Jak wychować dzieci z finansową pewnością siebie?

26

Szum morza, powiew letniej bryzy, ciepłe słoneczko, a Ty wylegujesz się na wygodnym, plażowym leżaku….

  • Daj kasę – słyszysz przy swoim uchu. Brzmi to jak próba wyłudzenia haraczu, ale to tylko Twój nastolatek zwraca się właśnie z uprzejmą „prośbą” o pieniądze.
  • A na co? – pytasz najgrzeczniej, jak potrafisz.
  • Potrzebne mi są – pada krótka odpowiedź, pod którą może się kryć wszystko.
  • Ale na co? – drążysz temat, bo to przecież Twoje pieniądze i Twoje dziecko.
  • Do jedzenia chcę coś kupić – precyzuje nasze nastoletnie maleństwo.
  • Jedzenie jest w w torbie, wybierz coś sobie.
  • Sprawdzałem tam już, ale ja bym zjadł hamburgera – wykrztusza w końcu.
  • Daj spokój, nie mam pieniędzy – kończysz rozmowę z wyrzutem, że właśnie tak Twoje dziecko traktuje Ciebie i Twoje ciężko zarobione pieniądze.

Czar wakacji pryska, bo został poruszony ten nieprzyjemny dla obu stron temat finansów. Jeśli przewidujesz taką sytuację na swoim urlopie, mam dla Ciebie dobrą wiadomość – wcale nie musi tak być. Powszechnie wiadomo, że okres dorastania jest specyficznym czasem w rodzinie, delikatnie mówiąc. Jednak Mary Hunt, autorka książki „Raising financially confident kids” znalazła sposób na to, żeby finanse nie były źródłem nieporozumień między rodzicami a dorastającymi dziećmi. W książce znajdziecie ciekawe wskazówki na edukację finansową nastolatków i młodszych dzieci. Co najważniejsze, są to sprawdzone porady, testowane na jej synach. Dzieci autorki – Jeremy i Josh – mają już około 40 lat i bardzo dobrze im się powodzi. Przeczytaj, jak jej się to udało.

Ten artykuł jest częścią cyklu o finansowej edukacji dzieci. W poszukiwaniu różnych sposobów i pomysłów na wykształcenie we własnych dzieciach (a mam ich trójkę :)) zdrowych finansowych nawyków, przedzieram się przez kolejne książki na ten temat. Wyciągam z nich to, co najlepsze, a potem dzielę się z Wami. To nie są recenzje książek, ale „wyciskanie” z ich treści konkretnych sposobów na przekazywanie dzieciom finansowej wiedzy.
Do tej pory w ramach cyklu ukazały się następujące artykuły:

Wylewamy fundament

Czy wy też tak macie, że jesteście zajęci rutyną rodzicielstwa (gotowaniem, pilnowaniem pracy domowej, podwożeniem na dodatkowe zajęcia itp.) i zapominacie o przekazywaniu wartości? A może czasem po prostu nie wiecie, co warto powiedzieć dzieciom?

Mary Hunt podaje 4 fundamentalne obszary w dziedzinie finansów, którymi warto się zająć:

  1. Dawanie – rozwijamy wdzięczność zamiast postawy „wszystko mi się należy” Uczymy szacunku i wrażliwości na innych przez wsparcie ich konkretną kwotą pieniędzy.
  2. Oszczędzanie – budujemy poczucie bezpieczeństwa i pewność w osiąganiu celów
  3. Wydawanie – powinno być rozważne i zaplanowane. Nie wydajemy więcej niż mamy. To my decydujemy, czy to jest potrzeba czy zachcianka, a nie reklama.
  4. Pożyczanie – omijamy szerokim łukiem. Jeśli się nie da, to pożyczamy tylko pod zastaw lub na rzeczy, których wartość wzrośnie w przyszłości. Spłacamy każdy dług najszybciej, jak się da.

Mów o tych wartościach i stosuj je w codziennym życiu, a dzieci podłapią ten sposób myślenia. To tylko kilka prostych, ale jednocześnie mocno działających zasad. Jeśli będziesz o nich pamiętać, Twoje dziecko będzie miało na czym budować swoją finansową przyszłość.

