Kieszonkowe dla dzieci – wady, zalety i… złoty środek?

87

kieszonkowe

Do tej pory byłem przeciwnikiem kieszonkowego i miałem ku temu sporo powodów. W dodatku fakt, że używam czasu przeszłego, wcale nie oznacza, że argumentów przeciw kieszonkowemu ubyło. Przeciwnie, jak się za chwilę dowiecie, doszło wręcz kilka nowych. Jednak po roku obserwacji tego, w jaki sposób moje dzieci reagują na nasze „lekcje finansów”, mam kilka dodatkowych przemyśleń na temat kieszonkowego. Dlatego podjąłem decyzję, by jednak coś zmienić.

 

Dlaczego kieszonkowe może być kiepskim pomysłem?

W artykule pt. „Czego nauczyć dzieci o pieniądzach? ująłem to tak:

„Myślę, że nie ma sensu dawanie dzieciom regularnego kieszonkowego, bo przecież w życiu nikt im w ten sposób nie będzie pomagał. Jakiś czas temu dawaliśmy Julce kilka złotych na początku każdego tygodnia, by mogła sobie coś kupić w szkolonym sklepiku. Pomysł wydawał się dobry, bo miał nauczyć jej takiego postępowania z pieniędzmi, aby starczyło do końca tygodnia. Pojawił się jednak inny, niezamierzony efekt. Przed wyjściem do szkoły w poniedziałkowy poranek zaczęliśmy słyszeć takie oto zdanie: „A właśnie, jest poniedziałek. Poproszę moje 5 złotych.” Zalążek typowo roszczeniowej postawy. Bo niby za co te 5 złotych? Za to, że jest poniedziałek? A poza tym już samo stwierdzenie „moje 5 złotych” zaczęło mnie mocno niepokoić. Najlepsze jest to, że od razu o „swoje” 5 złotych zaczęła upominać się młodsza Gabrysia, bo przecież musi być sprawiedliwie.

Regularne kieszonkowe skończyło się, a pieniądze dziewczyny dostają od czasu do czasu, zwykle za wykonanie domowych czynności, które normalnie nie należą do ich obowiązków. Ale na pewno trzeba będzie opracować jakiś sensowny sposób płacenia za efekty pracy i to takiej pracy, na którą jest popyt. Julka zaproponowała wczoraj, że chętnie widziałaby „wypłatę” za dobre oceny. To oczywiście nie wchodzi w grę – wyjaśniłem jej szybko, że za swoją naukę to ona powinna płacić nam i nauczycielom. W każdym razie nad kwestią dziecięcych przychodów musimy porządnie się zastanowić.”

Koniec cytatu. Jak widzicie powody były bardzo konkretne. Co więcej, rozmowy z kilkoma znajomymi, jak również historie od Was, potwierdzają, że kieszonkowe faktycznie ma sporo wad:

Komentarz 01

Przypomnę tylko, że punkt 3. moich założeń do finansowej edukacji dzieci (pełną listę założeń znajdziesz tutaj), brzmi tak:

3. Chcę, aby rozumiały skąd się biorą pieniądze i aby odważnie szukały skutecznych sposobów na ich zarabianie. Szczególnie zależy mi na tym, aby zamiast „roszczeniowej postawy etatowca” wyrobić w nich proaktywną postawę przedsiębiorcy.

Te wszystkie decyzje podejmowałem w oparciu o opinie. A opinie są tylko opiniami. Każdy może mieć własne i zawsze znajdą się argumenty na ich obronę. Ponieważ bardzo zależy mi na świetnym przygotowaniu dzieci do podejmowania mądrych finansowych decyzji, postanowiłem sięgnąć po coś bardziej empirycznego. Tak właśnie dotarłem do badania ekonomistów z University of Sheffield w Wielkiej Brytanii, którego wyniki w zasadzie powinny być gwoździem do trumny idei kieszonkowego.
Badanie nosi tytuł: The Saving Behaviour of Children : Analysis of British Panel Data i wskazuje na jednoznaczną zależność:

Im wyższe kieszonkowe dzieci otrzymują od rodziców, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zamiast oszczędzać, będą wszystko wydawać.

A zatem jakie są skutki kieszonkowego? Roszczeniowa postawa, wpojenie dzieciom, że czy się stoi, czy się leży, trochę kaski się należy, a do tego jeszcze zwiększone prawdopodobieństwo, że nie będą umiały oszczędzać. Słowem, kieszonkowe sprowadzające się w praktyce do płacenia dziecku za upływ czasu, to edukacyjna katastrofa. Chyba, że…

 

Kiedy dzieci uczą się najlepiej?

Od czasu tamtego wpisu minęło 13 miesięcy i muszę przyznać, że pod względem finansowej edukacji moich dzieci to był całkiem niezły czas. Co ciekawe, nie tylko one uczyły się czegoś nowego. Ja również krok po kroku odkrywałem, że aby faktycznie coś dobrze zrozumiały, trzeba je uczyć we właściwy sposób. W przeciwnym razie zniechęcą się i znudzą.

Rozmowy z osobami dorosłymi na temat finansów osobistych są znacznie łatwiejsze, bo temat zarobków, kosztów życia, kredytów czy oszczędzania od razu przywołuje w naszych głowach obrazy konkretnych sytuacji, z którymi mieliśmy do czynienia.

Jednak dla dzieci większość tych spraw to całkowita abstrakcja. Dlatego najlepsze efekty przynoszą króciutkie lekcje i rozmowy, ale przeprowadzone we właściwym momencie. Najlepiej wtedy, gdy dzieci same zadają pytania. Skąd są pieniądze w bankomacie? Ile pieniędzy jest na karcie? Dlaczego nie odbijamy pieniędzy na kolorowym ksero? Po co pod reklamami w TV są małe literki na dole, skoro nikt ich nie zdąży przeczytać? Dlaczego jest tyle reklam pożyczek? To tylko niektóre pytania, z którymi ostatnio musiałem się zmierzyć.

Same rozmowy dają sporo, ale i tak najlepsze efekty przynosi życiowa praktyka. Moja młodsza córka Gabrysia (w marcu skończy 7 lat) każdą reklamę namawiającą do wzięcia kredytu kwituje ostatnio stwierdzeniem: „Głupota!”. Dlaczego? Bo na własnej skórze doświadczyła, czym jest kredyt.

Moje dziewczyny zbierają pieniądze w trzech słoikach, co opisałem w artykule: Edukacja finansowa dzieci – podsumowanie pierwszego kwartału. Po kilkunastu tygodniach odkładania Gabi postanowiła zaszaleć. W słoiku z napisem Oszczędności, w którym gromadzi środki na większe zakupy, miała już 120 zł w banknotach i 8 zł w bilonie. W któryś weekend zapowiedziała, że dziś kupi sobie nową zabawkę. Aby nie opróżniać słoika do końca, zostawiła w nim bilon, pieniądze papierowe schowała do kieszeni, po czym zaprosiła mnie na wyprawę do „Smyka”. Chyba z godzinę biegała szczęśliwa po sklepie, oglądała z wypiekami na twarzy mnóstwo zabawek, przyglądała się cenom i porównywała je z zawartością swojej kieszeni. Kiedy pytała: „Tatusiu, a to mogę kupić?” odpowiadałem: „Jasne, to Twoje pieniądze, możesz kupić co chcesz.”

Radość była ogromna, aż do momentu gdy na horyzoncie pojawił się mały, gadający Furby, który kosztował niestety 126 zł. Przez moment zastanawiała się, czy nie uzbierać jeszcze większej kwoty na droższą i większą wersję za 340 zł, ale widok słodkiego Furbisia przeważył. Nie miała żadnych wątpliwości, że to jest to. Jedynym problemem było brakujące 6 zł. Co zrobić?
– Tato, chcę tego Furbiego.
– Ale nie masz tyle pieniędzy.
– Ale ja bardzo go chcę.
– To idź do Pani, pokaż ile masz pieniędzy i zapytaj, czy Ci sprzeda. Może się zgodzi?

Pani ekspedientka była oczywiście nieubłagana, a u Gabi, w miejsce radości z buszowania wśród zabawek, pojawiły się szklane oczy i bardzo smutna mina. Jestem już uodporniony na te smutne minki, więc nawet nie próbowała mnie przekonywać. Zła i bliska płaczu kierowała się w stronę wyjścia, gdy nagle zadała pytanie:
– Tato, a ile pieniędzy zostało w słoiku?
– 8 zł.
– To wystarczy, prawda?
– To Ty mi powiedz.
– Wystarczy! Tato, daj mi teraz 6 zł, a ja dam Ci w domu te ze słoika!

Początkowo pomyślałem, że to kiepski pomysł. Skoro planowała wydać maksymalnie 120 zł i nie stać jej na zabawkę, to nie powinna kupować. Ale później przyszła mi do głowy makiaweliczna myśl: pokażę małej na czym polega kredyt!
– No dobra, dam Ci 6 zł, ale musisz mi oddać pieniądze jeszcze dziś. Jeśli zapomnisz, to jutro zabiorę Ci 7 zł, a każdego kolejnego dnia o złotówkę więcej. OK?
– Dobrze! Hurra!
Gabrysia pobiegła szczęśliwa do kasy zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co właściwie odpowiedziałem. Cały wieczór i cały kolejny dzień bawiła się swoim nowym nabytkiem (zabawki za własne oszczędności cieszą bardziej) i dopiero trzeciego dnia coś się jej przypomniało. Podeszła do mnie z monetami w ręku i powiedziała:
– Tatusiu, oddaję Ci pieniądze ze słoika.
– Ale miałaś oddać je dwa dni temu.
– No, ale tato, zapomniałam.
– Nie ważne, musisz mi oddać o 2 zł więcej.
– Tatusiu, ale zabierzesz mi wszystko, co mam! (smutna minka + szklane oczy)
– Trudno, umowa to umowa.
– Nie, nie, nie! To niesprawiedliwe…
Po tych słowach było jeszcze tupanie nogą, złość, prawdziwy płacz, a potem rozmowa na temat banków, pożyczania pieniędzy i drenowania kieszeni przez długi. Ostatecznie pozwoliłem zatrzymać Gabrysi te 2 zł, ale wyjaśniłem jej, że bank nigdy, przenigdy by się na to nie zgodził. Od tej pory już kilka razy proponowałem jej w sklepie: „Chcesz coś kupić? Mogę Ci pożyczyć.” Ale zawsze reaguje tak samo: „O nie, nie, nie! Dziękuję bardzo!”

Jak więc widzicie, życie samo podsuwa nam okazje, aby nauczyć dzieci czegoś pożytecznego. Problem niestety polega na tym, że takie chwile zdarzają się raczej rzadko, a dobrych finansowych nawyków, które pragnę wpoić moim dzieciom, jest znacznie więcej. I tutaj wracamy do kieszonkowego.

 

Teoria kontra praktyka

Ucząc dzieci postępowania z pieniędzmi staram się im wyjaśniać, jak to działa w dorosłym życiu. Między innymi dlatego odpuściłem kieszonkowe, bo przecież w realnym świecie nikt nie zapłaci im „za nic”. Wychodziłem z założenia, że dam im pieniądze wtedy, gdy sobie zarobią wykonując dodatkowe prace, które nie leżą w zakresie ich obowiązków. I rzeczywiście, od czasu do czasu dzieci naprawdę chętnie wyszukiwały sobie dodatkowych prac i bardzo cieszyły się z każdej zarobionej złotówki. Życie jest jednak bogatsze od teorii. Po roku stosowania takiego podejścia dostrzegam też jego słabe strony.

Po pierwsze: dodatkowych okazji do zarobku dla małych dzieci jest dosyć mało. Wyznajemy zasadę, że nigdy nie płacimy dzieciom za to, co po prostu należy do ich obowiązków. Utrzymywanie porządku w pokojach, sprzątanie po posiłkach, dobra nauka w szkole – to muszą po prostu robić i już. Jak robią to dobrze, to są chwalone, jak robią to źle, to zgarniają ochrzan. Żadna motywacja finansowa nie wchodzi w grę.

