Długi konsumenckie wywołują we mnie szereg negatywnych emocji. Nie cierpię ich, złoszczą mnie i od wielu lat zajadle walczę ze ściemą, że pomagają nam one w realizacji marzeń. No właśnie: realizacja marzeń. Każdy z nas jakieś ma. Mniejsze lub większe, błahe i bardzo ważne.Takie, które można zrealizować od razu i takie, które muszą trochę poczekać. Jedno jest pewne – marzenia sprawiają, że nasze życie jest lepsze. Bez wątpienia w realizacji wielu marzeń bardzo pomagają pieniądze. No chyba, że są to pieniądze z kredytu konsumenckiego…

Za każdym zaciągniętym długiem nie stoją wcale rzeczy, ale nasze pragnienia. Nie stoją za nim nowe, drogie ubrania, ale potrzeba bycia zauważonym i docenionym. Nie stoją za nim ekskluzywne wakacje, ale potrzeba oderwania się, choć na chwilę, od problemów codzienności. Nie stoi za nim samochód prosto z salonu, ale potrzeba podniesienia prestiżu swojego życia, być może chęć dowartościowania się. Każdy dług to osobna historia – zwykle dramatyczna, skomplikowana i smutna. Tym bardziej doceniam, że chcecie się nimi ze mną dzielić. Dzisiaj mam dla Was opowieść, która trafia w samo sedno problemu długów. Dzięki zgodzie Iwony na upublicznienie wiadomości możemy wyciągnąć tę kwestię na światło dzienne. To bardzo ważne.

Oto list od Iwony

Witaj Marcinie. Pomyślałam, że opowiem Ci, jak ja wpadłam w długi i dlaczego to się stało. A może to właśnie jest aspekt, który pogrążył mnie – często pomijany w analizach.

Mam raptem 30 lat, wyższe wykształcenie, własny samochód i pożyczone na 25 lat od banku mieszkanie 🙂 Zarabiam 5500 zł netto, mam 800 zł zysku z wynajmu jednego z pokoi w moim mieszkaniu plus potrafię dorobić sobie po 500-2000 zł miesięcznie na pracach nieopodatkowanych, zupełnie dodatkowych. Jestem zaradna, inteligentna, mam dobrą pracę, gdzie ceni się moją osobę. Mam dobre rokowania na przyszłość.

Co wyniosłam z domu rodzinnego?

Pochodzę jednak z rodziny, gdzie nie zawsze było wesoło. W domu była przemoc, krótko mówiąc – patologia. Jeśli ktoś mnie wychowywał, to tylko ojciec. Ojciec, który wierzył – i do dziś wierzy – że pieniędzy jest zawsze mało i że bez kredytu się nie da. Wychowywałam się w strachu finansowym. Nigdy nie było mnie na wiele stać. Koleżanki miały markowe buty, ja takie z targu. Sytuacja w domu sprawiała, że czułam się wyrzutkiem.

Zaczęło się od karty kredytowej

Pierwszej karty kredytowej na 2000 zł dorobiłam się na studiach. Mój ojciec chciał mi pomóc zdobyć pracę, kupił mi więc Renault Clio. Własne auto – to było coś więcej niż marzenia. Musiałam je jednak utrzymać i opłacać przez 2 lata ratę za instalację gazową, 160 zł. Dorabiałam, by móc to zrobić, obniżyłam swój poziom życia znacznie, by to auto utrzymać.

Nie starczyło mi na opony zimowe. To był mój pierwszy duży zakup na kredyt. Za to zdobyłam kiepsko płatny staż, ale w zawodzie. Dojeżdżałam 50 km w jedną stronę do pracy i z powrotem. Opłaciło się. Dostałam po roku pracę jako pracownik biurowy.

Pierwszy kredyt na 5000 zł wzięłam, by pomóc ojcu. Po rozwodzie został z pustym 200 m2 domem, który miał ze spadku. Do kredytu bank wcisnął mi kartę kredytową 6000 zł. Długo z niej nie korzystałam. Miałam przecież jeszcze tę na 2000 zł. Zarabiałam wtedy ok. 2300 zł. Po drodze dorobiłam się też limitu na koncie na 4000 zł.

Kredyt spłaciłam przed terminem. Ale na kartach kredytowych regularnie schodziłam w dół. Za to moje zarobki w międzyczasie się podwoiły – wtedy zaczęłam zarabiać 4500 zł netto.

Przeczytaj:
Karta kredytowa – cudowny produkt czy „samo zło”?

Szukałam produktu, który naprawi moje życie

Od tego momentu zaczęłam wykorzystywać limity zadłużenia. Udało mi się desperacko przeklikać zwiększenie limitu kredytowego z 6000 zł na 7000 zł. Długi wzrosły do ok. 13000 zł. Dlaczego? Kupowałam rzeczy emocjonalnie. Szukałam produktu, który naprawi moje życie. Nic nie pomagało, ale ja kupowałam dalej. Nie znałam czegoś innego. Byłam pogrążona trochę w depresji, trochę w rozpaczy. Moje życie prywatne się nie układało. Straciłam przyjaciółkę, wyjechałam sama do innego miasta. Byłam samotna, a zakupy to jednak zajęcie angażujące i dające cel przynajmniej na weekend. A czasem to bardzo dużo.

