Przez kilkanaście ostatnich dni panowała na blogu cisza, ale mam na to naprawdę dobre usprawiedliwienie. Realizowałem jedno z moich ogromnych marzeń, które chodziło za mną już od czasów podstawówki. Z wypiekami na twarzy czytałem wtedy książki Arkadego Fiedlera i marzyłem o odwiedzeniu Madagaskaru. Właśnie stamtąd wróciłem, a jednym z owoców tej niesamowitej podróży będzie wpis o inwestowaniu w doświadczenia, nad którym zacząłem już pracę.

Dziś chciałbym się z Tobą podzielić pewną refleksją z mojej podróży. Jestem ciekawy, czy myślisz podobnie?

 

Jakie są szanse na starcie?

Wyobraź sobie, że jesteś jednym z siedmiorga dzieci w przeciętnej malgaskiej wiosce czy nawet miasteczku. Należysz do grona 23 milionów obywateli państwa, w którym połowa populacji ma mniej niż 18 lat, a na jedną kobietę przypada średnio 4,5 dziecka. I to bez żadnej polityki prorodzinnej ze strony rządu.

Połowa populacji Madagaskaru to dzieci
Połowa populacji Madagaskaru to dzieci
Chłopaki górą! Byłem tam z żoną i córkami, więc dobrze było odreagować w męskim towarzystwie ;)
Chłopaki górą! Byłem tam z żoną i córkami, więc dobrze było odreagować w męskim towarzystwie 😉

Na około 200 państw na świecie, Twój kraj zajmuje 11-te miejsce od końca pod względem PKB na mieszkańca. Słowem: to kraj bardzo biedny, co niesie ze sobą konkretne wyzwania.

Przede wszystkim: możesz praktycznie zapomnieć o nauce. Owszem, teoretycznie edukacja na poziomie podstawowym jest powszechnie dostępna, ale teoria często rozmija się z praktyką. Nauczyciele w terenie zarabiają tak mało, że muszą wykonywać dodatkowe prace, aby w ogóle móc jakoś przeżyć. Dzieciństwo bez szkoły brzmi całkiem beztrosko? Niestety – w tym wypadku oznacza to przede wszystkim dzieciństwo bez wakacji.

Rodzice nie są w stanie Cię utrzymać, więc od najmłodszych lat musisz pracować. Niestety, to nie jest praca pomagająca Ci zdobyć przydatne umiejętności. To uciążliwe codzienne wyprawy po wodę, ręczna harówka w polu, czy pilnowanie pasących się Zebu.

Spotkaliśmy wiele ciężko pracujących dzieci. Zbyt wiele…

Spotkaliśmy wiele ciężko pracujących dzieci. Zbyt wiele…
Spotkaliśmy wiele ciężko pracujących dzieci.

Wieczorami i w przerwach robisz to, co wszystkie dzieci na całym świecie: bawisz się. O kolorowe zabawki jest wprawdzie trudno, ale w XXI wieku, czyli w czasach plastikowych butelek, kapselków i blaszanych puszek, to nie stanowi większego problemu.

FBO na wakacjach

Jeśli masz dużo szczęścia i nie złapałeś poważnej choroby wymagającej dojazdu lekarza z oddalonej o kilkaset kilometrów kliniki, dorastasz i zaczynasz myśleć o swojej przyszłości. Szybko zdajesz sobie sprawę, że w Twoich rodzinnych stronach niewiele osiągniesz. Jeśli jesteś dziewczynką, to w wieku 15 lat wychodzisz za mąż i długą listę codziennych obowiązków uzupełniasz o opiekę nad kolejnymi dziećmi. Gdy jesteś chłopakiem, to nieco łatwiej jest Ci wyjechać do jednego z nielicznych miast, a może nawet do stołecznego Antananarivo. Tam podejmujesz ostrą konkurencję z kilkoma milionami młodych ludzi. Tak samo biednych i zdeterminowanych, jak Ty. Konkurencję o co? O ciężką fizyczną pracę za kilka dolarów dziennie, bo z Twoją edukacją na taką właśnie jesteś skazany.

 

Czy zdajesz sobie sprawę z ogromu możliwości?

Nie piszę tych słów po to, by wzbudzić w Tobie współczucie dla biednych malgaskich dzieci. Choć trudno w to uwierzyć, ich sytuacja wcale nie jest tragiczna. W rejonach, które dane mi było odwiedzić, nie było przynajmniej głodu.

Piszę, bo my, Polacy, lubimy sobie ponarzekać. Na gospodarkę, na polityków, na kiepskie drogi, na drożyznę, na niskie zarobki, trudności na rynku pracy i oczywiście na pogodę. Często dochodzimy do wniosku, że w naszym kraju nie da się żyć. Łatwo też znajdujemy potwierdzenie słuszności tych narzekań obserwując statystyki ilustrujące liczbę Polaków emigrujących „za chlebem”.

Nie jestem ślepy na problemy. Dostrzegam mnóstwo absurdów, fatalnych decyzji politycznych i gospodarczych, zalew taniego populizmu, potężną biurokrację i nabrzmiewające bariery wzrostu. Zgadzam się, że sporo z naszych narzekań ma sens. Problem polega jednak na tym, że zbyt szybko i zbyt powszechnie tracimy perspektywę.

W tym samym czasie, gdy my narzekamy, rzesza uchodźców z naprawdę biednych krajów marzy o życiu w naszym grajdołku nad Wisłą. Przyjeżdżają nie znając języka, nie rozumiejąc kultury, zaczynając zupełnie od zera. My, pełni pretensji, przekuwamy drogocenną energię na pretensjonalne „Panie Premierze, jak żyć?”. Oni nie tracą na to czasu, tylko wytrwale pracują, dostrzegając ogromną szansę, jaką daje im Polska.

Dla mnie świetnym przykładem są znajomi Wietnamczycy, którzy w niespełna dekadę potrafili od zera zbudować w Polsce biznes i odnieść finansowy sukces. Choć ciągle trudno im mówić po Polsku, to właśnie oni zatrudniają w swoim biznesie kilkunastu Polaków. Ich historia przywodzi mi na myśl takie powiedzenie:

Kto nie chce, szuka wymówki. Kto chce, szuka sposobu.”

Od Ciebie zależy, na czym się skupisz. Możesz narzekać i mieć pełną rację. Albo możesz działać i mieć pełny portfel. Twój wybór.

Podróż na Madagaskar po raz kolejny uświadomiła mi, jak wiele mamy szczęścia i powodów do wdzięczności za to, że żyjemy w Polsce. W Polsce wolnej i demokratycznej, gdzie obowiązuje swoboda działalności gospodarczej, wolność słowa, nieograniczony dostęp do edukacji. W Polsce, która przeżywa jeden z najznakomitszych okresów w swojej historii, która z trudem i w bólach, ale jednak się rozwija.

Nie wiem, czy będzie tak zawsze, ale dziś jestem pewny, że w obecnych warunkach sukces finansowy spoczywa całkowicie w naszych rękach. Dlatego, nie narzekajmy na Polskę. Daje nam ona więcej, niż myślimy.

Taką właśnie myśl przywiozłem ze sobą w walizce. Co o tym sądzicie?