 50 tysięcy. Sam wiesz, że akurat w przypadku Twojej książki są to kosmiczne wyniki, zakrzywiające polską rzeczywistość. Natomiast faktycznie w Polsce się tak dużo książek nie sprzedaje. Żyjemy w kraju, w którym pięcio-, sześciokrotnie więcej pije się butelek wódki, niż kupuje książek rocznie, więc to spora konkurencja. Patrząc na Skandynawię, to tam mamy ogromną dysproporcję, trzeba się trochę z tym pogodzić i robić, żeby było inaczej.

radek kotarski

Natomiast na etapie inicjatywy, dlaczego ten konkretny temat, a nie inny, to jest to rzecz, którą kładę na tacy i mówię wprost, że to nie wynika z górnolotnych stwierdzeń, tylko z tych dwóch ważnych elementów. Natomiast, kiedy ja wiem o tym wcześniejszym założeniu, czyli że ja chcę sam sobie usystematyzować wiedzę i mi te książki bardzo dużo dają, to ja jestem gościem takim jak ty, że ja muszę zostać przekonany empirycznie potwierdzonym faktem, a nie że jakiś coach powiedział: U mnie działa, więc dlatego to stosujcie, bo to jest super.

Krew, pot i łzy

Zresztą rozprawiasz się z pseudocoachingiem już w jednym z pierwszych rozdziałów.

Tak. Tutaj też nietrudno samemu wpaść w taki mentorski ton i ja tymi 60 stronami bibliografii staram się zrobić taki manifest, że ja naprawdę przez to przebrnąłem. Mało tego, tak naprawdę tych źródeł było trochę więcej, ale już nie mogliśmy więcej wrzucić do bibliografii, bo nie zmieścilibyśmy się w makiecie książki, więc wybrałem te najważniejsze źródła, te, na które bezpośrednio powołuję się w danym momencie. 

My obecnie żyjemy w tak dużym zalewie informacji, że większość z nich opiera się na niewłaściwych przesłankach, bo my dzisiaj wiemy, jak dociera się do publiczności i co musimy zrobić, żeby to było lekkie, łatwe i przyjemne, np. Ja ci dam pięć gwarantowanych sposobów na bycie zmotywowanym. Im one są lżejsze, im łatwiej ci wejdą i są taką łatwiejszą obietnicą, tym większą masz publiczność. Ta książka miała być po drugiej stronie barykady, bo ona obiecuje krew, pot i łzy. Trochę tak jak powiedziałeś, że po tym, kiedy ją przeczytasz, zaczynasz pracę: teraz na ciebie przerzucona jest odpowiedzialność.

Dla mnie fantastyczne jest w ogóle to, że ktoś wykonał tę pracę, wyciągnął tę esencję z badań naukowych, posegregował ją w takie tematy jak motywacja, świadome pracowanie w oparciu o swój chronotyp, cele, relaks, rozpraszacze. Ty tak fajnie kończyłeś każdy rozdział: Inaczej, czyli jak?, bo tytuł książki to: Inaczej, a podtytuł, czyli: Jak pracować mniej, ale lepiej i przyjemniej, to w ogóle esencja tego, co można robić po tym, jak się te rzeczy wprowadzi w życie. 

Jaki jest problem z motywacją?

I jak czytam: Inaczej, czyli bardziej świadomie, z poczuciem kontroli i sensu, z większą i przemyślaną motywacją, to proponuję, żebyśmy zatrzymali się na moment przy tej motywacji: gdzie popełniamy błąd, kiedy myślimy o motywacji?

Przede wszystkim podstawowym błędem jest to, że my myślimy, że motywację da się wykrzesać nagle, tu i teraz, mniej lub bardziej udanymi ćwiczeniami, które często sprowadzają się do tego, że ktoś stoi przed lustrem i mówi: Jestem zwycięzcą. My zapominamy, że mechanizm motywacyjny człowieka jest jednym z najbardziej skomplikowanych i niepoznanych w ogóle układów. To jest biochemia ludzkiego organizmu, na którą my oczywiście czynnikami środowiskowymi wpływamy, ale nasz genotyp też na to wpływa. 

