Z nieba do piekła i z powrotem. Historia Tomka, który pozbył się długów w wysokości 160 tys. zł!

64

Wiecie co najbardziej uwielbiam w mojej pracy? Takie historie jak ta dzisiejsza. W skrzynce email założyłem katalog „dopalacze” i tam archiwizuję maile od czytelników, którzy odnieśli zwycięstwo w walce z długami lub osiągnęli kolejne finansowe cele. Gdy jestem naprawdę zmęczony albo chwilowo brakuje mi weny, zaglądam tam i ładuję baterię. Od czasu do czasu trafia się historia, która daje mi prawdziwego kopa. Tak właśnie było tym razem.

Nie ważne ile zarabiasz, ważne, ile Ci zostaje. Długi bezlitośnie drenują kieszenie – nie zadłużaj się na konsumpcję, bo to jest głupie! W finansach osobistych wiedza to raptem 20% sukcesu… – to tylko niektóre hasła, które powtarzam z uporem maniaka.  Wiem dobrze, że są prawdziwe, bo sam je przetestowałem na własnej skórze. Mam jednak czasem wrażenie, że nie udaje mi się z tym przebić przez kakofonię reklam i wszechobecną pochwałę nieokiełznanej konsumpcji na kredyt. A potem pojawia się taki e-mail jak ten od Tomka, i nie mam już żadnych wątpliwości, że jednak warto się z tym przekazem „przebijać” 😉

Ale zobaczcie sami…

Sama wiedza nie wystarczy.

Cześć. Mam na imię Tomek i jeszcze dwa lata temu tonąłem w długach. Przeczytałem wtedy wiele historii o wychodzeniu z długów, więc moja nie wydawała się wyjątkowa. Ot prosty scenariusz: zadłużenie, przebudzenie, zaciśnięcie pasa, kula śniegowa i wreszcie upragniona wolność. Przypadek jak wiele innych. Doszedłem jednak do wniosku, że u mnie ogromne znaczenie miała kwestia psychologiczna. Nie zwracając na nią uwagi, wiele osób nie ma szans uratować swojego życia i wyjść na prostą. Chciałbym im pomóc w tej trudnej walce, dlatego postanowiłem opisać swoją historię i zaproponować Marcinowi jej opublikowanie.

W innych tego typu historiach brakuje mi jednego. Odpowiedzi na pytanie: Co wywołuje nasze „przebudzenie”? Co zmienia nasze podejście do pieniędzy i pozwala przestawić się z zadłużania na oszczędzanie?

Czy to wiedza? Można ją przecież zdobyć z książki Marcina lub bloga. Ale co dzieje się wcześniej? Co powoduje, że po tę wiedzę sięgamy, że w ogóle kupujemy taką książkę? Czy to sięgnięcie dna? Ale przecież gdy schodzimy na minus, do dna jeszcze daleko. Szybko znajdziemy bank, który z uśmiechem na twarzy da nam kolejną konsolidację. To za mało. Co tak naprawdę musi się stać, by zmienić nasz finansowy kurs? Spróbuję Wam na to odpowiedzieć w oparciu o własną historię.

Wszyscy dają mi swoje pieniądze!

Pochodzę z rodziny raczej biednej. Ojciec był alkoholikiem. Matka wyjechała za granicę gdy byłem nastolatkiem zostawiając mnie z nim. Piszę o tym, bo ma to znaczenie, ale o tym później.

Dzieciakiem byłem zdolnym. Skończyłem z niezłymi wynikami dobre studia, złapałem dobrą pracę w korporacji. Nie potrafiłem się tam jednak odnaleźć. Ponieważ przez większość życia dorabiałem różnymi drobnymi usługami informatycznymi dla kolegów i znajomych, postanowiłem rzucić etat i przejść „na swoje”. Nie miałem niestety swoich środków, więc zacząłem od „lekkiego” kredytu – ok. 15 tys. zł. Poszedłem w to na czym się znałem: usługi informatyczne i sklep komputerowy. Temat odpalił.

Zarabiałem nieźle i wydawało mi się, że tak będzie zawsze. Zanim zdążyłem spłacić pierwszy kredyt, zaciągnąłem już kolejny – na zakup auta. No bo przecież wielki przedsiębiorca nie będzie jeździł starym gruchotem! Nie był to duży kredyt – ok. 25 tysięcy złotych. To znaczy – z tamtej perspektywy wydawał się niewielki – obroty firmy sięgały już bowiem 50 tys. zł miesięcznie. Później wpadł kolejny kredyt – na remont mieszkania – przecież nie będę mieszkał w takich warunkach, skoro tak ciężko pracuję! To było kolejne 30 tys. zł. Gdy ponownie zwiększyły się obroty, bank zaproponował mi limit kredytowy w rachunku, z którego przecież nie muszę korzystać. Pewnie, czemu nie? Kupię więcej, sprzedam więcej, zarobię więcej. Prosty rachunek.

Hurtownie ochoczo dawały mi towar na dłuższe terminy płatności – 30 dni to był standard. Nie było sensu zamawiać małych paczek i płacić za wysyłkę jednej rzeczy. Im więcej towaru na półkach, tym więcej sprzedam, tym więcej zarobię. Obroty rosły, więc bank proponował jeszcze większy kredyt w rachunku, hurtownie coraz dłuższe terminy płatności, na półkach w sklepie przybywało towaru. Wszystko się bardzo pięknie nakręcało. Łącznie z listą długów, która systematycznie rosła… No ale przecież jakoś to będzie. Nawet nie myślałem o nadpłacaniu nadwyżkami kredytów – przecież będzie coraz lepiej. Wszystko konsumowałem. Bezwstydnie i bezrefleksyjnie.

Los mówi: sprawdzam!

Przyszedł rok 2009 i kryzys, który w moją branżę uderzył z dużą siłą. Obroty miesięcznie spadły z ok. 150 tys./mc do 40 tys. Zorientowałem się, że do tej pory faktury z miesięcy poprzednich spłacałem obrotami z bieżącego miesiąca. Gdy obroty rosły – działało to super. Gdy obroty spadły – nagle zaczęło brakować pieniędzy na te faktury. Oczywiście obroty nie spadły z miesiąca na miesiąc. One spadały delikatnie. Najpierw miesiąc zapiął się na styk. Później niektóre płatności zacząłem regulować z opóźnieniem. Firma jednak ciągle działała – jakoś to będzie. Gdy spóźnienia zaczęły się wydłużać, dostawcy zaczęli straszyć zablokowaniem sprzedaży. No cóż, mały kredyt na 10 tys. podratuje sytuację. Fakt, chwilowo uratował, ale koszty miesięczne rosły, więc braki były jeszcze większe. Tym schematem działałem długo. Gdy brakowało środków – korzystałem z limitu w rachunku i z kart kredytowych. A gdy tego było mało, brałem kredyt gaszący pożar. To była moja „poduszka finansowa”.

