Wiecie, dlaczego tak bardzo zachęcam Was do zadbania o własne finanse? Nie dlatego, że można wtedy leżeć do góry brzuchem i nic nie robić. Nie dlatego, że pozwala to wykonywać pracę, która daje nam radość i satysfakcję. Nawet nie dlatego, że zapewnia to wspaniałe poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Dla mnie najważniejszym i najcenniejszym dobrem, które wynika z braku długów oraz posiadania dużych oszczędności jest… Odzyskany CZAS.

Każdy z nas ma tylko jedno życie i dokładnie tyle samo czasu każdego dnia: 24 godziny na dobę. To, czy będzie ono pełne wartościowych osiągnięć i zrealizowanych marzeń, czy raczej przybierze postać mało satysfakcjonującej egzystencji, będzie całkowicie zależało od tego, jak spędzimy te nasze 24 godziny. Problem polega na tym, że bezmyślne wydawanie pieniędzy, nadmierne zadłużenie oraz brak wystarczających oszczędności, odbierają nam możliwość swobodnego decydowania o własnym czasie.

O ile nie odziedziczyliśmy wielkiego majątku, każdy z nas musi uczciwie pracować i zarobić na utrzymanie swojej rodziny. W większości przypadków zaczynaliśmy bardzo podobnie: bez oszczędności i bez wykształcenia. W szkole podstawowej prawie wszyscy jechaliśmy przecież na jednym wózku. Ale z każdym kolejnym rokiem stopniowo narastały między nami różnice, będące skutkami sposobu myślenia oraz podejmowanych przez nas decyzji. Część z nas po kilkunastu latach potrafi zbudować majątek zapewniający utrzymanie dziesięciu kolejnym pokoleniom. Inni, żyjąc w tym samym kraju i w tym samym czasie, z trudem wiążą koniec z końcem, popadają w długi i wpędzają w finansowe tarapaty swoje własne dzieci. Jedni odzyskują swój wolny czas, inni zaś tracą go bezpowrotnie…

O co chodzi z tym tytułem?

Ten nieco filozoficzny wstęp tylko z pozoru odbiega od tytułu wpisu. Chciałbym zachęcić Was dziś do czegoś, co praktykuję z dużą konsekwencją i co bardzo pomaga mi w poukładaniu wielu spraw: nie pracujcie w wakacje! 🙂

Sezon urlopowy nabiera rozpędu i wielu z Was będzie miało okazję oderwać się od codziennych zajęć, wyjechać gdzieś, zmienić rytm życia. Oto po wielu miesiącach wytężonej pracy otrzymujemy ogromny dar: kilka dni, a może nawet tygodni, wolnego CZASU. Nie marnujcie go na podgonienie pracy, nadrobienie zaległości, zrobienie remontu czy gruntowne porządki. To wszystko zrobicie lepiej i sprawniej po solidnym wypoczynku. Nie marnujcie również tego czasu na bezmyślne oglądanie telewizji czy bezczynne leżenie do góry brzuchem. To zmęczy Was jeszcze bardziej niż praca. Wiecie na co warto przeznaczyć wakacje?

Po pierwsze: na prawdziwą obecność z bliskimi osobami.
Po drugie: na spojrzenie na własne życie z innej perspektywy.

Nie wiem jak to jest u Was, ale gdybym dowiedział się, że jutro mam umrzeć, to nie miałbym żadnych wątpliwości jak spędzić ostatnie godziny: oczywiście z moją ukochaną żoną i córeczkami. Na co dzień jesteśmy tak zapracowani, że nasze relacje z bliskimi stają się dość powierzchowne. Dlatego na urlopie zwolnijcie, zatrzymajcie się na chwilę, znajdźcie czas aby spojrzeć w oczy ukochanym osobom. Spróbujcie wreszcie naprawdę usłyszeć co mówią do Was dzieci, porozmawiajcie z nimi, zagrajcie z nimi wreszcie w tą piłkę czy w grę planszową. Tak właśnie rozumiem prawdziwą obecność.

Jeżeli zaś chodzi o spojrzenie na własne życie z innej perspektywy… Cóż, jak widzicie mi już się włączyły „wakacyjne refleksje”. Żeby jednak nie teoretyzować, postanowiłem podsunąć Wam konkretny materiał do przemyśleń.

Utnij sobie nogi, żeby nie potrzebować butów

Mniej więcej takim zdaniem kwitowałem kiedyś wszelkie rozmowy związane z ograniczaniem własnych potrzeb. Przepraszam… Własnych zachcianek, które w swojej naiwności nazywałem potrzebami. Przecież im więcej będę posiadał, tym wygodniej będzie się żyło. Ale czy na pewno?

W czasie wylotu na wakacje kilka lat temu okazało się, że moja wypchana po brzegi walizka była zbyt ciężka. Musiałem ją przepakować albo zapłacić 100 EURO za nadbagaż. Zamiast relaksu i radości z wyjazdu, czułem wewnętrzną wściekłość, że taszczę ze sobą tyle klamotów.

