Czego nie warto robić w wakacje?

57

finanse osobiste wakacje

Wiecie, dlaczego tak bardzo zachęcam Was do zadbania o własne finanse? Nie dlatego, że można wtedy leżeć do góry brzuchem i nic nie robić. Nie dlatego, że pozwala to wykonywać pracę, która daje nam radość i satysfakcję. Nawet nie dlatego, że zapewnia to wspaniałe poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Dla mnie najważniejszym i najcenniejszym dobrem, które wynika z braku długów oraz posiadania dużych oszczędności jest… odzyskany CZAS.

Każdy z nas ma tylko jedno życie i dokładnie tyle samo czasu każdego dnia: 24 godziny na dobę. To, czy będzie ono pełne wartościowych osiągnięć i zrealizowanych marzeń, czy raczej przybierze postać mało satysfakcjonującej egzystencji, będzie całkowicie zależało od tego, jak spędzimy te nasze 24 godziny. Problem polega na tym, że bezmyślne wydawanie pieniędzy, nadmierne zadłużenie oraz brak wystarczających oszczędności, odbierają nam możliwość swobodnego decydowania o własnym czasie.

O ile nie odziedziczyliśmy wielkiego majątku, każdy z nas musi uczciwie pracować i zarobić na utrzymanie swojej rodziny.  W większości przypadków zaczynaliśmy bardzo podobnie: bez oszczędności i bez wykształcenia. W szkole podstawowej prawie wszyscy jechaliśmy przecież na jednym wózku. Ale z każdym kolejnym rokiem stopniowo narastały między nami różnice, będące skutkami sposobu myślenia oraz podejmowanych przez nas decyzji. Część z nas po kilkunastu latach potrafi zbudować majątek zapewniający utrzymanie dziesięciu kolejnym pokoleniom. Inni, żyjąc w tym samym kraju i w tym samym czasie, z trudem wiążą koniec z końcem, popadają w długi i wpędzają w finansowe tarapaty swoje własne dzieci. Jedni odzyskują swój wolny czas, inni zaś tracą go bezpowrotnie…

O co chodzi z tym tytułem?

Ten nieco filozoficzny wstęp tylko z pozoru odbiega od tytułu wpisu. Chciałbym zachęcić Was dziś do czegoś, co praktykuję z dużą konsekwencją i co bardzo pomaga mi w poukładaniu wielu spraw: nie pracujcie w wakacje! 🙂

Sezon urlopowy nabiera rozpędu i wielu z Was będzie miało okazję oderwać się od codziennych zajęć, wyjechać gdzieś, zmienić rytm życia. Oto po wielu miesiącach wytężonej pracy otrzymujemy ogromny dar: kilka dni, a może nawet tygodni, wolnego CZASU. Nie marnujcie go na podgonienie pracy, nadrobienie zaległości, zrobienie remontu czy gruntowne porządki. To wszystko zrobicie lepiej i sprawniej po solidnym wypoczynku. Nie marnujcie również tego czasu na bezmyślne oglądanie telewizji czy bezczynne leżenie do góry brzuchem. To zmęczy Was jeszcze bardziej niż praca. Wiecie na co warto przeznaczyć wakacje?

Po pierwsze: na prawdziwą obecność z bliskimi osobami.
Po drugie: na spojrzenie na własne życie z innej perspektywy.

Nie wiem jak to jest u Was, ale gdybym dowiedział się, że jutro mam umrzeć, to nie miałbym żadnych wątpliwości jak spędzić ostatnie godziny: oczywiście z moją ukochaną żoną i córeczkami. Na co dzień jesteśmy tak zapracowani, że nasze relacje z bliskimi stają się dość powierzchowne. Dlatego na urlopie zwolnijcie, zatrzymajcie się na chwilę, znajdźcie czas aby spojrzeć w oczy ukochanym osobom. Spróbujcie wreszcie naprawdę usłyszeć co mówią do Was dzieci, porozmawiajcie z nimi, zagrajcie z nimi wreszcie w tą piłkę czy w grę planszową. Tak właśnie rozumiem prawdziwą obecność.

Jeżeli zaś chodzi o spojrzenie na własne życie z innej perspektywy… Cóż, jak widzicie mi już się włączyły „wakacyjne refleksje”. Żeby jednak nie teoretyzować, postanowiłem podsunąć Wam konkretny materiał do przemyśleń.