Okazjami do zarobku są inne sytuacje: posprzątanie pokoju za siostrę (mogą się między sobą rozliczać), sprzątanie w innych pokojach, poza swoimi (chyba, że same nabałaganiły), wysyłanie na poczcie listów poleconych i przedmiotów sprzedanych na Allegro, itp. Stopniowo zacząłem dostrzegać jednak jeszcze jeden problem. Niektóre sprawy nie leżą teraz w zakresie obowiązków dzieci, bo są one jeszcze małe. Ale wraz z wiekiem dzieci powinny robić w domu coraz więcej i nie zamierzam im za to płacić. Dzisiaj umycie auta może być okazją do zarobienia kilku złotych. Ale za jakiś czas czymś naturalnym powinno być to, że po powrocie z rodzinnej wycieczki umyją samochód.

Po drugie: dzieciom od czasu do czasu wpadają w ręce finansowe prezenty. W naszym przypadku misternie ułożony „system” ulega gwałtownemu zakłóceniu, gdy tylko dziewczynki pojadą do którejś z babć. W tym przypadku szklane oczka, smutne minki i entuzjazm wykazywany w sklepie z zabawkami w zupełności wystarczą, by dopiąć swego. Dzieci wracają z furą prezentów i dodatkowo z pieniędzmi na drobne wydatki, co skutecznie zniechęca je do wykonywania dodatkowych prac. Po co się męczyć za kilka złotych, skoro od babci dostałam dwie dychy? Kiedy dodamy do tego „wróżki zębuszki”, urodziny, imieniny, dzień dziecka i święta, okazuje się, że da się z tego wyżyć. 🙂 Szczególnie, że rodzice i tak płacą przecież za wszystkie potrzeby typu: mieszkanie, jedzenie, ubranie itp.

I wreszcie brakuje mi jeszcze jednego elementu. Kluczem do finansowego sukcesu w dorosłym życiu jest również systematyczność, umiejętność planowania i gospodarowania swoimi zarobkami, przewidywanie, kiedy będzie mnie na coś stać, itp. Przy całkowicie nieregularnych dochodach, zakłócanych w dodatku niespodziewanymi prezentami, trudno jest coś na ten temat dzieciom przekazać. Jasne, mogę im sporo o tym opowiedzieć, ale i tak zrozumieją to tylko wtedy, gdy same poczują to na własnej skórze.

 

Może jednak istnieje złoty środek?

Jestem finansistą i w wielu miejscach dzielę się z Wami konkretną wiedzą, którą zdobyłem przez lata pracy. Ale bycie rodzicem i edukacja własnych dzieci, to już zupełnie inna bajka. Muszę się przyznać, że czuję się ciągle jak amator. Sam uczę się na bieżąco, szukam ciekawych pomysłów, sprawdzam co działa w praktyce i z upływem czasu staram się dostosować swoje działania. Tak właśnie doszedłem ostatnio do wniosku, że chyba ponownie dam szansę kieszonkowemu, ale na trochę innych zasadach.

Zastanawiałem się, co zrobić, aby dzieci nie traktowały kieszonkowego jak należnego im zasiłku dla bezrobotnych. I wiecie na jaki wpadłem pomysł? Zaprosiłem do rozmowy głównych zainteresowanych, czyli Gabrysię i Julkę. W ubiegły poniedziałek usiedliśmy sobie wygodnie w pokoju i zaczęliśmy rozmawiać. Powiedziałem, że zastanawiam się, czy dawać im kieszonkowe. Od razu zaznaczyłem, że nie jest to coś, co im się po prostu należy, ale wierzę, że pomoże im lepiej obchodzić się z pieniędzmi w przyszłości. Kurcze, ale wyszła nam z tego świetna rozmowa! Oczywiście dziewczynki są entuzjastycznie nastawione do tego pomysłu (kto by nie był na ich miejscu?). Ale przede wszystkim bardzo aktywnie włączyły się w ustalanie wspólnych zasad, na jakich to kieszonkowe będzie działało.

Na razie nasz plan roboczy wygląda tak:

1) Kwota będzie regularna, ale niska. Julka będzie dostawać 7 zł wypłacane co tydzień. Gabrysia 5 zł , ale wybrała płatności po 22 zł miesięcznie. Tutaj mieliśmy długą rozmowę z Gabrysią, która chciała mieć tyle samo, co starsza Julka. Argumenty, że starsze dziecko ma większe potrzeby, a sprawiedliwie, nie znaczy po równo, zupełnie do niej nie docierały. Dopiero, gdy zgodziłem się na 7 złotych, ale z rozpoczęciem płatności za 3 lata, gdy Gabi będzie w wieku Julki, przyznała, że faktycznie 5 zł będzie OK. 🙂

2) Za kieszonkowe dziewczynki będą kupować sobie co chcą, ale… To są pieniądze z domowego budżetu, których nie da się cudownie rozmnożyć. Aby dać im kieszonkowe, musimy zmniejszyć wydatki na coś innego. Stanęło na tym, że rodzice nie będą już kupować tzw. „podjadek” (paluszków, talarków i lizaków). Dodatkowo pieniądze konsekwentnie będą dzielone pomiędzy 3 słoiki: bieżące wydatki, oszczędności, pomoc innym.

3) Prezenty finansowe nie zmniejszają kieszonkowego, ale… Dzieci same zaproponowały, aby poza tradycyjnym ochrzanem, jedną z konsekwencji zawalenia przez nie obowiązków było czasowe obcięcie kieszonkowego.

4).Dodatkowe pieniądze będą jak zwykle do zdobycia za dodatkowe prace. Dzieci właśnie pracują nad listą propozycji. 🙂

Jestem bardzo ciekawy, jak to zadziała w praktyce. Czy uda się znaleźć „złoty środek” i skorzystać ze wszystkich zalet kieszonkowego, pomijając jednocześnie jego wady? Jakie „niezamierzone efekty” pojawią się z czasem? Zobaczymy. Za kilka miesięcy na pewno podzielę się z Wami moimi obserwacjami.

Ale teraz najbardziej interesuje mnie Wasza opinia: co Wy myślicie o kieszonkowym? Dajecie je swoim dzieciom? Jakie są efekty? A może macie własne wspomnienia z kieszonkowym z dzieciństwa? Co Waszym zdaniem warto robić, a czego nie? Na co uważać? Będę bardzo wdzięczny za Wasze komentarze, które pomogą zarówno mi, jak również wielu innym rodzicom czytającym ten artykuł. Miłego dnia! 🙂

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze87 komentarzy

  1. Marcin,
    Ja na razie problemów z kieszonkowym nie mam, bo moje dzieci są jeszcze dosyć małe (jedno ma 4 lata a drugie 8 miesięcy), ale powoli oswajam starszego syna z istnieniem pieniędzy i tym, że tata i mama muszą coś zarobić by móc spełnić jego zabawkowe zachcianki. Niestety obecność dziadków, które są przecież po to, by rozpieszczać swoje wnuki, zaburza cały system, bo dziecko zauważa, że wystarczy jak poczeka 2-3 tygodnie na spotkanie z dziadkami, a dostanie kolejne prezenty i wcale nie musi rodziców o to prosić. Dokładnie tak jak u Ciebie w przypadku kieszonkowego. Jednakże uważam, że co byśmy nie robili, należy uczyć dzieci obcowania z pieniędzmi, oszczędzania i przede wszystkim pokazywania im, że nie można wszystkiego kupić.

    • Hej Dominik,

      Ach Ci dziadkowie… U nas dokładnie tak to działa: „rodzice od wychowania, babcie od rozpieszczania”. Ale kto wie, może to i dobrze, że od czasu do czasu dzieci wyrywają się z codziennego rygoru. 🙂

  2. Świetny artykuł, nigdy nie zastanawiałam się nad tyloma aspektami kieszonkowego. Dzieci nie mam, ale sama pamiętam jak nim byłam i teraz z perspektywy czasu i po przeczytaniu Twojego artykułu mogę przeanalizować kwestię kieszonkowego. My je dostawaliśmy nieregularnie, tzn jak rodzice mieli, to dawali, jak nie to nie. Nikt nie oczekiwał i nie wymuszał tego od nich. Chyba, że była jakaś potrzeba, wtedy mówiło się konkretnie na co i ile chcemy pieniędzy, a oni zastanawiali się, czy mogą nam dać. Ale wydaje mi się, że dużo zależy od charakteru dziecka. Ja nigdy z pieniędzmi problemów nie miałam, potrafiłam sobie sporo odłożyć, wydawałam zawsze po przemyśleniu czy warto i prosiłam rodziców o pieniądze tylko jak było to naprawdę konieczne, za to młodsza siostra była zupełnym przeciwieństwem. Wydawała wszystko od razu, na różne niepotrzebne rzeczy, wciąż jej brakowało i co chwilę prosiła rodziców o wsparcie. Tu pewnie wina rodziców, że zazwyczaj po długich dyskusjach jednak jej dawali. Teraz obie jesteśmy na studiach i widać jak ten nawyk z dzieciństwa odbija się w życiu dorosłym. Nasze finanse są niemal w identycznym stanie jak w dzieciństwie, tylko, że na większą skalę 😉

    • Cześć Ana,

      Bardzo fajne spostrzeżenie: „Nasze finanse są niemal w identycznym stanie jak w dzieciństwie, tylko, że na większą skalę.”
      Właśnie dlatego tak bardzo zależy mi, żeby pomóc dzieciom okiełznać zasady rządzące finansami osobistymi.

  3. Moja córka jest jeszcze niemowlakiem więc przez kilka lat nie będę miał takiego problemu. Natomiast co zapamiętałem z własnych młodzieńczych lat to żeby nie dopuścić do sytuacji że dziecku brakuje motywacji do oszczędzania bo i tak rodzice zapłacą za jakąś większą zachciankę, więc po co się starać i oszczędzać, lepiej wydać wszystko co się ma a za zachciankę i tak zapłacą rodzice czy dziadkowie. Myślę że z tym jest największy problem.

    Córce będę starał się tłumaczyć że pieniądze nie biorą się z nikąd i że aby kupić jej jakąś drogą zabawkę rodzice muszą ciężko pracować i że im więcej będziemy wydawać tym więcej rodzice będą musieli pracować i będą mieli coraz mniej czasu dla swoich dzieci. Dlatego jeśli nie będziemy tak dużo wydawać to będziemy mieć więcej czasu np. na wspólną zabawę. Co do dodatkowych obowiązków to chyba nie będę za to płacił tylko będę starał się wytłumaczyć dziecku że jeśli nam pomoże to szybciej skończymy i będziemy mogli np. pojechać na jakąś wycieczkę rowerową, albo nad jezioro itp. Pamiętam że na mnie super działały takie zachęty, najpierw wspólna praca i pomoc rodzicom a później gratyfikacja w postaci jakiegoś wspólnego wyjazdu.

    • Hej Marek,
      Bardzo ciekawe pomysły. Szykuj się, bo dzieci rosną zaskakująco szybko. Ja też niedawno sądziłem, że mam jeszcze czas na przygotowania. 🙂

  4. Wow! Przeczytałam wpis i jestem w wielkim szoku. Już niejednokrotnie słyszałam, że rodzice dają pieniądze dzieciom za prace domowe, ale dla mnie było to bezsensem. Bo przecież mi nikt nie płaci za to, że wyniosę śmieci. A tu proszę! Wyjaśniłeś mi w 100% jak zrobić żeby było dobrze. Taka edukacja dzieci jest na prawdę dobra. Ja nigdy nie otrzymywałam kieszonkowego zresztą swoim dzieciom też nie planowałam dawać, ale po tym co przeczytałam na pewno to rozważę. Pozdrawiam.

  5. Bardzo ciekawy wpis, co szczególnie zaskakujące biorąc pod uwagę, że nie mam jeszcze dzieci ;p Ale na zbieranie informacji nigdy nie jest za wcześnie! Ja myślę, że kieszonkowe nie uczyni szkody, a żeby się czegoś nauczyć, to trzeba mieć trochę materiału do pracy, no nie? 😉 Masz mądre dziewczynki, myślę, że wyjdzie im to na dobre.

    • Cześć Marta,
      Dzięki za komentarz.
      Tylko te babcie… One co jakis czas dostarczają nowy materiał… 😉
      Mam nadzieję, że dziewczynki zapamiętają z tych lekcji coś więcej niż tylko fakt, że tato zatruwał im życie nauką o finansach. 🙂 Jak na razie chyba idzie dobrze, bo staram się jednak nie przeginać. Serdecznie pozdrawiam.

