Finanse w związku małżeńskim – Jak to ogarnąć, żeby nie stracić
Kiedy zawieramy małżeństwo, deklarujemy, że znamy wynikające z niego prawa i obowiązki. W praktyce jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, co ślub oznacza dla ich pieniędzy, majątku i zobowiązań. Trudno się temu dziwić. Gdy planujemy wspólne życie, myślimy przede wszystkim o przyszłości, którą chcemy razem zbudować, a nie o przepisach, dziedziczeniu czy podziale majątku. Zakładamy, że wszystko będzie dobrze. Problem w tym, że większość z nas zaczyna się tymi sprawami interesować dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys, rozwód albo sprawa spadkowa. Wtedy okazuje się, że wspólnie finansowany dom nie zawsze jest faktycznie NASZ wspólny, spłacanie kredytu nie przesądza o własności, a decyzje dotyczące majątku mogą wymagać zgody sądu. Jeśli jesteś w małżeństwie albo je rozważasz, warto znać te zasady. W tym artykule rozprawimy się z najczęstszymi mitami o finansach małżonków.
Do rozmowy zaprosiłam ludzi z pierwszej linii frontu – osoby, które widzą innych w najtrudniejszych momentach życia, pomagając im przebrnąć przez sprawy spadkowe lub rozwodowe. Moimi gośćmi są:
- Karolina Szulc-Nagłowska – adwokatka i mediatorka, która od 20 lat prowadzi sprawy rodzinne i rozwodowe. W swojej działalności, dużo uwagi poświęca temu, jak rozmawiać w związku o pieniądzach, majątku i wzajemnych oczekiwaniach, żeby zapobiegać konfliktom, zanim trafią na salę sądową. (Zobacz też profil na IG).
- Iwo Klisz – adwokat, założyciel ogólnopolskiej kancelarii Klisz i Wspólnicy. Od ponad 15 lat zajmuje się sprawami rodzinnymi, cywilnymi i majątkowymi, w tym rozwodami, podziałami majątku i sprawami dziedziczenia. (Zobacz też kanał na YT).
Naszej rozmowy możesz wysłuchać poniżej, a jej transkrypcję znajdziesz pod filmem.
Dla Twojej wygody tutaj znajdziesz spis treści wątków poruszanych w rozmowie:
Oznaczenia rozmówców:
Katarzyna Iwuć – KI
Karolina Szulc-Nagłowska – KSN
Iwo Klisz – IK
Jakie jest największe błędne przekonanie, które Polacy mają o finansach w małżeństwie?
KI: Zacznijmy od mitów. Jakie błędne przekonanie o finansach w małżeństwie mają Polacy? Chodzi o coś, co większość ludzi uważa za oczywiste, a potem rodzi bardzo wiele problemów.
KSN: Pomyślałam o sytuacji, która w mojej praktyce pojawia się bardzo często i budzi olbrzymie zdziwienie. Masz swoje mieszkanie sprzed ślubu (co zdarza się coraz częściej). Po ślubie wprowadzacie się do wspólnego mieszkania, a to twoje małe, które miałaś wcześniej, wynajmujesz.
Może ci się wydawać, że skoro mieszkanie należy do ciebie, to pieniądze z najmu również są wyłącznie twoje. Otóż nie. Dochody z wynajmu wchodzą do majątku wspólnego. Dopiero gdy pojawia się spór, okazuje się, że przez 15 lat małżeństwa uzbierała się całkiem pokaźna suma. Suma, którą uważałaś za swoją, a która w rzeczywistości podlega podziałowi.
KI: Powiem ci, że sama bym tak myślała. Iwo, a z twojej praktyki rozwodowej? Ile już rozwodów przeprowadziłeś?
IK: Oj, nie liczę.
KI: Ale w tysiącach będzie?
IK: Może w tysiącach nie. Jeżeli chodzi o całą kancelarię, to na pewno. Ale samodzielnie – myślę, że kilkaset. Przychodzi mi do głowy taka sytuacja. Jest sobie małżeństwo, każdy zarabia jakąś pensję, małżonkowie dzielą między siebie wydatki: mąż płaci za wakacje, żona za rachunki i jedzenie. Każde ma własne konto i wydaje się, że finanse są jasno rozdzielone.
Pod koniec miesiąca jedno z nich odkłada kilkaset złotych na swoim koncie i z satysfakcją patrzy, jak oszczędności rosną. Drugie żyje bardziej beztrosko, nie chce sobie niczego odmawiać i wydaje wszystko, co zarabia. Można więc pomyśleć: każde ma swoje konto, a zatem każde ma też swoje pieniądze. Tyle że w świetle prawa ta zasada nie działa.
Jeśli małżonkowie nie zawarli żadnej małżeńskiej umowy majątkowej, pieniądze odłożone przez jedno z nich należą do majątku wspólnego. W razie rozwodu oszczędny małżonek może więc zostać zmuszony podzielić się zgromadzonymi pieniędzmi z osobą, która przez lata nie odłożyła nic.
Czy środki z IKE, IKZE i ZUS podlegają podziałowi przy rozwodzie?
KI: Czyli w przypadku IKE, IKZE – nawet jeżeli konta są przypisane do konkretnej osoby – przy rozwodzie środki z tych kont dzielimy. Tak samo dzielimy środki zgromadzone w ZUS-ie. Co jeszcze?
IK: Przychodzi mi do głowy przypadek spółki z o.o. Często jest tak, że jeden z małżonków prowadzi firmę w formie spółki z o.o. i oczywiście w KRS to on jest wpisany jako właściciel udziałów. Wydaje mu się, że to jego firma – bo przecież z KRS-u to wynika, on zawierał umowę, nikt nie pytał żony ani męża o zgodę, kiedy ta spółka była zakładana. Teraz ma duży majątek, nieruchomość a firma przynosi duże dochody.
Jeżeli te udziały zostały wygenerowane lub zakupione w trakcie trwania małżeńskiej wspólności majątkowej, to one również są wspólne – i przy podziale majątku dzieli się także udziały tej spółki. Gdyby współmałżonek był wredny, mógłby nawet powalczyć o to, żeby mieć prawo głosu w spółce.
Czy firma jednego małżonka należy do majątku wspólnego?
KSN: Warto mieć świadomość, że to samo dotyczy działalności gospodarczej.
KI: To bardzo częsta sytuacja. Wiele osób prowadzi jednoosobowe działalności gospodarcze – lekarze, prawnicy, programiści, ale nie tylko. Wiele osób ma działalność przypisaną do osoby.
KSN: Przykład, który podał Iwo, jest rewelacyjny – pokazuje spółkę prawa handlowego, która wydaje się kompletnie oderwana od spraw rodzinnych, gdzie uprawnienia korporacyjne przynależą wyłącznie do jednego małżonka. A okazuje się, że uprawnienia własnościowe są już kwestią wspólną.
Tym bardziej przy jednoosobowej działalności gospodarczej. Kto mi będzie zaglądał do kieszeni? Kto będzie sprawdzał, czy coś zarobiłam, czy kupiłam jakieś sprzęty do firmy, którą prowadzę? Otóż w stu procentach będzie to podlegało wspólności majątkowej małżeńskiej i bardzo wiele osób o tym nie wie lub zapomina.
Tym bardziej, że działania dotyczące działalności podejmujemy zazwyczaj osobiście. Nie mówię o zaciąganiu zobowiązań, gdzie potrzebny jest podpis drugiego małżonka – ale bieżącą działalność kontrolujemy sami. I potem jesteśmy mocno zdziwieni.
Firma założona przed ślubem i po ślubie – co podlega podziałowi?
KI: Czy dobrze rozumiem, że przy jednoosobowej działalności dzielimy się przy rozstaniu majątkiem, ale nie przyszłymi zyskami z firmy czy jej wyceną?
KSN: To bywa bardzo różnie. Trzeba rozróżnić dwa momenty, żeby nie demonizować. Jeżeli działalność została założona PRZED ślubem, mamy inną sytuację – to majątek osobisty. Zysk z majątku osobistego będziemy dzielić, ale sam majątek osobisty pozostaje naszym składnikiem majątkowym.
Jeżeli założyliśmy firmę po ślubie, trudno to jednoznacznie określić. Szczególnie skomplikowane są sytuacje, kiedy majątku jako takiego jest mało, sprzętu niewiele, a wartość firmy polega na know-how.
Co tak naprawdę należy do kogo w małżeństwie?
KI: W takim razie co w małżeństwie jest wspólne, a co osobiste?
IK: Był taki film, zdaje się „Okrucieństwo nie do przyjęcia”, z Catherine Zetą-Jones i George’em Clooneyem, gdzie ona grała łowczynię posagów, a on był prawnikiem. W naszej polskiej rzeczywistości ten film nie miałby racji bytu. W scenariuszu pani pobierała się z bogatymi facetami, zaraz brała rozwód i miała pół ich majątku. W Polsce małżonkowie są pod tym względem lepiej chronieni niż typowy Amerykanin. Dzielimy tylko to, co wypracujemy w trakcie trwania małżeństwa.
KI: Czyli cały majątek, który mieliśmy przed wstąpieniem w związek małżeński, jest naszym majątkiem osobistym. I tak jest – nie musimy nic specjalnie robić. Czy musimy mieć jakieś dokumenty na to, że to był nasz majątek przed zawarciem małżeństwa?
KSN: Jeżeli mówimy o rzeczach typu nieruchomości, samochody czy nawet Thermomix, to na wszystko mamy jakieś umowy, na podstawie których je kupiliśmy. Nie potrzebujemy gromadzić specjalnej dokumentacji. Mamy wpis w księdze wieczystej, mamy dowód rejestracyjny. Choć po ślubie dowód rejestracyjny bywa mylący – samochód też będzie wchodził w skład majątku wspólnego, mimo że w dowodzie wpisana jest jedna osoba.
