Dziś chciałbym zacząć nietypowo. Zapraszam Was do wzięcia udziału w krótkim teście z zakresu ogólnej wiedzy o świecie, który przygotował Gapminder. Spokojnie, to nie sprawdzian na ocenę, a bardziej forma eksperymentu. Test w języku angielskim składa się z trzynastu pytań zamkniętych typu ABC i zajmie Wam kilka minut. Gotowi? Do dzieła. Za bezbłędne wypełnienie testu można otrzymać dyplom od organizatorów 🙂

Jak Wam poszło? Jeśli dobrze, pochwalcie się wynikiem w komentarzu. Możecie porównać swój rezultat do wyników podobnego testu złożonego z dwunastu pytań, które zostały przedstawione w 35:45 wykładu Ola Roslinga z fundacji Gapminder. Jednocześnie gorąco zachęcam do zapoznania się z całością, w której poznacie prawidłowe odpowiedzi na większość z testowych pytań.

Wyniki są jednoznaczne. Brakuje nam jako społeczeństwu podstawowej wiedzy o otaczającym nas świecie. Szczerze mówiąc – wyniki tak mnie zaskoczyły, że pozwoliłem sobie na małą weryfikację i poprosiłem kilkanaście znajomych osób o wypełnienie ankiety. Z pośród tych, którzy zdecydowali się podać mi swój wynik, najwyższa wartość to sześć poprawnych odpowiedzi.

Nasza ocena rzeczywistości w niedostateczny sposób oddaje realia świata, w którym żyjemy. Ma na to wpływ szereg czynników, między innymi:

  • brak znajomości danych,
  • bazowanie na przeterminowanej wiedzy o szybko zmieniającym się świecie,
  • postrzeganie świata jako całości z własnej – siłą rzeczy ograniczonej – perspektywy,
  • wybiórcze (skrajne) informacje docierające z mediów,
  • nasze lęki i obawy,
  • nieuzasadnione przekonanie, że świat staje się coraz gorszym miejscem do życia,
  • …i tak dalej.

Jeszcze raz zachęcam do zapoznania się z wykładem ☺ OK, ale co z tego wynika? Co to ma wspólnego z finansami osobistymi? Moim zdaniem bardzo wiele.

Cena a wartość – czym się od siebie różnią?

Jak byście zdefiniowali słowo „cena”? Za Słownikiem Języka Polskiego jest to „wyrażona w pewnym mierniku wartość towaru”. Bardziej kolokwialnie jest to ilość pieniędzy za jaką właściciel jest skłonny oddać swoją własność, np. cena na metce. Poprzez grę popytu i podaży rynek ustala taką cenę, aby sprzedający zbyli swoje produkty, a kupujący nie rezygnowali z transakcji z powodu zbyt wygórowanej ceny (tyle teoria). W dużym uproszczeniu możemy więc założyć, że cena jest determinowana czynnikami obiektywnymi.

Z kolei wartość to zupełnie inna para kaloszy. Trudno jest zdefiniować wartość, ponieważ dla każdego z nas słowo „wartość” może oznaczać coś innego. Dwaj koledzy z podwórka otrzymali oferty pracy w firmie X. Kowalski powiedział, że nie warto pracować za mniej niż 5000 zł na rękę, a Nowak dla takiej pensji będzie dojeżdżał dwie godziny w jedną stronę. Siostry – Kasia i Basia – kupowały telefony w sklepie marki Y. Kasia za 600 zł, Basia za 3600 zł. Przedstawione pary stanęły przed takimi samymi wyborami, a podejmowały inne decyzje. Ich wybory były subiektywne, oparte o nie zawsze pełną wiedzę lub jej brak, przekonania i błędy poznawcze.

Postawię tu śmiałą hipotezę na podstawie własnych obserwacji – gdy przychodzi do określania wartości, często nie myślimy racjonalnie. Skracamy proces decyzyjny, spłycamy rzeczywistość i ulegamy emocjom. Dokładnie tak, jak podczas wypełniania testu z początku wpisu. Mamy ograniczony czas na odpowiedź, tematyka jest jakby znana, ale brakuje twardych danych i w efekcie postrzegamy świat przez zamglone okulary.