  6. Mała miała szczęście, że nie przypomniała sobie o tych 2 zł dzień później, bo byłaby niewypłacalna. Ciekawe jakbyś to wtedy rozegrał? Potrącenie z kieszonkowego plus odsetki od odsetek :)?

  7. Bardzo fajny wpis. Każdy rodzic staje przed tematem dawać kieszonkowe czy nie. Opiszę pokrótce jak wyglądało to u nas. Moja córka dostaje kieszonkowe od 7 roku życia. Ustaliliśmy wspólnie, że będzie dostawała tyle złotówek ile ma lat. Tak więc zaczęła od 7 zł tygodniowo. Oczywiście córka ma w domu swoje obowiązki, ale nie płacę jej jeżeli zrobi coś więcej. Dom jest nasz wspólny i wszyscy o niego dbamy. Rozmawiałyśmy o oszczędzaniu i o tym na co może przeznaczyć pieniądze. Jeżeli chciała kupić sobie gazetę z różnymi jak dla mnie z bezsensownymi i niepotrzebnymi gadżetami to z kieszonkowego. Wcześniej chciała taką gazetę przy każdych zakupach. Własne pieniądze rozwiązały ten problem. Jak miała wydać np 5zł ze swoich oszczędności to stwierdziła że ta zabawka jest kiepskiej jakości i przestała je kupować. Zaczęła oszczędzać i cieszyło ją to, że nazbierała sobie na coś fajnego. Odkładała również pieniądze z urodzin czy świąt. Kupiła sobie za oszczędności fajny rower.
    Uważam, że w naszym przypadku kieszonkowe to był dobry krok. Teraz córka ma 12 lat i 12 zł kieszonkowego. Nadal oszczędza i cieszy mnie to, że wydaje pieniądze mądrze a nie na głupotki. Dzieci powinny mieć swoje pieniążki żeby uczyć się jak je wydawać. Mój mąż jest czasami w szoku jak córka się pochwali ile ma w skarbonce. Pozdrawiam.

    • Hej Sylvia,

      Dziękuję za podzielenie się Twoim doświadczeniem. No właśnie – chyba chodzi po prostu o to, żeby z dziećmi o tym sensownie rozmawiać i tłumaczyć im pewne sprawy. Dokładnie tak, jak Wy to robiliście.

      Rzucenie paru złotych na stół nie wystarczy. Trzeba jeszcze ustalić jasne zasady tej gry. Bez tego możemy przyzwyczaić tylko dziecko do „brania zasiłku”.

  8. Cześć Marcinie
    Ja z kieszonkowym zaczęłam 2 tygodnie temu, moi chłopcy jutro kończą 7 lat, więc po prostu wcześniej moim zdaniem byli za mali. Uważam, że nie ma to jak praktyczna nauka na prawdziwych pieniądzach, poznawanie emocji towarzyszących kupowaniu za zaoszczędzone pieniądze, czy smutku, że ma się mniej niż brat, gdy się za dużo wyda 🙂 Fajny pomysł z pokazaniem, jak działa kredyt 🙂 Moi rodzice nie dawali mi kieszonkowego i pamiętam to strasznie denerwujące mnie pytanie, gdy już byłam nastolatką i chciałam sobie coś kupić za ich pieniądze – „A na co ci te pieniądze potrzebne”? Albo jak chciałam ich na coś naciągnąć, to często odpowiadali „Dzieci w Afryce tego nie mają”.

    • Hej Aniu,

      Zgadzam się całkowicie, że nie ma to jak dziecko na zakupach z własnymi pieniędzmi. Te emocje, to przyglądanie się cenom, to zdziwienie, że zabawki są takie drogie i wreszcie ta miłość do tak zakupionej zabawki. Sprawa absolutnie godna polecenia. 🙂

      Sam jestem ciekawy, jak to będzie, gdy dziewczyny podrosną i będą miały własne, coraz większe potrzeby. Na pewno będę chciał, aby dość wcześnie spróbowały też gdzieś popracować – na przykład w wakacje. Chciałbym, żeby mogły poczuć swobodę, jaką dają własne pieniądze.

      Na razie jestem na etapie 7-mio i 10-cio latków 🙂

  9. Cześć Marcinie,
    oczywiście każdy Twój wpis czytam z zapartym tchem i po przeczytaniu zostaje chęcią przeczytania jeszcze, ale wiem że muszę się uzbroić w cierpliwość – podobnie jak dzieci czekające na kolejne kieszonkowe.
    A tak czytając, pomyślałem… zbliżają się wielkimi krokami upragnione przez dzieci wakacje, a wraz z nimi wyjazdy na kolonie. Oczywiście wiąże się to z kosztem, ale pomyślałem jak rozwiązać problem z kieszonkowymi dla dzieci? Dać im z góry kieszonkowe pomijając dodatkowe pieniądze na kolonie? Czy odwrotnie dać dodatkowe pieniądze na kolonie, pomijając kieszonkowe? Czy powiedzieć dziecku aby wzięło zaoszczędzone środki na wyjazd, wypłacając kieszonkowe (w sumie nie tylko na zabawki się odkłada pieniądze)? Czy masz Marcinie jakieś rozwiązanie na to?

    • Hej Zbyszek,
      Dzięki za miłe słowa i bardzo ciekawe pytanie.
      My też będziemy wysyłać nasze dzieci w tym roku na kolonię. Myślę, że na wyjazd dostaną od nas osobne środki, którymi będą musiały po prostu samodzielnie gospodarować w czasie wyjazdu. Z ubiegłych wakacji dziewczyny przywiozły po kilkanaście złotych i wrzuciły do swoich skarbonek.
      A kieszonkowego w czasie wakacji chyba nie będą dostawać. Ale pewnie omówimy to z nimi przed wyjazdem, żeby nie było niemiłych zaskoczeń.

    • Ja mogę powiedzieć jak to ze mną rodzice robili gdy byłem dzieckiem. Dostawałem dość małe kieszonkowe, bo w domu się nie przelewało, a i ja jakoś nie miałem dużych potrzeb, poza tym były też pieniądze od dziadków. Moje kieszonkowe to było raptem 10 zł na miesiąc. W przypadku kolonii zazwyczaj dostawałem 50-100 zł na dwa tygodnie z zaznaczeniem, że to, czego nie wydam mogę sobie zachować. Rekord moich wydatków to było 1,85 zł, bo chyba ze dwa razy kupiłem sobie 1,5 l wody w butelce. Nie rozumiałem po co inni wydają pieniądze na chipsy, lody i inne duperele. Była stołówka, więc nie chodziłem głodny, dach nad głową na wyjeździe miałem, ubrania ze sobą wziąłem, wiec po co wydawać tyle?

      • Hehe dokladnie mialem tak samk gdy wyjezdzalem na kolonie. Niegdys przy pierwszych wyjazdach wydawalem wszystko jak glupi bo gdzies podswiadomie myslalem ze jak wroce z pieniedzmi to mi je rodzice zabiora wiec jak dostalem to trzeba je wydac. A tymczasem kiedy rodzice powiedzieli ze co nie wydam to moje to nagle potrafilem wrocic z obozu z taka sama iloscia pieniedzy jak mialem 😀

  10. Witam

    Marcin jak zwykel ciekawy wpis.
    Z perspektywy moich doświadczeń „finansowych” edukacja dzieci jest mega ważna. Ja niestety takiej edukacji nie doświadczyłem co poskutkowało zobowiązaniami na karcie ktredytowej które przez ponad 2 lata rosły. Dzięki twojemu blogowi i książcę na dzień dzisiejszy jestem na zero i zaczynan budowanie funduszu bezpieczeństwa.
    Ten wpis również mnie dotyczy bo sam ma dwóch synów (5 i 2 lata) i muszę zacząć ich edukować finansowo. Czekam na dalsze wpisy.

    Pozdrawiam

    Piotrek

    • Cześć Piotr,
      Ciesze się ogromnie, że blog i książka pomogły Ci pozbyć się długów. Bezcenne jest to uczucie wolności, prawda? 🙂
      Trzymam kciuki za jak najszybsze zbudowanie funduszu bezpieczeństwa, po po nim jest najfajniejszy krok: nagroda 😉
      Serdecznie Cię pozdrawiam.

  11. Nie mam dzieci i osobistych doświadczeń w tej kwestii, ale będąc w roli rodzica, w pierwszej kolejności spróbowałbym chyba właśnie dawania pieniędzy za dobre oceny w szkole. Nie do końca zrozumiałem, Marcin, dlaczego z góry wykluczasz taką możliwość. Mnie się to wydaje niezłym rozwiązaniem. Zaangażowanie dla takiego celu, poza oczywistymi korzyściami wynikającymi z samej edukacji, jest też treningiem motywacji i wytrwałości, uczy, że pieniądze nie zawsze przychodzą łatwo i że są raczej zapłatą za ostateczne efekty pracy, a nie prostą rekompensatą za sam trud wykonania czynności (czego zdaje się nie rozumieć dość sporo dorosłych ludzi). Owszem, można powiedzieć, że te efekty są w jakiś sposób sztuczne (nie przynoszą korzyści innym), ale nie jestem pewien, czy na tym etapie jest to aż tak istotne, tym bardziej że korzyść np. z posprzątania pokoju czy umycia samochodu może być dla dziecka w takim samym stopniu wytworem dorosłej wyobraźni. Zresztą, co właściwie decyduje o tym, czy dana praca jest pożyteczna i dla kogo? Oferta zapłaty sama w sobie jest już jakimś wyznacznikiem (i decydującym powodem wykonywania pracy przez większość ludzi).

    W każdym razie wydaje mi się, że taki układ ma znacznie więcej walorów edukacyjnych niż proste prace w gospodarstwie domowym, które trzeba po prostu odhaczyć, a ich wynik (i korzyść finansowa) jest w zasadzie pewny.

    Oczywiście nie mówimy o płaceniu za zdawanie do następnej klasy, co faktycznie jest obowiązkiem dzieci, tylko o nagradzaniu ponadprzeciętnych wyników w nauce.

    • Muszę przyznać, że dla mnie w dzieciństwie większą abstrakcją i wymysłem mojej mamy były 5 niż posprzątanie pokoju ;). Przynajmniej widać było efekt od razu.
      Kwestia płacenia za naukę to chyba też kwestia samych wartości życiowych. Jeden może płacić za chodzenie do kościoła, a drugi uzna, że do kościoła trzeba chodzić i za to się nie płaci. I mam wrażenie, że Marcin tym sposobem chce córkom wpoić pewną wartość (jaką jest dla niego edukacja i rozwój) :).

      Ja nie mam dzieci i szybko nie planuję, ale z płaceniem za prace domowe mam taki sam zgrzyt jak z płaceniem za oceny. W końcu dom jest wspólny i każdy powinien o niego dbać. Nawet jeśli mam podział obowiązków z mężem, to nie chwalę go i nie wynagradzam, gdy mi w czymś pomoże. O dom powinno się dbać wspólnie i nie czuję tego podziału obowiązków „to Twój obowiązek, ja tego nie zrobię (chyba że mi zapłacisz ;))”. A trochę mam takie odczucia w kwestii płacenia dzieciom za takie rzeczy.

      Chyba idealnego rozwiązania nie ma :D.

    • Przeczytałam od deski do deski – temat dla mnie bardzo na czasie. Zastanawiam się nad kieszonkowym dla mojej 8latki (plus dla młodszej córki w imię sprawiedliwości ;)). Do tej pory córka dostawała pieniądze z tzw okazji, urodziny, wróżki zębuszki itp itd. Czasem zarabiała za wykonanie dodatkowej pracy (tych jednak jak na lekarstwo). Nie jest rozrzutna. Uzbierała już na aparat fotograficzny. Teraz zbiera na radio albo gitarę. Nie wydaje pieniędzy na gazetki czy batoniki w sklepiku szkolnym. Nasze dzieci dostają zabawki z konkretnych okazji i nie domagają się ich w tzw międzyczasie. Mówiąc krótko mam poczucie, że to kieszonkowe jest jest w ogóle niepotrzebne. Boję się, że kiedy zacznę dawać jej pieniądze zacznie je wydawać w bardziej nieprzemyślany sposób na zasadzie łatwo przyszło łatwo poszło. Teraz uzbieranie większej kwoty zabiera czas, uczy ją cierpliwości i mądrych wyborów. Mam wrażenie, że wprowadzenie kieszonkowego zaburzyłoby ten stan. A swoją drogą kiedy córki będą starsze możliwości zarobku też będą większe. I tak sobie dalej myślę ….