Radek Kotarski majątek

My mamy jakieś poczucie kontroli, ale motywacja, po pierwsze, nie jest czymś, czym się da szafować, po drugie, nie jest tak bardzo istotna, jak nam się wydaje. My często w takim tradycyjnym modelu myślimy o tym, że ja najpierw jestem zmotywowany, a potem coś robię. Nie musimy tego zrobić. Motywacja u ludzi, którzy działają w toku całego życia, w ogóle się nie pojawia w formie świadomej. Mistrzowie sushi w dalekiej Japonii rankiem nie są jakoś super zmotywowani do pracy, ale z drugiej strony mają piekielnie silne poczucie sensu tego, co robią, że ktoś po ciężkim dniu pracy znajdzie w tym ukojenie lub dla niego będzie to nagrodą.

Nie bądź niewolnikiem swoich celów

Zamiast czekać na motywację do działania, trzeba zacząć po prostu działać. Często ta motywacja gdzieś w trakcie się pojawia i pracuje nam się dużo łatwiej. Piszesz też o prokrastynacji, o tym, jak nie odwlekać rzeczy na później. Bardzo podobał mi się również rozdział na temat celów.

Cele to sprawa w ogóle niesamowicie związana z całym współczesnym coachingowym biznesem, w którym chodzi o to, żebyś wyznaczył sobie cel, a następnie do niego dążył. To jest ściśle powiązane z mechanizmem motywacyjnym. I kiedy my próbujemy manipulować motywacją, np. przez ustanawianie sobie celów, zapominamy, że możemy sobie tym bardziej zaszkodzić niż pomóc. Dlatego że człowiek, który pracuje w oparciu o cele i podporządkuje im wszystkie działania, jest rodzajem niewolnika, który nawet przy założeniu, że je osiągnie, może się bardzo rozczarować, bo po ich osiągnięciu już nie wiadomo, co dalej zrobić. 

Radek Kotarski finanse

Coachowie każą sobie wyznaczyć od razu kolejne cele, żeby nie wyjść z tego kręgu. Ale my dzisiaj z punktu widzenia badań naukowych wiemy, że nasz organizm wcale tak dobrze nie pracuje w trakcie gonienia za jakimś celem, jak nam się wcześniej wydawało. Oczywiście mamy do czynienia z takimi sytuacjami, w których celem jest przeżycie naszej rodziny i my wiemy, że to jest cel naszej pracy. I to są naturalne sytuacje. Zresztą wielu psychologów mówi wprost, że jeśli jest jakiś rodzaj pracy, której sensu nie jesteś w stanie odnaleźć, robota jest beznadziejna, ale z drugiej strony chcesz ją zrobić, to jedynym na to sposobem jest oparcie się na celu zewnętrznym, jakim są pieniądze, sława itp., bo inaczej nawet nie ruszysz. Tylko wspólnym mianownikiem tego typu schematów jest to, że one nie dają poczucia spełnienia i sensu w życiu. I jeśli ktoś świadomie albo ze względu na czynniki środowiskowe, bo nie może inaczej, działa w takim trybie, to nie może też wymagać od pracy czegoś więcej.

Radek Kotarski finanse

Natomiast my jako Polacy mamy silne poczucie własnej wartości zbudowanej na pracy i dość często przez nią się definiujemy. Można to poznać po tym, że różne narody na świecie na początku znajomości zadają podstawowe pytanie, które brzmi: czym się zajmujesz? Nie pytają, z jakiej rodziny pochodzisz, czy masz dzieci, gdzie mieszkasz. To są takie rzeczy, które mają znaczenie. W Polsce pytanie: gdzie mieszkasz, nie ma tak dużego znaczenia, bo my jesteśmy krajem w miarę jednorodnym. Więc to nie jest tak, że jesteśmy innymi superludźmi ze względu na miejsce zamieszkania. Zwłaszcza że nadal jesteśmy trochę goniącym społeczeństwem i ten idealistyczny obraz zachodu ma spore znaczenie.