Utnij sobie nogi żeby nie potrzebować butów.

Mniej więcej takim zdaniem kwitowałem kiedyś wszelkie rozmowy związane z ograniczaniem własnych potrzeb. Przepraszam…własnych zachcianek, które w swojej naiwności nazywałem potrzebami. Przecież im więcej będę posiadał, tym wygodniej będzie się żyło. Ale czy na pewno?

W czasie wylotu na wakacje kilka lat temu okazało się, że moja wypchana po brzegi walizka była zbyt ciężka. Musiałem ją przepakować albo zapłacić 100 EURO za nadbagaż. Zamiast relaksu i radości z wyjazdu, czułem wewnętrzną wściekłość, że taszczę ze sobą tyle klamotów.

Wiecie, że są ludzie, którzy już dawno dostrzegli bezsens takich sytuacji? Jednym z nich jest autor bloga „Wolnym być”, który publikuje swoje artykuły pod wiele mówiącym pseudonimem: Wolny 🙂 To blog o niezależności finansowej, finansach osobistych i minimalizmie. Lektura jego wpisów to świetny materiał do ciekawych refleksji. Propagowany przez Wolnego sposób myślenia już wiele razy pozwolił mi zaoszczędzić niemałe pieniądze.  Zresztą przekonajcie się sami. Poprosiłem Wolnego aby opowiedział nam trochę na czym polega propagowany przez niego minimalizm. Jestem bardzo ciekawy, co o tym sądzicie?…

Minimalista, czyli właściwie kto?

Kiedy Marcin poprosił mnie o wpis na temat minimalizmu, akurat bylem w trakcie przeprowadzki. Stosy kartonów piętrzyły się przede mną, a wciąż pełne szafy straszyły kolejnymi pokładami przedmiotów do spakowania. Pomyślałem sobie „no ładnie” – istna ironia losu. Gdzie tu minimalizm? Gdzie to legendarne sto przedmiotów, które można spakować w plecak i wyruszyć w drogę w nieznane? Przecież pakując moją 3-osobową rodzinę na kilkudniowy wyjazd, auto jest wypakowane po brzegi, a ja zastanawiam się, czy przypadkiem nie zwariowaliśmy przygotowując się na każdą ewentualność.

Czy więc jestem osobą, która powinna zabierać głos w temacie? Przecież minimalista, to człowiek, który nie posiada: domu, auta, a najlepiej też pracy, która utrudnia podróżowanie autostopem po świecie niczym ślimak, z całym swoim skromnym dobytkiem na plecach… i mimo, że od czasu do czasu uznaję tą koncepcję za niewymownie piękną, nie ma ona zbyt wiele wspólnego z minimalizmem…

Przynajmniej moim! Bo pierwsza, najważniejsza chyba zasada brzmi niezwykle zachęcająco: każdy ma swój minimalizm! Nie ma jednej, uniwersalnej definicji tego terminu. I to właśnie jest w nim najpiękniejsze – Ty sam możesz być autorem jedynego w swoim rodzaju sposobu na życie, który będzie odpowiadał Tobie, a który może bardzo różnić się od tego, jak żyję ja. A mimo to, będziemy mogli podać sobie rękę i powiedzieć, że wyznajemy podobne wartości. Bo chociaż praktyczna realizacja tego stylu życia może różnić się diametralnie, to przyjęte wartości, priorytety i odnoszone korzyści będą podobne. Czyli jakie?

Po pierwsze: prostota.

Przede wszystkim: prostota, która działa cuda. Prostota, rozumiana jako najczęściej chyba pojawiające się w mojej głowie pytania: „czy jest mi to potrzebne?„, „czy nie mogę zrealizować swoich zamiarów w prostszy sposób?” i wreszcie „czy przypadkiem tą decyzją nie dokładam sobie problemów?„.

