Szczęścia nie da się kupić za pieniądze? Poznaj historię Iwony

45

Długi konsumenckie wywołują we mnie szereg negatywnych emocji. Nie cierpię ich, złoszczą mnie i od wielu lat zajadle walczę ze ściemą, że pomagają nam one w realizacji marzeń. No właśnie: realizacja marzeń. Każdy z nas jakieś ma. Mniejsze lub większe, błahe i bardzo ważne.Takie, które można zrealizować od razu i takie, które muszą trochę poczekać. Jedno jest pewne – marzenia sprawiają, że nasze życie jest lepsze. Bez wątpienia w realizacji wielu marzeń bardzo pomagają pieniądze. No chyba, że są to pieniądze z kredytu konsumenckiego…

Za każdym zaciągniętym długiem nie stoją wcale rzeczy, ale nasze pragnienia. Nie stoją za nim nowe, drogie ubrania, ale potrzeba bycia zauważonym i docenionym. Nie stoją za nim ekskluzywne wakacje, ale potrzeba oderwania się, choć na chwilę, od problemów codzienności. Nie stoi za nim samochód prosto z salonu, ale potrzeba podniesienia prestiżu swojego życia, być może chęć dowartościowania się. Każdy dług to osobna historia – zwykle dramatyczna, skomplikowana i smutna. Tym bardziej doceniam, że chcecie się nimi ze mną dzielić. Dzisiaj mam dla Was opowieść, która trafia w samo sedno problemu długów. Dzięki zgodzie Iwony na upublicznienie wiadomości możemy wyciągnąć tę kwestię na światło dzienne. To bardzo ważne.

Oto list od Iwony

Witaj Marcinie. Pomyślałam, że opowiem Ci, jak ja wpadłam w długi i dlaczego to się stało. A może to właśnie jest aspekt, który pogrążył mnie – często pomijany w analizach.

Mam raptem 30 lat, wyższe wykształcenie, własny samochód i pożyczone na 25 lat od banku mieszkanie 🙂 Zarabiam 5500 zł netto, mam 800 zł zysku z wynajmu jednego z pokoi w moim mieszkaniu plus potrafię dorobić sobie po 500-2000 zł miesięcznie na pracach nieopodatkowanych, zupełnie dodatkowych. Jestem zaradna, inteligentna, mam dobrą pracę, gdzie ceni się moją osobę. Mam dobre rokowania na przyszłość.

Co wyniosłam z domu rodzinnego?

Pochodzę jednak z rodziny, gdzie nie zawsze było wesoło. W domu była przemoc, krótko mówiąc – patologia. Jeśli ktoś mnie wychowywał, to tylko ojciec. Ojciec, który wierzył – i do dziś wierzy – że pieniędzy jest zawsze mało i że bez kredytu się nie da. Wychowywałam się w strachu finansowym. Nigdy nie było mnie na wiele stać. Koleżanki miały markowe buty, ja takie z targu. Sytuacja w domu sprawiała, że czułam się wyrzutkiem.

Zaczęło się od karty kredytowej

Pierwszej karty kredytowej na 2000 zł dorobiłam się na studiach. Mój ojciec chciał mi pomóc zdobyć pracę, kupił mi więc Renault Clio. Własne auto – to było coś więcej niż marzenia. Musiałam je jednak utrzymać i opłacać przez 2 lata ratę za instalację gazową, 160 zł. Dorabiałam, by móc to zrobić, obniżyłam swój poziom życia znacznie, by to auto utrzymać.

Nie starczyło mi na opony zimowe. To był mój pierwszy duży zakup na kredyt. Za to zdobyłam kiepsko płatny staż, ale w zawodzie. Dojeżdżałam 50 km w jedną stronę do pracy i z powrotem. Opłaciło się. Dostałam po roku pracę jako pracownik biurowy.

Pierwszy kredyt na 5000 zł wzięłam, by pomóc ojcu. Po rozwodzie został z pustym 200 m2 domem, który miał ze spadku. Do kredytu bank wcisnął mi kartę kredytową 6000 zł. Długo z niej nie korzystałam. Miałam przecież jeszcze tę na 2000 zł. Zarabiałam wtedy ok. 2300 zł. Po drodze dorobiłam się też limitu na koncie na 4000 zł.

Kredyt spłaciłam przed terminem. Ale na kartach kredytowych regularnie schodziłam w dół. Za to moje zarobki w międzyczasie się podwoiły – wtedy zaczęłam zarabiać 4500 zł netto.

Szukałam produktu, który naprawi moje życie

Od tego momentu zaczęłam wykorzystywać limity zadłużenia. Udało mi się desperacko przeklikać zwiększenie limitu kredytowego z 6000 zł na 7000 zł. Długi wzrosły do ok. 13000 zł. Dlaczego? Kupowałam rzeczy emocjonalnie. Szukałam produktu, który naprawi moje życie. Nic nie pomagało, ale ja kupowałam dalej. Nie znałam czegoś innego. Byłam pogrążona trochę w depresji, trochę w rozpaczy. Moje życie prywatne się nie układało. Straciłam przyjaciółkę, wyjechałam sama do innego miasta. Byłam samotna, a zakupy to jednak zajęcie angażujące i dające cel przynajmniej na weekend. A czasem to bardzo dużo.

Kupno mieszkania i kolejne długi

Znów zaczęłam więcej zarabiać. 5000 zł netto, obecnie nawet trochę więcej. Postanowiłam, że kupię mieszkanie. W momencie zakupu nie miałam nawet złotówki na koncie a nawet minus 13000 tych złotówek, żeby być precyzyjnym. Jednakże ja – EKSPERTKA w kombinowaniu – tak kręciłam, że wykombinowałam.

Bezproblemowo kupiłam mieszkanie 40m2 z garażem podziemnym w centrum Poznania, wpłacając w gotówce 20% jego wartości (prawie 60000 PLN!). Mój plan, jak to zrobić, był tak misternie uknuty… Geniusz się tam przejawiał 🙂 I wszystko zadziałało! Trochę pożyczyłam od brata, trochę od ojca, trochę sfinansowałam samym kredytem hipotecznym, trochę gotówkowym, trochę zarobiłam, trochę przyoszczędziłam… Serio, plan był bezbłędny.

Co najciekawsze, kredyt dostałam na bardzo dobrych warunkach (marża 1,73 była wtedy najlepszą propozycją na rynku) a moją zdolność wyceniono na ponad pół miliona (na 25 lat).