Grunt to dobry plan

 Gdy robimy coś bez planu, zmniejszamy szanse na osiągnięcie celu. Do takiego samego wniosku doszła Mary, która razem z mężem wymyśliła prosty plan na naukę finansów, dopasowany do możliwości dzieci. Nawet jeśli ciągle masz niespłacone kredyty lub niewiele wiesz na temat pieniędzy, z powodzeniem możesz go stosować. Nie będzie to dla dzieci nic trudniejszego do zrozumienia niż nauka obsługi pralki czy zmywarki. Mary zapewnia, że rodzice też „przy okazji” więcej się uczą. Bez zbędnego przedłużania, podaję szczegóły tego planu:

  • zaczynamy z nastolatkami – Mary uważa, ze najlepszy wiek na przystąpienie dziecka do tego planu to 10-11 lat. Dziecko musi już świadomie podejmować pewne decyzje, a jednocześnie udział w planie wiąże się z pewnego rodzaju zaszczytem, o czym więcej niżej. Jeśli masz starszego nastolatka, to niech zacznie jak najprędzej.
  • przygotowujemy listę odpowiedzialności – czyli spis rzeczy czy aktywności, za które dziecko będzie odpowiedzialne i za które my już nie płacimy. Kwota pieniędzy, które od nas dostanie, musi zapewnić pokrycie tych kosztów. Zaczynamy z niewielką listą, ale docelowo w ostatnich latach szkoły średniej dziecko powinno przejąć całość wydatków, które je dotyczy. W pierwszym roku warto wrzucić na listę same zachcianki, typu wydatki na przekąski czy bilety do kina. W kolejnych latach dodajemy już na listę takie sprawy jak ubrania, fryzjera czy przybory szkolne.
  • zapewniamy miesięczne wynagrodzenie – tak, dobrze przeczytaliście, słowo „wynagrodzenie” jest istotne. To nie jest zwykłe kieszonkowe, jakie niektórzy koledzy czy koleżanki mają. To pensja, która jest dość spora jak na wiek dziecka. Przyciągniemy tym słowem zainteresowanie nastolatka oraz damy mu do zrozumienia, że traktujemy go jak dorosłego. Są to pieniądze, które i tak byśmy wydali na dziecko, żeby zapewnić mu ubranie, dojazd do szkoły czy rozwój zainteresowań – tyle, że teraz tylko ono decyduje, co konkretnie i w jaki sposób kupi. Miesięczna kwota pozwala na lepsze planowanie i jest dużo bardziej atrakcyjna dla nastolatka niż tygodniówka.
  • narzucamy obowiązkowe odliczenia – dajemy wynagrodzenie, ale wymagamy jednocześnie, żeby pewien z góry określony przez nas procent odkładać na cele dobroczynne i oszczędności. Nie wnikamy, jak będą oszczędzać i na jakie cele chcą przekazać część wynagrodzenia. Spróbuj zastosować formułę 10-10-80, czyli 10% na cele charytatywne, 10% na oszczędzanie, 80% na wydatki. Pozwoli to dziecku automatycznie przyjąć, że częścią pieniędzy trzeba się podzielić z innymi, a część zostawiamy, aby uzbierać na wymarzony cel. Jeśli tylko dziecko chce, może odkładać więcej na te cele – chłopcy Mary kupili swoje pierwsze auta za własne pieniądze.
  • pamiętamy o corocznej rewizji listy odpowiedzialności – Mary robiła to na początku każdego roku szkolnego, ale termin nie ma znaczenia. Ważne, żeby co roku (lub częściej) dziecko dostawało podwyżkę i jednocześnie dłuższą listę odpowiedzialności.
  • dorzucamy planowanie i zapisywanie wydatków – tego akurat Mary nie miała w swoim pierwotnym planie, ale uważa, że jest to dobry nawyk i ułatwi nastolatkowi wydawanie pieniędzy na sprawy, które ma na liście odpowiedzialności. Może się też zdarzyć, że źle oszacowaliście kwotę wynagrodzenia, więc taki budżet będzie mógł to potwierdzić. Jeśli tylko znajdziecie dla dziecka jakąś fajną aplikację, to powinno przynajmniej spróbować. Może Coin Keeper?
  • nie wtrącamy się – to istotna, choć dość trudna sprawa dla rodzica. Gdy już przekażemy wynagrodzenie, obowiązkowe odliczenia i listę odpowiedzialności, nasze zadanie się kończy. Nie mamy możliwości komentowania nierozważnych decyzji, bo to dziecko ma na swojej skórze poczuć ich skutki. Mary przyznaje, że jej dzieci miały na początku sporo wpadek, ale z czasem zaczęły tak dobrze zarządzać pieniędzmi, że przekroczyło to nawet jej oczekiwania.
  • nie pożyczamy pieniędzy – zaliczki na poczet przyszłego wynagrodzenia czy pożyczka na jakiś większy wydatek nie wchodzą w grę. Tworzymy w domu strefę wolną od długów. W naprawdę wyjątkowych sprawach można pożyczyć pieniądze, ale pod zastaw czegoś, co do dziecka należy.
  • określamy moment zakończenia planu – wszystko dobre się kiedyś kończy, ten plan finansowy również powinien mieć z góry określoną datę zakończenia. Pozwala to rodzicom zaplanować coroczny przyrost odpowiedzialności, natomiast dziecku daje sygnał, że to tylko forma nauki, która już w dorosłym życiu nie obowiązuje.