W pewnym momencie moje zadłużenie osiągnęło ok. 100 tys. zł a raty miesięcznie sięgnęły 4000 zł. Co prawda ginęło to trochę w innych kosztach firmy, ale było coraz gorzej. W dodatku miałem świadomość, że nie jestem w stanie spłacić tych kredytów rzucając wszystko i idąc do normalnej pracy. Czułem, że muszę iść w zaparte, że nie ma innej drogi. A wciąż pamiętałem czasy, gdy w firmie zarabiałem naprawdę duże pieniądze, które spokojnie starczałyby na pokrycie takich rat.

Oczywiście była rewizja kosztów, szukanie błędów, analizy. Doprowadzały mnie one do wniosku, że właściwą drogą będzie zainwestowanie w coś nowego, innego, oczywiście za kolejny kredyt. Gdy dany pomysł nie wypalał – pojawiał się kolejny, również związany z nowym kredytem. W ten sposób dotarłem do kwoty zadłużenia ok. 160 tys. zł i rat miesięcznych ok. 6000 zł. Pamiętam, to był grudzień 2010, gdy doszedłem do wniosku, że już po mnie. Że nie dam rady.

Znajomi i rodzina nie wierzyli mi, gdy mówiłem, że nie mam pieniędzy. No jak to, stary, ty? Przecież tak dobrze Ci się powodzi. Tak, w wydawaniu pieniędzy to ja byłem dobry.

Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, rozumiem, że ja nie wydawałem tyle ile zarabiałem. Ja zarabiałem tyle, ile wydawałem. Konsumowałem pieniądze firmy, zadłużałem karty kredytowe, a później próbowałem zarobić na pokrycie tych braków. Czasami się udawało. Czasami nie. Oczywiście gdy zarobiłem więcej – nie miałem problemu z wydaniem nadwyżki. Gdy zarobiłem mniej, próbowałem to nadgonić. Jeśli się nie udawało – pojawiał się kolejny, mały kredycik „ratujący” sytuację.

Najgorsze jest to, że robiłem to wszystko z pełną świadomością. Od dawna prowadzę zapiski finansowe. Sprawdzam, ile mam gotówki, pieniędzy na kontach, należności i zobowiązań firmowych, zadłużeń, towaru w remanencie. Na podstawie tego wyliczam stan finansowy na dany dzień. Nakładam to nawet na wykres, żeby sobie wizualizować sytuację. W tamtym okresie wyglądało to tak:

etapy zadluzania

Jak dzisiaj na to patrzę, to trudno mi w to uwierzyć. Dwa lata równi pochyłej! Tak, jakbym oglądał kogoś zupełnie innego. Jakbym to nie był ja. Brak mi dla siebie samego zrozumienia.

Kredytowe bagno

Straszne jest to, że tak żyje masa ludzi. Ponoć 90% właścicieli Ferrari nie stać na nie. Mam wielu znajomych, którzy zadłużali się, żeby zrobić imprezę! To było u nas niemalże naturalne. Pamiętam najbardziej skrajny przypadek. To było w czasach, gdy na rynkach pojawiały się telefony iPhone. Dało się go „dostać” za 1 zł przy abonamencie na 24 miesiące za 300 zł/mc. Kolega podpisał pięć (!) takich umów. Telefony sprzedał w komisie, a za pieniądze zrobił wystawne urodziny dziewczynie. Ot taki kreatywny kredyt. A wydawałoby się, że to karta kredytowa jest bardzo wysoko oprocentowana. Pięć telefonów, po 2000 zł /sztuka daje 10 000 kredytu. Do spłaty: 24x300x5 = 36 000 zł. I robił to z pełną świadomością. Przecież i tak dzwonię, będzie za darmo, a kilka numerów się przyda. Jak narkoman, który zawsze znajdzie uzasadnienie swojego postępowania.

Oczywiście miał problemy z płaceniem rachunków w wysokości 1500 zł miesięcznie. Pojawiły się ponaglenia, później windykacja. Gdy było już bardzo źle podpisał na nazwisko kolegi kolejne umowy na  kilka numerów, telefony sprzedał, dziurę chwilowo załatał. Teoretycznie miał płacić kolegi rachunki, ale… ponaglenia, windykacja. Wpakował w kłopoty kolegę, który mu głupio zaufał. To tak w temacie innego wpisu Marcina: o pożyczaniu znajomym. Nie wiem, jakie zakończenie miała ta historia, uciekłem z tego środowiska. Na szczęście.

Ale dlaczego ja wydawałem więcej niż zarabiałem? Przecież miałem wszystko pod kontrolą? Wtedy tego jeszcze nie wiedziałem…

Pojawia się diagnoza.

Funkcjonowałem tak do 2013 roku. Nie zadłużałem się może mocniej, ale też nie wychodziłem z długów. Cały czas konsumowałem dużo i pracowałem jak oszalały, żeby wszystko się jakoś spinało. Sytuacja się nie zmieniała, ale przynajmniej nie pogarszała.

Co się stało w 2013? Przez problemy w związku trafiłem do terapeuty. Zdiagnozowano u mnie syndrom DDA – Dorosłe Dziecko Alkoholika. Nie wierzyłem, wyparłem to. Przecież nie było tak źle. Ojciec wcale dużo nie pił. Poza tym, to było dawno, ja już mieszkam gdzie indziej, mnie to nie dotyczy. Ale zacząłem o tym czytać… A później więcej czytać. Masa objawów pasowała. Kompulsywne wydawanie pieniędzy. Skłonność do ryzyka. Niska samoocena podnoszona zakupami drogich rzeczy. Zrozumiałem, dlaczego tak dużo wydawałem.

Pierwsza rzecz to była chęć zaimponowania. Rodzicom, kolegom. Chęć podniesienia poczucia własnej wartości przez kupowanie drogich rzeczy. Druga rzecz: przez swoje dzieciństwo przyzwyczajony byłem do życia „w ekstremie”. Musiało być ciężko, musiało być trudno. Gdy czułem, że walczę, ciężko walczę, czułem się znajomo. W stabilizacji było mi źle, bo nie byłem do niej przyzwyczajony.