  • Ile warta jest butelka wody? Zaokrąglijmy – złotówkę. OK, a na środku pustyni?
  • Ile warte są stare fotografie? Obiektywnie raczej niewiele. Ile warte są pamiątki rodzinne sięgające trzech pokoleń wstecz? Teraz są już „bezcenne”?
  • Ile warte jest Twoje mieszkanie? 200 000 zł. Kupiłbyś je dziś za tę kwotę? No nie, targowałbym się do 190 000 zł. Dlaczego? Ponieważ w tej cenie sprzedają się podobne mieszkania w tej okolicy. Rzeczy, które już posiadamy zwykliśmy wyżej cenić, niż takie same należące do kogoś innego.

Wartość niematerialna

Czy zrobiłoby Wam różnicę, czy otrzymalibyście wodę na pustyni w złotym lub stalowym kubku? Mi by nie zrobiło. Ważne, żeby woda się nie wylała – wartość użytkowa.

Jakie wybieramy auto? Młodzi, gniewni śmiało sięgają po szybkie, stare (tanie) auta z mocnymi silnikami, aby zbierać „punkty respektu”. Szanowany prezes dużej firmy sięgnie np. po Porsche, aby podkreślić swój status lub jeśli jest pragmatykiem, zrobić wrażenie na kontrahentach. Wizerunek jest w cenie. Współczesny świat nie pozwala nam o tym zapomnieć. No i co powie sąsiad?

Przypadkiem znalazłem (nie znalazłem, ale chciałbym ☺) na strychu starą monetę, którą dawno temu otrzymałem od dziadka. Okazało się, że ta moneta jest niezwykle rzadka, a z uwagi na idealny stan mógłbym ją sprzedać za 5000 zł. Nigdy nie zapłaciłbym tyle za monetę, ale postanowiłem ją zatrzymać – wartość sentymentalna, a do tego jest to „odnaleziony skarb”.

Sprawdź aktualne rankingi
ostatnia aktualizacja:


Najlepsze lokaty bankowesprawdź
Najlepsze konta osobiste za 0 zł
Promocje bankowe do 900 zł premii
Najtańsze kredyty hipoteczne 10 banków

Sprawdź

Mógłbym sam skosić trawę, ale mi się nie chce. Niech zarobi syn sąsiada – wygoda, czas wolny.

Mam w nosie, że nowe auta tracą na wartości. Zmieniam co trzy lata, bo chcę mieć nowe, bezwypadkowe i bezpieczne, koniecznie ciężki SUV – zaspokojenie potrzeby bezpieczeństwa.

Zakup nieruchomości to duże obciążenie, ale potrzebuję miejsca, do którego będę mógł zawsze wrócić, bezpiecznej przystani, z której nie wyrzuci mnie właściciel – potrzeba własnego miejsca.

Wiem, że nadpłata kredytu wymaga wyrzeczeń i mógłbym zrobić z tymi pieniędzmi masę innych, być może bardziej opłacalnych rzeczy, ale chcę spać spokojnie – święty spokój.

Spędziłem tydzień urlopu pomagając wyremontować świetlicę w domu starców – altruizm.

Przykłady tego, co może być dla nas ważne, można mnożyć. Liczę na Wasze komentarze rozwijające ten wątek ☺

Kiedy warto X za cenę Y?

Każdy musi sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Patrząc z czysto finansowego punktu widzenia – nie warto nic ponad niezbędne minimum zapewniające życie w dobrym zdrowiu. Czyli co? Jedzenie (koniecznie przygotowane samodzielnie), mieszkanie (małe bo tanie, a już na pewno nie dom), małe auto (powinno być tańsze w utrzymaniu), może jedna wycieczka raz do roku (najlepiej do rodziny na wsi, darmowy nocleg). Da się żyć tanio? Da się. Czy warto? Gdzie jest granica oszczędności, poniżej której nie warto? Każdy ma własną, którą się kieruje na co dzień. Sztuką jest odnalezienie balansu, aby nie dać się zafiksować na oszczędzaniu w imię oszczędzania.