Nader często dochodzę do wniosku, że zamiast zaspakajać potrzeby, planuję realizację zachcianek, w dodatku w sposób nieoptymalny i taki, który będzie się za mną ciągnął długimi miesiącami. Przykład? Może zabrzmi to dla niektórych ekstremalnie, ale umowa o dostarczanie sygnału telewizyjnego jest: zachcianką (po co komu telewizja…),  realizowaną nieoptymalnie (od dawna istnieją lepsze i prostsze sposoby na obejrzenie czegoś na ekranie), a na dodatek wymagającą podpisania wielostronicowej, niejasnej umowy obligującej do comiesięcznego opłacania abonamentu i kombinowania jak przysłowiowy koń pod górę w przypadku chęci rozwiązania tejże umowy.

A najciekawsze jest to, że jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłbym, że będę w ten sposób postrzegał telewizję, która i dla mnie była skutecznym i bardzo przyjemnym zabijaczem czasu.

To najwymowniej pokazuje piękno minimalizmu, który nie jest zbiorem gotowych reguł, ale raczej małym ziarenkiem, które zaczyna kiełkować tylko w sprzyjających warunkach. A tworzy je każdy, kto zaczyna zadawać sobie pytania dotyczące szczęścia czy sensu istnienia – wtedy bowiem zaczynamy kwestionować to, czego społeczeństwo od nas wymaga i oczekuje, a zaczynamy się zagłębiać w głąb siebie w poszukiwaniu odpowiedzi i sposobu na życie. Ja jeszcze nie znalazłem optymalnego dla siebie rozwiązania, ale mam czas i wiem, że idę po właściwej drodze, a częste wymykanie się ze schematów wychodzi mi tylko na dobre.

Po drugie: czas i spokój ducha.

Ta droga daje mi jeszcze coś, czego większości ludzi brakuje w dzisiejszym, zagonionym świecie: czas i spokój ducha. To chyba najważniejsze korzyści z bycia mniej wymagającym względem otaczającego mnie świata. Nie będę nikogo oszukiwał: ja również jestem zabiegany, a czasami wręcz zastanawiam się, czy nie próbuję wziąć na swoje barki zbyt dużo. Ale wtedy przypominam sobie, że dla mnie – w przeciwieństwie do większości społeczeństwa – większość tego jest opcjonalna. Brak drogiego samochodu to brak zmartwień o jego los. Brak kredytów to zdjęcie z barków presji na zarabianie coraz więcej i więcej. I mimo, że wszystko to oznacza życie znacznie poniżej swoich możliwości – zarówno potencjalnych, jak i wynikających z aktualnych zarobków, nie odbiera mi to radości z przeżywania każdego dnia.

Nie uczestniczę w sąsiedzkim wyścigu o najlepsze auto, a co za tym idzie: nie ma we mnie zazdrości i pytań „dlaczego mu się udało, a mi nie?”. To wszystko jest gdzieś obok, a ja czuję się jak obserwator, który może pozwolić sobie na luksus przystanięcia, rozejrzenia się naokoło i pomyślenia „to dobrze, ze wybrałem inaczej”.

Mimo, że pracuję w korporacji, która powinna rozpędzić mój umysł w celu wdrapania się na jak najwyższy szczebelek i jak najszybszego przebierania nóżkami w swoim kółeczku niczym wyścigowy chomik, potrafię się od tego odciąć. A to daje mi unikalne wręcz poczucie spokoju. Wynika ono z banalnej wręcz zasady: nie boję się, że problemy finansowe mogą w jakikolwiek sposób zachwiać moim codziennym życiem.

Skoro nie mam kredytów, nie pragnę drogich gadżetów, a przy tym nadwyżki finansowe akumuluję zamiast przejadać, rezultat łatwo przewidzieć: w przypadku nagłej utraty dochodów, nie miesiące, a lata dzielą mnie od poważniejszych skutków braku dopływu gotówki. A to uspakaja – i to bardzo. Dzięki temu nie odczuwam absolutnie żadnego stresu spowodowanego pracą – a to coś, co może zachęcić wielu do zwolnienia tempa. Stres jest przecież niezwykle groźny, a przy tym tak powszechny, że niemal uznawany za zło konieczne w życiu każdego dorosłego człowieka.
Niniejszym dementuję te pogłoski i zapewniam, że minimalizm leczy również tą chorobę!

Uwaga na sprzedawców marzeń!