Dziś mam:

  • 279000 zł (-5000 zł, które już spłaciłam) na 25 lat; rata 1410 zł, 60 zł ubezpieczenia.
  • 40000 zł (-7000 zł, które już spłaciłam) na 4 lata; rata 914 zł (kredyt ten pomógł mi sfinansować zakup mieszkania).
  • 13000 zł na 3 lata; rata w okolicy 400zł (kredyt na finalną spłatę i zamknięcie kart kredytowych).
  • 5000 zł – nieoficjalny kredyt u ojca; spłacam po 200 zł miesięcznie.
  • Wciąż mam limit na koncie 4000 zł, ale zamierzam go zamknąć w pieruny w najbliższym czasie 🙂
Więcej materiałów, które pomogą Ci w walce z długami, znajdziesz w cyklu
Jak pozbyć się długów?:

Jestem finansową szczęściarą

Nie uważam, że świadomie stałam się dłużnikiem. W tamtej chwili wszystko wydawało się takie nieuniknione, a ja nie wiedziałam, jak poprawić swoją sytuację. Mój tyłek ratował jedynie fakt, że zarabiałam i moje zarobki rosły. Zawsze też spłacałam wszystkie zobowiązania, mam więc doskonałą historię kredytową. Umowa o pracę też robi swoje. Brak zobowiązań, dzieci również.

Jestem więc finansową szczęściarą. Póki co obronną ręką wychodzę z długów. Teraz odkładam nawet ponad 1000 zł miesięcznie. Buduje więc poduszkę finansową.

Dziś ok. 60% mojego wynagrodzenia idzie na spłatę zobowiązań. Sama jestem rozrzutna, więc resztę do niedawna wydawałam.

Szczęścia nie da się kupić za pieniądze

Moja teoria, która na forach finansowych nie została jeszcze omówiona, to poszukiwanie szczęścia w życiu. Takiego przyziemnego. Akceptacji, ciepła. Brak nam tak ludzkich rzeczy, no ale mamy te pieniądze. Więc kupujemy i liczymy na cud. Ja wiem to, bo za mną ponad 2 lata terapii psychologicznej – dopiero teraz wychodzę na prostą. Ale wiele osób rekompensuje sobie wydawaniem pieniędzy poczucie wartości czy akceptację.

Nie pomijajcie tego tematu! Nieszczęście człowieka i brak celu w życiu potrafią zabierać rozum. Wtedy żaden pieniądz, banku czy swój, nie ma znaczenia. Ludzkie historie są różne. Uczcie ludzi, że wydawanie to nie rozwiązanie problemów, że można inaczej.

I – Marcinie – trzymaj za mnie kciuki. Teoretycznie za 3 lata moja sytuacja finansowa będzie już bardzo OK. Spłacę wtedy wszystkie gotówkowe zobowiązania i zostanę “jedynie” z 20 latami hipoteki 🙂 I powiem Ci jeszcze jedną rzecz. Pomimo wszystko nie żałuję kupna mieszkania. Dla takiej osoby, jak ja, własny dom to czasem wszystko, co się ma. I te pieniądze nie mają takiego wielkiego znaczenia.

Pozdrawiam,
Iwona

Co odnalazłeś w historii Iwony?

Ta historia może być historią wielu z Was, którzy borykają się z problemem kredytów. Nie jesteście jedyni, choć często może Wam się wydawać, że tak właśnie jest. A jeśli sami nie jesteście zadłużeni, być może wokół Was znajdują się ludzie tacy, jak Iwona. Osoby potrzebujące pomocy. Wasi przyjaciele, sąsiedzi, koledzy z pracy.

Wcale nie potrzebują pomocy finansowej. Być może potrzebują uwagi, akceptacji, zapewnienia, że są dla nas ważni. Czasami drobny gest jest warty więcej niż kilkadziesiąt tysięcy złotych. Naprawdę jest bezcenny – bo często to właśnie od niego zaczyna się zmiana myślenia.

Przyglądaliście się kiedyś temu, co naprawdę stoi za Waszą potrzebą wydawania pieniędzy? I czy zakupione produkty faktycznie pomogły ją zaspokoić? A może tylko wywołały w Was poczucie frustracji, bo okazało się, że to ciągle nie to?…

A jakie są Twoje przemyślenia? Może mógłbyś coś podpowiedzieć Iwonie? Czekamy na Twój komentarz.

Może Cię zainteresować

PODOBAJĄ CI SIĘ ARTYKUŁY NA BLOGU?

Dołącz do ponad 9 528  osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Tak, chcę dołączyć!

Komentarze45 komentarzy

  1. Iwonko droga. Trzymaj się swoich postanowień. Jestem po takiej przeprawie, całkiem podobnej. Powiem Ci ze warto! Niesamowite jest uczucie jak się jest po spłacie, a potem się powoli buduje poduszkę finansowa. Mi to dało kopa do dalszego działania, i uważam że to mi daje właśnie wiele radości, bo czuję się poprostu niezależny.

  2. Trochę smutna historia ale można wyciągnąć kilka wniosków.

    1. Do szczęścia nie potrzeba pieniędzy tylko rodziny i miłości.
    2. Może jednak przeceniamy swoją inteligencję jeśli wpadamy w takie długi? Poznaniacy z reguły to bardzo oszczędni są.
    3. Czy jest sens budować poduszkę finansową przy takich kredytach? Nie podałeś oprocentowania ale na pewno jest wyższe niż te na koncie gdzie leżą oszczędności. Ja sugerowałbym spłacać kredyty jak szybciej się da a w rezerwie mieć debet/kartę kredytową. Dopiero jak pozbędziemy się długów niehipotecznych zacząć budować poduszkę od nowa.

    Proponuję:
    a) zmniejszyć koszty
    b) zwiększyć dochody w miarę możliwości i czasu
    c) wszystkie oszczędności ładować w spłaty kredytów
    d) stworzyć plan spłaty i konsekwentnie go wypełniać, wtedy nie w 3 lata ale może w 2 lub szybciej wyzwolisz się z kajdanów długu

    Powodzenia!

    • Hej Łukasz,

      1. No jasne.
      2. Czy najbogatszymi ludźmi są profesorowie?…
      3. Mały fundusz awaryjny (ok. 2-3 tys. PLN) i potem długi – myślę, że Iwona to ma na myśli. Ale pod żadnym pozorem nie karta kredytowa!!! To betonowe koło ratunkowe i gaszenie ognia benzyną. Nie wyjdziesz z długów zadłużając się. “Karta jako poduszka finansowa” to zwykły trick sprzedażowych dla naiwnych.

      • W teorii Łukasz ma trochę racji. Jeśli mamy do dyspozycji 0% kartę kredytową i pożyczkę na duży procent, spłacając pożyczkę zaoszczędzimy na spłacie odsetek, a nagłe wydatki mogłyby być pokryte kartą kredytową o ile nie przekroczą kwoty, która jesteśmy w stanie odłożyć w bezodsetkowym okresie karty.