Sprawdź aktualne rankingi
ostatnia aktualizacja:


Najlepsze lokaty bankowesprawdź
Najlepsze konta osobiste za 0 zł
Promocje bankowe do 900 zł premii
Najtańsze kredyty hipoteczne 10 banków

Sprawdź

Kupno mieszkania i kolejne długi

Znów zaczęłam więcej zarabiać. 5000 zł netto, obecnie nawet trochę więcej. Postanowiłam, że kupię mieszkanie. W momencie zakupu nie miałam nawet złotówki na koncie a nawet minus 13000 tych złotówek, żeby być precyzyjnym. Jednakże ja – EKSPERTKA w kombinowaniu – tak kręciłam, że wykombinowałam.

Bezproblemowo kupiłam mieszkanie 40m2 z garażem podziemnym w centrum Poznania, wpłacając w gotówce 20% jego wartości (prawie 60000 PLN!). Mój plan, jak to zrobić, był tak misternie uknuty… Geniusz się tam przejawiał 🙂 I wszystko zadziałało! Trochę pożyczyłam od brata, trochę od ojca, trochę sfinansowałam samym kredytem hipotecznym, trochę gotówkowym, trochę zarobiłam, trochę przyoszczędziłam… Serio, plan był bezbłędny.

Co najciekawsze, kredyt dostałam na bardzo dobrych warunkach (marża 1,73 była wtedy najlepszą propozycją na rynku) a moją zdolność wyceniono na ponad pół miliona (na 25 lat).

Dziś mam:

  • 279000 zł (-5000 zł, które już spłaciłam) na 25 lat; rata 1410 zł, 60 zł ubezpieczenia.
  • 40000 zł (-7000 zł, które już spłaciłam) na 4 lata; rata 914 zł (kredyt ten pomógł mi sfinansować zakup mieszkania).
  • 13000 zł na 3 lata; rata w okolicy 400zł (kredyt na finalną spłatę i zamknięcie kart kredytowych).
  • 5000 zł – nieoficjalny kredyt u ojca; spłacam po 200 zł miesięcznie.
  • Wciąż mam limit na koncie 4000 zł, ale zamierzam go zamknąć w pieruny w najbliższym czasie 🙂
Więcej materiałów, które pomogą Ci w walce z długami, znajdziesz w cyklu
Jak pozbyć się długów?:

Jestem finansową szczęściarą

Nie uważam, że świadomie stałam się dłużnikiem. W tamtej chwili wszystko wydawało się takie nieuniknione, a ja nie wiedziałam, jak poprawić swoją sytuację. Mój tyłek ratował jedynie fakt, że zarabiałam i moje zarobki rosły. Zawsze też spłacałam wszystkie zobowiązania, mam więc doskonałą historię kredytową. Umowa o pracę też robi swoje. Brak zobowiązań, dzieci również.

Jestem więc finansową szczęściarą. Póki co obronną ręką wychodzę z długów. Teraz odkładam nawet ponad 1000 zł miesięcznie. Buduje więc poduszkę finansową.

Dziś ok. 60% mojego wynagrodzenia idzie na spłatę zobowiązań. Sama jestem rozrzutna, więc resztę do niedawna wydawałam.

Szczęścia nie da się kupić za pieniądze

Moja teoria, która na forach finansowych nie została jeszcze omówiona, to poszukiwanie szczęścia w życiu. Takiego przyziemnego. Akceptacji, ciepła. Brak nam tak ludzkich rzeczy, no ale mamy te pieniądze. Więc kupujemy i liczymy na cud. Ja wiem to, bo za mną ponad 2 lata terapii psychologicznej – dopiero teraz wychodzę na prostą. Ale wiele osób rekompensuje sobie wydawaniem pieniędzy poczucie wartości czy akceptację.

Nie pomijajcie tego tematu! Nieszczęście człowieka i brak celu w życiu potrafią zabierać rozum. Wtedy żaden pieniądz, banku czy swój, nie ma znaczenia. Ludzkie historie są różne. Uczcie ludzi, że wydawanie to nie rozwiązanie problemów, że można inaczej.

I – Marcinie – trzymaj za mnie kciuki. Teoretycznie za 3 lata moja sytuacja finansowa będzie już bardzo OK. Spłacę wtedy wszystkie gotówkowe zobowiązania i zostanę “jedynie” z 20 latami hipoteki 🙂 I powiem Ci jeszcze jedną rzecz. Pomimo wszystko nie żałuję kupna mieszkania. Dla takiej osoby, jak ja, własny dom to czasem wszystko, co się ma. I te pieniądze nie mają takiego wielkiego znaczenia.

Pozdrawiam,
Iwona

Co odnalazłeś w historii Iwony?

Ta historia może być historią wielu z Was, którzy borykają się z problemem kredytów. Nie jesteście jedyni, choć często może Wam się wydawać, że tak właśnie jest. A jeśli sami nie jesteście zadłużeni, być może wokół Was znajdują się ludzie tacy, jak Iwona. Osoby potrzebujące pomocy. Wasi przyjaciele, sąsiedzi, koledzy z pracy.

Wcale nie potrzebują pomocy finansowej. Być może potrzebują uwagi, akceptacji, zapewnienia, że są dla nas ważni. Czasami drobny gest jest warty więcej niż kilkadziesiąt tysięcy złotych. Naprawdę jest bezcenny – bo często to właśnie od niego zaczyna się zmiana myślenia.

Przyglądaliście się kiedyś temu, co naprawdę stoi za Waszą potrzebą wydawania pieniędzy? I czy zakupione produkty faktycznie pomogły ją zaspokoić? A może tylko wywołały w Was poczucie frustracji, bo okazało się, że to ciągle nie to?…

A jakie są Twoje przemyślenia? Może mógłbyś coś podpowiedzieć Iwonie? Czekamy na Twój komentarz.

Może Cię zainteresować