    • Hej Tomek,
      Już tłumaczę moje podejście do płacenia za naukę.

      Staram się, aby ta nasza edukacja finansowa była możliwie bliska „dorosłej rzeczywistości”.

      Dlatego dzieci mają możliwość dorobienia sobie wykonując ponadprogramowe obowiązki, na które będzie popyt – za które inni chętnie zapłacą. Myjąc samochód oszczędzają mój czas, to ma dla mnie wartość, chętnie za to zapłacę. Na myjni samochodowej też za to płacę. Co więcej – jeśli umyją samochód sąsiada na jego prośbę – on też im za to zapłaci. Itp. W tym sensie działa to podobnie jak w dorosłym życiu.

      Za wyniki w nauce nikt im raczej nie będzie płacił. Spora liczba świetnie wyuczonych absolwentów zdaje się to potwierdzać.

      W praktyce, na etapie zdobywania wiedzy, to one będą musiały płacić za swoja edukację. Wystarczy sprawdzić ceny najlepszych kursów i studiów.

      Owszem, mogą dostać stypendium, ale to nie jest sposób na dostatnie życie, a jedynie coś, co ma pomóc w ukończeniu edukacji. Sam etap zdobywania wiedzy nie niesie ze sobą jeszcze konkretnych korzyści dla innych ludzi. Dlatego to „zdobywający wiedzę” ponosi koszty i nikt mu nie płaci za to, że ten łaskawie się czegoś nauczy.

      Sprawa wygląda zupełnie inaczej kiedy tę zdobytą wiedzę zaczynamy stosować. W praktyce powiedzenie „wiedza to potęga” jest niepełne. Powinno ono brzmieć: „dobrze wykorzystana wiedza to potęga”. I raczej na to chciałbym postawić.

      Istnieją też inne powody. W praktyce, po osiągnięciu pewnego poziomu zamożności, pieniądze są bardzo słabym motywatorem do działania. Znacznie większe znaczenie mają: pasja, ambicja, chęć samorealizacji, potrzeba prowadzenia życia na miarę swoich najlepszych możliwości. Chciałbym, aby to motywowało moje dzieci do nauki, a nie chęć zdobycia dodatkowej dychy czy dwóch.

      Odpowiadając jeszcze na Twoje pytanie: „Zresztą, co właściwie decyduje o tym, czy dana praca jest pożyteczna i dla kogo?” moja odpowiedź brzmi: Cena, jaką zapłaci za to rynek. Nie mama, nie tata, nie babcia… Tylko wolny rynek, czyli po prostu inni ludzie.

      Serdecznie pozdrawiam. 🙂

  12. Czytam, czytam i jakoś coś mi nie gra. Czegoś brakuje w tym równaniu. Wczoraj po przeczytaniu nie mogłem dojść jak to ująć. Dzisiaj po przeczytaniu komentarzy już wiem. W tym i poprzednim wpisie brakuje mi balansu. Każdy zaczyna od tego samego. Jak nauczyć dzieci oszczędzać. Tylko z pustego i Salomon nie naleje. Masz wątpliwości związane z kieszonkowym, to dobrze bo pieniądze nie rosną na drzewach. Tylko dziwi mnie, że zarabiane każdy odkłada na później jak by do tego trzeba było nie wiadomo jakiej wiedzy.

    W mojej opinii 90% biznesów na świecie zaczęło się od kreatywności a dopiero potem przyszła wiedza by je utrzymać. Te 10% to biznesy które powstały na wiedzy zdobytej wcześniej w innym biznesie lub obserwacji otoczenia.

    Mnie rodzicie nie nauczyli jak oszczędzać, pokazali jak zarabiać. Nieskromnie powiem, że dobrze im to wyszło.

    Dlatego kiedy piszesz, że chciałbyś by dziewczynki zarabiały, może w wakacje czy kiedy indziej to powiem ci, że tracisz czas. Albo nie masz koncepcji ( nie ma problemu, służę radą) albo wydaje ci się, że nie dorosły. To moim zdaniem błąd. Skoro są na tyle duże by mieć pieniądze, to są na tyle duże by zarabiać.

    Propozycje są sprawdzone bo robiłem to jako dzieciak.
    – pieczenie ciasteczek, babeczek- Zbliża się Wielkanoc. Dla mnie to były żniwa. Robiłem zajączki i babeczki i sprzedawałem na rynku. Kto nie kupi własnoręcznie robionych wypieków przez dwie dziewczynki.
    Jeśli połączysz to z nauką marketingu (plakat, ładnie opakowane itd), i rachunkami. Na przykład za koszty materiałów, to już masz pełną firmę. Dajesz im 7/5 zł tygodniowo. Zobaczysz jaka będzie reakcja jak zarobią 30 zł w 2 godziny. Możesz takie akcje powtarzać kiedy zechcesz. W każdym mieście jest jakiś rynek otwarty np w weekend.

    – Idzie wiosna, kwiaty bzu i bazie. Klasyka gatunku. Spacer wskazany w celu znalezienia gdzie rośnie 🙂

    – Przeglądać piwnice, strychy i zakamarki. Zawsze znajdą się jakieś stare bibeloty. Ktoś coś zbierał, coś jest fajne stare. Takie rzeczy wolniej schodzą ale z powodzeniem można je sprzedawać.

    Zabrzmi to brutalnie ale szybko nauczyłem się, że kiedy sprzedaje dziecko i robi słodką minkę to sprzedaje się jak ciepłe bułeczki 🙂 Czyli marketing miałem zaliczony zanim skończyłem 10 lat 🙂

    Teraz wersja hard. To były przykłady biznesów kreatywnych. Zarabiać można jeszcze ciężką pracą. Obowiązkowo powinieneś je zabrać na zbieranie, truskawek, jabłek, wiśni, ogórków (to sam przeszedłem, uczy pokory) itd.. Wtedy dopiero do nich dotrze czym są pieniądze i jaka jest ich wartość. Dopiero wtedy widać jaka jest różnica między pracą fizyczną a umysłową.

    Podsumowując. Ucz dzieci oszczędzać ale w tym samym czasie ucz ich kreatywności w zarabianiu. Patrząc na dzisiejsze dzieciaki to kreatywność będzie przewagą. Wiedza już dawno jest dostępna w smartfonie, więcej niż potrzebujesz.

    • Hej Calipso,

      Zgadzam się z bardzo wieloma tezami, które podniosłeś w komentarzu. Ale nie ze wszystkimi.

      Zaczynam od nauczenia dzieci mądrego postępowania z pieniędzmi ZANIM zacznę je uczyć zarabiania, z bardzo prostego powodu. Widziałem w życiu zbyt wielu ludzi, którzy pomimo ogromnych zarobków ciągle są biedni…

      Każdą kwotę można szybko przepuścić jeśli nie będziemy rozumieli na czym polega mądre postępowanie z pieniędzmi. A wielu ludzi, mówiąc brutalnie, stara się coraz większymi zarobkami przykryć swoja finansową ignorancję. Ale to na nic. I tak ostatecznie będą biedni.

      Przykłady sportowców przepuszczających fortuny albo zwycięzców w lotto są tego najlepszą ilustracją. Pisałem o tym tutaj:
      Wielka kasa – czyli co zrobić z kilkoma milionami złotych?

      Dlatego właśnie kolejność powinna być moim zdaniem taka: nauczę dzieci mądrze obchodzić się z pieniędzmi, a później pokażę im również jak je zdobywać. Jeśli poradzą sobie z małymi kwotami i zrozumieją działanie pieniądza, znacznie efektywniej będą potrafiły pomnażać większe kwoty.

      Faktycznie, jak słusznie zauważyłeś na początku komentarza, „z pustego i Salomon nie naleje”. Dlatego na tym etapie jest kieszonkowe i możliwość dodatkowego dorobienia sobie.

      Podsumowując – masz całkowitą rację, że trzeba nauczyć dzieci kreatywności w zarabianiu. Już kilka lekcji, jak Allegro czy sprzedawanie tekstów piosenek rówieśnikom, mamy za sobą. Twoje pomysły na pewno też się bardzo przydadzą i za nie dziękuję.

      Nie uważam jednak, że nauczenie dziecka zarabiania zwalnia mnie z obowiązku nauki oszczędzania. To równanie ma przecież dwa składniki przed znakiem wyniku:

      ZAROBKI – WYDATKI = OSZCZĘDNOŚCI (lub długi )

      Aby odnieść prawdziwy sukces finansowy trzeba zarówno zwiększać zarobki, jak również trzymać w ryzach wydatki.

      Dzięki za komentarz i serdecznie pozdrawiam. 🙂

      • Zgadzam się z tobą i tak samo uważam, że trzeba wpoić podstawy w mądrym obchodzeniu się z pieniędzmi. Nie zrozum mnie źle bo nie mówię tutaj o poganianiu z nauką. Uważam tylko, że lekcje zarabiania mogą iść w parze z nauką oszczędzania i gospodarowania pieniędzmi. O tym był mój komentarz.

        To jest moja prywatna opinia ale nie wierzę by dzieci w wieku 5-7 lat potrafiły wyciągnąć taką naukę jakiej od nich oczekujesz jeśli lekcja trwa w horyzoncie czasowym kilkumiesięcznym. Sam podałeś przykład. Nie nauka systematycznego oszczędzania była dla twoje córki lekcją tylko to co było emocjonalnym stresem związanym z jej „pożyczką”. Patrząc na moje dzieci to tak sobie myślę, że twoja córka prędzej od tego by systematycznie oszczędzać nauczyła się, że trzeba oddawać w terminie lub nie pożyczać w cale ( jak by nie było – pozytywna nauczka). A niestety oszczędzanie i zarządzanie sprowadza się do żmudnego, systematycznego, przemyślanego działania. Jednym słowem nuda. Sam zresztą przyznałeś, że twój plan torpedują dziadkowie. Bo jak się ma 20 zł od babci do mozolnie zbieranych złotówek?

        W mojej opinii dzieciaki najwięcej się uczą gdy staną w obliczu niestandardowej sytuacji. Myślę o napływie np większych pieniędzy lub odwrotnie, dużych wydatkach. Jak się w obliczu takiej sytuacji zachowają. Jeśli w obliczu takich sytuacji potrafią zachować się mądrze to jest twój pełny sukces. Jak zbłądzą to wydaje mi się, że wyciągną lekcję szybciej niż z mozolnego oszczędzania.

        To moja opinia. Uważam, że lekcje zarabiania powinny opierać się dochód z zewnątrz. To znaczy, nie od taty za umycie auta czy od mamy za prasowanie. W mojej opinii taki zarobek nie jest faktycznie generowany. Ja pamiętam inaczej na to patrzyłem. Nie traktowałem tego jako zarobek, tylko jak coś co musiałem zrobić by dostać kasę.

  13. Dzień dobry.
    W mojej opini kieszonkowe jest dość ważne.
    Pamietam, że gdy byłam dzieckiem czy nastolatką nie otrzymywałam nigdy kieszonkowego (nie licząc wspomnianych dodatków finansowych od babć). Gdy dostalam pierwsza wypłatę bylam tak uradowana posiadaniem własnej gotówki, że przez pierwsze pól roku (jak nie dłużej) wydawałam wszystko na zachcianki których nigdy nie mogłam spełnić:p Uważam, że bardzo ważne jest dlatego oswajanie od małego z pieniędzmi i żywą gotówką:) Warto nauczyć rozsądnego gospodarowania, by nie doznać szoku :p

    • Cześć Roksana,
      Bardzo ciekawy przykład z tym wydawaniem pierwszych zarobionych pieniędzy. Nie zastanawiałem się wcześniej na tym, a chyba rzeczywiście młodzi ludzie, którzy nagle poczują trochę grosza w kieszeni, mogą popełnić sporo błędów. Zapominają o zasadzie: „Nie ważne ile zarabia, ważne ile mi z tego zostaje”. Serdecznie pozdrawiam.

