Jakie są dwie najlepsze inwestycje na świecie? Po pierwsze: inwestycja w siebie. Po drugie: inwestycja w doświadczenia. Dziś kilka słów o tej drugiej, bo mam ku temu wspaniałą okazję.

To nie jest wpis na temat finansów, ale za to z licznymi zdjęciami na dole 😉 Bardzo często powtarzam Wam jednak, że w moim podejściu do życia i pieniędzy chodzi o znacznie więcej niż o “techniczne aspekty” zarządzania domowym budżetem. To pewien styl życia, który zakłada, że pieniądze pomagają nam w realizacji własnych marzeń i pasji, a także w pomaganiu innym ludziom. To właśnie dlatego warto jest o nie dbać, zamiast wydawać je na pierdoły.

Zrealizowane marzenie, o którym napiszę teraz, nie wymagało zresztą dużych nakładów finansowych. Za to – choć miałem okazję przeżyć już wiele cudownych chwil – to doświadczenie było naprawdę wspaniałe.

Co oni dodają do tego gipsu?

W listopadzie ubiegłego roku wrzuciłem na Facebooka taki oto post:

Otrzymałem od Was wtedy dużo wsparcia, miłych komentarzy, a także świetnych rad na temat biegania. Gips na kończynach wpływa na mnie w jakiś dziwny sposób. Zacząłem nawet podejrzewać, że w jego oparach zawarte są psychoaktywne substancje. Gdy kilka lat temu siedziałem unieruchomiony przez 5 tygodni z prawą nogą w gipsie (złamaną zresztą w czasie Biegu Powstania Warszawskiego) zacząłem tworzyć swoją “bucket list” – czyli Listę 100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią, o której już kiedyś na blogu wspomniałem.
W zeszłym roku – spoglądając na powiększającą się pod wpływem unieruchomienia oponkę na brzuchu – postanowiłem przebiec maraton. Nie muszę Wam chyba wspominać, że wtedy pomysł wydawał się całkiem od czapy.

Pułapka wygodnej wymówki

Znam kilku “iron-manów”, więc wiem, że dla nich maraton to ledwie przebieżka 🙂 Ale dla mnie to było naprawdę duże wyzwanie. Po kontuzji kolana w roku 2000 lekarz stwierdził, że nie ma mowy o bieganiu dłuższym niż 2-3 km, a ja mu uwierzyłem. Przez całą kolejną dekadę powtarzałem sobie i innym: niestety, nie mogę biegać. To była dobra i wygodna wymówka.

W końcu – za namową kolegi – w 2011 r. zapisałem się na Bieg Konstytucji i pierwszy raz od czasu kontuzji przebiegłem 5 km. Tak wyglądałem 6 lat temu po tym “wielkim biegu” z moimi nieodłącznymi kibicami:

 

Skoro dałem radę tyle, to uwierzyłem, że dam radę więcej! Zacząłem trochę trenować i startować rekreacyjnie w biegach na 10 km. Ale niestety – przy wydłużaniu dystansu powyżej 10 km lub czasu powyżej godziny – w kolanie faktycznie odzywało się mocne kłucie. No tak, przecież ja mam te problemy ze stawem kolanowym – przypomniałem sobie na nowo i odpuściłem marzenia o dłuższych dystansach. Trudno, trzeba się z tym pogodzić – wmówiłem sobie.

I tak żyłem z przekonaniem, że nie nadaję się do biegania. Aż do listopada ubiegłego roku. Słuchając relacji biegających przyjaciół, a także mojej żony, która przebiegła maraton cztery lata temu, bardzo chciałem poczuć, jak to jest mieć ten królewski dystans za sobą. Czyż nie byłoby wspaniale wbiec na metę, unieść ręce do góry i krzyknąć: Tak! Dałem radę!

I wtedy – zamiast szukać kolejnych wymówek i powodów, dla których nie mogę przebiec maratonu – postanowiłem “wziąć temat na warsztat”. Najpierw – wizyta u lekarza. Gdy wspomniałem pierwszemu, że po godzinie biegania kłuje mnie w kolanie, usłyszałem: To niech Pan biega krócej! Na szczęście kolejny lekarz zrobił stosowne badania i stwierdził, że nic go w moich kolanach nie niepokoi, a ból, to pewnie syndrom pasma biodrowo-piszczelowego. I faktycznie! Kilkanaście tygodni rozciągania, właściwych ćwiczeń, wałek do masażu – i moja wielka wymówka zniknęła! Gdy dzisiaj myślę, że przez tyle lat sam sobie wmawiałem, że nie mogę biegać, a nawet tego solidnie nie sprawdziłem, to jest mi po prostu wstyd!