Leczyć próbują ją również sprzedawcy marzeń, którzy z minimalizmu zrobili modne hasło, oznaczające zazwyczaj oszczędne w formie, bajecznie drogie przedmioty, którymi warto się pochwalić. Wierzę, że nie dasz złapać się na te tanie sztuczki sprzedaży ekskluzywnej wersji tego, co w założeniach jest takie proste!

Jeśli choć trochę zachęciłem Cię do zainteresowania się tematem wpisu, to niechybny znak, że i dla Ciebie podobne zmiany będą korzystne. Bo o to przecież chodzi – minimalizm ma bardzo wiele pozytywnych skutków ubocznych, ale najważniejszy jesteś właśnie Ty i to, czy Twoja wersja minimalizmu działa. Miło jest pomyśleć, że drenuję naszą planetę w znacznie mniejszym stopniu niż inni, ale dopóki nie wiąże się to z korzyściami dla mnie i mojej rodziny – jest tylko sztuką dla sztuki. Nie rób nic wbrew sobie, ale jeśli tylko czujesz, że choćby niewielka zmiana zrobi Ci dobrze, eksperymentuj nieco zbaczając z utartych ścieżek.

Nawet, jeśli będzie to tylko (czasami aż!) przejrzenie szaf i pozbycie się tego, co zbędne. W najgorszym przypadku wrócisz tam, skąd przyszedłeś, a w najlepszym – stworzysz własny mini-światek, w którym poczujesz to, czego nigdy nie doświadczyłbyś w tłumie, którym dotychczas podążasz.
A czy na końcu ten zbiór zasad i priorytetów nazwiesz minimalizmem, zdrowym rozsądkiem czy może celebracją antykonsumpcjonizmu – to naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia!

Jeśli chcesz się dowiedzieć, czemu bycie minimalistą jest znacznie łatwiejsze, jeśli jest opcjonalne (link: Minimalizm łatwiejszy…), a także jak można ciekawie i niedrogo zagospodarować czas wolny (link: Pomysły na darmowe hobby), serdecznie zapraszam do lektury wpisów na moim blogu, gdzie znajdziesz znacznie więcej przykładów na to, że mniej znaczy więcej! Pozdrawiam, Wolny.

I co Wy na to?

Hej, tu znowu Marcin. I co myślicie o takim podejściu? Jestem bardzo ciekawy Waszych przemyśleń i komentarzy. Polecam Wam serdecznie lekturę bloga Wolnego, jako źródło ciekawych inspiracji. Wszystkiego dobrego. 🙂

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze57 komentarzy

  1. Czytałam ten wstęp do wpisu jakbym go sama napisała, bo zgadzam się z nim co do słowa. W wakacje zawsze staram się myśleć o szukaniu inspiracji dopiero w drugiej połowie, pierwszy tydzień lub więcej poświęcam na całkowite odcięcie się od pracy i reset, spędzanie czasu z bliską osobą, zwiedzanie nowych miejsc i cieszenie się taką codziennością.

    A minimalizm… to coś, czego się uczę. Zaczęłam też od szafy – jak pisze Wolny – i konsekwentnie wyrzucam zbędne ubrania przynajmniej dwa razy w roku. Staram się to samo robić z pamiątkami, do których nigdy się nie wraca i innymi „przydasiami”, które zawsze zalegają w szafkach. Kluczem do sukcesu jest w tym wypadku moim zdaniem metoda małych kroków – nie można próbować zmienić całego swojego życia od razu, do minimalizmu trzeba dojrzewać i powoli wprowadzać w życie.

    Spokojnego urlopu!

    • Hej Agnieszka, dziękuje za komentarz.
      Trafna uwaga z tymi „małymi krokami”. Czasami chcemy osiągnąć coś bardzo szybko i równie szybko się poddajemy nie widząc efektów. Przeceniamy to, co może się nam udać osiągnąć w rok, ale nie doceniamy tego, jak wiele możemy osiągnąć w dłuższym okresie, jeśli tylko konsekwentnie będziemy robili swoje.
      Serdecznie Cię pozdrawiam 🙂

    • Super komentarz. W naszym przypadku to również droga, a ten „nasz minimalizm” ciągle ewoluuje. Ale do porządków w szafach kłaniają nas raczej duże wydarzenia typu przeprowadzka. Podziwiam, że bez takich impulsów też potrafisz się za to zabrać!