W związku z tym przemyślenie sobie rzeczy związanych z tym, jak działasz, jest sprawą piekielnie ważną, choćby nawet w kontekście prokrastynacji, o której powiedziałeś. Często nam się często wydaje, że wieczne odwlekanie spraw na później jest problemem. To nie jest w ogóle problem. To jest objaw innego problemu. W książce porównuję to z wysypką. Nam się wydaje, że ona jest problemem, a ona świadczy tylko o innego rodzaju problemie. My musimy dotrzeć do jego sedna. Rozdział o prokrastynacji dostaje najwięcej pochlebnych komentarzy. Ja wyodrębniłem różne typy prokrastynacji, żeby ktoś wreszcie zrozumiał swoje powody, dla których odkłada rzeczy na później. I kiedy wyeliminuje te przyczyny, okazuje się, że nie ma odkładania na później, bo nie ma przed czym uciekać.

 

Jak czytałem tę książkę, to przyszły mi do głowy dwie rzeczy. Pierwsza była taka, że ja bardzo dużo swojej działalności i czasu poświęciłem na to, co zrobić, żeby nie wydawać za dużo pieniędzy, i na to, jak pomnażać pieniądze, ale cały czas takim obszarem wymagającym dopracowania jest to, jak więcej zarabiać. To jest bardzo trudne, ale jest to bardzo ważny filar bogacenia się. I tutaj jest dużo bardzo fajnych rzeczy. Jeżeli je wprowadzimy, to one naprawdę mają ogromną szansę przełożenia się na zwiększenie naszych dochodów, zarobków, bo będziemy skuteczniejsi, nasza wydajność, efektywność i wartość wytwarzana na jednostkę wzrośnie. Do tego dochodzi jeszcze poczucie spełnienia i szczęścia. 

Popatrz na całość i stwórz własny system

Tworzy się więc taki fajny samonapędzający się mechanizm. Trzeba spojrzeć na te wszystkie elementy, nie tylko skupić się na tym, jak się rano zmotywować, bo na motywacji daleko nie pojedziemy. Należy zrobić sobie taki system, który będzie nas tak trochę wykopywał rano z łóżka, potem sprawiał, że zwiększy się nasza ochota do pracy, którą będziemy wykonywać lepiej, a na koniec będziemy dzięki temu szczęśliwsi.

Choćby nawet wypoczęci. Możemy wyobrazić sobie taką sytuację, w której jesteś super zmotywowany, masz świetnie ustawione cele, które są np. oparte na twoich własnych emocjach i typowo na celach wewnętrznych, a nie zewnętrznych, ale przychodzisz do pracy i rozprasza cię cała masa różnych rzeczy, które cię atakują. A z drugiej strony nie dajesz sobie prawa do przerwy albo ta przerwa nie jest spędzana tak, jak badania nakazują. 

Więc ustawienie jednej części procesu może być łatwo zaburzone przez coś innego. I ten system, o którym wspomniałeś, to jest to holistyczne podejście, które brzmi być może przerażająco, ale ono wcale takie nie jest, bo to jest kwestia zrozumienia siebie i sposobu naszej pracy. Ale w momencie, w którym ogarniemy każdy z tych elementów, nawet nie perfekcyjnie, tylko lepiej niż wcześniej – inaczej, tak jak to lubię określać w książce – to daje to efekty niemal od razu.

Bardzo charakterystyczne jest też to, że dajesz czytelnikom wybór – mówisz, że ludzie jednak się różnią. To, co działa u jednej osoby, niekoniecznie zadziała u drugiej. Trzeba znaleźć to, co sprawdzi się w naszej konkretnej sytuacji.

O zaletach przemyślanego odpoczynku

Jakie rzeczy wyciągnąłeś dla siebie podczas pracy nad tą książką i z tych badań, które przeczytałeś? Czy zmieniłeś coś w sposobie swojego działania?