Moja terapia trwa po dzień dzisiejszy. To już 3 lata. Średnio 2 razy w miesiącu, 150 zł wizyta, to daje już kwotę ponad 10 tyś złotych. I są to najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu! Nie będę opisywał, co zmieniła w moim życiu prywatnym terapia, skoncentruję się tylko na finansach. Ale całe moje życie zmieniło się tak, jakbym narodził się na nowo.

Zmieniam kurs!

Zmieniło się wszystko. Zacząłem też lepiej rozumieć finanse. Chociaż rozumienie to złe słowo. Ja je zawsze rozumiałem, tylko robiłem coś zupełnie przeciwnego. To bardzo trudne do wyjaśnienia. Wchodziłem w te długi z pełną świadomością ryzyka. Ze świadomością, jak działa procent składany, ze świadomością ile mnie to wszystko kosztuje. Po prostu powoli, w trakcie terapii, zaczynałem zachowywać się racjonalnie, zgodnie z logiką.

Przestałem kupować rzeczy na pokaz i wydawać więcej niż zarabiałem. Zacząłem nadpłacać kredyty. W ciągu roku udało mi się spłacić ok. 10 tyś. Nie było to wiele, ale proces się zaczął. Zmieniło się myślenie. Postrzeganie. A to jest najważniejsze.

Pod koniec roku sprzedałem dom rodzinny i wynająłem mieszkanie. Z jednej strony odciąłem się od emocjonalnej przeszłości – z drugiej – w ten sposób spłaciłem większość kredytów z największą ratą. Pozwoliło mi to zacząć nadpłacać pozostałe kredyty. Na początku 2014 roku wartość towaru w moim sklepie przekraczała wreszcie wartość mojego zadłużenia. Miałem wreszcie świadomość, że gdybym to wszystko sprzedał, to mógłbym pomyśleć o zamknięciu firmy. Mógłbym być wolny… Ale kula śniegowa pędziła dalej. W dalszym ciągu nadpłacałem kredyty i spłaciłem je wszystkie do końca 2014 roku.

Wykres z tego okresu przedstawiam poniżej. Moment dużego skoku to sprzedaż domu. Widać niestety po tym lekkie rozprężenie, spowodowane „rozluźnieniem” pasa po dużym zastrzyku gotówki:

nadplata kredyty

Nowe otwarcie

Pozbycie się długów to było piękne uczucie. Czułem się wolny. Mogłem wszystko. Mogłem iść do normalnej pracy, z bezpieczną pensją. Mogłem wyjechać do pracy za granicę. Nawet mogłem zachorować. Wcześniej moja dłuższa choroba to byłaby katastrofa – kredyty przestałyby się spłacać, a gdyby obroty firmy wyzerowały się, musiałbym spłacać faktury z oszczędności – których oczywiście nie miałem. W tej wolności czułem też, że firma działa. Spłaciła dużą część kredytów, nie było sensu jej zamykać.

Zacząłem w nią inwestować, ale już swoje własne pieniądze.. W ciągu 2015 zbudowałem poduszkę finansową w wysokości ok. 50 tyś złotych i to z dużą lekkością. Cały towar jest mój, zapłacony. Założyłem IKE, mam konto oszczędnościowe, teraz myślę o złocie. Zatrudniam pięć osób, cały czas się rozwijamy, działamy na terenie całego kraju. A co najważniejsze: zyski firmy ciągle rosną.

Zauważyłem coś niesamowitego: procent składany działa też w górę! Da się to już zauważyć na moich najświeższych finansach:

 

3

W tym momencie jeżdżę starym gruchotem – i nie przeszkadza mi to. Nie konsumuję jak głupi, a koledzy mówią, że stałem się sknerą. To też mi nie przeszkadza – to tylko potwierdza, że jestem na dobrej drodze! Dużo podróżuję, uprawiam dużo sportów. Udało mi się zbudować szczęśliwy związek. I jestem kurde szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy i wolny 🙂

Z zadłużenia 160 tyś zł doszedłem w ciągu dwóch lat do dobrze i bezpiecznie prosperującej firmy!

Czego nauczyło mnie to koszmarne doświadczenie? Aby przestać się zadłużać, czasami wiedza to za mało. Trzeba znaleźć prawdziwą odpowiedź na pytanie: dlaczego wydaję więcej niż zarabiam? Trzeba tak prawdziwie, szczerze, w głębi siebie poszukać tej odpowiedzi. Tam, głęboko, trzeba dokonać jakiejś zmiany. Aby tam dotrzeć potrzeba wiele pracy. Często trudnej. Ale da się to zrobić, czego sam jestem najlepszym przykładem.

Życzę Wam z całego serca pozbycia się długów i zbudowania poduszki bezpieczeństwa. To niesamowite uczucie! 🙂 Mam nadzieję, że moja historia choć trochę Wam w tym pomoże.

Pozdrawiam, Tomek.

Więcej materiałów, które pomogą Ci w walce z długami, znajdziesz w zakładce: Jak pozbyć się długów?

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze64 komentarze

  1. Gratulacje Tomku
    Nie znam Cie, ale czuję, że jesteś wspaniałym mądrym człowiekiem 🙂
    Powodzenia w firmie i życiu !

    pozdrawiam
    Magda

  2. Wszystko fajnie, bo miałeś dom który mogles sprzedać. Nie każdy kto ma 150 tys. dług ma tez dom który można sprzedać. Gdzie byłbyś dzis gdyby nie dom po rodzicach?

    • Ulq,

      Cóż, każdą taką historię możesz czytać na dwa sposoby:

      1. Poszukać w niej inspiracji do działania i odnaleźć te rzeczy, które pomogą Ci poprawić własną sytuację (dostrzegasz w historii Tomka coś poza sprzedażą domu?)

      2. Szukać w niej usprawiedliwienia i powodów, dlaczego w Twoim przypadku się nie uda (nie mam domu, nie mam firmy, itp.)

      To drugie podejście jest znacznie bardziej wygodne… ale niczego dla Ciebie nie zmieni. To właśnie jest to nastawienie, o którym pisze Tomek. To ono często decyduje o tym, że jedni podejmują walkę, a inni tkwią w problemie.

      Na dole artykułu podałem link do zakładki z innymi poradami dla osób zadłużonych. Znajdziesz tam również historie innych ludzi, którzy poradzili sobie z długami.
      Tylko, czy zechcesz tam zajrzeć?