Z drugiej strony, z pewnością spotkaliście przedstawicieli grup, które zainteresowane jakimś tematem hołdują pewnym przekonaniom. Nie chcą schodzić poniżej wyznaczonego – wysokiego dla postronnego obserwatora – standardu. W tym roku spotkałem się między innymi z następującymi opiniami:

  • nie da się pić kawy rozpuszczalnej,
  • lager jest cienki (najpopularniejszy typ piwa w marketach),
  • do grania w gry komputerowe niezbędny jest bardzo drogi sprzęt (rząd wielkości 5000-6000 zł),
  • tylko nowe samochody są bezpieczne,
  • wszystko co naturalne, jest dla nas najlepsze,
  • telefon za 2000 zł to średnia półka.

Dla głoszących je osób – trzymanie się przyjętych standardów ma swoją wartość. Przekonania przekładają się na decyzje zakupowe, a te na finanse osobiste. Opinie mogą być oparte na mocnych przesłankach lub być totalnie bez sensu.

Czasem zachowania są po prostu nielogiczne, np. brnięcie w nałogi. Nałóg zaczyna mieć tak duże znaczenie dla uzależnionego, że wszystko inne traci swoją wartość.

Inflacja – co to?

Mówiąc o cenie i wartości nie sposób nie odnieść się do inflacji. Intuicyjna definicja, zgodna z typowym w społeczeństwie postrzeganiem tego zjawiska, mogłaby brzmieć tak: „wszystko z czasem robi się droższe”. Dodatkowo często można się spotkać z opiniami, że poziom inflacji podawany przez GUS jest delikatnie mówiąc „od czapy”.

Media bombardowały nas nagłówkami w stylu: drogie masło, kilogram cukru już po 5 zł, ceny jaj w górę, ceny łososia wzrosną dwukrotnie, rolnikom nie opłaca się sprzedaż malin, itd.

Poza medialnym szumem, który – jak to zwykle bywa – prezentuje skrajne informacje, ceny pewnych towarów rosły lub spadały. W gruncie rzeczy drogie masło i jajka, a nawet cukier okazały się chwilowymi wyskokami, które zapadły w pamięć, sprawiając wrażanie drożyzny. Były raczej niegroźne dla domowego budżetu. Masło można zastąpić serkiem, łososia inną rybą, a z cukru zrezygnować. W ostateczności – jeżeli ktoś nie chce rezygnować z danych produktów – nie stanowią one największych pozycji w domowym budżecie.

Łyżka deflacji w słoju inflacji

Niewątpliwie jednak trendowi nie można zaprzeczyć. Żywność staje się coraz droższa. Rachunki za najem, energię elektryczną, gaz, wodę, ścieki są coraz wyższe. Inflacja daje o sobie znać w tych kategoriach. Odczuwamy to na co dzień i wydaje nam się, że wszystko drożeje. To tylko jedna strona medalu. Wpadamy po prostu w pułapkę, zapominając o rzeczach, które tanieją.

Przykład z własnego doświadczenia.

  • Telewizor kupiony w 2008 roku – LG 32”, zapotrzebowanie na energię elektryczną 180W, cena 1800 złotych, równowartość około $900.
  • Telewizor kupiony w 2015 roku – Panasonic 47”, zapotrzebowanie na energię elektryczną 48W, model „inteligentny”, cena 2300 złotych, równowartość około $600.
  • Telewizor kupiony w 2016 roku – Sharp 32”, zapotrzebowanie na energię elektryczną 30W, cena 1100 złotych, równowartość około $250.

Postęp technologiczny i spadek ceny jest wyraźny. Dodatkowo nowszy sprzęt jest bardziej ekonomiczny w użytkowaniu. Trwałość? Okaże się. Jak dotąd bez problemów. Zauważyliście przelicznik na dolary? Nie bez powodu się tu znalazł. Ponieważ dolar jest pierwszoplanową walutą w handlu, kurs USDPLN jest kluczowy dla tego, jak odczuwamy zmiany cen. Silna wobec dolara złotówka to niższe ceny zakupu dla importerów, a przez to niższe ceny w sklepach (konkurencja nie śpi). Wyobraźmy sobie ceny w sklepach, gdyby płacono 2 złote za dolara. Tak było w 2008 roku.