Śmiało mogę powiedzieć, że wiele pozmieniałem na każdym z tych etapów. I to znajduje odzwierciedlenie w tym, że ja w ogóle mam przerwy w pracy, bo kiedyś mi się wydawało, że takim najbardziej szlachetnym działaniem jest to, że ty siadasz i przez osiem godzin działasz. A potem ja np. czytam opracowanie naukowe, które mówi tak: Jeśli weźmiesz osiem godzin ciągłego działania i zmierzysz to, ile jesteś w stanie w tym czasie zrobić, i jest to wartość X, i porównasz to do takiego podejścia, w którym np. pracujesz przez pięć godzin, a trzy godziny masz przerwy, to w tym drugim podejściu zrobisz więcej niż w tym pierwszym. Pomyślałem: to niemożliwe i czasowo nierealne. 

Ale w momencie, w którym pisanie takiej książki nakazuje testowanie, wzięcie pod uwagę całej masy badań, to ja potem dochodziłem do wniosku, że coś, co brzmiało jak życzeniowe działanie, jest sprawą, która faktycznie znajduje odzwierciedlenie także w moim życiu, bo np. wiem, że było wcześniej udowadniane na szerokich grupach badawczych. Na każdym polu, w każdym rozdziale znajdowałem takie rzeczy, które były bardzo małymi elementami dającymi ogromną różnicę. 

Na przykład w którymś momencie praktykowałem coś takiego jak medytacja, np. na 15 min zamykałem oczy i odcinałem się od ekranów, pozwalając myślom swobodnie krążyć. Ja nie potrafię medytować w taki buddyjski sposób, że koncentruję się na oddechu, jestem na to zbyt niecierpliwy, ale dwie 15-minutowe sesje dziennie dawały mi niesamowity zastrzyk energii. I potem zdawałem sobie sprawę z tego, że nie piję trzeciej kawy i nie wiem czemu. Dopiero potem, kiedy robiłem tę wsteczną inżynierię, zdałem sobie sprawę z tego, że mój organizm nie był tak bardzo zmęczony i tej trzeciej kawy nie potrzebował.

Wykorzystaj moc złotej godziny

Dzisiaj z ogromnym uśmiechem stronę Twojej książki pokazałem mojej żonie, która się tak trochę ze mnie podśmiewa, bo pierwsza czynność, którą robię rano, to zaparzam sobie kawę i mam swoją złotą godzinę. I dzisiaj otworzyłem stronę i mówię: Zobacz, co jest u Radka: „złota godzina”.

Dokładnie tak jest.

Co robisz w ciągu tej złotej godziny?

Złota godzina jest czymś, co u mnie trochę przechodzi ewolucję i za każdym razem wygląda trochę inaczej, ale głównym założeniem jest to, że to jest taka moja godzina nieskrępowanej pracy z bardzo dużym nastawieniem na to, że w ciągu jej trwania chcę dużo zdziałać, ale z drugiej strony jest to czas dla mnie. Natomiast kiedyś była to seria rytuałów, która działa się jedna po drugiej. Kawa, o której wspominasz, jest jednym z takich dobrych wyzwalaczy. My jako ludzie lubimy schematy i czujemy się w ich obrębie bezpiecznie. I ta złota godzina nadaje kształt reszcie dnia. To, w jaki sposób dojdziemy do wniosku, co się w niej znajdzie, może mieć dla nas bardzo duże znaczenie w toku całego dnia.

Radek Kotarski majątek

Dzisiaj nauka wie, że są takie dwa elementy, które w złotej godzinie nie powinny się znaleźć. Na przykład w toku mojej złotej godziny, zgodnie z zaleceniami naukowców, powinna być ona czasem mojej proaktywności. Czyli ja w tym czasie nie przeglądam maili, bo wiem, że wtedy odpowiadam na to, co dzieje się w świecie, a nie nadaję. Ja wiem, że nie zawsze da się takie rzeczy zrobić, bo niektórzy w ramach swoich obowiązków zawodowych muszą od tego zacząć, bo inaczej się nie da. Ale gdziekolwiek da się kształtować to mniej lub bardziej, to ja polecam mikrokroczki, ponieważ to nie musi być złota godzina, to może być złote 15 min. 