I tak jak Iwo powiedział: amerykańskie filmy generują sporo mitów na ten temat. Połowa historii, które słyszymy, bierze się właśnie stąd, że ktoś obejrzał jakiś film, coś mu się wydaje – i potem funkcjonujemy w bajce, a nie w rzeczywistości.
Domniemanie wspólności – co to jest?
IK: Bardzo ważne jest to, że istnieje domniemanie, iż rzecz wchodzi do majątku wspólnego. Czyli jeżeli nie wiadomo, jeżeli nie mamy dowodu – to jest wspólne. Jeżeli mamy coś osobistego, powinniśmy zatroszczyć się o to, żeby mieć na to dowód. Przy nieruchomości to proste. Ale przy gotówce już nie.
Dobrze, żebyśmy mieli wyciąg z konta, na którym mieliśmy te pieniądze przed datą wstąpienia w związek małżeński. Żeby nasze oszczędności sprzed związku nie leżały w skarpecie, tylko przeszły chociażby przez system bankowy. To jest bardzo istotne. Dlaczego nie rozmawiamy o pieniądzach w związku?
Dlaczego tak trudno jest nam rozmawiać w związku o pieniądzach?
KSN: To, czego staramy się unikać – a jest to błędne podejście – to właśnie brak rozmowy o pieniądzach. Nie przedstawiamy jasno pewnych sytuacji, bo się kochamy, bo jest romantycznie, bo nie będziemy tego psuć taką rozmową. A to nie jest psucie.
KI: Powiedzmy sobie od razu – to nie jest romantyczne, prawda? Gdy zaczynamy rozmawiać z drugą osobą o finansach, to w partnerze mogą się zapalić lampki: „O, to jakaś wyrachowana osoba, może chciwa, ktoś tu ode mnie czegoś chce”.
KSN: Z mojej perspektywy – a wiem, że jestem adwokatem i widzę to wszystko w skrajnych sytuacjach – ale jeżeli nie jestem w stanie porozmawiać z przyszłym partnerem na etapie zawierania związku małżeńskiego, kiedy wszystko jest cudowne i różowe, i nie mogę porozmawiać o pieniądzach ani o tym, jak widzimy wspólną przyszłość, to dla mnie byłaby to czerwona flaga.
KI: Jest więcej takich kwestii. Kto zostaje w domu, a kto nie – bo to też reguluje kwestie finansowe. Na co wspólnie chcemy oszczędzać? Ile będziemy wydawać? Czy wszystko wydajemy? To są bardzo ważne rzeczy, które trzeba ustalić.
Kiedy najlepiej porozmawiać w związku o finansach?
KI: No właśnie – kiedy?
KSN: Wyobraź sobie, że zaczynają się spory, zaczyna się problem – czy wtedy da się lepiej porozmawiać? Zdecydowanie nie.
KI: Więc dość wcześnie. Oczywiście nie na pierwszej randce, bo to faktycznie może być dziwne. Ale są takie momenty, kiedy można porozmawiać. Chcemy się razem wprowadzić. Jedziemy pierwszy raz na wspólną wycieczkę i niezręcznie byłoby dzielić się rachunkami w każdym możliwym momencie. Albo pojawiają się dzieci. To są te momenty.
Czy da się uregulować kwestie finansowe, będąc w małżeństwie z długim stażem?
KI: Będą nas pewnie czytać osoby, które nie mają tych kwestii uregulowanych, a są już w małżeństwie 15–20 lat i coś je w tym temacie uwiera. Przegapiły te najlepsze momenty.
IK: Dobry moment pojawia się również wtedy, kiedy jest jakaś duża inwestycja. Jeżeli zamierzamy kupić dom albo zainwestować duże pieniądze w spółkę z o.o., to może być ten moment, w którym możemy o tym porozmawiać.
Z drugiej strony to, że nie rozmawiamy o finansach, nie jest do końca prawdą. Jedziemy na wspólne wakacje – i tak musimy porozmawiać, bo skądś trzeba wziąć pieniądze. Wtedy może się pojawić: „Nie jadę, bo nie mam kasy”, druga strona może wtedy powiedzieć: „To może ja ci trochę pożyczę”. I już zaczynamy rozmawiać.
Wystarczy pójść krok dalej i powiedzieć: „Słuchaj, jeździliśmy na wakacje na takich zasadach, ale chciałbym, żebyśmy jeździli trochę na innych”. Albo: „Nie wychodź codziennie z chłopakami wieczorem, tylko odłóż trochę pieniędzy, żebyś miał na wspólny wyjazd ze mną”.
Gdy zaczynamy ze sobą mieszkać, też trzeba zapłacić za czynsz, rachunki, jedzenie. Więc wystarczy pójść krok dalej. Nie ma takiej końcowej daty, po której się nie da porozmawiać o pieniądzach w związku. Zarówno w trakcie, jak i przed zawarciem małżeństwa możemy też zawierać umowy majątkowe. Chodzi głównie o to, czy jest potrzeba, żeby regulować te kwestie umowami. Jeżeli oboje chodzimy do pracy, nie mamy dzieci ani żadnych dodatkowych pieniędzy, nie dostaliśmy nic w spadku – nie ma sensu debatować na ten temat. Trzeba się po prostu wziąć za robotę i tworzyć ten wspólny majątek. A później może przyjść czas, kiedy będziemy to regulować.
Jak świadomie ułożyć sprawy majątkowe przed ślubem?
KSN: Mam coraz więcej takich sytuacji, gdy przychodzą do mnie na konsultacje młode pary przed ślubem i zaczynają rozmawiać o finansach. Mówią: „Pani mecenas, ja nie wiem, co właściwie oznacza ta wspólność majątkowa, nie wiemy, co zrobić, jeżeli coś się któremuś z nas stanie”. A coraz częściej: „Nie wiemy, co z dziećmi z poprzedniego związku”.
Bo jest coraz więcej rodzin patchworkowych. Chodzi o zabezpieczenie obu rodzin, żeby wszystko było fair i poukładane tak, jak chcemy – a nie tak, jak wypadnie po rzucie kostką. Żebyśmy mieli świadomość. Jeżeli mamy świadomość, to możemy zdecydować: okej, to jest dla mnie w porządku, nic nie robię. Albo: nie, to nie działa, zależy mi jednak na tym.
Pamiętam ostatnią konsultację, gdzie przyszła para, która niedługo bierze ślub, bardzo w sobie zakochana, po długim okresie związku. Chłopak był jednym z członków rodzinnego przedsiębiorstwa, do którego jako żona miała przystąpić również jego narzeczona. I rodzina powiedziała: nie zgadzamy się na twój ślub, jeżeli ty nie podpiszesz intercyzy.
Przyszli do mnie oboje i mówią: „Pani mecenas, co my mamy zrobić? My w ogóle nie wiemy, co to jest ta intercyza”. Wytłumaczyłam im to od strony prawnej, ale przede wszystkim ta rozmowa dała im zupełnie inną perspektywę na relacje rodzinne. Zaczęli się zastanawiać, czy ta rodzina, którą oni tworzą, to jest to, co chcą najbardziej chronić.
Czy o pieniądzach nie wypada mówić?
IK: Chciałem dopowiedzieć – mam wrażenie, że trochę w naszym pokoleniu jest tak, że nie można mówić o pieniądzach, bo to straszne i nieromantyczne. A widzę, że młodzi ludzie tak do tego nie podchodzą. Oni zupełnie oddzielają kwestie finansowe od uczuć. To jest kwestia organizacji, a nie wyraz jakichś uczuć. Zdecydowanie uważam, że trzeba o tym rozmawiać.
Jeszcze dziesięć lat temu nie było takich sytuacji, żeby przychodzili młodzi ludzie – a teraz do nas też zaczynają przychodzić. Niestety na dziesięciu czy dwudziestu klientów jest jedna taka młoda para, a reszta to ci, którzy rozsypują dokumenty i mówią „Mecenasie, ratuj”. Ale ważne, że się pojawiają.
Czyje są darowizny od rodziców i teściów?
KI: To dobry prognostyk. Żeby dokończyć kontekst, co jest czyje w małżeństwie – powiedzieliście, że majątek sprzed małżeństwa jest prywatny. Ale jeszcze kwestia darowizn. W trakcie mogły się pojawiać darowizny od teściów: samochód dostaliśmy od teściów, dopłacili nam do mieszkania. Jak to jest regulowane?
KSN: Darowizny co do zasady należą do majątku osobistego. Ale diabeł tkwi w szczegółach, bo zależy, co w tej darowiźnie było. I tu wchodzimy w kolejny skomplikowany wątek. Jak często darowizna jest przygotowana formalnie, na piśmie? Oczywiście są przypadki, że faktycznie jest odprowadzony podatek do urzędu skarbowego albo jest jasna informacja o darowiźnie. Ale w większości przypadków, kiedy spotykamy się z podziałem majątku, a darowizna była dokonana 5, 10, 20 lat temu – nie ma na nią dowodów. Mamy informację: mama dała, tato dał, daliśmy. I teraz kto dał co.
Ja się nawet spotkałam z sytuacją darowizny, która polegała na tym, że podczas ślubu rodzice jednego małżonka powiedzieli: „W prezencie ślubnym dajemy wam mieszkanie”. Więc rodzice drugiej strony powiedzieli: „To my robimy remont tego mieszkania”. I tak było. Rodzice zrobili remont, ponieważ mieszkanie było w stanie surowym, więc to był bardzo duży nakład. A gdy przyszło do rozwodu, okazało się, że ta darowizna to było oświadczenie na przyjęciu weselnym. Nie znalazło żadnego wyrazu formalnego.
KI: Czyli mieszkanie było dalej teściów.
KSN: Oczywiście. Dokładnie tak. Więc uważajcie na darowizny.
Jak przy wspólności majątkowej dzielony jest majątek?