        Niemniej, jednak to wymaga już pewnej wiedzy i dobrych finansowych nawyków, których osoby w długach lub z nich wychodzące nie mają.

        Dlatego i ile Łukasz ma rację, że jego sposobem można zaoszczędzić kilkaset złotych na odsetkach i być może zadziałałoby w przypadku “opiekuna finansów”, w większości przypadków dużo dużo bezpieczniej jest postępować wg planu Marcina. Keep it simple.

      • Marcin,

        2. Inteligencja nie ma nic wspólnego z edukacją a na pewno nie z tytułem naukowym 😉 Na przykład za http://fortune.com/2016/08/08/billionaires-no-degree::

        “Quite a few billionaires then, join the ranks of Facebook CEO Mark Zuckerberg, who left Harvard during his sophomore year and now claims a $53.5 billion net worth, and Microsoft founder Bill Gates, who also bowed out of the same university in 1975.”

        3. Muszę to przemyśleć. KK byłaby w rezerwie jeśliby coś nieprzewidzianego się stało. Nie proponuję zadłużania! Szanse na jakąś awarię są nikłe, tak samo nikłe będzie skorzystanie z KK. I byłoby to tylko do czasu spłacenia długów.

  3. Jakbym widziała moją koleżankę. Ta sama droga, podobne dzieciństwo i masa długów. Było gorzej. Straciła płynność finansową, nie miała nawet na bieżącą obsługę długów. Wspólnie opracowałyśmy plan ratunkowy, wyszła z tego, ratując się kredytem konsolidacyjnym. Teraz już nawet umie odłożyć co nieco. Za wszystkim stał brak ciepła, miłości. Tak, teraz ma rodzinę 🙂 Fajne są takie historie.

  4. Abstrahując od tego co można wyciągnąć z tej historii, po takich historiach widać ile dobrego dla społeczeństwa może robić taki blog o finansach! Ja od zawsze miałem poczucie tego na co mogę pozwolić w swoim życiu i mimo realizacji wielu pasji, jak ważna jest poduszka finansowa z tyłu. Gratulacje dla Iwony i dużo szczęścia w życiu prywatnym 🙂

  5. Powiem szczerze, że takiego artykułu mi brakowało… Nie chodzi o kwestię kredytu, ale o to, że obok pieniędzy w życiu są ważniejsze sprawy… Pieniądze nie mogą być sensem życia. One mają być jedynie środkiem do zdobywania większych, ważniejszych celów i pewnie tego głównego celu, który każdy sam musi sobie obrać. Wielki plus za poruszenie tej materii…

    • Hej Przemek,
      oczywiście, że nie są najważniejsze.
      Stają się niestety najważniejsze, gdy zaczyna ich brakować.
      I właśnie po to przekazuję wiedzę o finansach – aby ludzie mogli realizować swoje pasje i marzenia, zamiast przejmować się brakiem pieniędzy 😉

  6. Pani Iwono. Ale w czym problem? Pisze Pani sama ze finansowo pochodzi Pani z patologii. Proszę zobaczyć gdzie jest Pani dzisiaj! Czy naprawdę była by Pani tam gdzie teraz jest, gdyby nie czuła Pani pewnego rodzaju pozytywnej presji na rozwój finansowy, że trzeba spłacić? Tak jak Pani pochodzę z finansowego “znikąd”. I uważam że gdybym nie popełnił paru dużych błędów finansowych ale razem w komplecie ze śmiałymi zmianami w statusie mojego życia nie był bym dziś tu gdzie jestem. Też, tak jak Pani, jestem już na etapie gdzie powoli buduję poduszkę finansową, a kredyt hipoteczny jest koniecznością żeby nie mieszkać w norze lub godzinę dojeżdżać do pracy w dużych miastach.
    Proszę mieć więcej satysfakcji z tego gdzie Pani jest i jak pracowita i jednak mądra jest Pani życiowo. Nie doszła by Pani do tych wniosków tak łatwo, gdyby nie przeszła Pani tej drogi. Ja jestem pod ogromnym wrażeniem po przeczytaniu tego wpisu co się udało Pani osiągnąć.
    Proszę też z dystansem większym podchodzić do wszystkich guru finansowych. Proszę pamiętać że podstawowym celem takiego bloga jest zarabianie. I nie ma w tym nic złego. Bo takie blogi są na pewno po bardzo przydatne co do zasady. Trzeba być po postu świadomym że autor tego bloga, jak każdy inny, wykorzystuje proste narzędzia budowania poczucia niewiedzy, poczucia winy itd po to żeby finalnie przekładać to na swoje przychody.
    Nic z Panią nie jest nie tak patrząc na Pani historię. A droga którą Pani przeszła i samoświadomość powinny być tylko wzorem dla innych.

    • “wykorzystuje proste narzędzia budowania poczucia niewiedzy, poczucia winy itd po to żeby finalnie przekładać to na swoje przychody”.
      A żebyś nie był goloslowny, możesz podać przykład? W jaki sposób Marcin buduje nasze poczucie niewiedzy i winy? Co ci ten człowiek uczynił ze go tak szkalujesz??
      A może trollem jesteś?

    • Witaj Krzysztof,
      dziękuję Ci za komentarz i przede wszystkim za słowa otuchy pod adresem Iwony.

      Jednocześnie muszę Ci bardzo serdecznie pogratulować oryginalności.
      Jesteś pierwszą z osób (z blisko 2 mln, które odwiedziły mój blog od dnia premiery), która zarzuca mi “budowanie poczucia niewiedzy i poczucia winy” 😉
      Kiedyś pewnie by mnie to dotknęło. Jednak po latach blogowania wywołuje po prostu uśmiech niedowierzania.
      Doprawdy zdumiewające, jak kręte mogą być ścieżki ludzkiego umysłu…

      Mam nadzieję, że jakoś sobie jednak poradzisz z rosnącą niewiedzą oraz poczuciem winy, narastającym w Tobie pod wpływem lektury.
      Gdyby ciężar był jednak nie do zniesienia – nie męcz się proszę – nie czytaj!!! 🙂