Poziom życia z czasem rośnie. Wydaje nam się to oczywiste. Tak oczywiste, że możemy nie zauważyć zmian, które zwiększają nasz komfort w otaczającym nas świecie. Telewizory – jeśli ktoś jeszcze używa – są coraz większe i bardziej funkcjonalne.

Samochody są coraz lepiej wyposażone i relatywnie bardziej dostępne dla Kowalskiego. Dacie wiarę, że w 2004 roku Daewoo Matiz kosztował od 27900 do 35350 zł, zależnie od wersji wyposażenia + ewentualne dodatki? Było drogo! Dziś najtańszym autem jest Dacia Sandero, której cennik z najmniejszym silnikiem benzynowym to koszt od 29900 do 37000 + dodatki. Różnica w cenie jest symboliczna na przestrzeni czternastu lat. Za – w zasadzie tę samą – nominalną cenę otrzymujemy auto większe, zdecydowanie bezpieczniejsze (4 poduszki powietrzne, ABS, ESP, masa, testy ADAC) i wygodniejsze. Jednym słowem – postęp.

Telefony komórkowe? Podobna sytuacja. Dzisiejszy telefon klasy budżetowej (przyjmijmy poziom 600 zł) jest porównywalny – z punktu widzenia funkcjonalności – do najlepszych, a zarazem najdroższych modeli sprzed kilku lat. Jeśli telefon ma służyć do podstawowych aktywności: dzwonienia, sprawdzenia poczty, lektury artykułów, obsługi mediów społecznościowych, w zupełności taki model wystarczy.

Ceny usług telefonii komórkowej? Spadły do bardzo niskich poziomów. Mając do dyspozycji 20 złotych miesięcznie już można przebierać w ofertach. Moja babcia wydaje na doładowania telefonu komórkowego 50 złotych raz na pół roku. Wcześniej wydawała niemal tyle samo miesięcznie na łącze stacjonarne.

Kino? Za około 50 złotych miesięcznie (roczna umowa) można obejrzeć dowolną ilość filmów w Cinema City. Preferującym domowe seanse Netflix oferuje dostęp do swoich zasobów w jeszcze niższych cenach.

Wiele rzeczy i usług z czasem staje się coraz bardziej przystępnych cenowo. Dzięki temu w pewnym stopniu równoważy to wzrost cen w innych kategoriach.

Coś naprawdę „za darmo”?

Pisząc ten artykuł uświadomiłem sobie, że można dostać coś „za darmo”. Przed laty, gdy często jeździłem pociągami i komunikacją miejską, wydawałem niemal codziennie kilka złotych na prasę. Zaokrąglijmy kwotę do 50 złotych miesięcznie (suma raczej zaniżona). Dziś, gdy zdarza mi się podróżować pociągiem, nie kupuję prasy. Wyciągam smartfona, w którym zapoznam się nie tylko z wczorajszymi, ale również dzisiejszymi wiadomościami. To jak mieć multi-abonament na prasę w cenie pakietu danych do telefonu.

Podobnie z grami komputerowymi. Moja kolekcja gier, które otrzymałem całkowicie za darmo, liczy kilkadziesiąt tytułów. Brzmi to niedorzecznie, ale platformy takie jak Steam, GOG, Humble Bundle stosują takie zabiegi w ramach działań marketingowych. Czasem są to gry przeciętne, a czasem tytuły, które zyskały dobre i bardzo dobre noty wśród graczy i recenzentów. Większości gier nigdy nie uruchomiłem, ale jeśli będę miał kiedyś więcej wolnego czasu, są dostępne na zawołanie – bez dodatkowych kosztów.

Gdyby dodać do tego liczne miejsca w sieci, gdzie można zasięgnąć opinii zarówno osób postronnych, jak i specjalistów w danej dziedzinie, okazuje się, że nie musimy płacić za wiedzę. Drobne koszty z kilkudziesięciu złotych mogą spaść w okolice zera.