  2. Kwaśne winogrona i słodkie cytryny. Życie na kredyt konsumpcyjny jest z natury rzeczy złe.

    Natomiast jeżeli kogoś stać na luksusowe życie to nie ma powodu, żeby z niego nie korzystać. Pewne rzeczy można kupić, a pewne doznania są bezcenne. Kto spróbował ten wiem o czym mówię.

    Autor tamtejszego bloga przypomina jako żywo Hetty Green. Michał Szafrański ma znacznie zdrowsze podejście do życia.

    • O – to porównanie już słyszałem. Zresztą nic dziwnego – jestem przygotowany na więcej takich – profil tego bloga (a więc i jego czytelników) jest rzeczywiście bliższy poglądom Michała niż mojej skromnej osoby.
      Pamiętaj jednak, że stwierdzenie, że kogoś stać na luksusowe życie jest bardzo subiektywne. Po pierwsze, luksus to dla każdego co innego – dla mnie na przykład to zdecydowanie bardziej czas wolny, a nie drogie restauracje czy auta. Po drugie, współczesny świat stara się nam wmówić, że praktycznie każdego „stać” na wszystko, czego zapragnie – i to nieważne, że w praktyce wygląda to zgoła inaczej. A nawet, jeśli ktoś ma pieniądze i nie posiłkuje się kredytami, to czy przypadkiem nie sprzedaje swojego wolnego czasu w przyszłości za dzisiejsze przyjemności?

      Jeśli możesz i chcesz pozwolić sobie na luksusy, nie widzę w tym nic złego. Ja jednak mam nieco inne poglądy i znalazłbym co najmniej kilka powodów, żeby nie prowadzić życia takiego, na jakie nas „stać”. Ale to dłuższy temat – na pewno nie na jeden komentarz.
      Pozdrawiam.

    • Hej Boston,

      Dziękuję za komentarz.
      Zgadzam się z Tobą, że jeśli nas stać, warto korzystać z życia. Właśnie dlatego propaguję mądre postępowanie z pieniędzmi, bo dzięki temu można realizować swoje marzenia.

      Znacznie gorzej jest kiedy ktoś myśli, że go stać, wydaje bezmyślnie pieniądze, a potem… długi i harówka od świtu do nocy.

      Nie jestem minimalistą, ale poznawszy kilka zasad minimalizmu uprościłem nieco swoje życie, dzięki czemu zdecydowanie wzrosła jego jakość i dodatkowo zaoszczędziłem sporo pieniędzy 😉

      A kim jest ta Hetty Green?

      • Kłaniam się wszystkim, Kosmatek spośród komentatorów bloga Wolnego, człowiek prawie wolny (kapitał na 20 lat życia według własnych potrzeb, a nawet na 30 przy odpowiednich inwestycjach) …

        @ Boston
        „Natomiast jeżeli kogoś stać na luksusowe życie to nie ma powodu, żeby z niego nie korzystać. Pewne rzeczy można kupić, a pewne doznania są bezcenne. Kto spróbował ten wiem o czym mówię.”

        Masz rację, nie ma powodu. Pięknym doznaniem jest dla mnie to, że mogłem bez przeszkód dziś uczestniczyć i celebrować koniec roku szkolnego moich dzieci.
        Dziś jest ładna pogoda, za chwilę wybierzemy się na wycieczkę rowerową, wczoraj też żeśmy się intelektalnie nawzajem stymulowali ;).

        Strasznie miłym przeżyciem jest to, że mogę dowolnie planować z nimi nadchodzące wakacje.
        Nie rezerwuję terminów wyjazdu pod urlop, nie martwię się pogodą w lato, bo dla mnie każda będzie dobra.
        Po prostu biorę namiot i jedziemy, a jeśli dzieci będą na miejscu protestować bo sie rozpada za bardzo, to jakiś hotel znajdziemy …

        Strasznie miłym przeżyciem i luksusem jest możliwość decydowania co zamierzam umieć dla siebie wytwarzać, nauka praktycznych umiejętności daje satysfakcję.