Wiecie, że są ludzie, którzy już dawno dostrzegli bezsens takich sytuacji? Jednym z nich jest autor bloga „Wolnym być”, który publikuje swoje artykuły pod wiele mówiącym pseudonimem: Wolny 🙂 To blog o niezależności finansowej, finansach osobistych i minimalizmie. Lektura jego wpisów to świetny materiał do ciekawych refleksji. Propagowany przez Wolnego sposób myślenia już wiele razy pozwolił mi zaoszczędzić niemałe pieniądze.  Zresztą przekonajcie się sami. Poprosiłem Wolnego aby opowiedział nam trochę na czym polega propagowany przez niego minimalizm. Jestem bardzo ciekawy, co o tym sądzicie?

Minimalista, czyli właściwie kto?

Kiedy Marcin poprosił mnie o wpis na temat minimalizmu, akurat bylem w trakcie przeprowadzki. Stosy kartonów piętrzyły się przede mną, a wciąż pełne szafy straszyły kolejnymi pokładami przedmiotów do spakowania. Pomyślałem sobie: “No ładnie… Istna ironia losu”. Gdzie tu minimalizm? Gdzie to legendarne sto przedmiotów, które można spakować w plecak i wyruszyć w drogę w nieznane? Przecież pakując moją 3-osobową rodzinę na kilkudniowy wyjazd, auto jest wypakowane po brzegi, a ja zastanawiam się, czy przypadkiem nie zwariowaliśmy przygotowując się na każdą ewentualność.

Czy więc jestem osobą, która powinna zabierać głos w temacie? Przecież minimalista to człowiek, który nie posiada: domu, auta, a najlepiej też pracy, która utrudnia podróżowanie autostopem po świecie niczym ślimak, z całym swoim skromnym dobytkiem na plecach. I mimo, że od czasu do czasu uznaję tę koncepcję za niewymownie piękną, nie ma ona zbyt wiele wspólnego z minimalizmem.

Przynajmniej moim! Bo pierwsza, najważniejsza chyba zasada brzmi niezwykle zachęcająco: każdy ma swój minimalizm! Nie ma jednej, uniwersalnej definicji tego terminu. I to właśnie jest w nim najpiękniejsze: Ty sam możesz być autorem jedynego w swoim rodzaju sposobu na życie, który będzie odpowiadał Tobie, a który może bardzo różnić się od tego, jak żyję ja. A mimo to, będziemy mogli podać sobie rękę i powiedzieć, że wyznajemy podobne wartości. Bo chociaż praktyczna realizacja tego stylu życia może różnić się diametralnie, to przyjęte wartości, priorytety i odnoszone korzyści będą podobne. Czyli jakie?

Po pierwsze: prostota

Przede wszystkim: prostota, która działa cuda. Prostota, rozumiana jako najczęściej chyba pojawiające się w mojej głowie pytania: “Czy jest mi to potrzebne?“, “Czy nie mogę zrealizować swoich zamiarów w prostszy sposób?” i wreszcie “Czy przypadkiem tą decyzją nie dokładam sobie problemów?“.

Nader często dochodzę do wniosku, że zamiast zaspakajać potrzeby, planuję realizację zachcianek, w dodatku w sposób nieoptymalny i taki, który będzie się za mną ciągnął długimi miesiącami. Przykład? Może zabrzmi to dla niektórych ekstremalnie, ale umowa o dostarczanie sygnału telewizyjnego jest… Zachcianką (po co komu telewizja),  realizowaną nieoptymalnie (od dawna istnieją lepsze i prostsze sposoby na obejrzenie czegoś na ekranie), a na dodatek wymagającą podpisania wielostronicowej, niejasnej umowy, obligującej do comiesięcznego opłacania abonamentu i kombinowania jak przysłowiowy koń pod górę w przypadku chęci rozwiązania tejże umowy.

A najciekawsze jest to, że jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłbym, że będę w ten sposób postrzegał telewizję, która i dla mnie była skutecznym i bardzo przyjemnym zabijaczem czasu.

To najwymowniej pokazuje piękno minimalizmu, który nie jest zbiorem gotowych reguł, ale raczej małym ziarenkiem, które zaczyna kiełkować tylko w sprzyjających warunkach. A tworzy je każdy, kto zaczyna zadawać sobie pytania dotyczące szczęścia czy sensu istnienia – wtedy bowiem zaczynamy kwestionować to, czego społeczeństwo od nas wymaga i oczekuje, a zaczynamy się zagłębiać w głąb siebie w poszukiwaniu odpowiedzi i sposobu na życie. Ja jeszcze nie znalazłem optymalnego dla siebie rozwiązania, ale mam czas i wiem, że idę po właściwej drodze, a częste wymykanie się ze schematów wychodzi mi tylko na dobre.