Najtrudniejszą część musi wykonać dorosły, żeby zaplanować listę odpowiedzialności na każdy rok i związaną z nimi kwotę wydatków. Trzeba zatem już wcześniej dość szczegółowo orientować się, ile wydajemy na poszczególne sprawy związane z dziećmi. Rodzice muszą się też powstrzymać od komentowania decyzji finansowych, bo wtedy cały plan legnie w gruzach. Dzieci Mary nie kwestionowały zasad, które im narzuciła. Potwierdza to tylko, że nawet nastolatki potrzebują granic, wśród których mogą swobodnie działać.

A jakie były rezultaty stosowania tego planu? Choć jej dzieci były zupełnie różne, w obu przypadkach synowie stali się odpowiedzialni i świetnie radzili sobie z pieniędzmi. Wcześniejsze nietrafione decyzje zmieniały się w lepsze wybory w przyszłości. Co ciekawe, Mary nie miała z nimi problemów wychowawczych, jak często się dzieje w tym wieku. Po prostu pieniądze nie były problemem, a to zaufanie, które rodzice im przekazywali razem z pieniędzmi, tworzyło fajną atmosferę w domu. Plan dobrze działał, bo chłopcy go znali i rozumieli. Ważne jest, żeby dzieciom dokładnie i prosto wyjaśnić, że od tej chwili podejmują własne decyzje za pieniądze, które im przekazujemy w ściśle określonych obszarach, ale oczekujemy od nich odpowiedzialnych zachowań. Aby podkreślić, jakim zaszczytem dla nich jest uczestnictwo w tym planie, warto  odpowiednio celebrować start programu, na przykład przez specjalny obiad czy certyfikat młodego managera :).

Mary zaczęła ze swoimi nastoletnimi dziećmi, ale uważa, że naukę finansów można zacząć już wcześniej, tylko w innym zakresie.

Przedszkolak – pokaż mu podstawy

Tak, właśnie pokaż, bo to jak postępujesz z pieniędzmi, odbiera jako naturalne zachowanie. Gdy planujesz budżet domowy czy wpisujesz kwoty z paragonów, nie zajmuj się tym, gdy zaśnie, bo nie zrozumie, że kontrolujesz wydatki. Używaj gotówki, bo zakup kartą nie pokazuje, ile tak naprawdę wydajesz na różne rzeczy. Gdy spędzasz z nim czas, wybierz park czy wycieczkę za miasto zamiast galerii handlowej. Dawaj mu nagrody w postaci uścisków i słów uznania, zamiast pieniędzy czy kolejnych zabawek. Zwracaj uwagę, ile czasu spędza przed TV i pozwól mu uczestniczyć w obowiązkach domowych, aby poczuło, że jest częścią rodziny na takich samych zasadach, jak pozostali.

Pierwsze lata podstawówki  – czas na pierwszy etap nauki o finansach

To będzie wstęp do głównej części planu, jaki jest zarezerwowany dla nastolatków. Zaczynamy ze zwykłym kieszonkowym, raz w tygodniu konkretnego dnia. Kwota według uznania rodziców, nie powiązana z obowiązkami domowymi. Jeśli chcecie, możecie skorzystać ze sposobu, jaki Mary używała do egzekwowania obowiązków domowych. Gdy coś nie było zrobione, to dzieci zobowiązane były zapłacić… mandat, czyli pewną wcześniej określoną sumę pieniędzy. Podobno działa 🙂

W tym wieku wprowadzamy też dość popularną ideę słoików – wg autorki dzieci powinny mieć z góry narzucony podział: 10% na cele charytatywne, 10% na oszczędzanie długoterminowe, 40% na oszczędzanie krótkoterminowe (czyli np. na wymarzoną zabawkę) i 40% na bieżące wydatki. W tym wieku dzieci wymagają jeszcze nadzoru, jak wydają swoje pieniądze, ale jak najczęściej powinny same o tym decydować.