KI: Czy to prawda, że u nas, w Polsce, przy podziale majątku, przy rozwodzie obowiązuje zasada 50/50? Wszystko dzielimy po połowie. Czy faktycznie tak jest, czy są od tego wyjątki? Przychodzi mi do głowy taki przykład – ktoś siedział w domu z dziećmi – zazwyczaj kobieta, ale coraz częściej też mężczyzna – a druga osoba realizowała się, robiła karierę korporacyjną albo prowadziła własny biznes. I ma poczucie, że nie bardzo chce się dzielić po połowie.
IK: Zasada jest taka, że jest 50/50. Nie ma znaczenia, kto siedział w domu, kto zarabiał, kto zarabiał więcej, a kto mniej. Czy to jest sprawiedliwe? Każdy ma swoją sprawiedliwość. Punkt widzenia może się jeszcze zmienić, dlatego sprawiedliwości nie ma co szukać. Zasada jest taka, że małżeństwo to wspólny projekt, ekonomiczno-uczuciowo-życiowy, i myślę, że tego typu rozwiązanie jest w porządku.
Kiedy sąd odstępuje od równego podziału?
IK: Są wyjątki od tego 50/50, ale naprawdę bardzo trudno taką sprawę wygrać. Myślę, że na palcach jednej ręki mogę wymienić te, gdzie udało mi się zmienić udziały. Ponieważ muszą zajść dwa warunki i oba są bardzo trudne do spełnienia.
Pierwszy warunek jest taki, że muszą zaistnieć ważne powody – przepis dokładnie tak to formułuje. Może to być na przykład to, że jeden z małżonków ciężko pracował, a drugi był hazardzistą, alkoholikiem, trwonił majątek albo przez 20 lat odmawiał pójścia do pracy. Mamy też orzeczenie z 2023 roku, że zdrada może być takim ważnym powodem.
Ale oprócz ważnego powodu musi być spełniony jeszcze jeden warunek: osoby muszą przyczynić się do powstania wspólnego majątku w różnym zakresie. Czyli najpierw ważny powód, który w ogóle pozwala rozważać, czy udziały mają inną wartość – a dopiero później matematycznie liczymy, czy to miało znaczenie.
Przykład sprawy, gdy równy podział nie został zastosowany
IK: Orzeczenie, o którym mówię, dotyczyło sytuacji, kiedy pan był rolnikiem i dostał od rodziny bardzo duże gospodarstwo rolne. To, co dostał w darowiźnie, wchodziło do jego majątku osobistego – ale pan rozszerzył wspólność majątkową również na żonę. Czyli gospodarstwo stało się ich wspólne.
Po jakimś czasie żona go zdradziła. Sąd stwierdził: była zdrada, więc jest ważny powód, a majątek wygenerowała w głównej mierze jego rodzina. Cofnął sprawę do ponownego rozpatrzenia z wytyczną, że sąd powinien zbadać, czy udziały nie są inne. Z taką sytuacją się spotkałem, ale – w 95% przypadków to jest 50 na 50.
KSN: Zgodzę się z tym w stu procentach, co rzadko się zdarza wśród prawników, szczególnie w tak kontrowersyjnych tematach. Wielu klientów przychodzi do nas z przekonaniem: „Panie mecenasie, pani mecenas, to się da, bo czytałem w internecie, że przecież nierówne udziały – bo ja pracowałem, a ona siedziała w domu”. Albo: „Ja robiłam coś, a mąż w tym czasie w ogóle nie pomagał przy utrzymaniu rodziny”.
To są absolutnie wyjątki, trochę jak jednorożce – gdzieś tam ktoś widział. My mówimy wam prawdę, jak te sprawy wyglądają, żebyście nie szykowali się na sprawy sądowe w przekonaniu, że da się ugrać więcej. Te sytuacje zdarzają się niezmiernie rzadko i warto skonsultować się z kimś doświadczonym, kto powie, czy w waszej konkretnej sytuacji takie warunki będą mogły być spełnione. Pamiętajcie, że my możemy oceniać szansę: tu widzę wysoką szansę, nie gwarantuję – prawnik nie jest w stanie czegoś takiego zrobić. Możemy użyć takich i takich argumentów, ostatecznie rozstrzygnie sąd, ale tu możemy spróbować. A w innych sytuacjach – nie widzimy szans.
I popatrzcie: jedna porada u dobrego prawnika i oszczędzacie na przykład trzy lata skomplikowanego procesu sądowego i nerwów.
Skąd w ogóle brać informacje o tym, co ma druga osoba?
KI: Jest jeszcze jedna sprawa. Bardzo często – widzę to wśród znajomych i wśród naszych widzów, którzy do nas piszą – jest tak, że wchodzimy w małżeństwo, mamy pełną wspólność majątkową, ale mimo wszystko para prowadzi rachunki oddzielnie. Zrzucają się na wspólne konto, z tego pokrywają wspólne wydatki, i tak naprawdę ta druga osoba nie bardzo wie, co udało się odłożyć mężowi czy żonie.
Jak się tego dowiedzieć? My akurat z Marcinem mamy zupełnie połączone finanse, nam się to bardzo sprawdza, do tego publikujemy wyniki naszego portfela długoterminowego w internecie, w ramach edukacji finansowej, więc dowodów mamy mnóstwo. Ale wyobraźmy sobie, że para nie ma takiej wzajemnej przejrzystości finansowej. Nie wiem, ile mąż ma na IKE. Nie wiem, czy żona kupiła sztabki złota – a przecież można je kupić całkowicie anonimowo. Nie wiem, czy ktoś ma bitcoiny, może ma ukryty rachunek. Przecież założenie rachunku bankowego nie wymaga zgody ani podpisu współmałżonka. Skąd możemy wiedzieć, jakimi środkami dysponuje druga strona?
KSN: To pytanie, które zadają nam klienci. Ja mówię wprost: „Proszę spytać”. Trzeba rozmawiać. Druga strona powinna Ci odpowiedzieć. Jestem w relacji, rozmawiamy, możemy o tych tematach w ogóle nie rozmawiać, ale nagle pojawia się temat i pytam: „Słuchaj kochanie, czy kupujemy jakieś złoto, a może ty coś już kupiłeś?”. A mój mąż mi odpowie: „Nie interesuj się, to nie twoja sprawa!”. To ja bym się zastanowiła, czy to jest okej.
Co gorsze, wielokrotnie moje klientki czy klienci mówią, że tak w ich relacjach jest – i dodają: ale ja nie mam możliwości rozmowy. No i co dalej? Możesz zacząć zdobywać te informacje na własną rękę, tylko tu wchodzimy już w trochę inny moment tego małżeństwa.
Czy da się sprawdzić, ile ma druga osoba?
KI: A przy rozwodzie, jak już postanowiliśmy, że się rozwodzimy – skąd się dowiedzieć, czy druga strona ma IKE, czy ma IKZE?
IK: Sąd może trochę pomóc, ale też nie zawsze działa to tak, jak powinno. Dlatego strona słabsza ekonomicznie powinna przygotowywać się do rozwodu trochę dłużej. Czyli w sytuacji, kiedy pojawiły się już jakieś czerwone flagi, po prostu spotkać się z prawnikiem i porozmawiać, jak ten rozwód w tej konkretnej sytuacji będzie wyglądał.
Bardzo często udzielamy takich porad: ktoś przychodzi i nawet nie chce się teraz rozwodzić. Chce się dowiedzieć, jak to będzie wyglądało i co musi zrobić. Bo właśnie druga strona nie chce się dzielić informacjami na temat finansów, mówi: „Ty się na tym nie znasz”.
KSN: Wtrącę się na chwileczkę. Miałam klientkę, która prowadziła działalność gospodarczą przynoszącą bardzo wysoki dochód, rzędu 50–70 tysięcy. Mąż był cały czas startupowcem – ciągle coś zaczynał, ale nic z tego nie wychodziło. Cała rodzina utrzymywała się z jej dochodu.
Przyszła na poradę rozwodową i mówi: „Pani mecenas, ale ja sobie bez męża nie poradzę”. A ja na to: „Ale jak? Przecież to pani zarabia pieniądze”. Ona na to: „Ale ja nie umiem wystawiać faktur. Mąż zarządza tymi pieniędzmi, mąż wystawia faktury i przelewa mi tysiąc złotych”.
Jak się przygotować, zanim zacznie się spór
IK: No i właśnie o to chodzi, żeby przygotować się do rozwodu, jeżeli druga strona pewne rzeczy ukrywa. Bo jeżeli już jest spór, już wiadomo, że będziemy się rozwodzić, wszystkie hasła są pozmieniane, telefony pokodowane, dokumenty pochowane – to już jest kłopot. Natomiast jeżeli jesteśmy na etapie przygotowawczym, możemy szukać śladów.
KSN: Albo porozmawiać. Szczera rozmowa.
IK: Jasne. Zainteresować się: „A jak my oszczędzamy? Powiedz mi, czy na emeryturę będziemy coś mieć?”. Wystarczy zapamiętać nazwę banku, nazwy kont IKE, jakąś giełdę, gdzie mąż czy żona inwestuje w kryptowaluty. Żeby znać podmiot.
Może gdzieś uda się zobaczyć dokument, który luźno leży. Rachunek za sztabkę złota. Przelew. Zbierać okruchy. Bo po tych okruchach możemy później powiedzieć sądowi: mąż dokonywał zakupów na tej giełdzie, proszę, żeby sąd zwrócił się do niej o wszystkie jego transakcje.
Centralna ewidencja rachunków bankowych – czy to dobre źródło informacji?
IK: Tak samo w banku. Niby jest centralna ewidencja rachunków bankowych, ale ostatnio mieliśmy przypadek, że żona pozbierała kilka takich okruszków. Mieliśmy z nich trzy czy cztery banki. Zwróciliśmy się, żeby sąd wystąpił do centralnej ewidencji o wszystkie rachunki męża – i ewidencja wskazała tylko dwa, a my mieliśmy cztery z naszych okruszków.