Po drugie: czas i spokój ducha

Ta droga daje mi jeszcze coś, czego większości ludzi brakuje w dzisiejszym, zagonionym świecie: czas i spokój ducha. To chyba najważniejsze korzyści z bycia mniej wymagającym względem otaczającego mnie świata. Nie będę nikogo oszukiwał: ja również jestem zabiegany, a czasami wręcz zastanawiam się, czy nie próbuję wziąć na swoje barki zbyt dużo. Ale wtedy przypominam sobie, że dla mnie – w przeciwieństwie do większości społeczeństwa – duża część tego jest opcjonalna. Brak drogiego samochodu to brak zmartwień o jego los. Brak kredytów to zdjęcie z barków presji na zarabianie coraz więcej i więcej. I mimo, że wszystko to oznacza życie znacznie poniżej swoich możliwości – zarówno potencjalnych, jak i wynikających z aktualnych zarobków – nie odbiera mi to radości z przeżywania każdego dnia.

Nie uczestniczę w sąsiedzkim wyścigu o najlepsze auto, a co za tym idzie: nie ma we mnie zazdrości i pytań: “Dlaczego mu się udało, a mi nie?”. To wszystko jest gdzieś obok, a ja czuję się jak obserwator, który może pozwolić sobie na luksus przystanięcia, rozejrzenia się naokoło i pomyślenia: “To dobrze, że wybrałem inaczej”.

Mimo, że pracuję w korporacji, która powinna rozpędzić mój umysł w celu wdrapania się na jak najwyższy szczebelek i jak najszybszego przebierania nóżkami w swoim kółeczku, niczym wyścigowy chomik, potrafię się od tego odciąć. A to daje mi unikalne wręcz poczucie spokoju. Wynika ono z banalnej wręcz zasady: nie boję się, że problemy finansowe mogą w jakikolwiek sposób zachwiać moim codziennym życiem.

Skoro nie mam kredytów, nie pragnę drogich gadżetów, a przy tym nadwyżki finansowe akumuluję, zamiast przejadać, rezultat łatwo przewidzieć: w przypadku nagłej utraty dochodów, nie miesiące, a lata dzielą mnie od poważniejszych skutków braku dopływu gotówki. A to uspakaja – i to bardzo. Dzięki temu nie odczuwam absolutnie żadnego stresu spowodowanego pracą – a to coś, co może zachęcić wielu do zwolnienia tempa. Stres jest przecież niezwykle groźny, a przy tym tak powszechny, że niemal uznawany za zło konieczne w życiu każdego dorosłego człowieka.

Niniejszym dementuję te pogłoski i zapewniam, że minimalizm leczy również tę chorobę!

Uwaga na sprzedawców marzeń!

Leczyć próbują ją również sprzedawcy marzeń, którzy z minimalizmu zrobili modne hasło, oznaczające zazwyczaj oszczędne w formie, bajecznie drogie przedmioty, którymi warto się pochwalić. Wierzę, że nie dasz złapać się na te tanie sztuczki sprzedaży ekskluzywnej wersji tego, co w założeniach jest takie proste!

Jeśli choć trochę zachęciłem Cię do zainteresowania się tematem wpisu, to niechybny znak, że i dla Ciebie podobne zmiany będą korzystne. Bo o to przecież chodzi – minimalizm ma bardzo wiele pozytywnych skutków ubocznych, ale najważniejszy jesteś właśnie Ty i to, czy Twoja wersja minimalizmu działa. Miło jest pomyśleć, że drenuję naszą planetę w znacznie mniejszym stopniu niż inni, ale dopóki nie wiąże się to z korzyściami dla mnie i mojej rodziny – jest tylko sztuką dla sztuki. Nie rób nic wbrew sobie, ale jeśli tylko czujesz, że choćby niewielka zmiana zrobi Ci dobrze, eksperymentuj nieco zbaczając z utartych ścieżek.

Nawet, jeśli będzie to tylko (czasami AŻ!) przejrzenie szaf i pozbycie się tego, co zbędne. W najgorszym przypadku wrócisz tam, skąd przyszedłeś, a w najlepszym – stworzysz własny mini-światek, w którym poczujesz to, czego nigdy nie doświadczyłbyś w tłumie, którym dotychczas podążasz.

A czy na końcu ten zbiór zasad i priorytetów nazwiesz minimalizmem, zdrowym rozsądkiem czy może celebracją antykonsumpcjonizmu – to naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia!

Jeśli chcesz się dowiedzieć, czemu bycie minimalistą jest znacznie łatwiejsze, jeśli jest opcjonalne (link: Minimalizm łatwiejszy), a także jak można ciekawie i niedrogo zagospodarować czas wolny (link: Pomysły na darmowe hobby), serdecznie zapraszam do lektury wpisów na moim blogu, gdzie znajdziesz znacznie więcej przykładów na to, że mniej znaczy więcej! Pozdrawiam, Wolny.

I co Wy na to?

Hej, tu znowu Marcin. I co myślicie o takim podejściu? Jestem bardzo ciekawy Waszych przemyśleń i komentarzy. Polecam Wam serdecznie lekturę bloga Wolnego, jako źródło ciekawych inspiracji. Wszystkiego dobrego! 🙂