      • Marcin, czemu miało by Cię to dotknąć w ogóle? Napisałem swoje zdanie i tyle. Przecież masz swoje. Jesteś zakładam dorosły. Każdy wyciągnie dla siebie z tego co chce. Osobiście nie sądzę by wpędzanie ludzi w nadmierny stres z powodu tego, że korzystają w życiu z pożyczek czy kredytów było najlepszą drogą. Mam inne podejście. Doceńmy też to co tacy ludzie przechodzą i jaką transformację przechodzą.
        Żeby nie było wątpliwości. Robisz bardzo dużo dobrej roboty – niech to nie umknie w mojej krótkiej i pewnie wyrywkowej i przyznaję lekko niefortunnej wypowiedzi. Ale nie zmienia to faktu, że Twoim celem jest budowanie jednej linii myślenia (do czego masz prawo) i chciałem podzielić się z Panią Iwoną, że są też inne perspektywy. W końcu zachęcasz do komentowania. Można żyć z sukcesem biorąc czasem kredyt, nawet konsumpcyjny.
        Nie było moją intencją nic Ci zarzucać. Jeśli tak to zabrzmiało to nie taki miał być cel i wycofuję to w takim sformułowaniu. Po prostu na pewno nie jestem jednym z 2 milionów kogokolwiek. Mam swoje zdanie na temat finansów i nie uważam, by kredyty były tak złe jak je przedstawiasz tutaj i tyle. Masz monotematyczną linię argumentacji, z którą nie do końca się zgadzam.
        Otwarcie się tym podzieliłem, nie musisz wiec się rewanżować osobistą wycieczką. To jest po prostu inna perspektywa niż Twoja. Wierzę, ze rozwój każdego z nas przebiega przez pracę nad sobą i zmianę złych nawyków etc jak również poprzez akceptację i zadowolenie z tego co osiągnęliśmy.
        Pani Iwonie moim zdaniem należą się przede wszystkim duże słowa uznania za to jak sobie radzi w życiu i uważam, że bez swoich błędów by nie była tam gdzie jest. Finansowo uważam, że czasem kredyty pomagają się ludziom się spinać, przesuwać w rozwoju i docenić wartość pieniądza, docenić jak trudno je spłacić później i czy był ten kredyt i wysiłek tego warty. Sam kupiłem kilka rzeczy na raty konsumpcyjne w życiu i wszystkie one były absolutnie warto obcowania z doświadczeniem wcześniej niż później.
        Bo to jest moim zdaniem clue programu. Odkładanie dla odkładania oceniam negatywnie i znam osoby, którym minęło 20 lat, naodkładały swoje kupki i niewiele w tym życiu widziały czy nabawiły się. Są po prostu doświadczenia, które warto sfinansować nawet kredytem jeśli posuwają nas życiowo dalej. Ale może to też kwestia co rozumiemy przez kredyt konsumpcyjny a co przez inwestycyjny.
        Jak możesz zaakceptować moją optykę to super, jeśli nie to trudno. Edukujmy ludzi, ale nie sądzę byśmy musieli od razu wszystkich nawracać od złych kredytów. Złoty środek leży gdzieś właśnie po środku.

    • Dobrze napisane 🙂 napisal Pan dokladnie to co sama chcialam napisac 🙂 Wiec zostaje mi tylko dolaczyc sie z pozdrowieniami .

  7. Fajny wpis i bardzo ciekawa historia. Wręcz wstrząsnął mną tekst “Nieszczęście człowieka i brak celu w życiu potrafią zabierać rozum. Wtedy żaden pieniądz, banku czy swój, nie ma znaczenia.” To taka dla mnie kwintesencja, że nadrzędne powinny być cele życiowe (i te każdy człowiek może mieć różne), a cele finansowe powinny być drogą ku ich realizacji.
    Iwonie życzę osiągnięcia i celów życiowych i finansowych ! 🙂

  8. Dzień dobry,

    A ja powiedziałabym Iwonie, że może być z siebie dumna. Ma dopiero 30 lat, a naprawdę sprawnie ogarnęła niekorzystną sytuację, z tekstu można się domyśleć, że raczej bez niczyjej pomocy. Nie wyniosła wiedzy finansowej z domu, do wszystkiego musiała dojść sama, sposób w jaki się podniosła i wnioski jakie wyciągnęła właściwie przesądzają, że w przyszłości będzie bardzo dobrze sytuowaną kobietą. Mam kilkanaście lat więcej niż Iwona i pamiętam, że z mężem (na korporacyjnych etatach w Warszawie z bardzo dobrymi pensjami) lata temu też uprawialiśmy głupawkę, którą nazywaliśmy “spending days” czyli gdzieś tak między 1 a 5 każdego miesiąca chodziliśmy po sklepach (w Arkadii znałam każdy kąt), kupowaliśmy “wszystkie niezbędne klamoty” a potem zastanawialiśmy się jak przeżyć do kolejnej pensji i kolejnych “spending days”. Jak dziś o tym myślę to robi mi się słabo od własnej głupoty, ale widocznie trzeba było ją przerobić żeby nabrać rozumu:). Plus tylko taki że wydawaliśmy już zarobione a nie pożyczone. Po kilku miesiącach te zakupione marzenia oddawałam lub wyrzucałam, bo nie mogłam domknąć szaf. Na szczęście było minęło i nigdy nie wróci, bo temat budżetu domowego i planowania finansów w bólach dawno temu wypracowaliśmy i dziś jest git.

    Serdecznie pozdrawiam Iwonę, Ciebie Marcinie i wszystkich Czytelników FBO:)
    Sylwia

    • Dzień dobry Pani Sylwio, “spending days” wywołało u mnie nieopanowany śmiech 🙂 i przywołało wspomnienia.

      Ja jestem z tych zdyscyplinowanych finansowo, ale pamiętam panikę wśród moich koleżanek i kolegów, jak kiedyś dawno temu, gdy byłam w Dublinie, nasz szef zaproponował, żebyśmy zamiast tygodniówek dostawali wypłaty miesięczne.
      Nagle okazało się, że trzeba cały miesiąc zaplanować i przeżyć z wypłaty, a nie czekać na kasę od piątku do piątku, aby pójść na miasto i zrobić “spending day”/ “party weekend” co tydzień. Niektórzy przeżyli szok :).

      Gratulacje dla Pani Iwony- za odwagę podzielenia się swoją historią. Życzę jak najszybciej pozytywnego bilansu.

      Pozdrawiam
      Paulina

    • O matko skąd ja to znam. Wydawanie ogromnych pieniędzy na tylko pozornie potrzebne rzeczy, a potem wyrzuty sumienia, a teraz dokładnie takie samo myślenie, jak Twoje, aż mnie zimne ciarki przechodzą na myśl co wtedy robiłam, jakie pieniądze i na co wydawałam, TRACIŁAM.. Powiem tylko że potrafiłam w miesiącu kupić kosmetyki za 7000 zł lub pościele za 2-3-4 tys. Na szczęście, za swoje. Na szczęście, W porę się opamiętałam i zdążyliśmy nawet odłożyć trochę kasy zamiast, za słuszną karę, wpaść w spiralę długów.