        Nie, nieprawdą jest że nie pracuję zawodowo. Ale strasznie miłym przeżyciem i luksusowym jest to, że z dnia na dzień mogę trzasnąć drzwiami, nas…ać na biurko obecnemu pracodawcy, albo w inny, najdziwniejszy sposób, rozwiązać z nim relacje i nic mi nie zrobi, bo ja mam wolność dzięki czemuś co nazywam F*CK-YOU MONEY (nazwa nie moja, pochodzi albo z bloga MrMustache, albo z bloga Early Retirement Extreme).

        Miłego dnia, piękną pogodę mamy dzisiaj!

        Czy taki luksus miałeś na myśli ;-P?

  3. Świetne podejście!
    Niedawno przeprowadziłam się na pół roku na drugi koniec świata. I jako, że bilet pozwalał zabrać tylko 30kg musiałam ograniczyć ilość zabranych rzeczy.
    Ile to razy przez ostatnie dni przetoczyła mi się po głowie myśl: jak ja tęsknie za tymi spodniami, ta bluzka byłaby mi dzisiaj niezbędna itp.
    A najzabawniejsze jest to, że to co mam mi wystarcza. Nawet mogłabym to jeszcze ograniczyć.
    Podróżowanie uczy praktyczności 😉

    • Marzę o tym, żeby kiedyś wszystko, co mam spakować do 1 plecaka. Przeprowadzka to super motywacja – chociaż mimo, że mamy właśnie za sobą kolejną, to małe dziecko skutecznie ogranicza ułańską fantazję co do tego, żeby pozbyć się jak największej ilości rzeczy…

  4. Utarte schematy, narzucone wzorce postępowania to coś, co nas najbardziej hamuje w życiu. Żeby zacząć naprawdę żyć, trzeba się wyzwolić z automatyzmów myślenia i działania, powrócić do esencji przeżywania, tj. do danej chwili, do bycia tu i teraz. A minimalizm? Pozwala się skupić na tym, co w nas istotne. Życzę udanych wakacji:-)

    • Hej Piotrze,
      Do tego właśnie staram się skłonić czytelników mojego bloga – do myślenia i analizowania tego, co dobre dla nich. Ja tylko podpowiadam i opowiadam o moim życiu, absolutnie niczego nie narzucając. Ważne, żeby żyć w zgodzie z samym sobą i być świadomym konsekwencji decyzji, które podejmujemy niemal każdego dnia.
      Pozdrawiam!

    • Dzięki za komentarz Piotr.
      Właśnie dlatego na wakacjach warto jest odciąć się od codziennej rutyny, zastanowić się co nas „hamuje”, wypocząć i po powrocie ruszyć naprzód już bez zaciągniętego ręcznego hamulca 😉

  5. Jak tam wypoczywam cały rok (bo kocham to co robię i mógłbym robić to 24 godziny na dobę, gdybym nie potrzebował snu), więc okres wakacyjny spędzę pracując na 200% swoich możliwości 😀

    • Hej Damian,

      Przyznam szczerze, że też uwielbiam swoją pracę.

      Zauważyłem jednak, że jak na wakacjach zajmuję się czymś zupełnie innym, to później dużo lepiej i efektywniej mi się pracuje 😉

      Taka odmiana zwykle dobrze mi robi. Nie mówiąc już o tym, że mogę naprawdę świadomie spędzić czas z rodziną.
      Życzę Ci zatem miłej pracy połączonej z wypoczynkiem 😉

  6. Ma Pan świętą rację! Minimalizm to jest to, co wybieram w życiu. Ale z rozsądkiem i słuchając też swoich potrzeb. Szafa już dawno zorganizowana, nawet w lodówce mam tylko niezbędne produkty i kupuję na kilka dni, mając zaplanowany jadłospis. Nienawidzę marnotrawstwa w każdej postaci!
    Choć życie zawodowe dopiero zaczęłam, a jestem jeszcze w trakcie studiów, każdego miesiąca odkładam, choćby skromne kwoty. To ogromna satysfakcja kupić potem coś przemyślanego i potrzebnego za tę kwotę, co naprawdę się przyda! Mój partner ma dokładnie takie samo podejście do pieniędzy, co sprawia, że zamiast oddawać się pustej pogoni za kolejnymi gażdżetami, wolimy wyjechać na romantyczny weekend co jakiś czas, nawet w środku jesieni.
    Niestety mam wrażenie, że społeczeństwo polskie jest w większości słabo wyedukowane ekonomicznie. Podstawy przedsiębiorczości w postaci kilku godzin w ciągu całej edukacji to mało!
    Świetny wpis, pozdrawiam Pana i życzę udanego wypoczynku!