Nie oszukujmy się, w toku ośmiu godzin pracy nie pracujemy ośmiu godzin, i wiele badań to potwierdza. To, co robimy w tych momentach, w których nie pracujemy, ma jednak niesamowity wpływ na nasze przyszłe działania. Jest to tzw. czas operacyjny, który znowu da się dopasować do naszego chronotypu, bo każdy z nas działa optymalnie w zupełnie innych godzinach. Dlatego też ja nie daję w tej książce uniwersalnych rozwiązań na zasadzie: zrób tak. Bo jeśli ktoś mówi, że najlepiej odpowiada się na maile od godziny 10 do 12, to po prostu kłamie. Ponieważ najlepiej tylko dla bardzo określonej grupy osób, wcale niezbyt dużej.

Kto najwięcej wyniesie z lektury „Inaczej”?

Jak pracować mniej, ale lepiej i przyjemniej? Jakie osoby miałeś w głowie, kiedy pisałeś tę książkę? Kto, Twoim zdaniem, najbardziej skorzysta na takiej lekturze?

Na tym etapie tylko zaznaczę, że to jest najlepsza rozmowa na temat tej książki, bo zazwyczaj osoby, które przeprowadzają ze mną wywiady, koncentrują się na tym, czego nie da się zrobić w polskiej rzeczywistości, czyli że nie da się pracować mniej, ale lepiej i przyjemniej. Myślenie o nowym samochodzie jako końcowym celu nie jest wcale najlepsze, ale wtedy słyszę, że ale tam był ktoś, kto chciał ten samochód kupić – dowody anegdotyczne dalej działają w skali mikro. 

Inaczej książka

Nikt mnie nigdy o to nie zapytał, ale w momencie, w którym pisałem tę książkę, miałem tę osobę w głowie. I doszedłem do wniosku, że te zasady nie działają uniwersalnie. Nie jestem w stanie napisać ją dla fryzjera, pracownika agencji reklamowej ani dla inżyniera. Natomiast ja ją napisałem dla osób, które przede wszystkim pracują w wolnych zawodach i mogą niemal w stu procentach z tego skorzystać. Ale nawet jeśli ktoś nie pracuje w wolnym zawodzie, to jest to osoba, która ma jakikolwiek wpływ na tok swojej pracy, bo są ludzie, którzy go nie mają, ponieważ tak są poustawiane spotkania i tyle. 

Natomiast w momencie, w którym jest jakikolwiek delikatny wpływ, to to już wystarczy. To jest taka osoba, która jest w stanie w toku ośmiu, dziewięciu godzin swojej pracy swobodnie rozdysponować godzinę. I ja mówię o godzinie jako o czymś, co w normalnych warunkach byłoby poświęcone na przerwę albo może – wiem to od czytelników – symulowanie pracy, czyli oni siedzą przed komputerem, a w rzeczywistości robią coś innego, bo wiedzą, że tak naprawdę to też dla pracodawcy będzie dobre. Więc ta osoba to jest dla mnie ktoś, kto jest w stanie pracować „od siebie” i przede wszystkim chce to robić.

Gdy przystępujemy do wydawania książek, robimy badania i sprawdzamy, jakie są opinie, kto co myśli o danej książce. Niestety w ich toku okazało się, że ludzie o lepszym ułożeniu swojej pracy myślą trochę tak jak o lepszym sprzątaniu: oni nie chcą się uczyć lepiej sprzątać (mimo że sprzedaliśmy bestsellerową książkę Uli Pedantuli Pozamiatane, i wiemy, że dobrze jest lepiej sprzątać). Dla wielu Polaków praca jest złem koniecznym, które musi zostać zrobione, żeby czerpać z tego określone korzyści finansowe. Jasne, że to też ma znaczenie. Ale to ci ludzie, którzy chcą coś realnie zmienić i wiedzą, że dzięki temu są w stanie pracować mniej, ale lepiej i przyjemniej, stanowią potencjalnych odbiorców mojej książki. Mi też wiele rzeczy wydawało się nierealnych do przeprowadzenia. Sam byłem człowiekiem, który pracował 12–14 godzin na dobę, więc gdybym przeczytał tę książkę pięć lat temu, to wyrzuciłbym ją do śmieci, nie uwierzyłbym, że to jest możliwe.