  9. Na jakimś murze przeczytałem kiedyś napis, że “pieniądze szczęścia nie daję… ludziom bez wyobraźni”. Moim nieszczęściem w szczęściu jest to, że to emocje odpowiedzialne są za me długi. O potrzebie miłości, ciepła, docenienia, poczucia własnej wartości, mówi się przy długach raczej rzadko, bo przecież pewne nasze potrzeby, które pieniędzmi próbujemy łatać są niemierzalne, do excela ich nie przełożymy. Iwona też pisze o tym trochę na marginesie, wspomina o terapii, bo przecież to wszystko rozgrywa się na innym poziomie niż konto w banku, portfel, czy hipoteka. Mogę napisać, że od ćwierćwiecza jestem w terapii, bo wtedy trafiłem pierwszy raz do gabinetu psychologa. Jednak po tych wielu latach pracy “z problemami”, z różnymi specjalistami, w różnych nurtach wiem niby więcej o mechanizmach swoich zachowań, wciąż mam nadzieję, że będzie lepiej. Słyszę niekiedy, że mam się wziąć w garść, przestać być leniem, nie użalać się nad sobą, ale nikt przecież nie wie, jak to jest, bo nie siedzi w mojej głowie. Źródła problemów finansowych mogą leżeć w depresji, w manii, w wyuczonej bezradności, w alkoholu, narkotykach, uzależnieniach behawioralnych. Ja mam bordeline. I mam wielki głód miłości, którą próbowałem “zdobywać” pieniędzmi. Z marnym skutkiem dla mojej wartości netto.
    Marcin, warto o tym pisać, o sferze emocjonalnej bogacenia się i bycia zadłużonym, bo ludzkie historie są takie jak historia Iwony i wielu innych ludzi, którzy pragną szczęścia, ale ono im się wymyka.

    • Grzegorz,
      Moim zdaniem błędne jest obarczanie odpowiedzialnością za swoją sytuację kogoś/coś innego.

      Każdy jest kowalem własnego losu. Jasne, niektórym jest łatwiej, innym jest rudniej, ale każdy w jakimś zakresie musi pracować nad sobą.

      Teksty typu “to emocje są odpowiedzialne za moje długi”, “wciąż mam nadzieję, że będzie lepiej” – uważam, za odwracanie się od problemu.
      To Ty jesteś odpowiedzialny za swoje długi! Oczywiście trzeba mieć nadzieję, że będzie lepiej – ale sama nadzieja nie wystarczy – trzeba solidnie się za siebie wziąć.

      Piszę to z perspektywy osoby, która kilka tygodni temu zakończyła potężną wojnę z długami. Wiele elmentów złożyło się na moją sytuację, ale zaczęło się poprawiać dopiero po tym, jak sobie uświadomiłem swoją odpowiedzialność i zabrałem się do pracy. W kilku słowach:
      Trzy lata temu miałem około 100 000 zł długów. Pracę, gdzie zarabiałem ~2000 zł na rękę (przy czym same kredyty pochłaniały 2300 zł….a raczej próbowały pochłaniać)
      Przez mniej niż 3 lata:
      1. Zmieniłem pracę na taką, gdzie zarabiałem 2x więcej (dodatkowo dostałem już dwie podwyżki).
      2. Dwa razy byliśmy z rodziną na skromnych wakacjach.
      3. Dwa razy byłem sam na spływie, dzięki czemu naprawdę podładowałem akumulatory do ciężkiej pracy.
      4. Kilka tygodni temu spłaciłem wszystkie długi i nastała wielka ulga.

      Nie udałoby się to, gdybym szukał przyczyny na zewnątrz. Teraz patrzę z optymizmem w przyszłość. Chwila wytchnienia i nagrodzenie się za osiągnięcia i zabieram się za rozbudowę funduszu bezpieczeństwa. Uczę się na temat inwestycji w nieruchomości, sprawdzam praktycznie różne możliwości kumulowania kapitału (na ten moment minimalnymi kwotami, żeby tylko zdobyć how-to), rozwijam się zawodowo (w dalszym ciągu staram się zwiększać swoje dochody) – wszystko po to, żebym miał gotowy plan inwestycji, jak już fundusz bezpieczeństwa będzie zbudowany.

      • Artur,
        dziękuję za ten komentarz. Nie pisałem go jako odwracanie się od problemu, ale z myślą, że jest wiele czynników, które powodować mogą, że popadamy w problemy, także finansowe. Na przykład istotą mojego problemu jest to, że wędruję pomiędzy różnymi “podbijaczami” emocji. To były toksyczne związki, ryzykowne zachowania seksualne, próby samobójcze, hazard, zakupoholizm, bycie zadłużonym… Kiedyś nie rozumiałem skąd, dlaczego, po co to wszystko, co robię. Owszem obarczałem swoimi problemami i odpowiedzialnością za nie całe dostępne otoczenie. Przez długie lata odkrywałem w kolejnych terapiach kolejne pokłady toksycznych emocji, jakie we mnie były i jakie się ze mnie wylewały. Zatruwałem życie swoje i innych. Od niedawna w sumie mam wrażenie, że w końcu zrozumiałem. W tym zrozumieniu jest właśnie wzięcie odpowiedzialności za siebie, swoje zachowania, długi, decyzje, podejmowane ryzyka.

        To o czym piszesz we własnym doświadczeniu zakończenia potężnej wojny z długami jest inspirujące i pocieszające. Ja potrzebuję takich przykładów. Dziękuję Ci!

        Dość powiedzieć, że moja wojna to spłacone w półtora roku już blisko 40 000 zł długów. Nadal jest ich ponad 160 000, ale nie poddaję się. Walczę. To moja walka. Tylko moja. Na to o czym piszesz w końcówce swojego komentarza też przyjdzie czas. Dlatego choćby czytam ten blog.

        Powodzenia!

  10. Kilka moich refleksji:
    – Pożyczki konsumpcyjne co do zasady nie są złe: zły jest brak planowania domowego budżetu z uwzględnieniem obciążeń z nich wynikających.
    -Sfinansowanie przykładowo wakacji z rodziną jest związane z rezygnacją z konsumpcji w przeszłości (kwota zaoszczędzona pomniejszona o wygenerowanyme zyski ponad inflację) lub w przyszłości (pożyczka plus wygenerowane przez nią koszty).
    -Oczywiste jest, że konsumpcja dziś i teraz ma dla wszystkich nas – nawet Ciebie Marcinie – większą wartość niż ta sama konsumpcja jutro: dzieci wyrosną, zdrowie się pogorszy no i też jutra może nie być w ogóle. Jeżeli ma większą wartość, to jesteśmy pewnie gotowi coś za to zapłacić (koszty kredytu).
    -Prawdziwą konsumpcją w pożyczkach konsumpcyjnych są koszty tejże pożyczki – jeśli się mieszczą w budżecie to taka konsumpcja niczym specjalnym się nie różni od innych pozycji budżetowych.
    -Problemy biorą się z tego, że brak jest w szkołach odpowiedniej edukacji – kto ze świadomych, choć niekoniecznie bogatych, czytelników byłby w stanie zapłacić RRSO w wysokości kilkuset procent?