KI: Czyli są jakieś błędy, to nie są kompletne informacje.
IK: To nie działa tak dobrze, jak powinno. To jest trochę detektywistyka, archeologia prawnicza, w której klient rzuca nam dużo dokumentów, a my próbujemy coś wyśledzić. Bo gdy mamy wyciąg z rachunku bankowego, to czasem widać przelewy pomiędzy rachunkami. Trzeba odkrywać okruszek po okruszku, żeby dojść do miejsca, gdzie te pieniądze są.
KSN: Szczególnie historie rachunków. Jeżeli będziemy mieć bank – a druga strona, jak ją poprosimy, powie nam: „Nic ci nie pokaże”, to na żądanie sądu bank takie dane, mimo tajemnicy bankowej, jest zobowiązany ujawnić. I zdarza się, że dzięki przejrzeniu historii okazuje się, że poszedł przelew dużej kwoty na rachunek w zupełnie innym banku, na nazwisko tej samej osoby albo osoby zupełnie obcej.
Sprawa rozwodowa – dlaczego zeznania świadków to najsłabszy dowód
KSN: Czasami musimy posiłkować się dowodami osobowymi, czyli przesłuchaniami świadków – ale tutaj pamięć ludzka jest zawodna. Dodatkowo, wiele zależy od tego, kto jest tym świadkiem. Gdy zeznaje mama czy tata, wiadomo, że te zeznania są obarczone marginesem błędu, bo to osoba, która będzie chciała zeznawać korzystnie dla swojego dziecka.
Jeżeli moja mama będzie mówiła, że mój mąż wynosił z domu worek złota i ona to widziała, sąd podejdzie do tego z dużą ostrożnością. Jeżeli inne fragmenty układanki będą się zgadzały – okej. Ale jeżeli to będzie jedyny dowód…
Miałam sprawę, gdzie mama jednej osoby mieszkała w Stanach Zjednoczonych i powiedziała, że przez pięć lat wysyłała lub przywoziła osobiście duże kwoty dolarów, żeby mogły być zainwestowane. Sprawa została oddalona. Sąd powiedział: po pierwsze to była mama. Po drugie nie było żadnego śladu, żadnego zgłoszenia darowizny. Po trzecie – jak zaczęliśmy kopać, okazało się, że ta pani pracowała jako osoba sprzątająca i miała jeszcze dwoje innych dzieci, którym też dawała darowizny. Więc skąd? Sąd przyczepił się nawet do tego, że nie było śladu wymiany tych dolarów w kantorze.
Nie liczy się to, co było naprawdę, ale to, co da się udowodnić
KSN: To jest naprawdę, tak jak powiedział Iwo, archeologia prawnicza – żeby wszystkie punkty poukładać w historię, która da jednej albo drugiej stronie argumentację uznaną za najbardziej wiarygodną.
IK: To jest brutalna prawda.
KSN: Nie liczy się to, co było naprawdę, ale to, co da się udowodnić. I mówię to jako przestrogę. Nie siedźcie i nie mówcie: „No spoko, przecież to było tak, to jest oczywiste”. Potem okaże się w sądzie, że to, co tobie wydaje się oczywiste, dla drugiej strony wcale oczywiste nie jest. Ty robisz wielkie oczy, mówisz: „Co za bzdury”, a sąd na to: „Zaraz, zaraz – dowody A, B, C, D – ta druga strona ma rację”.
KI: To są rzeczy, o których bardzo często mówimy z Marcinem: nie wolno abdykować w związku z zarządzania swoimi finansami. Oczywiście ktoś gotuje, ktoś robi zakupy, ktoś robi inwestycje – nie musimy razem klikać w jeden przycisk „kup obligacje” i mieć dwa paluszki na myszce. Gdzieś się tym dzielimy.
Ale na przykład raz w miesiącu rozmawiamy, robimy sobie finansową randkę. Jeśli możemy sobie na to pozwolić, zamawiamy dobre sushi, żeby było jeszcze fajniej, i gadamy o finansach: pokazujemy, co mamy, co się udało, ustawiamy wspólne cele. To jest konieczne, żeby ta druga osoba nie była później zupełnie zagubiona.
Co się dzieje z kredytem hipotecznym po rozwodzie?
KI: Jest jeszcze jedna rzecz, która bardzo trzyma ludzi razem – kredyt hipoteczny. I to też jeden z mitów, prawda? Że sąd podzieli ten kredyt.
IK: Banku nasze życie uczuciowe zupełnie nie interesuje. Ma dwie osoby, które są dłużnikami. I to jest dla banku bardzo istotne, bo mierzy się z ryzykiem, że któryś z dłużników ulegnie wypadkowi i umrze.
KI: Lepiej mieć dwóch dłużników niż jednego.
IK: Dokładnie. I to, że my się rozstaniemy, że podzielimy się mieszkaniem, że sąd komuś to mieszkanie przyzna, a ktoś inny będzie musiał spłacić – banku to zupełnie nie interesuje. My jesteśmy cały czas tym kredytem uwiązani.
W praktyce często wygląda to tak: żona zatrzymuje mieszkanie, a mąż dostaje spłatę. Gdy później chce wziąć kredyt na własne lokum, słyszy: „Ale pan nie ma już zdolności kredytowej, bo nadal ciąży na panu tamten kredyt”.
Kredyt hipoteczny po rozwodzie – jak to wygląda w praktyce
IK: Druga sprawa: Sąd Najwyższy, zamiast podejść do sprawy życiowo, uznał, że z punktu widzenia konstrukcji prawnej należy rozliczyć to inaczej. Wyobraźmy sobie mieszkanie warte 500 tysięcy złotych, obciążone kredytem w wysokości 400 tysięcy. Intuicyjnie powiedzielibyśmy: mamy 100 tys. złotych wartości poza kredytem, dzielimy się tym po połowie, a osoba, która zatrzymuje nieruchomość, dalej spłaca kredyt.
Sąd Najwyższy mówi jednak: nie. Skoro mieszkanie jest warte pół miliona złotych, osoba, która je otrzymuje, musi spłacić drugą stronę kwotą 250 tysięcy złotych.
KI: To bez sensu.
IK: Bez sensu, a sprawa ciągnie się dalej. Ten kredyt dalej funkcjonuje. Sprawa się kończy, ty musisz skądś wyciągnąć 250 tysięcy, a tamten małżonek, który dostał spłatę, i tak nie musi spłacać kredytu. Może powiedzieć: nie spłacam, bo wyjeżdżam do Brazylii, zmieniło mi się nastawienie do życia. I ty zostajesz z tym kredytem, dalej go płacisz, a po każdej spłaconej racie musisz pozywać tamtego małżonka, żeby ci każdą z tych rat oddał.
KI: Czyli przysługuje ci odzyskanie tej raty, ale to nie jest takie łatwe – chyba że się razem umówicie.
IK: Dlatego w takich sytuacjach najlepiej się porozumieć. Tylko że to porozumienie też jest bardzo ciężko zabezpieczyć, a drugi małżonek nadal pozostaje odpowiedzialny za cały kredyt.
KI: To jest pewien dramat, zwłaszcza że po takim rozwiązaniu związku bardzo często chcesz kupić drugie mieszkanie i często też na kredyt.
Czy bank może zmienić kredytobiorcę?
IK: Czasem się udaje. Bank może się na przykład zgodzić, żeby w miejsce drugiego małżonka podstawić swoich rodziców – ma wtedy trzech dłużników, może trochę starszych, ale być może majętnych. Więc czasem na takie zamiany się zgadzają, ale to wszystko dzieje się w porozumieniu z bankiem.
KSN: I tutaj właśnie zapominamy, że ani sąd, ani małżonek nie mają głosu decydującego. Jeśli chodzi o kredyt, jesteśmy uzależnieni od dobrej woli banku. One mają tabelki, excele i kwoty do spłaty. Mają swój interes i tutaj liczy się wyłącznie czysta matematyka.
Więc często jedynym rozwiązaniem okazuje się sprzedanie nieruchomości, spłacenie kredytu, a to, co zostanie, możemy podzielić po połowie. Na początku wydaje się to dramatyczne, bo ktoś mówi: „Ale jak to, to jest mój dom, ja nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej”.
Ale z drugiej strony, jeżeli macie tkwić w takim pacie i w sytuacji bardzo dużego ryzyka finansowego, może warto to rozważyć i potraktować jako nowe rozdanie. Macie określoną kwotę na wkład własny, kupujecie nowe mieszkanie, które nie kojarzy się już tamtym wspólnym byciem. I potem na swoich zasadach spłacacie swój kredyt i nikt ani nic wam w tym nie przeszkadza.
Nie mówię, żeby to był pierwszy wybór. Ale jeżeli jesteśmy w klinczu i wiemy, że to się dla nas dobrze nie skończy, to decydując się na takie rozwiązanie unikamy tego, że rozwód zamiast skończyć się wyrokiem sądu czy podziałem majątku, będzie się za wami ciągnął 10, 15 czy 20 lat – tyle, ile trwa spłata kredytu.
Rozwód – co w sytuacji, gdy sprzedaż mieszkania nie pokryje kredytu?
IK: Problem polega na tym, że wiele rozwodów przypada na okres między 30. a 39. rokiem życia. Kończymy studia w wieku 26–27 lat, zaciągamy kredyt, a cztery czy pięć lat później się rozwodzimy. Wtedy może się okazać, że sprzedaż mieszkania nie wystarczy nawet na spłatę zadłużenia. Rozwód oznacza więc realną stratę, zwłaszcza że na początku ponieśliśmy już wszystkie koszty związane z kredytem.
KSN: Przy kredytach frankowych sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej. Byli małżonkowie nadal są wspólnie związani umową z bankiem, dlatego muszą uzgodnić, czy wystąpić z pozwem, czy przyjąć proponowaną ugodę.