      • Mam na mysli to, że zastrzyk gotówki w wysokości powiedzmy połowy mojego zadłużenia pozwala zdecydowanie podnieść się. Oczywiście mozna te kasę skonsumować np. kupując samochód lub wycieczkę. Autor postąpił inaczej. Wykorzystał ją jako zastrzyk gotówki do wyjścia z długów. I to jest pozytywne. Ale dla siebie nic w tym artykule nie widzę. Serio… Moze zbyt wasko patrzę… Moze mam zbyt beznadziejną sytuację… I sama nie wiem czego się spodziewałam po tytule. Może jakiegoś zlotego środka. Wiem, że nie istnieje. Ale ciągle mam nadzieję… Co do długów sa różne: na pierdoly, na przezycie, na walkę o życie…

      • w 100 % zgadzam sie z ulg, tez mi cos wyjsc z dlugow sprzedajac dom rodzinny, warty zapewne wiecej niz 160 tys ….. ZAL ….. co to ma byc tandeta

    • Sprzedaż domu wymaga odwagi. To poważna decyzja. Większość znanych mi osób trzyma się kurczowo nieruchomości rodzinnej, nawet gdy jest zadłużona. Ba, często dom jest pierwotną przyczyną zadłużenia. Ja mam kredyt na mieszkanie. Nieduże, ale w Krakowie to i tak nie za darmo. Chcemy ten kredyt jak najszybciej spłacić, ale chcemy też mieć oszczędności. Będę szukać pomysłów na mądre nadplacanie.

  3. Myślę dokładnie tak jak Magda. Mega pozytywna historia. Życzę ci Tomku szczęścia przede wszystkim w życiu prywatnym, bo z resztą dasz radę

  4. Zgadzam się z ulq. Dom lub w ogóle coś cennego no i druga sprawa to praca przynosząca dochód większy niż miesięczne zadłużenie. bez tego nie byłyby to 2 lata ale 5-10, może nigdy.

    • Moim zdaniem nie zrozumieliście wpisu.
      Co z tego że miał zastrzyk gotówki?
      Liczy się podejście do pieniędzy a nie wiedza o nich czy ilośc posianaje gotówki czy wysokoc dochodów.
      Nie ma takich pieniędzy, których nie da się wydać.
      To że było Tomkowi łatwiej nic nie zmienia.
      Podstawa to zmiana myślenia i energia do dalszej zmiany i walki o wyjście z długów.
      I o tym wg mnie jest wpis

      PS
      Marcin dobrze podsumował to w komentarzu.

      Andrzej.

  5. Marin to jest jeden z najlepszych postów na tym Twoim blogu od jego początku istnienia.

    Mocno budują mnie takie historie, bo są prawdziwe, życiowe, ludzie mają różne problemy, różne sytuacje, a w naszym kraju problem alkoholowy jest niestety olbrzymi. Właśnie czytam o DDA i coś sobie uświadomiłem dzięki Twojemu wpisowi.

    W życiu najważniejsze jest to, żeby się nie poddać i cały czas walczyć. Tak szczerze to dużo historii czytałem ludzi sukcesu i co ich w dużym stopniu łączy?

    To, że swego czasu sięgnęli dna…

    Pozdrawiam Cię Marcin, robisz kawał dobrej roboty! Dajesz nadzieję na lepsze jutro!

    • Serio? Znasz kodów kto w 2 lata z ciężkiej pracy jest w stanie odłożyć 210 000 zl? 160 dlug i 50 poduszka. Gdyby nie kasa ze sprzedaży domu to nie poszloby tak latwo. Myślałam ze znajdę porady dla siebie, ale nie mam domu po rodzicach ani firmy z takimi obrotami, ale mam dlugi i spodziewałam się bardziej normalnej historii.

      • Zamiast narzekać, załóż firmę i sama tyle zarób 😉 Masz długi, ale pewnie nie tak ogromne jak bohater historii – więc kwoty w niej podane mozesz przeskalować do swoich potrzeb i od razu wyda się bardziej zbliżona do realiów, w których żyjesz.

        • Moniko, jeśli znasz branżę, w której mozna tyle zarobić to naprawdę jestem pełna uznania. Gdybym wiedziała jak zarobić na tym co potrafię to pewnie bym już miała firmę.

        • Monika, nie każdy się nadaje do prowadzenia własnej firmy. Również autor historii pisze, że chciał uciec na „bezpieczną” pensję na etacie.
          Osobiście? Na chwilę obecną wiem, że nie dałbym rady mieć własnej działalności, żeby przynosiła ona zyski. Jestem dobry w tym co robię, ale brak mi umiejętności i doświadczenia w pozyskaniu klienta. Wiem to na pewno, bo obecnie jest to część moich obowiązków. Jak więc prowadzić firmę, jeśli nie umie się pozyskać do niej klientów?

          Historia jest imponująca, w dodatku zawiera istotny z dwóch punktów widzenia czynnik: posiadanie czegoś, czego większość ludzi nie sprzeda – domu rodzinnego. W którymś komentarzu było, że bardzo wiele osób nie zrezygnuje z tego, mimo że spokojnie by dali radę w dużo mniejszym, choćby wynajętym lokalu. I z drugiej strony: nie każdy ma taką możliwość.

          Jednak najważniejsze przy długach jest chęć wyjścia z nich. I to w każdej sytuacji. Znam niestety osobę, która raczej nie spłaci swoich długów, bo gdy się wiedzie dobrze to wydaje na bieżąco unikając spłat, gdy źle – zadłuża się dalej…

      • Ja akurat znam kilka osób które w 2 lata odkładają nie tylko te 210tys. zł ale nawet 2-3 krotność tej kwoty, Udaje im się to dzięki własnej ciężkiej pracy (pracują na swój rachunek) oraz dzięki trzymaniu w ryzach swoich wydatków.

      • Ale tu chodzi o znalezienie motywacji to podjecia wojny.
        Nawet jeżeli ma ona trwać 10 lat.
        Bez energii i motywacji wojna nigdy się nie skonczy nawet po 40 latach. NIGDY!!!

        I o tym jest wpis

        Andrzej

  6. Swietna historia!
    Moglbys sprzedac dom i wszystko przejesc ale jednak dalo Ci to niesamowita dzwignie!
    Gratulacje „ogarniecia” sie 🙂

  7. Jak dla mnie brednie… problem alkoholowy stacza wszystkich a tu nie dali rady przepic domku? Historia zmyslona, napisana na pokaz.

    • Mój ojciec też jest alkoholikiem, a nie przepił domu, szok. Jadę mu powiedzieć, że gdzieś popełnił błąd.