    • Nie do końca się zgodzę. Rzeczywiście, z jednej strony, czym różni się wydanie przez Autora bloga określonej kwoty, uprzednio zaoszczędzonej z własnych i małżonki zarobków, na podróż z rodziną do RPA, od wydania przez inną rodzinę jakiejś kwoty, pożyczonej z banku, na wakacje np. w Grecji? Skoro taki wyjazd w tym roku ma dla tej rodziny większą wartość od takiego samego wyjazdu w roku przyszłym, to wydaje się normalne, że sięgają po pieniądze “z przyszłości” biorąc kredyt i wyjeżdżają w tym roku, płacąc dodatkowo odsetki. Jednakże, z drugiej strony, pamiętajmy o kwestii ryzyka. Żeby uznać, iż postępowanie tej drugiej, hipotetycznej, rodziny jest racjonalne, należałoby w jakiś sposób oszacować poziom ryzyka utraty dochodów przez członów tej rodziny w ciągu najbliższego roku, jakoś to ryzyko wycenić i uwzględnić jako dodatkowy koszt takiego wyjazdu na kredyt. Ponieważ jest to trudne, większość tego typu osób nie liczy się w ogóle z możliwością utraty dochodów w najbliższym czasie, licząc, że “jakoś to będzie”. I tu przyszłość może bardzo niemile zaskoczyć. Dlatego podejście Autora bloga jest moim zdaniem bardzo rozsądne: najpierw fundusz bezpieczeństwa, potem dopiero wydatki konsumpcyjne, z których da się zrezygnować.

      • Tu się pozwolę zgodzić 🙂 Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia – posiadając stosunkowo stabilną wartość na rynku pracy, mobilność oraz polisę ubezpieczeniową na życie + niezdolność do pracy, aspekty związane z utratą źródła dochodów pominąłem, choć w wielu przypadkach może to prowadzić do problemów. Niemniej podtrzymuję, że dla świadomych konsumentów pożyczka typowa konsumpcyjna również może mieć sens (przy relatywnie niskich jej kosztach) – choć prywatnie podobnie jak Marcin wolę uzbierać i dopiero potem skonsumować.

    • “Pożyczki konsumpcyjne co do zasady nie są złe: zły jest brak planowania domowego budżetu z uwzględnieniem obciążeń z nich wynikających.”

      Jedno z lepszych podejść, z którym w pełni się zgadzam. Pożyczka na np laptopa (czy coś tam innego) oczywiście, że wyjdzie drożej, niż odłożenie pieniędzy na ten cel. Ale jeśli z głową to robimy, kalkulując najzwyczajniej czy nas na to stać, to dlaczego nie?
      Ja mam zasadę, że na konsumpcyjne “rzeczy” mogę płacić max 100zł miesięcznie. I tak też robię. A dodatkowo, szukam tak, by raty były 0%. Oczywiście, można powiedzieć że nie ma rat 0%, ale jeżeli mam zapłacić za komputer 3500zł albo tą samą cenę w ratach…. dlaczego nie? Mam pieniądze by w razie czego spłacić całość, ale po co je ruszać, skoro można miesięcznie?

      • Ale to jednak trochę inna sytuacja od typowej konsumpcji na kredyt. Sama napisałaś: “Mam pieniądze, by w razie czego spłacić całość”.

  11. Fajny artykuł, którego problem poruszyłem w poprzednim poście.
    Największym problemem ludzi zadłużających się jest psychika. Generalnie ludzie zadłużają się, żeby komuś zaimponować/podnieść poczucie własnej wartości, bądź w celu akceptacji ze strony otoczenia. Problem ten dotyczy dobrze zarabiających. Po krótkim opamiętaniu, wzięciu się za siebie i za własne finanse dość szybko wychodzą z długów.
    Większym problemem jest sytuacja bardzo dużej grupy osób w naszym kraju, które mało zarabiają, są wykształcone i pomimo chęci oszczędzania nie są w stanie i czasem potrzebują dodatkowych pieniędzy w kryzysowej sytuacji (choroba, remont, awaria sprzętu). Często pomimo doszkalania się nie są w stanie znaleźć lepiej płatnej pracy ze względu na mniejszą mobilność chociażby, a w sytuacji kryzysowej muszą ratować się kredytem lub pożyczką, której nie będą w stanie spłacić równie łatwo jak osoby zamożne. I tu jest największy problem. Zbyt niskie wynagrodzenie większości społeczeństwa.

  12. Mi ta historia troche przypomniała jedna z moich ulubionych ksiazek Sophie Kinsella “Zakupocholiczka” polecam wszystkim bo mimo, że lekko napisana porusza ten sam problem i m.in dzięki niej zaczęłam mniej kupować

  13. Witaj Iwono,

    Witaj Marcin,

    Wszystko zależy od punktu widzenia. Mnie podobała się ” praca ” z kartami kredytowymi .
    Na wszystko mogłam sobie pozwolić, nie chciałam oglądać fajnych rzeczy przez szybę sklepu.
    Byłam na tyle odpowiedzialna, że nigdy niebezpiecznie nie przekraczałam sumy limitu.
    Dość dobrze zarabialiśmy prowadząc swój biznes.
    Każdą zachciankę / może w końcu nie było ich tak wiele/ spełnialiśmy.
    To nas uszczęśliwiało, czuliśmy się w pełni nasyceni to takie uczucie jak się czujesz po wspaniałym obiedzie i deserze.
    Właściwie posiadanie kart bardzo nas uszczęśliwiło.
    Nie bylibyśmy zadowoleni, gdyby trzeba było czekać na spełnienie marzenia.
    Mamy po 65 lat w naszym przypadku nie opłaca się czekać. Fajny bagaż wspomnień zgromadziliśmy w swoim Banku Wspomnień między innymi dzięki kartom kredytowym.
    Jeśli czujesz się odpowiedzialny za to co robisz to nie przekroczysz bariery za którą robi się niebezpiecznie
    Marcin przypadkowo trafiłam na Twój blog i Twoje słowa oraz rady jednak walnęły mnie ” obuchem ” w głowę.
    Zaczęłam myśleć czy nie za dużo tych przyjemności, czy teraz nie skupić się na oszczędzaniu. Przecież , gdy staniemy się zaawansowanymi wiekowo ludzmi / mamy po 65 lat,chociaż nie uważamy się nadal za starych ludzi/ będą potrzebne pieniądze na zdrowie lub wydatki związane z opieką.
    Dlatego Marcin dziękuję, Twój blog bardzo mi pomógł.
    Ale nadal wszystkim radzę korzystać z życia, ale nie róbcie tego na pokaz dla prestiżu.
    Jeśli masz trochę rozsądku i jesteś realistą to nie dopuścisz do finansowej katastrofy.
    Iwona jest mądrą kobietą, ale zapomina , że życie jest pełne nieszczęśliwych wydarzeń i może się zdarzyć , że wtedy samej trudno będzie podołać finansowym wyzwaniom.
    Dziwię się ludziom jak mogą obciążać się kredytami hipotecznymi na 20- 30 lat.
    I żeby te mieszkania były coś warte? 40-50 m za 400-500 tys? Te mieszkania za lat kilka już nic nie będą warte. Mieszkania , które kupujecie jakością przypominają mi chińskie buty.
    To bardzo nierozsądne pakować się w takie badziewie i spłacać prze 1/2 swojego życia. To dla mnie żaden prestiż, to po prostu katastrofa.
    Pozdrawiam Was serdecznie,
    Bożena