      • Miałam niestety podobnie-nigdy nie dostawałam kieszonkowego, więc pierwsze zarobione pieniądze (a zaczęłam w wieku 17 lat) wydawałam co do grosza – i na przyjemności i na własne utrzymanie (książki, studniówka, pierwsze buty na obcasach 😉
        Swojemu synowi chcę (mam takie wrażanie) zrekompensować własne braki i oszczędzić tego pierwszego rzucenia się na kasę, ale już widzę, że popełniłam kilka błędów. Ja niestety płace za dobre oceny (i odejmuję za złe) ale tylko dlatego, że synowi nauka przychodzi ciężko (jest chory) i każda pozytywna ocena to tytanowa praca, dużo większa niż u jego rówieśników. Efekty są, choć sinusoidalne. Do prac domowych i innych jest baaardzo chętny, byle tylko wyzwolono go od biurka i książek, bo tam musi się naprawdę namęczyć.
        Pozdrawiam, świetny wpis!

  14. Dobry pomysł moich rodziców: zaproponowanie chodzenia do szkoły pieszo, zamiast jazdy autobusem i przekazanie pieniędzy zaoszczędzonych na biletach.

    Głupi pomysł moich rodziców: dawanie ekstra pieniędzy na wycieczki szkolne, z koniecznością ich zwrotu niewydanych na koniec, z drobiazgowym rozliczaniem.

    Zasadniczo od dzieciństwa starałem się zarabiać jakieś pieniądze i to było bardzo dobre. Niestety, z zarządzaniem i tak katastrofa była, dopiero po 30-stce się tego nauczyłem.

    • Cześć Greg,

      Dzięki za szczerość.
      Ten sposób z pieniędzmi na wycieczki przypomina mi niektóre jednostki budżetowe i zachowanie w korporacjach: jak nie wydasz całego budżetu w danym roku, to w przyszłym dostaniesz mniejszy. 🙂

  15. Witaj,
    Dziękuję za ten artykuł, bo chociaż moje dzieci są jeszcze małe (3,5 lat i 1 rok) to warto na przyszłość już sobie zaplanować jakąś strategie. Ale u mnie jest inny problem tak zwanych „nagród” które moja córka podpatrzyłam od dzieci z przedszkola. Nagroda za to ,że zrobiła coś więcej niż zwykle robi. Ale córka nie widzi tego w ten sposób. Uważa ,że nagroda jej się należy za to ,że ładnie zjadła obiadek albo posprzątała zabawki. Wiem że jeszcze jest mała i próbuje jej tłumaczyć ,ale ona się denerwuje i często płacze z tego powodu. Czy myślisz że forma nagrody ( u nas to słodycze) powinna być w ogóle wycofana? czy ustalić ścisłe zasady w których je dostaje? A może słodycze powinny być tylko dostępne w jakiś konkretny dzień? Wiem że to nie temat finansów, ale wydaje mi się że ma wiele wspólnego z kieszonkowym.
    Pozdrawiam

    • Hej Ada,

      Uff…Nie odpowiem jako finansista, ale jako praktykujący ojciec. 🙂

      Nagrody są moim zdaniem absolutne niezbędne. Najlepiej natychmiast po tym, gdy dziecko zrobi coś dobrego, bo to wzmacnia pozytywne zachowania. Inna sprawa to forma nagrody. Dla mnie pochwała: „Ale pięknie zjadłaś obiadek!” jest również formą nagrody. Resztą nagrody jest sam obiadek. 😉

      Serdecznie pozdrawiam.

  16. Maja we wrześniu idzie do pierwszej klasy (6 lat- jak to szybko minęło). Założyliśmy z mężem, że od wtedy będzie dostawać kieszonkowe( sklepik szkolny,…). Co teraz? Co teraz? Musimy przemyśleć. Dzięki za poruszenie tematu, pojawiło się kilka nowych aspektów do przedyskutowania. Pozdrawiam

  17. Genialny post! My nagradzamy dzieci za wykonane prace w domu czy ogrodzie, lub kupujemy za to rzecz, którą sobie upatrzyły, niezbyt drogą.

  18. Świetny artykuł. Niby dość poważny problem, tekst także nie żartobliwy, a czytałem go z nieukrywaną radością i uśmiechem na twarzy. Może dlatego, że nie długo sam mam zamiar postarać się o dziecko i przed oczami stanęła mi wizja ich edukacji. Część z Twoich pomysłów z pewnością wykorzystam, liczę też, że dasz znać jak wypaliła Twoja „hybryda”. 🙂

  19. Ciekawy artykuł.
    Ja mam trzy „grzybki” 5, 7, 9 lat. Dostają na początku każdego miesiąca 10 zł, a dodatkowo raz na kwartał „Bank Taty” wypłaca im 10% zgromadzonego kapitału jako premię (w zeszłym roku było 20%, ale jak obliczyłem % składany to musiałem obniżyć loty :). Efekt jest taki, że zaczęli liczyć ile dostaną od zgromadzonych oszczędności. Minusem jest to, że każda wizyta w sklepie zaczyna się wyciąganiem kasy od „sponsorów” ;). Zgadzam się na zakupy do 3 zł. Biegają po sklepie i skanują ceny.
    Po tym artykule postanowiłem że będą dostawać po 5 zł tygodniowo, ale obcinamy sponsorowanie (i tak wyjdzie taniej), pozostawiamy premię, wprowadzimy słoiki, a co do reszty to musimy przemyśleć działania. Ale na pewno czeka nas rozmowa o pieniądzach.

  20. Czesc, kieszonkowe na nas wymusila szkola i otoczenie, szybciej, niz sami, o tym pomyslelismy. Corka, juz 6 latka poszla za granica do pierwszej klasy. Wiadomo, sklepik w szkole, wiec dzieci kupowaly jakies przekaski, wiec i ona chciala, mimo, ze miala w szkole obiad i kanapkownik, gdzie i cos slodkiego sie znalazlo. Zaczelismy jej dawac 5EUR tygodniowo, wkrotce problem sie sam rozwiazal, bo dzieci gubily pieniadze, pojawily sie pretensje od rodzicow i pani zakazala przynoszenia ich do szkoly, ale podsunela duzo bardziej szatanski pomysl. Szkola zaproponowala rodzicom otwarcie limitu w sklepiku – 15-20EUR miesiecznie i na to sie nie zgodzilismy. To klasyczne dzialanie karty kredytowej, pani byla zdziwiona.
    Corka dostaje dalej kieszonkowe i je odklada, nawet sie nie obejrzelismy, gdy odlozyla ponad 100EUR, ale obecnie uzaleznilismy wyplate od zachowania. Nie prezsentuje roszczeniowej postawy, jest chyba za mala i tu, gdzie mieszkamy, nie istnieje male osiedlowe sklepy, sa same markety, wiec nie ma mozliwosci by sama mogla sobie pojsc i cos kupic.
    Dobrze pamietam, jak wczesniej corki zbieraly reszty z roznych zakupow i jak przyszlo im na wakacje kupic na Helu pluszowa foczke(*zaznacze, ze recznej polskiej produkcji) i z ich portfelika Pani pozliczala ze 20zl(bardzo duzo bilonu) i zostalo im zaledwie kilka moniakow, to zal byl tak straszny, ze nie potrafily sie cieszyc w pelni z foczek. Efekt wydawania wlasnych i fizycznych pieniedzy zadzialal od najmlodszego.
    I rzeczywiscie, chyba, poki co(przyjmuje tu kryterium wieku), jak ktos zauwazyl, ze kieszonkowe to raczej nauka zarzadzania pieniedzmi, a nie zarabiania.
    Nie wypowiadam sie na temat placenia za prace domowe i oceny. Kazdy ma indywidulane podejscie, my z bratem, ani zona nie otrzymywalismy za to pieniedzy i tez nie praktykujemy tego z dziecmi. Pieniadz sie zarabialo od kogos, albo wlasna przedsiebiorczoscia – kto nie latal po podworku i nie zbieral butelek, zeby odzyskac kaucje i kupic, np. lizaka czy oranzade.

  21. Super artykuł uzupełniony o ciekawe komentarze. Mam w domu 5-cio latkę, która zbiera do skarbonki „żółtaki” i jak słyszy o zakupach, to chętnie chce pożyczać nam pieniążki. Czytając komentarze, myślę, że to dobry wiek dla dziecka, żeby wprowadzić naukę zarządzania finansami. Twój przykład z maskotką i długiem choć brutalny, to bardzo pouczający. Nasunął mi się też pomysł, żeby dziecku pokazać korzyści z procentu, gdy to ona pożyczy mi pieniądze. Co o tym sądzisz?

  22. Ciekawy pomysł z tym, żeby dzieci same podały listę czynności za które otrzymają kieszonkowe. Na pewno skorzystam. Póki co w domu mamy 1,5 rocznego szkraba, który na razie uczy się wzrokowo, czyli co zobaczy to powtórzy ;). W tym czasie dobrze jest unikać złych nawyków, np. idziesz z dzieckiem do galerii – nie kupuj mu czegoś za każdym razem bo z kolejnym wypadem uzna, że znowu mu się coś należy.

  23. Bardzo ciekawy artykuł, mam dorosłe dzieci 29 i 24 lata dostawały kieszonkowe na podobnych zasadach jakie Ty ustaliłeś dla swoich córek. Moje pociechy są oszczędne, ale nie chytre.
    Doceniają wartość pracy jaką trzeba włożyć w dobrobyt i myślę, że bez własnego małego gospodarowania (np. wydania wszystkiego pierwszego dnia na słodycze – co zdarzyło się tylko raz) nie byłyby takimi rozsądnymi i pracowitymi ludźmi.

  24. Cześć.
    Ja nie dostawałem regularnego kieszonkowego tylko robiłem minę kota ze Shreka albo inaczej próbowałem dogadać się z rodzicami. Zazwyczaj wygrywałem i dostawałem swoje zachcianki. Z perspektywy uważam, że to było najgorsze co mogło mnie spotkać bo rodzice nie wymagali żebym potem brał odpowiedzialność za te pieniądze. Koniec końców wylądowałem rok temu z zadłużoną kartą kredytową i dwoma konsumpcyjnymi kredytami.
    Uważam że dzieci powinny dostawać kieszonkowe ale nie powinny z nim zostać same. Powinna razem z tym iść edukacja i pieniądzach.
    Teraz sam się już sporo nauczyłem (edukację zacząłem od Twojej książki) i pomimo niezbyt wysokich zarobków zmniejszam regularnie swoje zadłużenie. Gdybym miał wiedzę przekazaną przez rodziców to nigdy bym się tak nie zapuścił.
    Dziekuję Tobie bo dałeś mi podstawową wiedzę, żeby zacząć żyć normalnie.
    Pozdrawiam

    • Miałam identycznie – nie dostawałam kieszonkowego tylko robiłam minę i czasami dostałam na zachcianki a czasami nie (jeśli były naprawdę niepotrzebne to nie było nawet mowy). Dzięki temu nauczyłam się żeby nigdy nie dzielić skóry na niedźwiedziu, bo nie wiesz czy dostaniesz oraz tego, że lepiej sobie zebrać i mieć na tzw. czarną godzinę. Czasem brak kieszonkowego też potrafi uczyć 🙂

  25. Miałam podobnie Tomku, rodzice nie nauczyli mnie zarządzać pieniędzmi i tak naprawdę wciąż się zastanawiam czy kiedyś sama się tego nauczę…

  26. Witaj Marcinie
    Kieszonkowe mam już za sobą, bo synowie już mają ten problem na głowie. Nie mniej popieram Twoje przemyślenia na ten temat.
    Mam dla Ciebie kolejny temat do opisania- zalety i wady polis z UFK.
    Zalet będzie niewiele- nawyk oszczędzania i być może nauka o ryzyku inwestycyjnym przy budowaniu portfela z listy funduszy /pochodna do gry na giełdzie/.
    Natomiast lista wad będzie znacznie dłuższa-utrata części wniesionego kapitału, opłaty likwidacyjne za wcześniejsze wyjście, sprzedaż produktu finansowego osobom nieznającym się na funduszach, obietnice o zyskach przez tzw. doradców finansowych, którzy o ryzyku inwestycyjnym niewiele wiedzą, itd.
    Temat ten winien być opisany na wielu blogach, aby uświadomić rodaków w co na obietnicach zysków,pakują ich sprzedawcy polis z UFK.
    Ponadto-nie może być tak, że towarzystwa j.w. zarabiają zawsze na obcym kapitale, a dawcy kapitału są przywiązani do tych polis i nie mogą swobodnie decydować o swoich pieniądzach!
    CZAS NA ZMIANY I WALKĘ O DOBRE PRODUKTY FINANSOWE.
    Słuszna zasada: zarządzający obcym kapitałem winien wtedy zarabiać, gdy wypracuje zyski i to nie więcej niż jak 1:5
    Czy to dobry temat na kolejny wpis lub podcast ?
    Pozdrawiam
    Czesław tel.603 051 353
    Przecież

  27. Trudny temat dawać czy nie ….według mnie wszystko zależy od charakteru, rozwoju i możliwości nie tylko dzieci ale i rodziców. Nie ma w tej materii złotego środka.