    • Roman,

      Zostawiłeś słaby, niemerytoryczny, złośliwy, nic nie wnoszący komentarz.

      Na tym blogu trzymamy fason – jeżeli szukasz dyskusji na poziomie, który zaprezentowałeś – trafiłeś w złe miejsce.

      Pisząc kolejny postaraj się wnieść coś wartościowego do dyskusji, OK? Na pewno dasz radę…

  8. Tomek, gratuluję Tobie sukcesu i przemiany jaką dokonałeś. Najbardziej jednak podziwiam Cię za to, że masz odwagę szczerze mówić o swojej drodze, szczególnie o jej ciemnych meandrach.

    Marcin, świetny pomysł z przytaczaniem „dopalaczy”! Może na bocznym pasku nawigacyjnym przyda się odnośnik do takich motywujących i otwierających oczy historii, by były one wszystkie łatwo i szybko dostępne 🙂 Z niecierpliwością oczekuję kolejnych dawek pozytywnych historii „z życia wziętych”. 🙂

    • Dokładnie, poprosimy o więcej takich historii!

      Ja co prawda nie mam długów i zawsze wolałam mieć oszczędności niż zadłużenia (w swoim życiu miałam tylko jeden kredyt, studencki, i teraz wiem, że nie było to najlepsze rozwiązanie). Ale takie historie przypominają człowiekowi, dlaczego warto oszczędzać, oraz dają kopa do dalszego działania.

    • Posłuchajcie też podcastu ze „Andrzejem” tzn. ze mną 🙂
      Myślę, że też może parę osób zmotywować.

      PS.
      Jetem już prawie 2 lata od popczątku walki z długami i na szczęście idzie całkiem dobrze 🙂
      Nadpłacam teraz kredyt hipoteczny (jedyny obecnie mój kredyt).
      Nie zaciągam też nowych długów.

      Oczywiście ma już poduszką finasową. Zbieram środki na emeryturę, dzieci i inne pomniejsze cele.
      I oczywiście staram się żyć spokojnie i bez szaleństwa ale też bez bycia sknerą. 🙂

      Andrzej

  9. Dziękuję za ciepłe słowa :). Trochę się odsłoniłem i bałem się Waszego odbioru. Mam nadzieję, że moja historia kogoś zainspiruje i pomoże zejść na właściwą drogę.

    Pojawiają się głosy, że gdyby nie sprzedaż domu to nie udałoby mi się. Że dzięki temu miałem łatwiej. Tak to prawda. Przynajmniej to ostatnie. Był to ogromny katalizator, który niesamowicie skrócił czas wychodzenia z długów. Ale sama sprzedaży domu to nie był punkt zwrotny. Ten był dużo wcześniej. I nie były to tabelki i liczby tylko zmiany w emocjonalności. Proszę zauważyć, że początek wychodzenia z długów był wcześniej. Był to proces powolny, ale już się dział.

    Decyzja o sprzedaży domu była najtrudniejszą w moim życiu. Na szczęście byłem już na takim etapie, że nie groziła mi konsumpcja tych pieniędzy. Na to bym sobie nie pozwolił. Kusiło mnie coś innego. Dom dał mi opcje hipoteki. Możliwość skonsolidowania kredytów, jednym, z mniejszą ratą. Oczywiście nie było problemu, żeby konsolidacja była nawet na wyższą kwotę niż kwota całego zadłużenia. Korciło mnie niezmiernie, żeby wyremontować ten dom, na siedzibę swojej firmy, podnieść piętro i zamieszkać na górze. Zamiast płacić za wynajem mieszkania i firmy miałbym ratę i „coś swojego”. To była bardzo trudna decyzja. Wszyscy znajomi i rodzina sugerowali obranie tej drogi. Analizy finansowe sugerowały, że jest to rozsądne. No ale wiązało się z kolejnym zakredytowaniem.

    Stary Ja poszedłby tą drogą. Trudno teraz ocenić gdzie bym teraz był. Każdy z Was może oceniać to po swojemu, swoją miarą. Mi ogromnie pomogły blogi takie jak Marcina. Tu inwestycja w nieruchomość nie była zawsze przedstawiana jako coś super bezpiecznego i zawsze uzasadnionego. Polecam np. wpisy: „Lepiej kupić, czy wynająć mieszkanie”, czy „Czy własne mieszkanie to dobra inwestycja”.
    W końcu decyzja zapadła. Przeciw radom wszystkich bliskich. Rodzina była wręcz oburzona. Poszedłem trochę „pod prąd”, ale nie żałowałem tego nigdy.

    Nauczyłem się też, że decyzje to nie zawsze suche tabelki. Trzeba brać przy nich też czynnik emocjonalny, który jest niezmiernie ważny, a często pomijany. Nawet jeśli remont mieszkania byłby uzasadniony finansowo to co z obciążeniem emocjonalnym? Co ze wspomnieniami związanymi z tym domem? Nie były one zbyt ciepłe, czy dobrze nastrajające. Co z widmem wiszącego kredytu, który byłby jeszcze większy? To rzeczy, których wpływ na moje życie i decyzje jest trudny do skalkulowania.

    Proszę nie traktować mojego listu jako instrukcji jak spłacić duży kredyt. Sytuacja każdego z nas jest inna. Faktycznie nie każdy ma dom, który może sprzedać, czy firmę, którą można próbować podnieść (przypominam, że przynosiła straty a nie zyski). Nie każdy ma też ma takie zadłużenie. U niektórych jest niższe u niektórych może być też wyższe. Chciałem moim listem uzmysłowić Wam, że czynnik emocjonalny jest o wiele ważniejszy niż kalkulacje i liczby. Zmiana musi zajść w głowie, w nastawieniu. Jest to w cholerę trudne, o wiele trudniejsze niż zakasanie rękawów i zabranie się do roboty.

    Pozdrawiam ciepło w te pierwsze wiosenne (ale deszczowe) dni 🙂

    • Tomek… szczere słowa uznania. Gratuluje. Niesamowita budująca historia. Rozumiem dlaczego Marcin ma taki katalog w poczcie 🙂

      P.S A dom …. to po prostu odkup teraz za żywy cash 🙂 i tyle 🙂

    • Bardzo poruszająca historia. Jestem pewna, że jest tak, jak piszesz, Tomku. Gdybyś wcześniej nie podjął pewnych decyzji, nie zajrzał w siebie – jak piszesz – nawet taka sytuacja jak dom, który mogłeś sprzedać, nie pomogłaby Ci. Są ludzie, którzy dostają o wiele większe zastrzyki finansowe i nie korzystają z nich.