    • Bardzo ciekawa pierwsza część komentarza. W szczególności bardzo spodobało mi się określenie Bank Wspomnień 🙂

      Natomiast nie zgadzam się z opinią dotyczącą kredytów hipotecznych. Kredyty hipoteczne jest to jedynie sposób finansowania zakupu nieruchomości – stosunkowo tani. Dodatkowo jego efektywny koszt jest zmniejszany przez inflację (wzrost wartości nieruchomości), abstrahując od zawirowań na rynku nieruchomości, które mogą wybić cenę ostro w górę [przykład Niemcy ostatnie lata]) jak i w dół [Hiszpania].

      Koszty kredytu (odsetki) są odpowiednikiem czynszu, spłata raty kapitałowej stanowi natomiast budowania naszych oszczędności (majątku). Osobiście nie widzę nic złego we wzięciu kredytu nawet na 100 lat (wówczas rata kredytowa byłaby prawie w całości odsetkowa, tak samo jak nie widzę nic złego w najmowaniu mieszkania przez całe życie – wszystkie drogi mogą równie dobrze prowadzić do napełniania Banku Wspomnień dobrymi wspomnieniani poprzez dobrą konsumpcję.

      Odnośnie przepłacania to jest to to stwierdzenie bardzo subiektywne. Jeżeli uważasz, że ceny nieruchomości są obecnie wygórowane, nic nie stoi na przeszkodzie zrobić coś w stylu sale and lease back Twojej nieruchomości.

      • Cześć Maciek,
        Właśnie tak robię jak piszesz w ostatnim zdaniu.
        Część swojej nieruchomości / domu/ wynajmujemy.
        Miałam na myśli budownictwo deweloperskie te z najniższej półki.
        Odwiedziliśmy w Warszawie, gdzie mieszkamy kilka takich mieszkań w cenie do 400 tys. zł
        W takich mieszkaniach gdzie ściany są cienkie , trzeba zachowywać się jak w szpitalu cicho i na palcach. Długie korytarze jak w hotelach. Okna wychodzące na jedną stronę, wszystko: łazienka aneks kuchenny / śmiechu warte te aneksy/ i ” salon ” w jednym długim pomieszczeniu?
        Czy ludzie kupujący takie mieszkania za tak wysoką cenę nie widzą tych mankamentów?
        Czy nie lepiej kupić działkę pod miastem i wybudować sobie skromny domek ?
        Myślę , że ludzie przejrzą na oczy i nie zechcą kupować tak niefunkcjonalnych mieszkań a dla tych co zadłużyli się kredytem hipotecznym na 20-30 lat takie mieszkanie może być w przyszłości zmartwieniem.
        Pozdrawiam, Bożena

    • Co do Banku Wspomnień, to już niejednokrotnie stwierdziłem, że moja pamięć bardzo selektywnie traktuje to, co przeżyłem. Czasami, kiedy przeglądam zdjęcia sprzed lat, albo czytam pamiętniki, to dziwię się, że to miało miejsce. Być może to ratuje mnie przed totalnym pochłonięciem przez negatywne zdarzenia w życiu, ale taki filtr (dla mnie osobiście) nakłada się także na te pozytywne sprawy. Dlatego nie mam szczególnego parcia na gromadzenie wspomnień.

    • “Mieszkania , które kupujecie jakością przypominają mi chińskie buty.”
      Skąd to wiesz, gdzie mieszkasz, i dlaczego generalizujesz?

      “To bardzo nierozsądne pakować się w takie badziewie i spłacać prze 1/2 swojego życia. To dla mnie żaden prestiż, to po prostu katastrofa”
      To bardzo niegrzeczne pisać jak leci wszystkim, którzy czytają Twój komentarz, że ich domy to badziewie – skąd to wiesz? A w ogóle dlaczego piszesz, że 40-50 metrowe mieszkanie to prestiż?

      “I żeby te mieszkania były coś warte? 40-50 m za 400-500 tys? Te mieszkania za lat kilka już nic nie będą warte”.
      Większej bzdury dawno nie czytałam. 15 lat temu kupiłam mieszkanie, które teraz jest warte dokładnie 100% więcej. Dokładnie. Na razie generuje znakomite dochody z najmu (10,5% rocznie netto w stosunku do ceny, za które je kupiłam – a póki co nie włożyłam w nie nawet 100 zł. Kiedy ten czas przyjdzie, przejdę na podatek na zasadach ogólnych i odliczę poniesione koszty od dochodu co znacznie zmniejszy podatek.

      “To nas uszczęśliwiało, czuliśmy się w pełni nasyceni to takie uczucie jak się czujesz po wspaniałym obiedzie i deserze. Właściwie posiadanie kart bardzo nas uszczęśliwiło.”

      Bardzo dziwne zdanie – nigdy takiego nie przeczytałam / usłyszałam. Mam karty i z nich korzystam, ale uszczęśliwiają mnie wakacje za zarobioną / oszczędzoną gotówkę a nie za kredyt w karcie. Piszesz, że dobrze zarabialiście – po co zatem były Wam karty? Nie byliście w stani spełniać, jak to określiłaś, “nielicznych zachcianek” za zarobione pieniądze?

      Przepraszam, że tak pytam, ale Twoja wypowiedź jest dziwna i niespójna.
      Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia.