Moi chłopcy są w tej grupie i rzadko wychodzą z domu z pieniędzmi, chyba że planują coś konkretnego kupić. Zdarzało się jednak czasem, że jak weszliśmy do sklepu i coś chcieli kupić, to im po prostu „pożyczałam”, a oni mi później w domu oddawali. Według Mary nie powinno się tego robić, bo to przyzwyczaja dzieci do tego, że można brakujące pieniądze od kogoś pożyczyć. A tego nie chcemy uczyć 🙂

Zresztą Mary bardzo dokładnie i ciekawie opisuje, czego i w jaki sposób nauczyć dzieci o długach. Napiszę o tym więcej w kolejnym wpisie z tego cyklu.

Ciekawa jestem, jak Wam się podoba plan Mary. Myślicie, że zadziała w Waszej rodzinie? Spróbujecie zastosować jeszcze przed urlopem?  Podzielcie się komentarzem 🙂

Pozdrawiam serdecznie

Ania

 

Ania Sadowska rodzinkaAnna Sadowska – tworzy cykl o edukacji finansowej dzieci. Prywatnie mama Łucji, Pawła i Sebastiana.
Szuka sprawdzonych metod, które pomagają wykształcić u dzieci i młodzieży właściwe podejście do pieniędzy. Podpowiada rodzicom, co jest istotne, aby w dorosłym życiu ich dzieci mogły odnaleźć się w kwestiach związanych z finansami i sprawnie zarządzać swoim domowym budżetem.Od kilkunastu lat pracuje w międzynarodowej korporacji, zdobywając doświadczenie w działach zakupów, rachunkowości i kontroli wewnętrznej.

 

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze26 komentarzy

  1. Książka dopisana do listy MustRead 🙂

    Jak dla mnie idealnym połączeniem jest filozofia wspomnianego wczesniej Banku Taty uzupełniona o klarowny plan przejmowania odpowiedzialności.
    Muszę przyznać że perspektywa dwudziestoletnich dzieci mających pełną świadomość ile kosztuje ich życie i biorących za nie całkowitą odpowiedzialność sprawiły, że dla mnie słońce świeci dziś jeszcze piękniej 🙂

    • Ania Sadowska

      Dzięki Hubercie za komentarz. I niech tak świeci nawet zimą! 🙂 Dla mnie to też fajny zestaw konkretów, które warto wypróbować.

  2. Podobają mi się te pomysły. Dziecko nie powinno traktować pieniędzy jako dobra zakazanego, do którego nieautoryzowany dostęp otrzymuje dopiero po skończeniu określonego wieku. Istnieje obawa, że potraktuje je jak alkohol – wpadnie w euforię i zacznie żyć ponad możliwości.

    Problem widzę we wdrożeniu tej koncepcji w życie, zwłaszcza w kwestii prawidłowego oszacowania potrzeb dziecka. Bo jak tu zaplanować, czy zima będzie długa i mroźna, czy krótka i ciepła. Z drugiej strony na wszelkie nieprzewidziane sytuacje są przecież oszczędności i nawet jeśli nagle spadnie deszcz, a budżet danego miesiąca został już przejedzony, to na kupno nowych kaloszy możemy wykorzystać oszczędności lub fundusz awaryjny.

    Przedszkolakowi warto jeszcze uświadamiać, że jego decyzje przekładają się na pieniądze. Zapalone światło czy cieknący kran przyczyniają się do marnowania prądu i wody, a w konsekwencji wypływu gotówki z rodiznnego portfela. A to oznacza mniej pieniędzy na zabawki czy gadżety.

    • Nie da się ukryć, że najtrudniejsze jest wdrożenie :).
      Zarówno mroźna jak i krótka, ciepła zima to również świetna okazja do edukacji. Od 11 czy 12-latka nie oczekiwałbym takiej świadomości i przewidywalności, ale już 19 czy 20 letni syn powinien orientować się, że pory roku bywają różne 🙂

    • Ania Sadowska

      Dominik, super to porównanie pieniędzy do zakazanego owocu. Właśnie tak chyba jest w większości rodzin.
      Myślę, że szczegóły można na bieżąco doprecyzować. Ważne, że dziecko widzi, że chociaż są jakieś reguły/zasady. No i stały dopływ gotówki 🙂

  3. Podoba mi się to podejście.
    Byleby nie popaść w skrajność i nie kazać płacić dziecku za wodę, prąd, gaz i wynajem części mieszkania.;)
    Bardzo nie fair byłoby również traktowanie tego rozwiązania jak outsourcingu – zwalenia na dziecko części naszych obowiązków rodzicielskich. – niech dziecko samo się rządzi a my mamy czas dla siebie i święty spokój.
    Problem będzie z ustaleniem kwoty wynagrodzenia. Należałoby dość szczegółowo analizować wydatki na każde dziecko przez jakiś okres poprzedzający rozpoczęcie wypłaty wynagrodzenia. Tak by mieć pewność, że wystarczy mu na ‚godne życie’, bo inaczej może się zniechęcić.