IK: Są wprawdzie orzeczenia Sądu Najwyższego, zgodnie z którymi z pozwem może wystąpić tylko jeden z małżonków.
KSN: Tyle że później drugi może powiedzieć: „Skoro odzyskałeś pieniądze, oddaj mi moją część”.
IK: Dokładnie. Jedna osoba ponosi koszty, prowadzi sprawę i walczy w sądzie, a druga pojawia się dopiero po pieniądze.
Kto spłaca kredyt na mieszkanie kupione przed ślubem?
KI: Mam jeszcze jedno pytanie. Coraz częściej zdarza się, że zawieramy małżeństwo nieco później, a jedno z partnerów ma już mieszkanie kupione przed ślubem i nadal spłaca związany z nim kredyt. Mieszkanie pozostaje oczywiście własnością tej osoby, ale raty są opłacane już w trakcie małżeństwa. Jak wygląda ich późniejsze rozliczenie?
KSN: Traktujemy je jako nakłady z majątku wspólnego na majątek osobisty. Wszystko, co zarabiamy w czasie trwania małżeństwa, co do zasady należy do majątku wspólnego. Nie ma przy tym znaczenia, że rata jest opłacana z osobnego konta właściciela mieszkania.
Do dnia ślubu raty spłaca on ze swojego majątku osobistego. Od chwili zawarcia małżeństwa jego dochody wchodzą jednak do majątku wspólnego, nawet jeśli nadal trafiają na indywidualne konto. W praktyce oznacza to, że wspólne pieniądze są przeznaczane na spłatę składnika majątku należącego tylko do jednego z małżonków. Dopóki małżeństwo trwa, zwykle nie stanowi to problemu. Przy podziale majątku można jednak zażądać rozliczenia nakładów poniesionych z majątku wspólnego na majątek osobisty.
Brzmi to skomplikowanie i rzeczywiście takie jest. Często konieczne są dodatkowe wyliczenia biegłych, którzy ustalają, jakie kwoty powinny zostać uwzględnione: całość zapłaconych rat, sam kapitał czy również odsetki. Podejścia bywają różne, podobnie jak wyniki obliczeń. Na podstawie tych samych danych jeden biegły może wskazać kwotę 100 tysięcy złotych, a drugi – 500 tysięcy.
KI: Jest jeszcze jeden, być może nawet bardziej dotkliwy, aspekt tej sytuacji. Kredyt mogliśmy spłacać przez 15 lat, kiedy rata wynosiła na przykład tysiąc złotych miesięcznie. Przy rozliczeniu możemy odzyskać właśnie te wpłacone kwoty. Tymczasem gdybyśmy po ślubie kupili to samo mieszkanie wspólnie, przysługiwałby nam udział w nieruchomości, której wartość przez te lata mogła znacząco wzrosnąć.
Czy nakłady na mieszkanie małżonka można zwaloryzować?
IK: Istnieje możliwość waloryzacji takich nakładów. Sąd może na przykład uznać: wspólnie spłaciliście 90% kredytu, a więc pokryliście 90% wartości mieszkania. Nieruchomość była wtedy warta 300 tysięcy złotych, dziś jest warta 700 tysięcy, dlatego rozliczamy 90% jej obecnej wartości.
Takie interpretacje się zdarzają, ale nie wynikają wprost z przepisów. Nie ma regulacji, która jednoznacznie nakazywałaby waloryzację. Jeden sędzia może się na nią zgodzić, a inny nie, i wtedy sprawa może ciągnąć się nawet do Sądu Najwyższego.
KSN: Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w trakcie małżeństwa pojawia się jednorazowa spłata, na przykład 100 tysięcy złotych przekazanych przez matkę mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. Wtedy trzeba ustalić, czy rozliczamy po prostu wpłacone 100 tysięcy, czy udział odpowiadający jednej piątej wartości nieruchomości. W zależności od przyjętego podejścia odkrawamy więc zupełnie inny kawałek tortu. Dlatego warto od początku jasno ustalać takie kwestie i dokładnie je dokumentować.
Im mniej rozmów dziś, tym droższy spór jutro
IK: Chciałem jeszcze wrócić do tej „archeologii prawniczej”, o której mówimy. To nie działa tak, że pójdziemy do najdroższego prawnika, a on wszystko wyśledzi i odzyska. Kiedy dochodzimy do tego etapu, właściwie już słychać, jak pieniądze wypadają nam z portfela. Taka sprawa zawsze oznacza stratę. Nigdy nie odzyskamy wszystkiego.
KSN: Jeśli kończą się dokumenty i musimy opierać się na zeznaniach świadków, automatycznie tracimy część szans na skuteczne rozliczenie. Możemy oczywiście nic nie robić, ale to również oznacza stratę pieniędzy.
W praktyce mamy więc dwa wyjścia. Albo siadamy i próbujemy się porozumieć, a jeśli rozmowa nie jest możliwa, gromadzimy dokumenty i inne dowody. Albo godzimy się z tym, że sprawa będzie nas kosztowała nie 10 tysięcy złotych, lecz nawet setki tysięcy, szczególnie gdy chodzi o podział nieruchomości. Niestety, taka jest brutalna rzeczywistość.
KI: Dlatego tak ważne są regularne rozmowy o finansach. Nie trzeba w ciągu jednego tygodnia ustalić wszystkich kwot ani dowiedzieć się, gdzie dokładnie drugi małżonek ulokował każdą złotówkę. Chodzi o to, żeby pieniądze nie były w związku tematem tabu.
Im zdrowsze jest małżeństwo, tym większa szansa, że będzie spokojnie i długo trwało. Ukrywanie pieniędzy może natomiast prowadzić do przemocy ekonomicznej i uruchomić bardzo niebezpieczną równię pochyłą. Trzeba więc dbać nie tylko o własne finanse, ale także o relację, bo jedno jest nierozerwalnie związane z drugim.
Czy da się mieć dobre małżeństwo bez poukładanych finansów?
KSN: To jest właśnie to, co mówisz: zdrowe małżeństwo, dobra relacja to taka, w której o tych rzeczach rozmawiamy.
KI: Na pewno nie ma dobrego małżeństwa, które nie ma wspólnie dobrze poukładanych finansów.
KSN: Brak takiej rozmowy może być również jednym z elementów przemocy ekonomicznej. Szczególnie gdy boimy się zapytać drugą osobę o wspólne finanse, nie możemy uzyskać od niej odpowiedzi albo jedna ze stron ukrywa pieniądze. To tworzy nierówność i rodzi kolejne niedopowiedzenia.
Czym jest przemoc ekonomiczna w małżeństwie?
KI: Powiedzcie, proszę, czym właściwie jest przemoc ekonomiczna, bo to pojęcie pojawia się coraz częściej.
KSN: Przemoc ekonomiczna nie jest odrębnym pojęciem zdefiniowanym w przepisach. Nie ma osobnej definicji prawnej, ale mówi się o niej coraz częściej i coraz częściej strony powołują się na nią w postępowaniach. To przemoc, która nie zostawia siniaków ani widocznych śladów na ciele.
KI: Zaznaczmy też, że nie rozmawiamy tutaj o przemocy fizycznej ani o kwestiach związanych z opieką nad dziećmi. Skupiamy się wyłącznie na finansowym wymiarze relacji.
KSN: Z mojej perspektywy przemoc ekonomiczna nadal bywa przez sądy bagatelizowana. Trzeba bardzo wyraźnie pokazać mechanizmy kontroli i zależności wynikające z nierówności finansowej, żeby sąd je zauważył i właściwie ocenił. Widzę jednak, że praktyka powoli się zmienia. Sądy coraz częściej traktują przemoc ekonomiczną jako istotny argument w postępowaniu.
W jednej z moich ostatnich spraw jedna osoba musiała dokumentować paragonem każdy wydatek i przedstawiać wszystkie paragony partnerowi. To druga strona decydowała, czy zakup pomidorów za 19 złotych był uzasadniony.
KI: A jeśli nie było paragonu?
KSN: Wtedy partner uznał, że wydatku nie było. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania w zależności, w której każdy zakup trzeba przedstawić drugiej osobie do kontroli i zatwierdzenia. Przemoc ekonomiczna może się pojawić także przy bardzo dużej różnicy zarobków. Wyobraźmy sobie, że jedna osoba zarabia 5 tysięcy złotych, a druga 50 tysięcy. Ustalają, że każde z nich przeznacza na wspólne wydatki po 4,5 tysiąca. Pierwszej osobie zostaje więc 500 złotych, a drugiej 45,5 tysiąca, z komentarzem: „Reszta jest moja, w ogóle się nią nie interesuj”. Dla mnie to może być forma przemocy ekonomicznej.
IK: Zgadzam się. Małżonkowie, podobnie jak rodzice i dzieci, powinni funkcjonować na porównywalnym poziomie życia. Taka sytuacja może więc zostać uznana za przemoc ekonomiczną.
Trzeba jednak podkreślić, że sama różnica w zarobkach albo wysokości wydatków jeszcze nią nie jest. Przemocą ekonomiczną nie jest również to, że jedna osoba jest bardziej oszczędna i proponuje ograniczenie wydatków, bo para odkłada na wakacje albo realizuje inny wspólny cel. O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy pieniądze stają się narzędziem kontroli nad drugim człowiekiem: służą do karania go, ograniczania jego niezależności albo wymuszania określonych zachowań.
Rozwód z orzeczeniem o winie
Może to mieć także konsekwencje prawne. Stosowanie przemocy ekonomicznej może zostać uwzględnione przy orzekaniu o wyłącznej winie za rozpad małżeństwa, a w określonych sytuacjach również wpłynąć na możliwość uzyskania alimentów od małżonka uznanego za wyłącznie winnego. Przynajmniej jeszcze dzisiaj, ponieważ pojawiają się pomysły, żeby zrezygnować z rozwodów z orzekaniem o winie.