  28. Mój syn dostaje regularne kieszonkowe, którego większość odkładał. Bardzo się z tego cieszyłam, do czasu, kiedy przyszedł do mnie i powiedział: „Ale mam już dużo kasy! Muszę na coś wydać.” Zapytałam, co chce kupić, na co otrzymałam entuzjastyczną odpowiedź: „Nie wiem, ale zaraz coś wymyślę!” Padłam.

  29. Bardzo „głupia” historyjka mi się przypomniała, czytając komentarze na temat pieniędzy na koloniach. Ponieważ moim koleżankom i mnie ta kasa najczęściej kończyła się po trzech dniach i moi rodzice KATEGORYCZNIE powiedzieli, że więcej pieniędzy mi nie dadzą, w wieku 12stu lat wpadłam na pomysł śpiewania na ulicy z koleżankami. 😀 Warunki wspaniałe: wszystkie w chórze, gitara, bęben zrobiony z plastikowej miski. Moja babcia prawie dostała zawału jak w gazecie zobaczyła artykuł ze zdjęciem na temat wnuczki, która śpiewa na ulicy. Bezcenne wspomnienia 😀 A zarobki jakie! Po godzinie śpiewu około. 50 złotych na głowę przy pięciu osobach śpiewających 😉

  30. Marcin,

    Bardzo ciekawy artykuł i ciekawe zagadnienie. Ja osobiście jak byłem w wieku moich córek nie dostawałem kieszonkowego ale też nie było sytuacji że jak potrzebowałem na bilet do kina i o to poprosiłem to nie dostałem pieniędzy.
    W stosunku do moich córek wybraliśmy drogę pośrednią, tzn. nie dostają kieszonkowego ale jeżeli poproszą o pieniądze na coś rozsądnego to dostają. Jeżeli nie jest to rozsądne naszym zdaniem do mają oczywiście alternatywę ze swoich oszczędności.
    Skąd te oszczędności? Ano czasami Mikołaj przyniesie, babcia da za dobre świadectwo, imieniny urodziny itp. Skrzętnie to zbierają i wymyślają co chcą sobie kupić. Dla przykładu uzbierały na ogrodową trampolinę czy rowery, czy jakieś ciuchy.
    Wychowanie finansowe działa w ten sposób że jak jesteśmy w jakimś sklepie i nagle zapragną czegoś bo którejś się akuratnie spodobało, to mówimy oczywiście nie ma sprawy, tylko oddasz nam z pieniędzy na rower. No i w tym momencie niemal słychać jak pracują tryby w główce i po chwili zastanowienia pada odpowiedz, że jednak nie jednak ten rower. Do tej pory działa to całkiem nieźle, potrafią podejmować decyzje i rezygnować z zachcianek. Dodatkowo prosząc o pieniądze (przeważnie drobne) na jakieś dodatkowe wydatki około szkolne muszą to uargumentować. Dzięki temu udało nam się rozwiązać jeszcze jeden problem, który może nie we wszystkich szkołach występuje. Mianowicie pozostałe dzieci dysponują różną kasą. Jedni dostają kieszonkowe inni dostają zawsze ile chcą. Niektórzy nic nie dostają. Dlatego Jeżeli umawiają się po szkole na pączka czy lody z koleżankami to na to dostaną pieniądze, bo nie chcemy aby czuły się wyobcowane. To oczywiście tylko jeden z przykładów.

  31. to i ja napiszę 3 słowa 🙂
    1. z moim 6 latkiem staram się rozmawiać o pieniądzach jak najwięcej korzystając z różnych okazji /typu skąd się bierze kasa w banku, że jak się wypłaca z bankomatu to w banku ubywa a w portfelu przybywa itd :)/
    ostatnio po Gwiazdce mój ‚artysta’ stwierdził, że fajnie że jest Mikołaj bo dzięki temu że przyniósł mu fajne prezenty to my z mamą trochę kasy zaoszczędzimy bo nie będzie nas prosił na razie o nowe

    2. Ja jako dziecko /nastolatek dostawałem kasę jako kieszonkowe ale …
    a/ dostawałem na tyle mało, że nigdy nie starczało na moje potrzeby i musiałem kombinować
    b/ mogłem dorobić i to robiłem – myjąc auto, roznosząc ulotki, sprzedając krzyżówki itd próbowałem też zbierać truskawki ale zobaczyłem, że to strasznie ciężka kasa do zarobienia – a chłopak z miasta 🙂
    c/ jak dostawałem na ciuchy – np na jeansy – to zakładając że chciałem takie za 200 pln to dostawałem 50-100 pln a reszta była z kieszonkowego czy dorobionej kasy
    d/ podobnie było z kasą na wyjścia/wycieczki czy później imprezy – dostawałem wersje standardową od rodziców na wersje premium musiałem dołożyć 😀

  32. Z dzisiejszej gazety Metro:
    1. Włączanie dzieci w rozmowy o pieniądzach
    2. kieszonkowe jeśli dziecko samo będzie podejmowało decyzje na co wydać, jasne będzie co finansują rodzice, a co nie. Kwota stała, choć rosnąca z wiekiem i edukacja jak wypośrodkować oszczędzanie i wydawanie.
    Prócz tego warto wiedzieć o Ekonomicznym Uniwersytecie Dziecięcym.

    Jeśli chodzi o moje doświadczenie, to największe wyzwania, które pojawiają się po 13 roku życia dopiero przed wami.
    Z mojego punktu widzenia:
    *nie warto płacić za wykonywanie prac domowych
    *wynajdowanie dobrze płatnych zleceń, by dziecko doświadczyło zarabiania może przynieść więcej strat niż korzyści
    *ważniejsze od sposobu przekazywania pieniędzy są jasne , uczciwe zasady, np jeśli się na coś umawiamy z dzieckiem, to potem pozwalamy mu doświadczyć konsekwencji ( tu odnoszę się do umorzenia kosztu pożyczki w tekście). Zrozumienie tego wg mnie jest jeszcze ważniejsze od nauki oszczędzania.
    *przekazywanie wartości, jako organizujących zarabianie i wydawanie pieniędzy. To pomaga gdy okaże się, że koledzy i koleżanki otrzymują diametralnie innej wysokości tygodniówki, niż my.
    *wspierajmy dzieci w samodzielnym poszukiwaniu sposobów zarabiania – pozwalajmy im wydawać te pieniądze, jak chcą. Potem warto pomóc im zrozumieć jak się czują ze swoimi decyzjami i czy wyciągają z nich wniosek na przyszłość.

  33. My póki co nie dajemy dzieciakom kieszonkowego ale oboje mają swoje puszki ze Spange Bob’em w które wkładają otrzymywane pieniążki przy różnych okazji czy to od nas samych, od Babci, Dziadka, Wujka.. itd i przyznać muszę że trochę już tego tam się uzbierało bo puszki co raz cięższe 😉

  34. Hej
    trafiłem na stronkę po konkursie blog roku – gratulacje 🙂
    chciałem się podzielić swoimi doświadczeniem.
    Moi rodzice są przedsiębiorcami i wypracowali taki sposób dawania kieszonkowego.
    1. Wszystkie prace domowe (a było ich bardzo dużo) robimy za darmo ponieważ razem żyjemy i razem musimy dbać o otoczenie.
    2. Nauka i oceny też są za darmo ponieważ jest to inwestycja w samego siebie i powinno Ci zależeć żeby się dobrze uczyć.
    3. Ponieważ jesteśmy na działalności a każde z was kończy szkołę o inne porze nie mamy czasu gotować obiadów.
    4. dostajecie kieszonkowe na obiady co z tymi pieniędzmi zrobicie to wasza sprawa jakby co to w domu jest suchy chleb 😛
    5. jeżeli macie większe wydatki to przyjdźcie do nas razem coś wymyślimy.

    i takim sposobem dostawałem co miesiąc 80-400 zł zależnie od tego w jakim byłem wieku i jaka była inflacja. Uważam że dla dziecka w podstawówce 80 zł co miesiąc to bardzo duża kwota (chciałbym zauważyć że mówię o latach 90 kiedy była trochę inna wartość PLN-ów)…
    ale …
    80zł/ 20dni nauki daje 4zł na dzień na obiad jest to kwota wymagająca kreatywności i zręczności finansowej. Bardzo szybko zauważyłem że jeżeli źle rozplanuje wydatki to będę po prostu głodny albo co gorsza będę musiał sam sobie robić kanapki.

    Pierwsza lekcja jaką wyciągnąłem z tego systemu to istota płynności finansowej zawsze warto mieć trochę dodatkowej kasy.

    Druga lekcją było to że jeżeli chcę sobie coś kupić to muszę systematycznie oszczędzać i szukać nowych metod oszczędzania i zarabiania (książeczka oszczędnościowa, tanie i dobre jedzenie, sprzedaż puszek albo sprzedaż jakiś drobiazgów kumplom).

    Trzecia lekcja (najważniejsza ze wszystkich lekcji !!!) była taka radź sobie sam ale pamiętaj że twoja rodzina zawsze będzie cie wspierać.

    Po 20 latach uważam że ten system był bardzo skuteczny. Pod koniec liceum miałem około 3 tysięcy własnych oszczędności oraz doświadczenie w prowadzeniu sklepiku szkolnego. Pod koniec studiów miałem 12 tysięcy inwestycji (zacząłem kupować różne udziały, fundusze, monety kolekcjonerskie itd.) i doświadczenie w pracy fizycznej. W chwili obecnej (mam 27 lat) mam 30 tysięcy w inwestycjach (akcje, bitcoiny, lokaty, fundusze i ETF-y). I mimo iż zarabiam poniżej przeciętnej krajowej żyję dużo lepiej niż wiele z moim przyjaciół co dobrze zarabiają.

    Przez okres liceum, studiów i obecny nigdy na nic nie zabrakło mi kasy (wyjazdy zagraniczne, restauracje, rachunki, podatki, prezenty itd.). Podobnie wygląda sytuacja u mojej starszej siostry oraz starszego brata. Dzięki lekcją wyciągniętym z dzieciństwa oraz podróżowania potrafimy bardzo skutecznie obracać kasą i żyć na fajnym poziomie 🙂

    Na koniec chciałbym dodać, że dzięki miłości i opiece rodziców mogłem pozwolić sobie na to żeby być dzieckiem i popełniać błędy, bawić się, rozwijać itd. i jednocześnie zostałem przygotowany na trudne życie w kapitalistycznej Polsce 🙂

  35. Zgrabny artykuł.
    A te małe Furby za 126 w Smyku można zależnie od koloru kupić za nawet 60 do 90 złotych przez Internet, i to z wysyłką 😉
    Z tym wynagrodzeniem za pracę w domu mam problem, rodzina to nie praca. Jak ktoś ma firmę i zleci coś, to ok i super, ale za sprzątanie, nawet ekstra???

  36. Bardzo ciekawy wpis, no i źródło wiedzy bez zbędnego i czasochłonnego eksperymentowania na swoich dzieciach 😉
    Dziękuję za to, że Pan podzielił się swoimi spostrzeżeniami.
    Tak się zastanawiam czy rozgraniczenie : to jest twój pokój – sprzątasz go sam, to jest mój pokój jak mi go wysprzątasz to ci zapłacę jest do końca dobre. Wtedy uczymy dziecka wyrachowania … za wszystko co zrobię, poza tym co robię dla siebie, powinienem mieć zapłacone. Przydało by się w tym wszystkim dodać ziarnko altruizmu ;), żeby się za bardzo nie odczłowieczać. Fajny pomysł ktoś rzucił – za dodatkową pracę – wspólny rodzinny wyjazd. Wspierajmy się rodzino!