Dla mnie z tej sytuacji wynika ważna lekcja: koniec z wymówkami i ograniczaniem samego siebie! Wystarczyło podjąć decyzję i zacząć działać, zamiast się łapać wygodnej wymówki. I to jest takie moje krótkie przesłanie dla Was z tego wpisu:

Być może bardzo czegoś pragniesz, ale jednocześnie tłumaczysz sobie, że to marzenie nie jest dla Ciebie.
Upewnij się, czy to przypadkiem nie jest zwykła wymówka.
Sprawdź to koniecznie, nim na zawsze pogrzebiesz swoje marzenie.

Sprawdź aktualne rankingi
ostatnia aktualizacja:


Najlepsze lokaty bankowesprawdź
Najlepsze konta osobiste za 0 zł
Promocje bankowe do 900 zł premii
Najtańsze kredyty hipoteczne 10 banków

Sprawdź

Dlaczego warto?

Po podjęciu decyzji i odrzuceniu głupich wymówek, sprawa była już prosta. Pozostał trening i dobre przygotowanie. Dzięki prowadzeniu tego bloga na swojej drodze spotykam wielu wspaniałych ludzi, którzy wspierają mnie w różny sposób. W przypadku maratonu takim wsparciem i wielką inspiracją był dla mnie Jacek MEZO Mejer – poznański wokalista, wyśmienity biegacz i jedna z najbardziej optymistycznych osób, jakie znam. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji posłuchać mojego podcastu z MEZO – zdecydowanie polecam – to po prostu świetny człowiek: FBO 031: Muzyka, sport, optymizm, finanse – cztery oblicza MEZO

Jacek biega trochę szybciej ode mnie 😉 Tak wyglądał na mecie maratonu, w którym bił swoją życiówkę, wspierając jednocześnie Drużynę Szpiku:

 

Jeśli chodzi o mnie, to chociaż siedziałem z Jackiem w wieczór przed biegiem zajadając makaron, wsłuchiwałem się w jego dobre rady, a na trasie słuchałem jego płyty “Życiówka”, to  i tak na mecie wyglądałem mniej świeżo. W czasie biegu popełniłem chyba wszystkie możliwe błędy. Ale i tak było cudownie!

Na starcie rozpierała mnie energia, więc byłem prawdziwym twardzielem:

Tydzień przed maratonem miałem jasny cel: po prostu dobiec do mety. Ale… dzień przed startem dodałem: …poniżej 5 godzin. Na starcie postanowiłem jeszcze, że będę biegł na 4:45…

… ale już po kilku kilometrach publiczność i nogi poniosły tak, że dogoniłem biegnących na 4:15 🙂 Jeszcze na 30 km trzymałem się dzielnie, a moja rodzinka dopingowała mnie z całych sił. Tym razem do grona kibiców dołączył również nasz pies 😉

A potem stało się dokładnie to, o czym MEZO śpiewa w piosence pt: “Ściana”:

Pierwsza połówka tak: Pstryk!
Następna dycha – tempo na styk!
A potem – nie wiem skąd – jakby ktoś wyłączył prąd 😉

 

I gdyby nie to, że moje córeczki ostatnie 300 metrów przebiegły ze mną, to chyba faktycznie padłbym przed metą na twarz. Ostatecznie padłem dopiero po przekroczeniu linii mety z czasem 4:50:33 długo dochodząc do siebie 🙂

Jedno jest pewne. To była jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Jeszcze wczoraj niemal szurałem nosem po ziemi… Ale już dziś od samego rana unoszę się kilkanaście centymetrów nad ziemią! Jestem bardzo szczęśliwy i bogatszy o kolejne super doświadczenia…

Sprawdźcie koniecznie, czy tak jak ja, nie czekacie przypadkiem zbyt długo na realizację niektórych marzeń. Być może robicie to tylko dlatego, że macie wygodne wymówki i nie sprawdzacie, czy są prawdziwe? Życzę Wam z całych sił, by te marzenia udało się Wam zrealizować! Naprawdę warto.

A ja tymczasem wracam do pracy… Już w przyszły poniedziałek zamierzam wysłać zapisanym na listę osobom link do promocyjnej oferty kursu “Kredyt hipoteczny krok po kroku”. To będzie mój drugi skończony maraton w tym roku 😉 Szczegóły znajdziecie tutaj:

Kredyt hipoteczny krok po kroku – data premiery kursu już znana!