Wszystkie te „darmowe opcje” może nie sumują się do wielkich kwot, ale jeśli przełożą się na nie wydane 100-200-300 złotych rocznie, mają swój udział w obniżaniu kosztów w domowym budżecie – a zatem mają charakter deflacyjny.

Własny koszyk inflacyjny

Jeżeli zastanawialiście się czemu nie wspomniałem o koszyku inflacyjnym, z którego korzysta GUS podczas badania inflacji, spieszę z odpowiedzią. Ponieważ GUS przeprowadza badania statystyczne dla ogółu społeczeństwa. Takie badanie jest jak cena – obiektywne (w teorii), mające na celu uśrednienie zwyczajów zakupowych i sytuacji majątkowej konsumentów. Każdy z nas ma własny koszyk dóbr, który kształtuje wrzucając do niego to, co jego zdaniem warto i na co jego zdaniem go stać. Inaczej przedstawia się koszyk dóbr osoby niezamożnej, a inaczej dobrze sytuowanej. Przykładowo, jedynie dla zobrazowania potencjalnych różnic:

Koszyk inflacyjny

Jak sądzicie? Jeżeli założymy, że z czasem ceny w pierwszych dwóch kategoriach wzrosną o 5%, a w pozostałych spadną o 3%, kto bardziej odczuje zmiany cen?

Dodatkowo wyraźne różnice w prywatnym koszyku inflacyjnym uwidocznią się w zależności od etapu naszego życia. Inne wydatki mają: kawaler mieszkający nadal z rodzicami, student w obcym mieście, osoba w związku, rodzina 2+2. Każda z tych osób – a być może nawet ta sama osoba co kilka lat – będzie zupełnie inaczej odczuwać zmiany cen skupiając się na tym, co w aktualnym momencie jest dla niej ważne. Nowe realia, nowe dylematy. Nowe pytania:

  • Czy warto przenieść się do większego mieszkania? Nie mieścimy się już, ale ceny są takie wysokie?
  • Odkupić od kolegi to rwące asfalt BMW, czy jednak kupić coś bardziej rodzinnego?
  • Duże przyjęcie weselne, czy kameralna impreza?

I tak dalej, i tak dalej…

Tytułem zakończenia

Coraz więcej pytań o to, co warto. Czy koszt jest adekwatny do tego, co otrzymamy w zamian? Czy mam wystarczającą ilość danych, aby kupić piekarnik, telefon albo toster? Pora zrobić „doktorat” w Internecie? Czy w ogóle warto, aż tak bardzo się w to zagłębiać, zamiast zająć się czymś bardziej pożytecznym?

Nie można być ekspertem od wszystkiego. Kusi, aby podjąć decyzję na podstawie ograniczonych danych i własnych przekonań i być może ustrzelić niski wynik w teście, tym razem z innej dziedziny. Może warto właśnie tak postąpić, tym razem świadomie narazić się na oblanie testu w imię ogólnej efektywności?

Można też zdać się na specjalistę w danej dziedzinie, ale czy warto mu zaufać?

Jak sądzicie? Dajcie znać w komentarzach w jaki sposób szacujecie wartość w życiu codziennym. Kiedy mówicie pas, a kiedy jesteście skłonni przystać na coś, co się finansowo nie opłaca, ale ma inne plusy?

Autorem artykułu jest… rozkminiacz Marcin Kluczek… – znany Wam zapewne jako eMCI – dał się nam poznać jako wnikliwy uczestnik naszych dyskusji o finansach, które toczymy w komentarzach na blogu. Marcin jest absolwentem Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Na co dzień prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą. Prywatnie mąż i ojciec dwójki dzieci. Jego pasją i pracą są technologie komputerowe – zajmuje się zarządzaniem produktami. Od kilku lat zgłębia tajniki finansów osobistych. Entuzjasta arkuszy kalkulacyjnych, które pomagają mu w pracy i podczas analiz produktów finansowych. W wolnych chwilach pracuje nad „projektem Buddy” – narzędziem do zarządzania finansami osobistymi.