    • Ania Sadowska

      Jasne, tą najtrudniejszą część muszą wykonać rodzice, ale jeśli dobrze prowadzą budżet domowy, to powinni dać radę 🙂

    • Dlaczego nie? W Irlandii za normalne uważa się, że dziecko, które pracuje i zarabia pieniądze, a nadal decyduje się mieszkać z rodzicami, dopłaca do kosztów życia rodziny ze swoich zarobionych pieniędzy w stopniu takim, jaki ponosiło by te koszty, gdyby żyło samodzielnie. U nas przyjęte jest, że dziecko, nawet dobrze po 20-ce może sobie pasożytować na rodzicach, tak długo, jak ma na to ochotę… Poza tym, co złego jest w tym, aby dziecko dostawało określone środki, żeby „zajęło się swoimi sprawami” i jaki jest problem w luźniejszym podejściu do kwoty na zasadzie „proszę tyle a tyle, a jak Ci zabraknie, to przyjdź i powiedz, a jak będzie to zasadne, to kwota będzie zwiększona”?

  4. Hej
    Wszystko zgadza się z wstępu artykułu. Siedzę właśnie na leżaku w słoneczku i pisze wiadomość 😉
    Mój wstęp do edukacji finansowej dzieci rozpocząłem właśnie na tegorocznym urlopie. Postanowiliśmy ze syn będzie dostawał od nas dniowke w wysokości swojego wieku… w naszym przypadku są to 5pln.
    Oczywiście lody gofry wycieczki i wszystko co jest akceptowalne przez nas płacą rodzice ….
    Ale jakieś kulki automaty z gumami do żucia czy gry na automatach albo plastikowe pistolety z Chin nie są przez nas popierane i zakupy idą z puli dniowek dziecka.
    Fajny przykład mieliśmy jak za plastikowy pistolecik warty może kilka złotych , syn postanowił ze zaplaci 30 zł czyli krótko mówiąc sześć swoich dniowek.
    Wiadomo ze serce boli jak widzimy jak przepala te pieniadze ale najważniejsze chyba to nie komentować i dać podjąć decyzję dziecku….musi zmarnotrawic trochę złotówek by być mądrzejszym szczególnie ze wcześniej chodził i nic nie kupował żeby zebrać większą pulę. Jeszcze chciałbym mu pokazać ile przeplacil kupując to tu i teraz.

    Podsumowujac: Wiem ze to nie jest jeszcze optymalny wiek na edukację finansowa maluchów ale sam fakt ze syn przelicza w portfelu złotówki ile mu zostało albo sprawdza cenę czy mu starczy na cos kolejnego pozwala mi być zadowolonym z tego mikro finansowego kroku.

    Tyle z frontu edukacyjnego dzieci. Pozdrawiam

    • Ania Sadowska

      Gratuluję Hugo! Świetnie, że zacząłeś z synem przygodę z kieszonkowym już w tym wieku. Udanego wypoczynku 🙂 Ja leżak rozkładam dopiero za 2 tygodnie 🙂

    • Ania Sadowska

      Olu, tak konkretnie nie podawała, w jaki sposób lista odpowiedzialności przyrastała u niej w domu. Zaczeła od budżetu na „rozrywkę” (typu lody, bilety do kina), a potem wprowadziła budżet na ubrania, wydatki szkolne czy dojazdy. Generalnie wszystko, co dotyczy dzieci, a o co mogą same zadbać i same kupić.

  5. O tym sposobie opowiedziała mi kiedyś koleżanka bo tak u niej w domu było. W pierwszej klasie podstawówki za otrzymane pieniądze musiała pamiętać kupić sobie ołówek czy długopis kiedy się wypiszą. Gdy kończyła szkołę miała już pamiętać o komplecie książek czy nowym ubraniu. To jest o tyle fajne, że nawet kiedy dziecko będzie chciało kupić sobie dużo droższe ubranie,patrz:nastolatki, to będzie miało taką szansę oszczędzając przez 2-3 miesiące.