  37. Cześć,

    Marcinie Ja jeszcze nie mam własnych dzieci ale nie zgadzam się z Twoją opinią, a wynoszę to z domu. Mianowicie moi rodzice traktowali kieszonkowe jak co miesięczną wypłatę bo uważali że przez 40 lat po skończeniu szkoły moim obowiązkiem będzie praca i utrzymanie rodziny. Dlatego była długa lista obowiązków w sumie jak w pracy, które musiałem wykonywać a należały do nich:
    – nauka,
    – utrzymanie porządku,
    – mycie aut,
    – koszenie trawnika,
    – itp.
    Oczywiście z wiekiem ta lista się zwiększała (zanim zacząłem pierwszą pracę lista miała chyba z 50 pozycji) jak i również i kieszonkowe. Zazwyczaj ta lista była modyfikowana w trakcie wakacji. Muszę zaznaczyć że działało to w obie strony jak nie spełniałem powyższych warunków to kieszonkowego nie było i rodzice jak szef dokładnie analizowali czy zasłużyłem i bez skrupułów nie wypłacali co nauczyło mnie oszczędzania bo jak nie było oszczędności a powinęła się noga to nie było na nic. W pewnym wieku „wypłata” była na tyle duża że za roczne kieszonkowe mógłbym kupić naprawdę np. dobry komputer ( bardzo krótki okres) .

    Warto jednak zauważyć, że w okresie buntu type nie będę tego nosił, te buty nie są fajne rodzice postanowili zwiększyć kieszonkowe ale przestali kupować mi ubrania i nie dawali na wakacje. Co zmusiło mnie do myślenia o tym że idzie zima i trzeba kupić obuwie zimowe i tu był dylemat czy kupić te fajne za 300 zł czy te za 200 zł i jak się pewnie domyślasz były te za 200 zł bo przecież na wakacje z kumplami też się chciało jechać.

    Do dzisiaj pamiętam jak to było, jak bolała głupota ( głupota bo „wypłaty” nie było i to za nie odśnieżenia podwórka bo wolałem pograć) i zbieg nieszczęśliwych zdarzeń ( kupno nowej kurtki bo był mały wypadek na kuligu, który zorganizowała koleżanka z klasy – niespodziany wydatek jak w życiu) i brakło kasy na połowinki w gimnazjum. Wszyscy poszli tylko nie Ja. I od tamtej pory zawsze mam oszczędności.

    Według mnie te kilka lat z kieszonkowym nauczyło mnie jak ciężko jest zarobić pieniądze i że z nieba się nie biorą. Dzisiaj to procentuje. Mam dobrą pracę bo wiem, że dzięki niej mam pieniądze na życie. Staram się odkładać 30% moich zarobków bo wiem jakie to ważne aby mieć rezerwy.

    Jedyne czego nie nauczyłem się od rodziców to jak tymi oszczędnościami zarządzać ale nadrabiam i idzie mi to coraz lepiej i tego postaram się nauczyć moich dzieci jak już będą 🙂

    Kończąc mój komentarz rozumiem, że nie chcesz płacić dzieciom za naukę bo to ich obowiązek i w zupełności Cię rozumiem ale z drugiej strony praca to też obowiązek nawet jak ją lubimy, a ona pozwala nam godnie żyć. Jakoś trzeba nauczyć że musimy czy nam się chce czy nie bo inaczej się nie da. Taki sami sobie wykreowaliśmy świat.

  38. Witaj Marcin,
    Przede wszystkim dzięki za świetnego bloga i oczywiście za niezwykle ciekawy wpis o kieszonkowym. Ja mam dwójkę dzieci: jedno siedmioletnie, drugie – trzynastoletnie. Pierwsze nie dostaje jeszcze żadnego kieszonkowego, a drugiemu założyliśmy ostatnio konto bankowe, żebym mógł wpłacać tam co miesiąc, regularnie, ustaloną kwotę. I – o ile ze starszym dzieckiem raczej nie ma problemu rozrzutności, bo kontroluje swoje finanse i nawet robi sobie swoją małą księgowość łącznie z planami na co może wydać i jaką kwotę – o tyle trochę inaczej jest z młodszą latoroślą.
    Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się co dziecko może sądzić o pieniądzach? Jakie ma o nich wyobrażenie (starsza córka jakoś sama do tego dorosła).
    Oto jednak pewnego dnia, młodsze dziecko, zapragnąwszy jakiejś rzeczy, oznajmiło mojej żonie o owym pragnieniu. Na odpowiedź, że nie mamy pieniędzy na tę rzecz – oznajmiło zaś co następuje:
    – No to idźcie do bankomatu i wyciągcie.
    Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że to już chyba najwyższy czas, aby podjąć jakieś działanie, które uświadomiłoby mojemu dziecku czym jest wartość pieniądza i jak się nimi najlepiej gospodaruje.
    Twój wpis Marcinie dał mi dużo isporacji. Dziękuję :-). Jak tylko przemyślę sprawę to nie omieszkam podzielić się swoimi spostrzeżeniami.

  39. Niezłe negocjacje – 5 czy 7 zł 🙂
    Ja jestem zdecydowanie zwolenniczką kieszonkowego, niech się dzieciaki uczą jak dysponować pieniędzmi 🙂

  40. Hej,
    Z zainteresowaniem przeczytałam, mimo, że dzieci w dalszej perspektywie. Mnie zarządzania pieniędzmi nauczyła…bieda 🙂 jako dziecko nigdy nie byłam głodna, ale też nigdy nie miałam nowych modnych ubrań, czy zabawek (na szczęście w latach 85-90 niewiele dzieciaków miało dostęp do Barbie, wszyscy mieliśmy te same śniegowce i swetry z bazaru więc chyba było łatwiej), w wieku 16 lat poszłam do pierwszej pracy i pracuję ciąglę do dziś (łącznie z okresem studiów dziennych – praca od pół do całego etatu)- taka była sytuacja, trzeba było iść do pracy żeby pomóc rodzinie. Dzieki temu mam ogromne poczucie, że obojętnie jak trudna będzie sytuacja, to sobie poradzę, że najważniejsze wartości to emocje a nie rzeczy materialne. Dzięki temu też jestem cholernie ambitna (udowodnię, że nie jestem gorsza bo z bardzo biednej rodziny- ale kochającej się i wspierającej). Moja Mama każdy przypływ gotówki wydawała na moją edukację (np w wieku 14lat mówiłam 3językami obcymi), hobby (jazda konna- treningi za sprzątanie stajni etc). Ale pamietam też dziurawe buty Mamy, pracę na dwa etaty + sprzątanie…wiem, ile musiała mieć siły i ile rzeczywiście te ‚moje przyjemności’ ją kosztowały. Dziś w wieku 30lat mam silne poczucie własnej wartości, dobrze płatną pracę i uczę się co robić z pieniędzmi (jak mądrze oszczędzać). Dzięki m.in. Tobie idzie mi coraz lepiej. Czy moje dziecko powinno tego doswidczyć- nie chciałabym, ale brak pieniędzy wyrabia ogromny szacunek do każdej zarobionej złotówki, a także uczy wartości najważniejszych w życiu. Brak pieniędzy też jest dobrym nauczycielem 😉

  41. Marcinie,

    Jakiś czas temu byłem na spotkaniu z psycholożką dziecięcą, Agnieszką Stein. Padło tam kilka zaskakujących dla rodziców z naszego pokolenia stwierdzeń. Na przykład: zadawanie (a dokładniej: wymaganie odrabiania) pracy domowej w podstawówce nie ma sensu, bo dziecko i tak się niczego w ten sposób nie uczy, ani nie wykształca systematyczności. Albo: zmuszanie dwulatka do dzielenia się zabawkami może mieć skutek odwrotny do zamierzonego – dziecko będzie miało traumę związaną z tym, że nie mogło zatrzymać czegoś dla siebie i jego stosunek do dzielenia się, posiadania, będzie bardziej problematyczny, niż gdyby po prostu przeczekać ten okres zaborczości 2-3 latka. Uogólniając, Agnieszka mówiła o tym, że w świetle dzisiejszej wiedzy psychologicznej, dziecko często w pewnym wieku nie jest jeszcze gotowe na naukę pewnych umiejętności (tak samo, jak większość roczniak nie jest fizjologicznie i psychologicznie gotowy na naukę siusiania do nocnika). Widzę, że podpierasz się w artykule badaniami – może jest to temat wart rozpoznania – zwłaszcza że, o ile dobrze pamiętam, planujesz książkę o finansowym wychowaniu dzieci. Agnieszka też jest blogerką, może to będzie dobry punkt zaczepienia? 🙂

    Pozdrawiam!

  42. Marcinie,
    z zainteresowaniem czytałam Twój wpis o edukacji finansowej dzieci.
    Dzieci jeszcze nie mam (chociaż w ciągu kilku miesięcy sytuacja się zmieni… 😉 ), ale może pomogę trochę moimi spostrzeżeniami z dzieciństwa.
    Do około 10 roku życia dostawałam drobne do szkoły (doszczętnie wydawane na słodycze w szkolnym sklepiku ;-)), potem w momencie pojawienia się telefonów komórkowych dostałam kieszonkowe, z którego płaciłam też za doładowanie do karty.
    Miałam ogromne szczęście, bo jako dziecko mogłam pracować w teatrze i co roku odkładałam naprawdę niezłe sumy (po kilkaset złotych za sezon), które z kolei uwielbiałam wydawać na prezenty dla wszystkich bliskich.
    Z domu wyniosłam nawyk pt. „zeszyt finansów” – każdy wydatek, pobranie pieniędzy z „domowego portfela” należało wpisać do zeszytu, z którego mój tata skrupulatnie spisywał nasz domowy budżet.
    Potem przy otwieraniu pierwszego konta, zakładaniu karty, rozliczaniu pierwszego PITu konsekwentnie towarzyszył mi tata (któremu jestem ogromnie za to wdzięczna ;-)).
    Myślę, że warto, żeby dzieci już od maleńkiego rozumiały potęgę oszczędności. W przeciwieństwie do mnie, mój brat fenomenalnie potrafił „zachomikować” swoje kieszonkowe, przez co zawsze miał pieniądze na gry komputerowe, drogie książki albo najnowsze zabawki. Ja liczyłam na litość rodziców lub dziadków 😉
    Pozdrawiam Ciebie, Marcinie, oraz życzę wszystkiego dobrego dla Ciebie i Twojej rodziny!

    • Cześć Maria, dziękuję za komentarz i przytoczenie Twojej historii. Wyniosłaś z domu naprawdę świetne nawyki finansowe – gratulacje dla tak roztropnych rodziców 😉
      Serdecznie Cie pozdrawiam.

  43. Dziś w przypadkowej rozmowie z moja 11-latką wyszło, ze (dzięki reklamom tv) ona myśli ze wszyscy maja kredyty, kredyty są normalne, fajne i nic w nich ‚podejrzanego’ nie ma.
    Druga córka, lat 9, potwierdziła.
    Obie szczerze były zdziwione, że mamy tylko kredyt na mieszkanie, a innych nie posiadamy… jeszcze bardziej były zdziwione, że gdyby zepsuł się nam telewizor to kupilibyśmy nowy z oszczędności, a nie na kredyt, a już kompletny opad szczęki zaliczyły gdy stwierdziłam, że gdybyśmy nie mieli oszczędności to nowy telewizor kupilibyśmy po uzbieraniu odpowiedniej kwoty, a nie na kredyt.

    Czuje pod skórą, ze finansowy świat moich dzieci runął dziś w gruzach 😉

    Długa droga jeszcze przed nami rodzicami…
    Moje córki maja kieszonkowe, nawet odkładają, wiedza, że zabawki z reklam w rzeczywistości tak fajne nie są, ale jak widać to ciągle mało.

    Swoją drogą chodzi mi po głowie myśl, ze może dobrze by było, żeby ten telewizor się zepsuł….

    Jak już piszę ten pierwszy komentarz to dodam, ze blog Twój Marcinie jest rewelacyjny, pomaga mi wszystko lepiej pookładać, bo wcześniej działałam z mężem bardziej intuicyjnie.