KI: Kiedy miałoby się to zmienić?
IK: Na razie to tylko plany. Obecnie bardzo trudno przeprowadzić jakiekolwiek zmiany w przepisach. Niedawno Sejm uchwalił rozwiązanie, które miało umożliwić przeprowadzanie najprostszych rozwodów w urzędach stanu cywilnego, ale zostało ono zablokowane przez prezydenta. Trudno więc powiedzieć, czy pozostałe propozycje mają dziś szansę wejść w życie.
Jednym z pomysłów jest całkowite odejście od orzekania o winie. Moim zdaniem wywróciłoby to do góry nogami obecny system prawa rodzinnego. Gdybym miał córkę, powiedziałbym jej: żadnego uzależniania swojej przyszłości od partnera. Zdobądź wykształcenie i zadbaj o własną niezależność finansową, bo jeśli zostaniesz w domu z dwójką dzieci, a mąż odejdzie, możesz znaleźć się w bardzo trudnej sytuacji.
KI: Warto jednak podkreślić, że to działa w obie strony. Często mówimy o kobietach i mężczyznach, ale tak naprawdę chodzi przede wszystkim o osobę, która zarabia więcej.
Znam kobietę, która osiągała znacznie wyższe dochody niż jej mąż, ale przy podziale majątku bardzo nie chciała dzielić się z nim po połowie. Mam więc wrażenie, że więcej zależy od sytuacji finansowej i charakteru danej osoby niż od jej płci.
Wciąż jednak częściej to mężczyźni zarabiają więcej i prowadzą firmy. Ta proporcja stopniowo się zmienia, ale nadal jesteśmy daleko od równowagi.
Po co w ogóle jest orzekanie o winie w rozwodzie?
KSN: Gdyby orzekanie o winie miało zostać zlikwidowane, widziałabym to w następujący sposób. Mnie również nie odpowiada to, że rozwody zamieniają się czasem w brazylijskie seriale. Takie postępowania są wyczerpujące dla obu stron i ciągną się miesiącami, a niekiedy latami. Jedna z moich klientek powiedziała kiedyś: „Może nie wygrałam tego procesu, ale był on dla mnie świetną terapią psychologiczną”. Tylko że proces rozwodowy nie powinien pełnić funkcji terapii.
Sens orzekania o winie widzę przede wszystkim w tym, żeby osoba pokrzywdzona decyzjami drugiego małżonka nie ponosiła finansowych konsekwencji rozpadu wspólnie przyjętego modelu życia.
Wyobraźmy sobie, że jedno z małżonków rozwija karierę, a drugie, zgodnie z ich wspólną decyzją, rezygnuje z pracy zawodowej, żeby zajmować się domem i dziećmi. Po kilkunastu latach oboje mają około czterdziestu lat. Jedno znajduje się u szczytu możliwości zawodowych i osiąga wysokie dochody. Drugie nie ma aktualnego doświadczenia, a zdobyte wcześniej kwalifikacje wymagają odświeżenia.
W takiej sytuacji można byłoby wprowadzić rozwiązanie alimentacyjne oparte na konkretnych danych: możliwościach zarobkowych i majątkowych obu stron oraz ekonomicznych skutkach przyjętego przez nie modelu małżeństwa. Można byłoby natomiast odejść od oceniania kwestii czysto emocjonalnych, takich jak zdrada.
Zdrada oczywiście boli, ale nie jestem przekonana, że odpowiedzią na to zranienie powinny być alimenty. Zresztą sądy już dziś, ustalając ich wysokość, analizują przede wszystkim sytuację materialną stron po rozpadzie małżeństwa. Nie tworzą przecież skali, według której jedna zdrada oznacza określoną kwotę, a piętnaście zdrad – odpowiednio wyższą.
Intercyza – kiedy ma sens, komu się opłaca, a komu nie?
KI: Omówiliśmy już dość dokładnie finanse w małżeństwie ze wspólnością majątkową, a rozumiem, że właśnie w takim ustroju funkcjonuje zdecydowana większość małżeństw w Polsce. Porozmawiajmy więc jeszcze o intercyzie.
IK: Intercyza jest uregulowana przede wszystkim w „Lalce” Bolesława Prusa, bo to określenie potoczne. Sami czasem się nim posługujemy, zwłaszcza w mediach społecznościowych, ponieważ łatwiej w ten sposób wyjaśnić, o czym mówimy. Prawidłowa nazwa to małżeńska umowa majątkowa.
Za jej pomocą małżonkowie mogą wprowadzić albo zmienić obowiązujący ich ustrój majątkowy, a więc zdecydować, czy pozostają we wspólności majątkowej, czy wybierają rozdzielność.
Jeśli rozdzielność majątkowa obowiązuje od początku małżeństwa, sprawa jest stosunkowo prosta: każde z małżonków ma własny majątek. Sytuacja komplikuje się jednak wtedy, gdy ustrój zmieniamy w trakcie małżeństwa. Takiej umowy nie zawiera się raz na całe życie. Możemy przez dziesięć lat pozostawać we wspólności, później wprowadzić rozdzielność, a następnie ponownie wrócić do wspólności. Możemy również rozszerzyć wspólność majątkową na wybrane składniki.
Warto jednak pamiętać o ważnym wyjątku. Nawet jeżeli żyjemy w rozdzielności majątkowej, małżonek, który jest właścicielem mieszkania, ma obowiązek umożliwić drugiemu korzystanie z niego w celu zaspokojenia potrzeb rodziny. Nie może więc na przykład pobierać od żony czynszu za to, że z nim mieszka.
Poza tym małżonkowie funkcjonują majątkowo osobno. To, co zarabia jedna osoba, należy do niej, a dochody drugiej pozostają jej własnością. Nadal oczywiście ponoszą wspólne wydatki, między innymi związane z dziećmi. Problem może się pojawić, gdy między dochodami małżonków występuje duża różnica. Nie zawsze przecież mamy do czynienia ze skrajną sytuacją, w której jedna osoba całkowicie rezygnuje z pracy i zajmuje się wyłącznie domem oraz dziećmi.
Rozdzielność majątkowa a przerwy w karierze
IK: Jeżeli w rodzinie jest dwoje albo troje dzieci, kobieta mogła kilka razy korzystać z urlopu macierzyńskiego i przez dłuższy czas pozostawać poza rynkiem pracy. Jej kariera nie rozwija się wtedy w takim tempie jak kariera mężczyzny, którego przerwa związana z narodzinami dziecka bywa znacznie krótsza.
Jednocześnie mężczyzna może czuć ogromną presję finansową. Kiedy pojawiają się kolejne dzieci, myśli: „Muszę wstawać o piątej rano i pracować jeszcze więcej, żeby utrzymać rodzinę”.
KI: To również może być dla niego źródłem bardzo dużego stresu.
IK: Oczywiście. On ponosi inny koszt, ale jednocześnie rozwija swoją karierę. Po dziesięciu latach może zajmować znacznie wyższe stanowisko i zarabiać dużo więcej niż kobieta, która miała trzy dłuższe przerwy zawodowe i po każdej z nich musiała na nowo budować swoją pozycję.
Kiedy związek się kończy, przy rozdzielności majątkowej każde z małżonków zostaje z tym, co w danym momencie ma: ze swoim majątkiem, dochodami i możliwościami zawodowymi.
Intercyza nie musi oznaczać braku zaufania
KSN: Mam wrażenie, że intercyza wciąż jest u nas brzydkim słowem, trochę jak konkubinat. A przecież oba te pojęcia warto po prostu odczarować.
Intercyzę często rozważają osoby prowadzące działalność gospodarczą. Niestety równie często temat pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś zaczyna przygotowywać się do rozwodu i podsuwa umowę drugiej stronie. Dlatego intercyza bywa postrzegana jako rozwiązanie proponowane przez osobę pazerną, która nie chce dzielić się majątkiem.
Tymczasem jej podstawowym zadaniem jest ochrona majątku, przede wszystkim przed skutkami niekorzystnych decyzji gospodarczych jednego z małżonków.
Sama byłam świadkiem sytuacji, w której bliska mi osoba nie podpisała intercyzy. Prowadzona w rodzinie działalność deweloperska zaczęła przynosić problemy, to były lata, kiedy wielu deweloperów nagle traciło płynność. Ostatecznie dom, w którym mieszkała cała rodzina, został zlicytowany. Gdyby wcześniej ustanowiono rozdzielność majątkową, można byłoby tego uniknąć.
Intercyza z wyrównaniem dorobków – co to jest?
KSN: Jeżeli naszym celem jest przede wszystkim zabezpieczenie majątku, ale jednocześnie nadal chcemy dzielić się dorobkiem z ukochaną osobą po równo, możemy wybrać rozdzielność majątkową z wyrównaniem dorobków.
KI: To popularne rozwiązanie?
KSN: Absolutnie nie. Niedawno spotkałam się z sytuacją, w której notariusz, sporządzając klasyczną intercyzę, zamieścił w akcie informację, że małżonkowie zostali pouczeni o możliwości zawarcia umowy z wyrównaniem dorobków. Pojawiają się bowiem pierwsze sprawy odszkodowawcze, w których ktoś twierdzi, że nie wiedział o istnieniu takiego rozwiązania i z tego powodu poniósł stratę.
IK: To zrozumiałe, bo jest to strata, którą można konkretnie wyliczyć. Wybór jednego albo drugiego rodzaju umowy może prowadzić do zupełnie innych skutków finansowych.
KSN: Przy klasycznej rozdzielności majątkowej druga strona nie musi dzielić się swoim majątkiem, jeżeli nie chce. Wszystko zależy od jej dobrej woli.
Przy rozdzielności z wyrównaniem dorobków wygląda to inaczej. W razie sporu sprawdzamy, jakiego dorobku każde z małżonków dorobiło się w czasie trwania małżeństwa, a następnie wyrównujemy różnicę. Efekt może być więc podobny do rozliczenia przy ustawowej wspólności majątkowej.