  6. Niedawno znajoma chciała mi dać w prezencie wejściówkę do Kinder Planety, ale nie skorzystałam. Właśnie zaczynam mieć świadomość, że takie decyzje jak to gdzie zabieram swoje dziecko, mają wpływ na jego przyszły system wartości, programują je. Oczywiście chodzenie do takich miejsc jest uważane za bardzo cool, ale mi szkoda płacić 14 zł za godzinę plus 3 zł za każde dodatkowe 15 minut (wyciąganie stawiającego opór dziecka z dużej hali) plus słodycze, które są dostępne przy kasie, tak jak i napoje czy fotel masujący…. Znajoma odebrałam to tak, że mnie na to nie stać „niech się pobawi, a następnym razem pójdziemy razem”, a tu chodzi o to, że ja NIE CHCĘ dziecka uczyć, że dobra zabawa musi wiązać się z wydawaniem pieniędzy. Czy przesadzam? Jak myślicie? Dodam, że jeszcze niedawno byłam przekonana, że właśnie taki styl życia jak wydawanie kasy w galeriach gwarantuje super udane dzieciństwo, ale coraz bardziej mam wrażenie, że dziecku do fajnej zabawy najbardziej potrzeba fajnych doświadczeń, przygód i miłego towarzystwa.

    • Bardzo dobra decyzja – co prawda jeszcze przed chwilą nie miałam pojęcia, co to jest Kinder Planeta, ale teraz już wiem 🙂 Rozumiem Twoje rozterki – być kontra mieć. Też mnie to męczy, czy to w odniesienia do mojego 3,5-letniego dziecka, czy w kontekście moich rozrywek. W pewnym momencie zauważyłam, że z moimi znajomymi wydaję masę pieniędzy na wyjścia na miasto – kawa, obiad w restauracji – wychodzi ok. 70 zł na osobę, wyjście do knajpy wieczorem – whiskey, drinki – od 20 zł w górę, powrót taksówką, a mieszkamy przecież 20 -30 minut spacerkiem od rynku. A pamiętam, gdy na studiach robiliśmy pikniki, jeździliśmy na rowerach, a do picia wystarczyło nam piwo za 5 zł. Ostatnio nawet umówiłam się z koleżanką na plantach i przyniosłam kawę z domu.
      Jeszcze ciekawiej jest z dzieckiem – liczba dostępnych zabawek jest zatrważająca. Chcą nie chcąc są w każdym prawie sklepie – na szczęście kiedyś postanowiłam, że nie będę kupowała nic przy dziecku – i on wie, że może pooglądać, ale potem odkłada na półkę. Tylko raz zdarzyło mi się, że wyszliśmy ze sklepu z płaczem. Zresztą zabawki kupuję mu rzadko 3-4 razy w roku. A te, które ma są regularnie chowane i potem wyciągane – dzięki czemu zawsze są nowe. Zresztą nie znoszę tej chińszczyzny za 5 złotych – po prostu wyciągają pieniądze z portfela – ale jestem stanowcza.
      Dla mnie szczęśliwe dziecko to po pierwsze brudne dziecko, a po drugie to dziecko, które zna swoje miejsce w rodzinie – zna ograniczenia (staram się być konsekwentna) i wie, co może robić – staram się zawsze dać mu ujście dla energii, którą posiada.

      • dziękuję za poparcie:) to jest bardzo trudne być innym, postępować inaczej niż większość. Jest ogromna presja otoczenia, wielu będzie współczuć dziecku, któremu rodzic czegoś odmawia. Ciekawa jestem w jaki sposób „dajesz ujście energii” swego dziecka, jakie zabawy wymyślasz. Pozdrawiam ciepło.

        • No cóż, moje dziecko na pewno jest bardzo ruchliwe. Mieszkając w mieście , w bloku miałam wrażenie, że się dusimy. Do tego doszło jeszcze wiele innych czynników, ale faktem jest, że przeprowadziliśmy się na wieś. Tu dziecko ma wiele możliwości ruchu, a teraz, gdy ma już 3,5 roku nie trzeba siedzieć i nieustannie patrzeć, co robi. Staram się z nim dużo spacerować, jeździć na rowerze, chodzić na plac zabaw, zapraszać kolegów, no i oczywiście ma piaskownicę i możliwość robienia co chce. Teraz przymierzam się jeszcze do zrobienia mu obok piaskownicy tzw. błotnej kuchni. Poza tym wokół domu mamy truskawki, porzeczki, poziomki – biega ciągle tam i z powrotem i wcina je (czasem umyte, a czasem nie). Jest też pies, z którym czasem chodzimy na spacer. Natomiast, kiedy jest w domu staram się dawać mu rzeczy, które należą do nas, bo one go najbardziej interesują – np. wałek do ciasta – bawi się, że to walec drogowy i robi ulicę. Gdy był malutki odkrył klamerki – wiele razy się nim bawiliśmy – a to układając kolorami, a to robiąc z nich wieżę, domek, lub przypinaliśmy do poduszek. Teraz jest na etapie zabawy zapakowanymi tabletkami do zmywarki – robi z nich różne budowle, liczy… Lubi też malować, ale tak hurtem – akwarele nie dla niego. Kupiłam mu farbę plakatową niebieską (ulubiony kolor) 500 ml i daję mu np, kartkę, albo puste opakowanie po jajkach, a on wlewa w to farbę i bawi się długie minuty. Zresztą uważam, że najważniejsze to spędzony razem czas – nawet, gdy razem oglądamy bajkę i potem o niej rozmawiamy.
          Oczywiście, ma również zabawki – w końcu od czego jest rodzina, poza tym w przedszkolu też są zabawki.
          Myślę, że dużym problemem, gdy się zdecyduje na niekupowanie, może być taki strach przed ocenianiem, że np. nie dbasz o dziecko, albo, że po prostu nie masz pieniędzy. Jedno i drugie jest wredne – nikt Cię nie zna i nie wie, co się dzieje między Tobą a dzieckiem. A to, że dziecko będzie miało pokój zapchany zabawkami, tematycznymi mebelkami, a na ścianie będzie wielki telewizor nie oznacza za wiele.