  10. Świetna historia. Gratulacje sukcesu i zmiany podejścia. Do osób, które komentują negatywnie: każda sytuacja jest inna, więc nie radzę oceniać. Jedni mają inni nie, każdego droga jest inna, ważne aby wyjść na prostą.

  11. Tomku,

    gratuluję odwagi i chęci zmotywowania innych, żeby nabrali przekonania, że warto zmierzyć się ze swoimi problemami i zmienić swoje życie – zawalczyć o lepsze jutro dla siebie i swoich bliskich.

    Marcinie,

    żyjemy w „ciekawych” czasach i nie jestem pewna, czy folder o nazwie „dopalacze” w skrzynce mailowej to dobry pomysł 😉

    Pozdrawiam,
    Agnieszka

    • Hej Agnieszka,
      No tak, czytałem wczoraj, że w zeszłym roku służby wysłały ponad 250 tys wniosków do Google’a i FB o możliwość inwigilacji (5x więcej niż rok wczesniej).
      Ale chyba nie muszę się martwić – jaki nałóg, takie dopalacze 😉

  12. Mnie takie historie zawsze inspiruja. Wiem, jak ciezko jest odmowic sobie czegokolwiek, dlatego potrafie sobie wyobrazic ile samozaparcia wymaga chec splacenia dlugow. Wszystko jedno jak duzych.

    Tomku, chyle czola. Nie dosc, ze poradziles sobie z finansowa strona problemu, to przede wszystkim uporales sie z demonami przeszlosci i swoimi (niezawinionymi) slabosciami. Zycze Ci sukcesow! I obys nigdy nie zapomnial drogi, ktora przeszedles.

    Pozdrawiam

  13. Tomku! Szczerze gratuluję! Świetna historia, życzę Ci samych sukcesów i trzymam kciuki za rozwój firmy.
    Mam wrażenie, że część negatywnych komentarzy wynika z wielkości kwot, o których piszesz i które widać na wykresie, najpierw duże zadłużenie, potem stosunkowo szybkie wyjście z długów, które wymagało zgromadzenia sporych środków i ostatecznie zgromadziłeś sporą poduszkę bezpieczeństwa. Wykorzystałeś do tego wszystkie możliwości jakie miałeś i super!
    Wszystkie złote środki są już opisane, przez Marcina, a takie historie to potwierdzenie, że one działają.
    Ja też się pod tym podpisuję… 26 tys kredytu gotówkowego spłaconego w pół roku.. teraz pracujemy nad dużą poduszką bezpieczeństwa i wiem, że spokojnie damy radę:)

  14. Mam pewną refleksję. Nie zlinczujcie mnie proszę bo nie chodzi mi o użalanie się czy usprawiedliwianie albo sianie złych emocji. Ale paradoksalnie po kolejnej takiej historii doszedłem do wniosku że długi nie są takie straszne skoro jest to sytuacja którą da się odwrócić w tak krótkim czasie. Wiem że to wszystko kosztowało zdrowie, wiele pracy itd. Ale w analogicznej sytuacji ktoś bez długów ale z przeciętnym etatem nawet i w 5 lat nie wybije się aż tak do góry. Może jest to jakaś metoda żeby więcej ryzykować nawet kosztem zadłużeń, stresów, bo wtedy ratowanie się zadziała szybciej i mocniej? Wygląda na to że łatwiej jest odbić się od dna niż iść jakąś umiarkowaną drogą. Nie, nie mówię że Tomek miał łatwo, nie chcę deprecjonować jego pięknego osiągnięcia – chcę tylko spojrzeć na to od innej strony. Ile razy widzę że ktoś coś miał, potem stracił, potem odbił się z nawiązką to zauważam że ta dynamika jest o wiele korzystniejsza niż u ludzi którzy mieli niewiele, stracili niewiele, wybili się na plus – ale niewiele. Mam nadzieję że odbierzecie mój post zgodnie z moimi intencjami, naprawdę ani nie zazdroszczę ani nie chcę umniejszać Tomkowi czegokolwiek – szczerze gratuluję Tomku 🙂 Paradoksalnie pierwszy raz w życiu spojrzałem na kredyty od korzystnej strony. Zawsze starałem się żyć bezpiecznie, tak żeby w razie porażki nie bać się straty – bo żyjąc w ten sposób niewiele zyskujesz ale i niewiele mozesz przegrać. Bezpieczne lokaty, konto oszczędnościowe i malutki stabilny zysk z tych groszy z etatu wierząc że robiąc swoją prace tak jak należy, do czegoś dojdę jak będę cierpliwy. Może pora przestać się bać kredytów i zmienić nastawienie?

    • Odpowiem Ci przewrotnie, ale musisz mieć odwagę, aby dokonać wyboru.

      Chcę zagrać w grę.

      Jesteś w mrocznym pokoju długu, ciszę przerywa dźwięk przepalającej się lampy. Budzisz się zlany potem. Uruchamiasz jedyne sprawne urządzenie w pomieszczeniu – starego laptopa. Widzisz w nim wszystkie swoje oszczędności, które trafiły na konto/lokatę, do których nie masz dostępu dopóki nie skończysz gry. Widzisz również długi, które spłacasz zawsze 15 dnia miesiąca :
      – kredyt konsumpcyjny na 2 pensje, oprocentowanie 9%, zostały 24 raty
      – kredyt konsumpcyjny na 6 pensji, oprocentowanie 8%, zostało 56 rat
      – debet, 1 pensja 9,5%
      – kartę kredytową obciążoną na 2 pensje, 9,9%, nie ma już grace period
      – długi u rodziny 2 pensje, 0%

      Zasady są proste. Zostałeś bez oszczędności, z długami. Musisz uwolnić się od długów spłacając je na wirtualne konto długu, które właśnie otworzyłeś w swoim banku. Masz do dyspozycji TYLKO to, co masz w portfelu i RORze. Jeśli wykorzystasz jakiekolwiek inne środki, żeby pozbyć się długu, przegrywasz, a ja wygrywam. Jeśli spłacisz długi odzyskasz wolność i dostęp do oszczędności oraz spłacony dług tj 12 krotność pensji + odsetki od długu i oszczędności.

      Oszczędności albo dług. Twój wybór.