    Agnieszka

  44. Ja stosuję taką metodę, że czasem 5zł daję na drobne wydatki w szkole ale nie jest to regularne i nie jest ustalone, że się należy. Za obowiązki domowe nie płacimy, choć jeśli syn nam pomoże w czymś naprawdę ważnym, to wynagradzamy go ale staramy się kupić prezent (np. gra na x-box) a nie dac pieniądze.

  45. Na pewno jest to temat, nad którym trzeba pomyśleć, przedyskutować- może faktycznie najlepiej z dziećmi, aby im wyjaśnić co i jak. Ja jeszcze nie mam dzieci, ale zawsze wydawało mi się, że kieszonkowe to dobry pomysł. Teraz mam mieszane uczucia.

  46. Witam, mam prawie 40 lat i jestem mamą trzech synów 1.5 roczku, 11 i 16 latka. Sama dopiero niedawno nauczyłam się oszczędzać i poznałam radość z kwot jakie tworzą się przy regularnym oszczędzaniu. Wcześniej sądziłam, ze ponieważ sama nie dostawałam kieszonkowego to nie miałam okazji nauczyć się zarządzać pieniędzmi i moi synowie dostawali kieszonkowe … bardzo krótko, z tych samych powodów co u Ciebie. Bardzo szybko intuicja podpowiedziała mi że nie tędy droga. Po latach obserwacji i wniosków w moim domu sytuacja wyklarowała się tak:
    *chłopcy nie dostają od nas żadnych pieniędzy regularnie ani za wykonane prace, nawet te dodatkowe (pochwała, wdzięczność i radość współpracy to nagrody które muszą im wystarczyć i wystarczają)
    *oceny i zachowanie w szkole – j.w.
    *pieniądze dostają okazjonalnie od rodziny (i są to czasami spore kwoty – na 15 urodziny syn uzbierał 1300 zł!!!)
    *nie dostają od nas prezentów na urodziny tylko organizację imprezy,
    pieniądze które dostają:
    *małe kwoty od czasu do czasu wydają jak chcą: na kebaby (starszy), słodycze, drobiazgi,
    *większe kwoty odkładają (młodszy na sko, starszy do koperty – raczej na krótko bo ma już wcześniej plany co do tych pieniędzy)
    *młodszy 11 latek, chciał psa, jest jego właścicielem, więc ze swoich oszczędności płaci za wydatki z nim związane (ja kupuję jedzenie dla psa, ale weterynarz, obroża, smycz itp to wydatki należą do niego)
    * na jednodniowe wycieczki, szkole koncerty i teatrzyki dostają pieniądze ode mnie
    * do kilkudniowych wycieczek, obozów zimowych, letnich muszą dołożyć pewna kwotę (zwykle 100-300 zł)
    * kieszonkowe na długie wycieczki i obozy ustalamy wcześniej tak aby spokojnie wystarczyło im na cały okres na wydatki i jest to kwota nie za mała (sama cierpiałam na brak kasy na koloniach bo dostawałam maleńkie kwoty) ale i nie za duża. Tak żeby nie biedowali ale musieli myśleć nad wydatkami żeby im starczyło do końca wyjazdu.
    *ustalamy z góry ile ja mogę im dać a jaka kwotę muszą dołożyć ze swoich oszczędności.
    *umawiamy się, że jak przywiozą jakąś kasę z wyjazdu to drugie tyle dostaną od nas (bardzo rzadko coś przywożą :D)
    *wkładamy im do głowy, żeby nie przywozili żadnych pamiątek dla rodziny (swojego czasu zmorą były plastikowe scyzoryki, gipsowe figurki i drewniane nie wiadomo co, na które wydawali większą część pieniędzy, czuję co ich motywuje i tym bardziej trudno było sobie z tym poradzić), jak bardzo chcą to: pamiątkowe widokówki, ewentualnie sobie jakąś drobną pamiątkę.
    * starszy syn od niedawna lubi dobre jakościowo ubrania które są stylowe ale i dość drogie więc mamy układ, jak czegoś potrzebuje (faktycznie potrzebuje a nie jest to fanaberia) to ja mówię ile mogę na to przeznaczyć a jeśli to jest droższe to dokłada sobie sam.
    *starszy syn może swoje pieniądze wydać wg własnego uznania, ale po rozmowie ze mną i mojej akceptacji (1300 zł urodzin przeznaczył 200 na obóz letni 100 na kieszonkowe na obóz, 300 zł odłożył a 700 zł wydał na ciuchy – ale dobrze przemyślał co i za ile chce kupić) a ja się cieszyłam, bo nie musiałam już wydawać na ubrania dla niego, bo sam sobie wybrał, sam pojechał do Warszawy ze znajomymi i sam kupił, myślę, że maił tez niezłą frajdę, bo staje się coraz bardziej samodzielny, bo wybrał naprawdę fajne, dobre gatunkowo, młodzieżowe ubrania, drogie fakt – ale jego kasa jego wybór.
    *czasami daję się ubłagać i daję im 2,3 zł na wodę, drożdżówkę itp, ale raczej rzadko (II śniadanie zabierają z domu)
    *moje dzieci mają czasem więcej pieniędzy niż my 😀
    *pieniądze z chrzcin, komunii, inne większe kwoty, pieniądze które czasem nam pożyczają (tak, tak , tak też się zdarza przy budowie domu na szczęście już zakończonego) idą na subkonta, gdzie procentują i zostaną im wydane przy okazji wchodzenia w dorosłe życie.
    *wiedzą, że pieniądze nie rosną na drzewach, że trzeba na nie zapracować, że na coś większego trzeba oszczędzić, że kredyty są złe, drogie i niebezpieczne i trzeba dobrze rozważyć ich branie, rozmawiamy z nimi o tym, podajemy przykłady z naszego życia, naszych znajomych i rodziny, rozmawiamy przy nich podejmując decyzje i uzasadniamy im je, staramy się być rozważni i tego ich uczymy.
    *sami mamy tylko kredyt na dokończenie domu – świecimy przykładem.
    *wydaje mi się, że stosunek do pieniądza zależy też od charakteru człowieka.
    Ale się rozpisałam, czy to ma jakiś sens? Pozdrawiam

  47. Jak byłam mała presja społeczeństwa szkolnego spowodowała że też chciałam mieć kieszonkowe…Sytuacja finansowa w domu była słaba tylko mama zarabiała-tata zmarł wiec dodatkowy dochód to była renta po nim-a że renta była na mnie to jako zbuntowana nastolatka i jak już wspominałam pod presją powiedziałam mamie że chcę by to były moje pieniądze..bo na nic nigdy nie mam nic nie mogę kupić..mama jak najbardziej się zgodziła,wzieła kartkę długopis i zaczęła liczyc…ok..wydatki-jesteśmy we dwie więc wszystkie opłaty na pół-mieszkanie,prad woda,gaz jedzenie…z obliczeń wyszło że musiałam jej dopłacić małą sumkę-poprzez 30 min rozmowy o „finansach” stwierdziłam że lepiej na tym wyjdę jeśli mame poproszę o jakieś pieniądze na „coś”…zanim się zaczęła moja przygoda z kieszonkowym juz sie zdążyła zakonczyc :D…Pierwsze pieniądze jakie zaczełam zarabiać to miałam 17 lat w KFC a potem fakt po znajomosci-ale pełne 8h w wakacje i 16h w weekendy w czasie szkolnym jako pomoc w zakładach szwalniczych….

  48. Witam, jestem od niedawna czytelniczka bloga, musze przyznac ze tematy tutaj poruszane sa bardzo interesujace.
    Sprawa kieszonkowego jest mi bardzo bliska, mam trzy dziewczyny w wieku 5-10-15 i wszystkie dostaja kieszonkowe. Kwota miesieczna to 5-10-50 ! dwie mlodsze wszystko dzielnie skladaja do koperty i wydaja zadko a jesli juz to na „duze zabawki” jak np. perkusja (dla 10-latki) czy plac zabaw do ogrodka (z naszym dofinansowaniem). Co do najstarszej to mamy uklad ze dostaje 50 ale mnie nie intersuja juz zadne jej potrzeby jak ubrania, buty, kosmetyki,kino etc. Dziala, jesc dostaje, ma gdzie mieszkac i dostep do mediow i to funkcjonuje. Niestety , sprawa kieszonkowego jest u nas (mieszkamy w Niemczech) przewidziana w regulacjach urzedow ds. ludzi mlodych. Jakotakiego przymusu nie ma, ale, wlasnie ALE sie nalezy, mozna nawet poczytac w jakich wysokosciach sie nalezy w jakim wieku. I dzieci w szkole sa informowane o tych (i innych) naleznych im prawach.
    Ja osobiscie nie widze problemu z wyplacaniem kieszonkowego, jednak placanie za dobre oceny nie miesci mi sie w glowie,(wielu moich znajomych tak robi, moze 10-latek za dobra ocene zadowoli sie np. gotowka w wys. 20 ale zbuntowany 15-latek ma inne wymagania np. nowy telefon, wiem cos o tym) czy tez za wykonywane prace w domu , Jestesmy rodzina i musimy sobie pomagac, to jest nasz dom, wszyscy korzystamy z talerzy wiec na zmiane oprozniamy zmywarke, odkurzamy etc.
    Wszystko ma swoje plusy i minusy, wyplacanie kieszonkowego tez.
    Pozdrawiam i zycze kolejnych trafionych artykulow.

    • A ja lubiłem taki motywator w formie dodatkowej nagrody. Uczyłem się spokojnie na 4.0 średnią i całkowicie mi ona wystarczyła. Rodzice prawie co roku mówili, że są zadowoleni z moich ocen. Ale żeby zmotywować mnie jako nastolatka proponowali układ – jeśli podniosę średnią do 4.5 dostanę np właśnie nowy telefon.

      To częściowo uczyło mnie pracy i dawało dodatkową motywację, kiedy mi się nie chciało

  49. Witaj Marcinie, z przyjemnością czytam od dłuższego czasu Twój blog, bardzo interesuje się finansami osobistymi (mam czasami wrażenie, że aż za bardzo 🙂 Ale mam pytanie dot. kieszonkowego, bo tą kwestią w rodzinie zajmuje się właśnie ja. Kieszonkowe się u mnie sprawdza, ale dzieci chcą dorobić 🙂 nie zamierzam płacić za obowiązki, które należy wykonywać w rodzinie bo to jest oczywiste, ale mam problem z utworzeniem płatnych zajęć. Mam kilka jak: czyszczenie kuwet po kotach (czego ja nie lubię ) – od razu dodam zapewniam wszelką higienę przy czyszczeniu kuwet :-), sprzątanie auta w na wiosnę, w lecie. Ale brak mi dalszych pomysłów, może Ty coś podpowiesz?

  50. Witaj Marcinie, z przyjemnością czytam od dłuższego czasu Twój blog, bardzo interesuje się finansami osobistymi (mam czasami wrażenie, że aż za bardzo 🙂 Ale mam pytanie dot. kieszonkowego, bo tą kwestią w rodzinie zajmuje się właśnie ja. Kieszonkowe się u mnie sprawdza, ale dzieci chcą dorobić 🙂 nie zamierzam płacić za obowiązki, które należy wykonywać w rodzinie bo to jest oczywiste, ale mam problem z utworzeniem płatnych zajęć. Mam kilka jak: czyszczenie kuwet po kotach (czego ja nie lubię ) – od razu dodam zapewniam wszelką higienę przy czyszczeniu kuwet :-), sprzątanie auta w na wiosnę, w lecie. Ale brak mi dalszych pomysłów, może Ty coś podpowiesz?

    • Podpowiem może od siebie jakie prace ja wykonywałem w moim rodzinnym domu:
      – mycie okien raz na kwartał
      – odśnieżanie zimą, liście jesienią, napowietrzanie trawy latem (mieszkałem w domku jednorodzinnym)
      – generalne sprzątanie strychu, piwnicy, szorowanie łazienki
      – mycie auta
      – ogarnianie drobnych spraw na mieście (np. zawiezienie komunikacją dokumentów do księgowej)
      Innymi wszystko co zajmuje czas, a było w moim zasiegu 🙂

  51. a ja uważam, że kieszonkowe dla dziecka jest ważne, bo uczy się zarządzać pieniędzmi. Oczywiście nie mówię, że to mają być kolosalne pieniądze, ale przynajmniej trochę

Odpowiedz