A to jest jednak oparte na badaniach. Zresztą już w samym wstępie zauważasz, że 90 tys. godzin to czas, jaki w życiu przeciętnie poświęca się na pracę. Więc zdecydowanie warto to zrobić z głębszym sensem i w lepszy sposób.

Co dalej?

Tryskasz energią, wiesz już, jak pracować lepiej i bardziej skutecznie, włamałeś się do swojego mózgu i wielu innych mózgów, jakie masz plany na kolejne lata, co teraz budzi Twój entuzjazm i nad czym teraz pracujesz?

Biorąc pod uwagę to, że znam te wszystkie zasady, m.in. za sprawą książki Inaczej, za każdym razem staram się, żeby to pole mojej działalności było dla mnie w pełni uzasadnione. W związku z tym powoli rozglądam się za dziedzinami, w których znowu mam brak i chciałbym go jakoś wypełnić. Na przykład w ostatnim czasie są to sprawy związane ze zmianami klimatycznymi, rzeczami, które są powiązane z bardzo szeroko idącą ekologią. I znowu nie mam takiego jednego miejsca, które by oddzielało ziarno od plew. 

Z jednej strony słyszę: Segregacja śmieci nie ma sensu, bo za chwilę przyjedzie śmieciarka i ona wszystko wrzuci naraz. A z drugiej strony są ludzie, którzy nie używają jednorazowych pieluszek. Ja chciałbym poznać te wszystkie punkty widzenia, a z drugiej strony oprzeć je na twardych badaniach, praktykach rynkowych, dojść do tego, w jaki sposób moje codzienne działania sprawią, że ja się na coś przydam. Albo, które z nich mają sens, które go nie mają i o których w ogóle nie muszę myśleć. To jest po raz kolejny uczenie się nawyków ekologicznych albo oduczanie się tych, które nam się takie wydają, a w rzeczywistości takie nie są. To nie brzmi jak przepis na bestseller – to jest trochę jak uczenie się o sprzątaniu.

Możemy powiedzieć, że każdy temat, który bierzesz na warsztat, jest trudny i może nie brzmieć jak bestseller, ale potem zamieniasz to w złoto.

Do tej pory w miarę to się udaje. Natomiast mam ten komfort, że ja nie muszę o tym myśleć wyłącznie w kontekście jakiejś niesamowitej korzyści finansowej. Bo ja i tak na koniec dnia kupuję sobie używany samochód.

Może Twoja kolejna książka będzie dobrym lekarstwem na opinię wszystkich osób, które po przeczytaniu jednego artykułu w gazecie wypowiadają się na tematy ekologiczne z pewnością profesora ekonomii, wpadając w klasyczny efekt Dunninga‑Krugera. O tym piszesz oczywiście w książce Inaczej.

Ostatnie pytanie to pomysł podciągnięty trochę od Tima Ferrissa, ale bardzo mi się podobał, bo wydaje mi się, że każdy w głowie ma jakąś myśl, którą chciałby pozostawić innym. I gdybyś miał do dyspozycji billboard, na którym miałbyś zostawić dowolne hasło, by przekazać je innym, to co by to było?

Kiedyś Olek Wandzel zapytał mnie o to samo i zakończyło się to o tyle fatalnie, że ten bilbord musiałby być ogromnej wielkości, a ludzie czytaliby go bardzo długo, bo faktycznie wypowiedź była bardzo rozbudowana. Ale dzisiaj śmiało wrzuciłbym tam tylko dwa wyrazy i byłoby to: szukaj sensu. Bo to działa w moim życiu bardzo uniwersalnie, nie tylko w kontekście pracy.