    • Tylko zauważ że nie każda taka historia walki z długami kończy się sukcesem. Duża grupa ludzi traci wszystko i musi zaczynać od zera lub często do końca życia nie wyjdzie powyżej zera. Jeśli chcesz tak ryzykować i jesteś pewien że jak sięgniesz dna to się odbijesz to ryzykuj. A nie lepiej podążać zgodnie z planem Marcina? Trzymać się z dala od kredytów, oszczędzać i rozwijać swoje pasje które można przekuć na wyższe dochody? Ja wybrałem tę drugą drogę.

    • Krzysztofie rozumiem Twoje rozumowanie, ale się z nim nie zgadzam. I uważam, że jest bardzo niebezpieczne.

      To tak, jakby specjalnie zarazić się śmiertelną chorobą zakaźną po to, żeby się na nią uodpornić. Może przeżyjesz – będziesz silniejszy. Jeśli przeżyjesz…

      Zaczynałem od branży handlowej. Walczyłem długo, ale gdy skończyły się kredyty przekształciłem firmę w typowo usługową – która nie wymagała dużych finansów. W kilka miesięcy po zmianie zaczęły pojawiać się zyski. Zyski, które latami spłacały wcześniejsze straty. Liczyłem kiedyś ile kosztowały mnie wszystkie kredyty. Tj odsetki, prowizje bankowe, ubezpieczenia itd itp. 120 tyś złotych.

      Wróciłem do punktu zero w 2014 roku, czyli po 7 latach walki. Gdyby nie sprzedaż domu spłacałbym kredyty do ok 2022 roku.

      Absolutnie nie poszedłbym ponownie tą samą drogą. Przez te 7 lat nie zarabiałem ja, tylko banki.

      Oczywiście nauka, jaką z tego wyciągnąłem jest ogromna. Możesz czerpać z mojego doświadczenia, albo sam ponabijać sobie guzów. Ja tak niestety mam ;). Nie słucham innych sam muszę sprawdzić ;). Niestety często to boli 😉

      Gdybym zaczynał jeszcze raz wszedłbym w branżę usługową od razu. Gdybym potrzebował jakichkolwiek pieniędzy zarobiłbym je najpierw. Gdybym nie mógł ich zarobić w kraju – wyemigrowałbym na kilka miesięcy/lat. Ale kredytu już bym nie wziął.

      Oczywiście, żeby wyemigrować trzeba czasami zostawić rodzinę. Trudne, daleko, tęskno itd. Nic nie przychodzi łatwo.

      W trakcie mojej historii, czego tutaj nie pisałem, zniszczyłem kilka swoich związków. Do tej pory nie udało mi się założyć rodziny – w sensie nie mam dzieci. Nie napiszę tutaj o tym, ile mnie to wszystko stresu kosztowało.

      Ale mi się udało. A wielu, na prawdę wielu, się nie udaje. A to, że mi się udało to zasługa i ciężkiej pracy i uporu i szczęścia również.

      Narkomani też czasami wychodzą z nałogu. I alkoholicy. Ale traktowanie tego „jemu się udało to ja też spróbuję, najwyżej pójdę na odwyk” jest bardzo niebezpieczne.

    • A, jeszcze jedno. Moim zdaniem pomieszałeś dwa tematy. Bycie na etacie, czy własna działalność z kredytowaniem się. Jestem absolutnym przeciwnikiem kredytowania się, ale zwolennikiem prowadzenia własnej działalności. Można prowadzić działalność nie biorąc kredytów.

    • Wg mnie warto zmienić nastawienie, niekoniecznie w kwestii kredytów, ale bezpiecznego życia, bo jest to ułuda – etat, wieloletni plan spłaty, bezpieczne lokaty. Zamiast etatu równie dobrze może nastąpić redukcja stanowiska ewentualnie zostanie przyznana renta po jakimś wypadku, wieloletni plan spłaty skończy się po zachorowaniu i konieczności kosztownego leczenia, a bezpieczna lokata cypryzacją oszczędności.

      Jeśli ktoś ma długi, to może je sobie spłacać latami lub poszukać innego rozwiązania. Kiedyś był taki blog zatytułowany „Pierdolone kredyty” – historia walki z kredytami skończyła się po emigracji blogera za granicę.

      Może warto poszukać innych rozwiązań? Jeśli walcząc z długami nauczysz się szybko zarabiać pieniądze, wówczas tej wiedzy i doświadczenia nikt Ci nie zabierze. Dodatkowe zlecenia, zmiana pracy na lepiej płatną, własna firma, emigracja i praca na kontrakcie to niektóre z tych rozwiązań.

      Oczywiście jeśli lubisz bezpieczeństwo (ja lubię) wtedy lepiej zabezpieczyć się na wypadek nieprzewidzianych okoliczności – dodatkowe ubezpieczenie nnw, firma równolegle do etatu, urlop bezpłatny, itd.

      Kiedyś miałem ekstremalne podejście – najpierw pozyskałem zlecenia na boku, później założyłem firmę, jeszcze później praca nocami, w weekendy, w trakcie świąt i urlopów trzymając się kurczowo etatu pomimo dochodów przewyższających te etatowe. Teraz wiem, że nie było warto. Założyć firmę i rzucić etaty powinienem wiele lat wcześniej. Szczególnie po tym jak zobaczyłem kto w tym całym biznesie działa i jakie są dochody w firmach prowadzonych na wariackich papierach, przez osoby, które bałbym się posłać na pocztę żeby list wysłać, bo by po drodze się jeszcze zgubiły.

      Co do kredytów, to jeśli będziesz miał je pod kontrolą i potraktujesz je jako ostre narzędzie, którym zarówno możesz odkroić kawałek tortu, jak i się pokaleczyć, to powinno być OK. Najpierw proponuję zapoznać się z kredytami finansowanymi przez innych tu komentujących, czyli kredytami częściowo finansowanymi z budżetu państwa i UE. Jest to nie tylko MDM, ale są jeszcze kredyty na firmy dofinansowane przez urzędy bezrobocia, przez ARiMR oraz instrumenty finansowe UE (CIP, Cosme, EaSI).

    • Krzysztof, jak ja to widzę ten wyskok do góry był spowodowany głównie terapią i smoogarnieciem się Tomka. Jeżeli od początku podchodziłby do finansów firmy w ten sam sposób co w finale historii to te 160 tys. miałby zainwestowane a nie oddane bankom. Czyli skok finansowy bez spirali długów byłby znacznie ale to znacznie większy. Dlatego wydaje mi się, że to czego szukasz to intratny biznes a nie kredyt 🙂 Dlatego Cię sparafrazuję:
      Może pora przestać się bać własnych przedsięwzięć i zmienić nastawienie?