  14. A mi się liczby nie spinają… Wychodzi na to, że Pani Iwonie więcej krzywdy wyrządził kredyt hipoteczny i zakup mieszkania niż te niewielkie kredyty konsumpcyjne.
    20% mieszkania to “prawie 60k” – czyli cena mieszkania to było ok 300k – 7.5k za metr, trochę drogo jak na Poznań, ale ok, pewnie centrum miasta, wyższy standard itp.
    Ale zadłużenie wzięte na to mieszkanie to już 279+40+5(lub więcej, pozyczka od rodziny) = min 324k, pewnie trochę więcej bo Pani Iwona pisze, że miała jeszcze trochę swoich pieniędzy i pożyczyła od brata. Strasznie duże te koszty transakcyjne wychodzą…

    • Cześć,

      moim zdaniem wszystko się zgadza. Ktoś kto ma -13,000 na koncie nie ma kasy na wykończenie. Wrzuca więc koszty wykończenia w kredyt. Oznacza to, że wzrasta kwota kredytu – ale nie zawsze wkładu własnego, bo tutaj różnie banki do tego podchodzą (świetny przykład to Mbank Hipoteczny).

      Liczycie też źle wartość mieszkania – Iwona napisała, że ma garaż podziemny. Pewnie komórkę lokatorską również. Te w centrum kosztują bardzo dużo a na bank wliczone są w kredyt hipoteczny.

      Każdy kto kupował mieszkanie wie, że przy tej transakcji trzeba mieć nawet 10 000zł na różne opłaty – od notariuszy, po wyceny banków aż do prowizji za udzielenie kredytu. To też są pieniądze, które Iwona jakoś musiała mieć.

      Co najważniejsze – uważam, że nie skupiacie się na właściwych aspektach tej historii. Zamiast podliczać Iwonę pod kątem ile za 1m2 jej mieszkania wyszło – nie mając najmniejszego pojęcia o jakie mieszkanie chodzi – przeczytajcie tą historię ze zrozumieniem.

      Iwona to osoba, która w życiu zmaga się z licznymi przeciwnościami. Nie miała łatwo jako dziecko. Popełniła mnóstwo błędów jako osoba dorosła. Wpadła w długi być może działając w sumie w dobrej wierze – pomoc ojcu, opony do samochodu. Dopiero później niekontrolowane wydawanie pieniędzy. Ale nauczyła sobie z nimi radzić. I to jej trzeba przyznać – wychodzi ze swoich błędów obronną ręką.

      Nawet mając długi spełniła swoje marzenie o własnym mieszkaniu. Pomyślcie więc jaką zdolność kredytową musiała mieć, jaką historię w bankach… to też wymaga wysiłku, inteligencji i sprytu.

      Iwona pisze o długach zapewne ku przestrodze innym. I może bardzo dobrze, bo takich jak ona jest mnóstwo. Tylko nie każdy sobie tak jak ona z tym radzi.

    • co to za waluta K. ? Maynard ? tak jak piszą ludzie pieniążki pieniążek ! Pieniążek to był profesor od drzewek w SGGW , 20 koła zł jakbym czytał słuchał gimbazę

  15. Coś tu słabo liczysz
    Zakładając że 279 tys to 80% to 100% wyjdzie prawie 349 tys = 70 tys wpłaty

    Drogie mieszkanie, bardzo ciekawa historia

    Dla mnie sytuacja w cale nie jest najgorsza – spore długi ale i ładne zarobki + możliwość dorobienia wskazują że za 2 lata sytuacja może wyglądać już całkiem inaczej

    Ja bym odłożył 2-3 tys na fundusz awaryjny i metodol kuli śnieżnej pozbył się długów

    Najważniejsze wg mnie w życiu to balans i równowaga

    • @Armi: Cytat z artykułu: “Bezproblemowo kupiłam mieszkanie 40m2 z garażem podziemnym w centrum Poznania, wpłacając w gotówce 20% jego wartości (prawie 60000 PLN!)” 20% = 60k więc 100%=300. Dlaczego więc reszta kredytu to 279k? Dlaczego środki z innego kredytu zostały zaakceptowane jako wkład własny? Nie mam pojęcia, dlatego właśnie piszę że liczby sie nie spinają.

  16. Według wielu osób jednak będziesz szczęściarą. Nie każdy może się pochwalić tym, że praktycznie w pojedynkę ma mieszkanie na kredyt, a do tego tak dobrze radzi sobie zawodowo. Dla większości z nas twoje zarobki to bardzo dużo, o których można sobie tylko pomarzyć. Też miałem na swoim koncie już wszystkie produkty finansowe banków, od pożyczek i kredytów, przez limity w koncie czy karty kredytowe. Te już mam za sobą, nie ukrywam jednak że w końcu chciałbym mieć to swoje własne mieszkanie, kupione co prawda na kredyt ale swoje, własne i tego Ci póki co Ci zazdroszczę. Ja póki co jestem na etapie zbierania wkładu własnego na nie 😉

  17. Gratuluję Iwonie wyjścia z długów i jednocześnie współczuję lekkomyślności w zadłużaniu się…
    Niestety większość kobiet interesuje się modą, kosmetykami i serialami dostarczającymi im emocji. Stąd częściej od mężczyzn wpadają w finansowe tarapaty. Drogie Panie czas przejrzeć na oczy i zacząć się kształcić w kierunkach ścisłych (matematyka, informatyka, finanse) a nie wyłącznie humanistycznych. Łatwiej nam będzie odnaleźć się we współczesnym świecie.

  18. Cześć Marcin 🙂

    We “Wtorku z finansami ze Szlachetną Paczką” powiedziałeś: “Pojawiają się pieniądze w naszym życiu. Co z nimi zrobić? Ciesz się życiem, mądrze inwestuj, pomagaj innym. Z cieszeniem się życiem myślę, że nikt z Was nie ma najmniejszego problemu”

    I tu się nie zgadzam. Czy rzeczywiście nikt z nas nie ma najmniejszego problemu z zamianą pieniędzy na cieszenie się życiem? A co z kupowaniem 90 calowego telewizora, zamiast 80-calowego, który zapewnia nam jakąś papkę programów telewizyjnych, która nie ma nic wspólnego ze szczęściem? A przecież prosty spacer, który jest za darmo, daje więcej szczęscia (przynajmniej ja tak mam)

    Bardzo jestem ciekawy, jak Ty zamieniasz pieniądze na cieszenie się życiem:) Może uda mi się Ciebie sprowokować do ciekawego wpisu na blogu 😉 Wiem, że w ekonomii jest takie pojęcie jak “użyteczność”. Więc jak to się dzieje, że teraz tak wiele ludzi wydaje tak dużo pieniędzy na rzeczy, które nie są dla nich użyteczne?

Odpowiedz