  7. Świetny artykuł – dla mnie jest szokujące, że są rodzice i dzieci, którzy nie potrafią nawzajem się porozumieć w kwestii pieniędzy – dla mnie to podstawa. Kiedyś mój mąż opowiadał mi, że gdy był w liceum, to na początku roku szkolnego jego koledzy brali od niego paragony za książki, które kupował, żeby przedstawić swoim rodzicom i wyciągnąć od nich więcej pieniędzy.
    We mnie wpajano zawsze szacunek do pieniądza, do tego, ile trudu kosztuje rodziców zarobienie ich i uczono mnie oszczędności (czasem nawet do przesady).
    W swoim dorosłym życiu zmodyfikowałam trochę te zasady, ale staram się od samego początku uczyć dziecko oszczędności, np. pokazuję dziecku odkąd skończyło 2 lata, że trzeba oszczędzać wodę i prąd, nie ulegam jego zachciankom (zabaweczki, słodycze w sklepie czy te maszyny dla dzieci typu karuzela, dźwig za 2 złote). Kiedy syn skończył 3 lata postanowiłam, że musi mieć jakiś obowiązek w domu – i tak nauczył się odkładać sztućce ze zmywarki do szufladki. Czasem płacze, czasem ucieka, ale często spokojnie siedzi i „pracuje”. Zawsze chwalę go za to, że też wnosi wkład. Gdy coś rozleje, to musi przynieść ściereczkę i chociaż spróbować wytrzeć – dzięki temu uczy się tego, że każdy czyn ma konsekwencje – nieważne czy to przez nieuwagę, czy złośliwie. Kiedy skończy 4 lata chcę dodać mu kolejny obowiązek – jeszcze zastanawiam się nad tym, co to będzie.

      • Dziękuję, to bardzo miłe.
        Chciałabym się podzielić pewnym doświadczeniem – sytuacją, która miała miejsce przedwczoraj i wczoraj.
        Mój syn – W. ma 3 lata i 8 miesięcy. Od samego początku staram się go traktować poważnie i rozmawiam z nim o wszystkim, co go interesuje (czasem trudno dostosować język do tego wieku, ale się staram).
        W. uwielbia klocki lego i często ogląda również książeczkę reklamową z zestawami lego – zawsze mówi wtedy – mamo, ja chciałbym mieć to… i to… i to… na co ja odpowiadam: tak, wiem, że chciałbyś. I do tej pory tak było. on mówił co chciałby i to mu wystarczało. Natomiast w poniedziałek kontynuował ten wątek:
        – Mamo, kup mi.
        – Masz już lego, a ja nie mam pieniędzy na nowy zestaw.
        – Ale masz pieniądze. Albo weź od babci.
        – Te klocki są bardzo drogie. Zarówno ja i babcia mamy inne, ważniejsze wydatki – trzeba kupić jedzenie, zapłacić za wodę, prąd.
        Dziecko niby się zgodziło, zapytało się, ile kosztuje zestaw, który ma (dowiedział się, że też dużo kosztował) i wróciło do zabawy.
        Wczoraj wieczorem „wybiło” korki. Akurat siedziałam z W. przy stole i czekaliśmy, aż mąż włączy korki. I tak miała miejsce kolejna rozmowa:
        – Ja się trochę boje, bo nic nie widać.
        – Zaraz tata naprawi i będzie światło. Widzisz, to jest ważniejsze, żeby był prąd. Dlatego mama i tata muszą płacić za prąd, a nowe zabawki nie są takie ważne. Po ciemku i tak nie mógłbyś się nimi bawić. Prawda?
        – Prawda.
        I tak zakończyła się lekcja ekonomii. Zobaczę, czy osiągnie jakiś długotrwały efekt.