Jak bawiłem się z moim trzyletnim synem, to wiedziałem, że sama czynność bawienia się z nim zabawkami nie przynosiła mi żadnej przyjemności. Bo nie oszukujmy się, 32-letni wtedy gość marzy raczej o innym zestawie czynności w tym konkretnym momencie. Ale gdy szukamy głębszego znaczenia tego, co robimy, nagle okazuje się, że ta prozaiczna czynność ma dużo więcej sensu, niż nam się wcześniej wydawało, i ona jest całym światem, i dla mnie, i dla syna w tym momencie. Mam wrażenie, że my często gonimy w jakiejś bieżączce, mamy masa tematów, maili do odpowiedzenia, ale nie robimy tego kroku w tył, żeby zadać sobie pytanie, po co my właściwie to robimy.

Radek Kotarski majątek

Kiedyś przeprowadzałem taki wykład dla jednej z korporacji na temat umiejętności pracy w zespole. I oni mieli przeogromny problem z tym, żeby zmusić dział prawno‑finansowy do tego, żeby nie uprzykrzał życia działowi sprzedaży, który więcej koncentrował się na formalnościach i papierologii niż na faktycznej sprzedaży. 

Pokazywałem im kilka sposobów na to, jak usprawnić pracę w zespole, ale zakończyłem ten wykład stwierdzeniem: Zastanówcie się, po co wy tam wszyscy jesteście. Dwa tygodnie po przeprowadzeniu tego wykładu odezwał się do mnie wiceprezes tej firmy i powiedział, że oni owszem, wzięli te wszystkie metody i mniej lub bardziej je wykorzystywali, ale umówili się po prostu na piwo, siedli i powiedzieli: Pomyślmy, po co my tu jesteśmy. I dopiero ten element rozwiązał ich problemy. 

Bo oni zaczęli codzienne działania przepuszczać przez filtr, którym jest wspólne poczucie sensu wokół tej pracy. Ja każdą rzecz przepuszczam przez niego i się zastanawiam, czy to nadaje sens mojemu życiu albo życiu innych ludzi. Jeśli nie – ja tego po prostu nie zrobię. To jest taka sprawa, której cały czas się uczę, popełniam masę błędów, ale przynajmniej się staram.

Czyli billboard Radka Kotarskiego anno domini 2021 miałby treść: „Szukaj sensu”. Ale to ewoluuje, zmienia się. Ciekawe, jak będzie za pięć lat. Spotkamy się, pogadamy i rozwiniemy temat. 

Bardzo serdecznie Ci dziękuję za to, że dałeś poznać się nam bliżej jako przedsiębiorca i opowiedziałeś o swoim podejściu do pieniędzy. Ja biorę się za pracę z książką: Inaczej, więc na pewno w którymś z następnych filmów czy na #wtorekzfinansami opowiem, co dla siebie z tego wyciągnąłem, bo staram się to też optymalizować. Bardzo serdecznie ci dziękuję.

To była ogromna przyjemność. Sam mogę śmiało powiedzieć, że jestem jednym z tych cichych użytkowników, którzy rzadko komentują, ale klikają łapkę w górę i zdecydowanie oglądają Twoje odcinki. A Finansowa Forteca to jedna z takich książek, które wysyłają odpowiedni sygnał wszystkim tym, którzy przychodzą. 

I np. u mnie Finansowa Forteca leży w bardzo widocznym miejscu i ja lubię, kiedy moi goście widzą, że to jest kawał solidnego dzieła, a z drugiej strony ja wysyłam komunikat, że ta część mojego życia i istnienia ma dla mnie znaczenie, bo czytam książki na ten temat. Fenomenalna książka i bez problemu o tym wspominam, bo miej świadomość, że Twoja działalność też ma duży sens dla mnie.

Bardzo serdecznie Ci dziękuję i dzięki tej wizycie też bardzo mi pomagasz, bo myślę, że wielu nowych widzów tu, na kanał dotrze.

Mam nadzieję.

Moim gościem był Radek Kotarski. Pozdrawiamy Was bardzo serdecznie.

Dziękuję.

To wszystko na dziś. Mam wielką nadzieję, że nasza rozmowa z Radkiem zainspiruje Cię do tego, by lepiej i mądrzej pracować oraz szukać w życiu jeszcze więcej sensu. Koniecznie daj znać w komentarzu,  co szczególnie zapadało Ci w pamięć.