Co intercyza zmienia w codziennym życiu?
KSN: Warto też pamiętać, że w codziennym życiu intercyza jest właściwie niewidoczna. Nadal mamy tę samą lodówkę, robimy wspólne zakupy i ponosimy koszty utrzymania rodziny. Umowa majątkowa nie zwalnia nas z małżeńskich obowiązków.
Jeżeli małżonek trafi do szpitala, nadal jesteśmy dla niego osobą najbliższą i mamy prawo pytać o jego stan zdrowia.
IK: Intercyza dotyczy wyłącznie spraw majątkowych.
KSN: Dokładnie. Reguluje tylko kwestie majątkowe. Wszystkie pozostałe prawa i obowiązki małżonków pozostają bez zmian.
KI: Rozumiem, że nadal również po sobie dziedziczymy?
KSN: Tak. Często słyszę: „Nie podpiszę intercyzy, bo co wtedy z dziedziczeniem?”. Tymczasem intercyza przestaje mieć znaczenie w chwili śmierci jednego z małżonków. Wtedy zastosowanie mają przepisy prawa spadkowego.
O intercyzie trzeba poinformować kontrahentów
IK: Warto pamiętać, że choć intercyzy na co dzień właściwie nie widać, jej skuteczność wobec osób trzecich może zależeć od tego, czy zostały poinformowane o jej zawarciu. Sama rozdzielność majątkowa nie rozwiązuje więc automatycznie wszystkich problemów. W praktyce pojawiają się dodatkowe warunki i szczegóły, o których trzeba pamiętać.
Skutki intercyzy bywają też mylone z ochroną, jaką może zapewnić prowadzenie działalności w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Jeżeli głównym celem jest zabezpieczenie prywatnego majątku przed ryzykiem związanym z firmą, w wielu przypadkach lepszym rozwiązaniem może być właśnie spółka z o.o.
Po pierwsze, w określonych sytuacjach może być korzystniejsza pod względem podatkowym i składkowym. Po drugie, pozwala oddzielić majątek spółki od prywatnego majątku wspólników. Po trzecie, jej założenie nie wymaga zmiany ustroju majątkowego małżonków ani rozpoczynania trudnej rozmowy pod tytułem: „Musimy podpisać intercyzę”.
KSN: Po której druga osoba od razu zaczyna się zastanawiać: „Czy on zamierza mnie zostawić?”.
Jak to jest z dziedziczeniem w małżeństwie – gdy są dzieci i gdy ich nie ma?
KI: Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy dziedziczeniu, bo wokół tego tematu również narosło sporo nieporozumień.
KSN: Jednym z najczęstszych błędnych przekonań jest założenie, że jeśli małżeństwo nie ma dzieci, po śmierci jednego z małżonków drugi dziedziczy cały majątek. Tymczasem do spadku może być powołana również najbliższa rodzina zmarłego, między innymi jego rodzice albo rodzeństwo. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji rodzinnej.
KI: Spotkałam się z historią małżeństwa, które nie mogło mieć dzieci i przeżyło razem kilkadziesiąt lat. Po śmierci męża okazało się, że żona nie odziedziczyła całego mieszkania. Połowa nieruchomości należała już do niej, ale druga połowa, będąca własnością męża, została podzielona między spadkobierców.
Kobieta była na emeryturze i nie miała pieniędzy na ich spłatę. Chciała jednak nadal mieszkać w swoim domu, dlatego musiała wrócić do pracy, żeby rozliczyć się z rodziną zmarłego męża.
KSN: Niestety takie sytuacje bywają szczególnie trudne, gdy w rodzinie istnieje konflikt. Jeżeli relacje były dobre, rodzice zmarłego zazwyczaj nie przychodzą do jego żony z żądaniem natychmiastowej spłaty.
Czasem jednak do spadku dochodzi rodzina, z którą zmarły od lat nie utrzymywał kontaktu albo pozostawał w poważnym konflikcie. Wtedy osoba, która właśnie straciła małżonka i przechodzi przez jeden z najtrudniejszych momentów w życiu, zostaje dodatkowo wciągnięta w postępowanie sądowe dotyczące spłaty części spadku.
Gdy mieszkanie dziedziczą małe dzieci
KI: A co w sytuacji, gdy mamy małe dzieci i coś dzieje się jednemu z małżonków? Czy wtedy mogą pojawić się problemy ze sprzedażą mieszkania?
IK: Prowadziłem sprawę, w której dzieci, wskutek różnych zdarzeń losowych, odziedziczyły po dziadkach dwa mieszkania. Oba były jednak w opłakanym stanie i właściwie nie nadawały się do zamieszkania.
Rodzice zaplanowali więc, że jedno z mieszkań sprzedadzą, a drugie wyremontują, żeby cała rodzina miała gdzie mieszkać. Sąd nie wyraził jednak zgody na sprzedaż.
W uzasadnieniu wskazał, że mieszkanie stanowi zabezpieczenie przyszłości dziecka. To rodzice powinni zapewnić dzieciom miejsce do życia, a nie finansować rodzinny dom z ich majątku. Nieruchomości miały więc pozostać własnością dzieci, żeby po osiągnięciu pełnoletności mogły same zdecydować, czy je sprzedać. Sąd założył przy tym, że ich wartość będzie z czasem rosła.
KI: Między innymi dlatego poszliśmy z Marcinem do notariusza. Kiedy nasze dzieci były jeszcze małe, sporządziliśmy dokumenty w taki sposób, żebyśmy dziedziczyli przede wszystkim po sobie. Chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której decyzje dotyczące majątku zależałyby od sądu. Wiedzieliśmy przecież, że żadne z nas nie będzie działało na szkodę dzieci.
IK: Warto też pamiętać, że dobre relacje rodzinne nie zawsze chronią przed konfliktem spadkowym. Gdy pojawiają się pieniądze, nawet zgodna dotąd rodzina potrafi się bardzo szybko poróżnić.
Rodzeństwo może początkowo dojść do porozumienia, ale na decyzje poszczególnych osób wpływają również ich małżonkowie. Podobnie bywa z rodzicami zmarłego. Początkowo mogą powiedzieć: „Nie będziemy niczego żądać od zięcia, niech spokojnie mieszka w tym domu”. Później jednak ktoś z rodziny może przekonać ich, że powinni upomnieć się o swoją część.
KSN: Takie sytuacje rzeczywiście się zdarzają. Nie warto więc zakładać, że dobre relacje z teściami rozwiążą problem. Jeżeli nie macie dzieci, sporządźcie testament.
IK: A jeśli macie dzieci, również warto go sporządzić.
KSN: Po prostu zróbcie testament.
KI: Moja teściowa jest cudowną osobą, ale mimo to uznaliśmy, że nie chcemy, aby w takiej sytuacji cokolwiek zależało od teściów, dzieci czy sądu. Ufamy sobie nawzajem, że gdyby jednego z nas zabrakło, drugie najlepiej zadba o rodzinę i majątek.
Przygotowanie nie jest brakiem zaufania
IK: Mogę podać przykład z mojej praktyki. Prowadziłem sprawę bardzo młodej kobiety, która nagle straciła męża. Poślizgnął się w sklepie, uderzył głową o kafelki i zmarł na miejscu. Zwyczajna, trudna do przewidzenia sytuacja, która w jednej chwili przerodziła się w ogromną tragedię.
Sprawy majątkowe dodatkowo skomplikował fakt, że małżonkowie otrzymywali znaczne darowizny od matki zmarłego. Kiedy została przesłuchana jako świadek, oświadczyła, że przekazywała pieniądze wyłącznie synowi, a nie obojgu małżonkom. To całkowicie zmieniło sytuację wdowy.
KSN: Z naszej rozmowy wyłania się jeszcze jeden ważny wniosek. Rozwód i śmierć małżonka mogą wywołać poważny kryzys finansowy, ale do części jego konsekwencji możemy przygotować się wcześniej.
Im więcej wiemy i im lepiej uporządkujemy swoje sprawy, tym łatwiej będzie nam zarządzić trudną sytuacją. Nie unikniemy wszystkich formalności, sporów ani stresu, ale znacznie łatwiej działać, kiedy wiemy, co robić. Coś się wydarza, otwieramy teczkę, znajdujemy potrzebne dokumenty i przechodzimy do działania.
Mamy testament, więc nie musimy zastanawiać się, co stanie się z mieszkaniem. Mamy dokumenty pokazujące, skąd pochodziły pieniądze i gdzie zostały zainwestowane, więc nie musimy liczyć na to, że sąd odtworzy za nas całą historię finansową. Możemy też przystąpić do negocjacji, mając konkretną wiedzę, zamiast zgadywać, czym dysponuje druga strona.
Dlatego wiedzy i przygotowania nie należy traktować jako wyrazu braku zaufania ani działania przeciwko małżonkowi. To po prostu odpowiedzialne planowanie finansowej strony życia rodzinnego.
Najgorsze historie z praktyki: dwadzieścia lat kanapek
KI: Na koniec chciałabym, żeby każde z was opowiedziało o najbardziej wstrząsającej sytuacji ze swojej praktyki, w której ktoś zaniedbał swoje sprawy finansowe, nie zabezpieczył się i ostatecznie został wykorzystany. Ku przestrodze.
IK: Prowadziłem taką sprawę, na szczęście już zakończoną. Młodej parze urodziło się dziecko, ale niedługo później żona uznała, że nie chce już tworzyć związku z mężem. Mężczyzna kupił więc mieszkanie obok. Codziennie rano przychodził, żeby przygotować synowi jedzenie. Skoro już gotował dla dziecka, czasem robił śniadanie również żonie.