  8. hej. ciekawy artykuł. teraz sobie przypomniałem jak sam miałem dwadzieścia lat i poszedłem na swoje i nagle się okazało że trzeba kupić papier toaletowy proszek do prania i inną chemię, pastę do zębów, herbatę, jedzenie i milion innych rzeczy których cen nie znałem (jak mama wysyłała do sklepu to szedłem i kupowałem i się nie zastanawiałem) znałem za to cenę piwa, wódki, papierosów chipsów, przekąsek i innych cudów wianków. Kolejne lata ciężko było się przestawić. dopiero niedawno wszystko się poukładało (a wyprowadzałem się ponad 10 lat temu). Były okresy że zarabiałem bardzo dobrze a były takie gdy niewiele. Na szczęście nie brałem prawie nigdy kredytów na pierdoły. Teraz ja uczę moje dzieci odpowiedzialności za siebie coś co moim rodzicom wyszło kiepsko, moje mają 5 i 4 lata więc to jest sam początek 🙂 już wiedzą że za niewidzialne pieniądze mogą kupić niewidzialne rzeczy a Pani w sklepie trzeba płacić gotówką za soczek, wodę czy coś tam 😉 Ale to bardzo ciężka praca dodatkowa dla rodzica 🙂 niech się uczą gówniarze 🙂 (taki żarcik na koniec)

  9. Ania Sadowska

    Hej Zimorz, dzięki za komentarz. Autorka tej książki tonęła w długach i udało jej się z nimi wygrać. Dzięki ciężkim doświadczeniom miała też dobrą motywację do tego, żeby konsekwentnie uczyć dzieci właśnie odpowiedzialności i wartości, jaką mają pieniądze. Z takim tatą jak Ty dzieci mają ogromne szanse na dorosłe życie w dobrobycie 🙂 Trzymam kciuki!

  10. Tekst fajny, zawłaszcza dla młodych rodziców. Mam pytanie czy ktoś się orientuje, czy istnieje SKO w szkole, jeśli pamiętacie jeszcze co to jest 😉

    Michale, może powinieneś być twarzą uczenia młodych oszczędzania i sprawnego zarządzania finansami. Tak jak teraz Maciek Samcik i Albert Rokicki są twarzami długoterminowego oszczędzania za pomocą giełdy. Moim zdaniem w szkole podstawowej w programie powinny być zagadnienia uczące dzieci oszczędzania, podstaw ekonomii oraz np. tego co to procent składany w praktyce. Takie SKO też mogłoby być wprowadzone w jakiejś nowej formie.

    Co o tym sądzicie?

    Pozdrawiam

  11. Dobry tekst, moje dzieci są jeszcze małe ale już zaczynam myśleć nad ich finansową przyszłością i szukam odpowiednich propozycji.

  12. Witam, jestem tatą dwójki 6ciolatków i z wieką ciekawością czytam te artykuły. Bardzo zainteresowało mnie podejście ostatniego gościa P Marcina w rozmowie, gdzie opowiadał ,że nie daje córkom żadnego kieszonkowego tylko jednorazową „zapomogę” przed wakacjami. Zastanawiam się czy takie podejście nie jest bardzie zbliżone do rzeczywistości, że dzieciom zapewniamy podstawy życia na naszym poziomie czyli kupujemy to co ważne jedzenie, ubranie itp., ale jeśli dziecko chce więcej droższych ubrań czy inne zachcianku musi finansować je z własnych pieniędzy. I tu oczywiście ważne żeby miało możliwość zarobienia własnych pieniędzy. Ja z dziećmi zrobiłem już mały sklep z obrazkami, było liczenie kosztów papieru, kredek potem sprzedaż bezpośrednia rodzinie i allegro. Potem z racji zajęć ceramicznych mały sklep z ceramiką , talerzykami itp., a teraz koszylki z nadrukiem własnoręcznie robionym w paint-cie. Dzięki temu dzieci od razu poczuły ile trzeba się napracować żeby coś zarobić, że nie ma nic za darmo żadnych kredek itp., co to są prawa autorskie i że nie można wydrukować bez pozwolenia rysunku innej osoby itp. . Będę bardzo wdzięczny za opinię czy takie podejście bez kieszonkowego ale z możliwością zarabiania i wyrażania swoich opinii na temat wydawania jest również dobrą drogą do edukacji finansowej dzieci, Pozdrawiam Marcin

Odpowiedz