  15. Popieram Romana,

    Panie Macieju może wypowiedź Pana Romana nie jest konstruktywna ale napisał prawdę pod wpływem emocji.
    Rozumiem że blog jest dla zwykłego śmiertelnika który nie ma mieszkania i nie jest w stanie odłożyć w rok 50 tys.

    To jest opowieść w stylu „…miałem dużo jabłek z czego część zjadłem a resztę mi zabrali jestem teraz taki biedny i będę musiał sprzedać swoją jabłonkę”. Zazwyczaj ludzie nie mają jabłonki.

    Zarówno dla mnie jak i dla (sądząc po komentarzach) sporej części czytelników ta opowieść jest strasznie sztuczna i cukierkowa.

    Wiem że stać Pana na super merytoryczne wpisy.

    Stały czytelnik bez własnego Mi bez długu 🙂
    Pozdrawiam

    • Grzesiek J.

      Mariano,

      To czy historia jest sztuczna czy nie, dla mnie ma mniejsze znaczenie. Jeśli szukasz inspiracji, nawet w niektórych bajkach ją znajdziesz.
      Po co są bajki z morałami? Ano właśnie po to, aby nauczyć ludzi mądrze postępować. A to przecież wyssane z palca historie, nie? 😉
      Nie musisz tego artykułu traktować jako prawdziwej historii (ja uznaję że jest rzeczywista, ale szanuję zdanie innych), żeby „wynieść” z niego coś dla siebie.

      Powyższą opowieść Tomka (któremu gratuluję wyjścia z długów i ogarnięcia się – ogarnąłeś alkoholizm = wygrałeś życie tak naprawdę!) może przydać się nie tylko tym, którzy mają długi i szukają „drogi wyjścia”. To może być też piękne ostrzeżenie dla tych, którzy dobrze zarabiają i uważają, że zadłużanie się i problemy finansowe ich nigdy nie dotkną.

    • Niestety wpis jest na tyle osobisty, że wolę pozostać anonimowy.

      Jeżeli szukasz wskazówek, gdzie można zarobić to ja przez lata zrozumiałem jedno: co byś nie robiła, jeśli robisz to z pasją to zarobisz. Czy będzie to fryzjerstwo, sprzątanie, handel – cokolwiek. Pasja będzie powodowała, że będziesz robiła to dobrze i konsekwentnie.

  16. Niesamowita historia!
    Gratulacje – mega inspiracja i niesamowita dawka energii do dalszej walki!

    Marcin, musisz zrobić osobny kąt dla takich historii 😉

  17. Też mi bohater bo sprzedał dom rodzinny, buuaahahahaah.
    Ja na swój dom zarobiłem własnymi rękoma…..

  18. Taka historia daje kopa do działania a nie siedzenia z założonymi rękami i płakania nad rozlanym mlekiem, nie każdy jednak ma siłę podnieść się z kryzysowej sytuacji.

  19. Straszna a zarazem fantastyczna historia. Dużo w Tomku było wiary i siły, dzięki temu otworzył oczy. Podsyłam do zadłużonych znajomych, może otworzą oczy, że długi to wcale nie koniec świata.

  20. Gratulacje! Chociaż sprzedaż domu rodzinnego musiała być ciężką decyzją. Sam nie wiem czy bym się na to odważył. Pozdrawiam 😉

  21. Radek Jędrowski

    Romantyczna historia 🙂 chyba wszystko już zostało powiedziane. Ja mam pytanie do osób które tak mocno uczepily się sprzedaży domu. Dlaczego Ty nie sprzedasz swojego samochodu? Można dojeżdżać rowerem do pracy. Dlaczego nie sprzedasz dobrego telefonu? Nie jest Ci potrzebny. Dlaczego nie zmienisz swojego miejsca zamieszkania w celu znalezienia lepszej pracy? Dlaczego nie zrobisz kilku innych rzeczy żeby wyjść z gówna w którym siedzisz? To o tym jest ta historia. Autor sprzedał dom, zrezygnował z wygód, zmienił towarzystwo, poszedł na terapie i jeszcze pewnie wiele innych rzeczy. Zastanów się ile Ty jesteś w stanie zrobić. Pozdrawiam

  22. Bardzo ciekawy artykuł wymagający czytania ze zrozumieniem. Gdyby nie to że autor szukał rozwiązania w głębi siebie a nie w cyfrach nigdy by mu się to nie udało nawet gdyby miał pięć domów. Bardzo cenny wpis dla tych którzy szukają odpowiedzi a jej nie znajdują bo nie sa w stanie spojrzeć spojrzeć w siebie głębiej. Pozdrawiam.

  23. Gratuluję osiągnięcia sukcesu. Bardzo mądrze i dobrze rozwiązany problem. Mając tak duże zadłużenie trzeba faktycznie czasem pozbyć się czegoś nawet sentymentalnego (w tym przypadku domu rodzinnego) by pomóc sobie w wyjściu z tak trudnej sytuacji.
    Ja również byłem w dość trudnej sytuacji choć nie w aż tak gardłowej jak Tomek. W moim przypadku jestem zwykłym, szarym pracownikiem. Jeszcze nie skończyłem wychodzić na 0, ale jestem już na ostatniej prostej. Jak skończę, to chyba też opiszę moje kilkuletnie perypetie naprawiania tak zwanych błędów młodości, dzięki którym kiedyś byłem postrzegany jako osoba dość majętna bo w końcu miałem wszystkie najnowsze gadżety czy też super auta zmieniane co pół roku albo i częściej. Jeszcze niecałe pół roku i wtedy spróbuję to wszystko ładnie opisać, bo czytając komentarze zauważyłem, że jest sporo osób, które chciałyby poznać historię osoby z dochodami poniżej średniej krajowej, chyba, że uda mi się szybciej.
    Pytanie tylko do Ciebie Marcinie – mam Ci ją wysłać na maila, poprzez wiadomość, czy po prostu opisać w komentarzu?

  24. Ja mnie takie historie motywują.Z całego serca gratuluję.Mnie jeszcze trochę pod górkę,ale jestem juz na dobrej drodze.Pozdrawiam.

  25. Ja tez sie pozbyłem długów – wyjechałem do UK i tam zrobiłem transgraniczną upadłość konsumencką

  26. Poniekąd Twoja historia Tomku jest podobna do mojej. Ratowanie firmy za wszelką cenę czyli kredyt goni kredyt. Cieszę się że znalazłeś światełko w tunelu i szczerze Ci gratuluję.

Odpowiedz