Później szedł do pracy, bardzo dobrze zarabiał i przez lata budował majątek. Co jakiś czas kupował kolejne mieszkanie i przeznaczał je na wynajem, dzięki czemu osiągał wysokie dochody. Kiedy chciał zabrać syna na wakacje, często zapraszał także żonę. Ona chciała mieć wpływ na to, co działo się z dzieckiem, a on nie chciał wywoływać konfliktów, więc czasem podróżowali we troje.
Gdy syn skończył 18 lat, mężczyzna postanowił się rozwieść. Zacząłem przygotowywać dokumenty i wtedy powiedziałem mu: „Ale cały zgromadzony przez pana majątek jest wspólny. Wszystkie te mieszkania należą do obojga małżonków”.
Próbowaliśmy więc skorzystać z możliwości ustanowienia rozdzielności majątkowej z datą wsteczną. Jedną z przesłanek może być długotrwałe rozłączenie małżonków, czyli faktyczna separacja. Wydawało się, że w tej sytuacji mamy mocne argumenty. Małżonkowie przez blisko 20 lat nie mieszkali razem ani nie tworzyli związku. Mężczyzna przychodził przede wszystkim po to, żeby opiekować się synem i w ten sposób realizować swoje obowiązki wobec dziecka.
Sąd ocenił jednak sytuację inaczej. Zwrócił uwagę na to, że mężczyzna codziennie przygotowywał jedzenie, kupował produkty również dla żony, a rodzina korzystała z jednej lodówki. Uznał, że te elementy świadczyły o dalszym istnieniu wspólnego pożycia, i nie zgodził się na ustanowienie rozdzielności z datą wsteczną.
W rezultacie mężczyzna musiał podzielić się z żoną połową całego majątku, który zgromadził przez te lata.
KI: Rozumiem, że ona nie zamierzała zrezygnować z przysługującej jej części?
IK: Nie. Zdecydowanie nie.
Tym jednym podpisem straciła 25 milionów
KSN: Ja z kolei mam historię pokazującą, jak niebezpieczna może być częściowa wiedza o instrumentach prawnych. Bo pamiętajmy: to tylko narzędzia. Nożem można pokroić chleb, ale można też zrobić sobie krzywdę.
Tak samo jest z intercyzą. Przyszła do mnie klientka na konsultację rozwodową. Powiedziała, że wszystko przemyślała, jest przygotowana do rozwodu i chce zacząć nowe życie. Jej mąż przez lata bardzo dobrze zarabiał. Założył startup, który odniósł ogromny sukces i rozwinął się w firmę wartą dziesiątki milionów złotych. Kobieta zaczęła szukać informacji w internecie, przeczytała o intercyzie i uznała, że powinna ją podpisać.
Poszli więc do notariusza. Ustanowili rozdzielność majątkową, a następnie dokonali podziału majątku. Ona przekazała mężowi praktycznie wszystko, a w zamian dostała od niego odręczną deklarację, że otrzyma samochód. Po tym wszystkim przyszła do mnie, przekonana, że jest już gotowa do rozwodu. Była pewna, że podpisanie intercyzy to pierwszy krok, który należy wykonać przed rozwodem. Tyle że w jej sytuacji był to krok absolutnie katastrofalny.
Załamałam ręce i powiedziałam: „Proszę pani, jednym podpisem straciła pani około 25 milionów złotych. Wystarczyła jedna wizyta u notariusza”. Ona odpowiedziała: „To muszę teraz odkręcić”. Zapytałam: „Ale w jaki sposób?”. A ona na to: „Powiem mężowi, żeby jeszcze raz poszedł ze mną do notariusza i żebyśmy tym razem zapisali wszystko odwrotnie”.
Trudno uwierzyć, że takie sytuacje naprawdę się zdarzają, ale niestety się zdarzają. Dlatego nie wystarczy przeczytać w internecie, czym jest intercyza. Trzeba jeszcze sprawdzić, czy dane rozwiązanie pasuje do naszej sytuacji i jakie dokładnie wywoła skutki. W tym przypadku podczas jednej wizyty u notariusza podpisano dwa dokumenty: umowę ustanawiającą rozdzielność majątkową oraz podział majątku. I właśnie ten drugi dokument przesądził o skali straty.
Czy wiedząc to wszystko, nadal warto brać ślub?
KI: Na koniec ostatnie pytanie. Wiecie o rozwodach więcej niż większość ludzi i obserwujecie pary w najtrudniejszych momentach, kiedy zamiast spokojnego rozstania zaczyna się prawdziwa walka. Gdybyście dziś jeszcze raz mieli zdecydować, czy poślubić ukochaną osobę, powiedzielibyście „tak”?
KSN: Love is blind, więc oczywiście, że tak.
KI: Z intercyzą czy bez?
KSN: To zależy. Pomijając moje życie osobiste, podeszłabym do tej decyzji tak jak do większości ważnych wyborów: z jednej strony spontanicznie i entuzjastycznie, a z drugiej po szczerej rozmowie z partnerem.
Gdybyśmy wspólnie uznali, że w naszej sytuacji intercyza jest dobrym rozwiązaniem, podpisalibyśmy ją. Jeśli nasza sytuacja finansowa jej nie wymagałaby, nie widziałabym takiej potrzeby. Nie zakładałabym niczego z góry. Najważniejsze są rozmowa i dopasowanie rozwiązania do konkretnej pary.
KI: Ale małżeństwo?
KSN: Zdecydowanie małżeństwo.
KI: A Ty, Iwo?
IK: Bardzo często dostaję w mediach społecznościowych pytanie: „Po co w ogóle się żenić?”. Chciałbym więc wyraźnie powiedzieć, że można stworzyć fantastyczne małżeństwo. Gdybym miał jeszcze raz poślubić moją żonę, bez wahania powiedziałbym „tak”.
KI: Pozdrawiamy.
IK: Ja również. Pozdrawiam cię, Aniu.
Jednocześnie rozumiem, dlaczego wiedza o rozwodach może odstraszać młodych ludzi. Filmy, które publikuję, montuje bardzo młody człowiek. Po każdym materiale o podziale majątku mówi mi: „Na pewno się nie ożenię. Za dużo się już nasłuchałem”.
KI: Tobie łatwiej odpowiedzieć, bo już wiesz, kogo poślubiłeś i że ta decyzja okazała się dobra.
IK: To prawda. Intercyza również zależy od momentu życia. Gdybym dziś, mając już określony majątek, pozycję i zobowiązania, ponownie podejmował decyzję o małżeństwie, uznałbym ją prawdopodobnie za rozwiązanie sprawiedliwe dla obu stron.
KI: Bardzo wam dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Myślę, że przekazaliście mnóstwo cennej wiedzy osobom, które są w małżeństwie albo dopiero je planują.
W opisie podlinkujemy oczywiście wasze kanały i media społecznościowe. Dzielicie się tam wiedzą prawną znacznie szerzej, więc z pewnością można znaleźć u was odpowiedzi na wiele bardziej szczegółowych pytań. Jeszcze raz bardzo wam dziękuję.
IK: Dziękujemy, cała przyjemność po naszej stronie.
KSN: To była fantastyczna rozmowa i bardzo się cieszę, że mogliśmy podzielić się tą wiedzą z waszą społecznością. Cieszy mnie również, że jako dwoje adwokatów w tak wielu kwestiach byliśmy zgodni. Bardzo dziękuję za świetnie spędzony czas.
To delikatny temat i trudno oczekiwać, że wszyscy będziemy patrzeć na niego tak samo. Możemy różnie podchodzić do wspólności majątkowej, intercyzy, dziedziczenia czy podziału obowiązków finansowych. Najważniejsze jednak, żeby wiedzieć, jakie skutki mają poszczególne decyzje, i świadomie poukładać finanse tak, by pasowały do naszego związku, wartości i sytuacji życiowej. A teraz czas na mały rachunek sumienia: które z tych zasad były dla Ciebie oczywiste, a które kompletnie Cię zaskoczyły? Daj mi koniecznie znać w komentarzu 🙂
Katarzyna Iwuć
Biegła rewidentka, doktor nauk ekonomicznych. Przed dołączeniem do zespołu FBO była między innymi prezeską spółki giełdowej Netia S.A., członkinią zarządu i dyrektorem finansowym Mennica Polska S.A., członkinią rady nadzorczej i przewodniczącą komitetu audytu kilku firm. W zespole FBO konikiem Kasi są między innymi research i analiza danych, tworzenie kalkulatorów i innych narzędzi do zarządzania finansami osobistymi.
Jeżeli podobał Ci się ten artykuł, może zainteresuje Cię książka Marcina o inwestowaniu – „Finansowa Forteca”. W podobny sposób jak tutaj na blogu – prosto i merytorycznie – tłumaczy w niej, jak inwestować skutecznie i mieć święty spokój. Szczegóły poznasz TUTAJ.
PODOBAJĄ CI SIĘ ARTYKUŁY NA BLOGU?
Dołącz do ponad 63 050 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.
PLANUJESZ ZACIĄGNĄĆ KREDYT HIPOTECZNY
I NIE WIESZ OD CZEGO ZACZĄĆ?
To zupełnie naturalne. Kredyt hipoteczny to ogromne zobowiązanie, które przygniata przez kilkadziesiąt lat. W dodatku mnóstwo osób bardzo za niego przepłaca. Przygotowałem kurs Kredyt Hipoteczny Krok po Kroku, aby uzbroić Cię w niezbędną wiedzę i dać narzędzia do wygodnego podjęcia najlepszych dla Ciebie decyzji. Chcę Ci pomóc w znalezieniu kredytu hipotecznego, który:
✅ w bezpieczny sposób pomoże Ci zrealizować marzenie o własnym mieszkaniu czy domu,
✅ nie obciąży nadmiernie budżetu Twojej rodziny,
✅ będzie Cię kosztował tak mało, jak to tylko możliwe,
✅ szybko przestanie być Twoim zobowiązaniem, bo sprawnie go spłacisz.