    • Oj tak – edukacja finansowa w Polsce kuleje. Mam nadzieję, że takie blogi jak nasze chociaż w minimalnym stopniu zmieniają to na lepsze.
      Pozdrawiam.

  7. Ja od niecałych dwóch lat staram się ograniczać w kupowaniu rzeczy. Zanim kupię, zastanawiam się: ” czy jest mi to potrzebne? czy to potrzeba czy zachcianka?” Jeśli potrzeba, i to coś jest idealne ( musi być, bym to kupiła. Choćby cień watpliwości wyklucza kupno danej rzeczy) – kupuję Jeśli zachcianka- czasem ulegam, zależy od stanu finansów. I lżej mi z tym. A doszłam do takiej metody po tym jak wyrzuciłam/ wydałam/ sprzedałam ok. 50 kg ubrań, już niechodzonych, czasem z metką, nowych ( sprzedawałam na All….w zestawach, rekord- pudło po telewizorze- 23 kg naraz). Dopiero ostatnio wydałam ostatnia torbę, teraz mam tylko to w czym chodzę, co jest idealne dla mnie, i nie chcę doprowadzić znów do tego stanu, co 2 lata temu. I dzięki takim metodom mam też 10 000 zł na koncie – zaoszczędzone przez niekupowanie niepotrzebnych ubrań ( wpłacane małe kwoty, które miałam wydać na szmaty na specjalne konto). Polecam każdemu 😉

    • Pytania, które sobie zadajesz przed zakupami to absolutna podstawa! Najbardziej lubię właśnie takie historie, dzięki którym widać, że efekty osiągają nie tylko zmotywowani blogerzy, ale też czytelnicy. Jednym słowem – kiedy jak na dłoni widać, że można – wystarczy chcieć!
      Pozdrawiam.

  8. Minimalizm, myślę że każdy ma swój i swoje podejście to ego zagadnienia, dla jednego to będzie dwie pary spodni dla innego pięć itp.
    Ja po prostu myślę że warto zachować rozsądek w wydawaniu pieniędzy i to chyba o to w tym chodzi, żeby nie otaczać się zbyt dużą ilością przedmiotów, i żeby znaleźć w tym wszystkim czas dla samego siebie, i nie uganić się ciągle za nowościami i zakupami, owszem jeżeli kogoś stać to można, tylko czasem warto się zastanowić czy jest mi to wszystko naprawdę potrzebne.

    • „znaleźć w tym wszystkim czas dla samego siebie” – i o to właśnie chodzi. To jest mój luksus, o który walczę i który sprawia, że czuję się szczęśliwy. Każdy ma coś takiego, i niech do tego świadomie i konsekwentnie dąży. Pozdrawiam serdecznie.

  9. Od pewnego czasu robię porządek ze zbędnymi rzeczami. Rozdaję to w czym nie chodzę, wyrzucam to co nie nadaje się do rozdania a trzymałam to nie wiem po co tak długo. Teraz widzę jak dużą mam szafę.
    Nauczyłam się też oszczędzać. Nie kupuję kolejnych spodni czy sukienki jeżeli ich nie potrzebuję. Nie kupuję pięciu gazet tylko jedną ulubioną. Jeżeli jest ładna pogoda i nie mam ważnych spraw do załatwienia to jadę do pracy na rowerze a nie samochodem. To także dla zdrowia.
    Staram się odkładać drobne kwoty i dodatkowe pieniądze np za nadgodziny i pracę w soboty. W zeszłym roku też tak odkładałam a nie zarabiam dużo i jak rozbiłam skarbonkę okazało się, że nazbierałam 6000 zł. Nie zdawałam sobie sprawy, że tyle odłożyłam przez takie drobne kwoty. W tym roku też oszczędzam a skarbonkę postanowiłam rozbić przed rodzinnym wyjazdem.
    Dodam jeszcze, że przy przeprowadzce nie mieliśmy podłączonego telewizora przez kilka miesięcy – przewód z anteny był stary i trzeba było kupić nowy. Mój mąż nieco się z tym ociągał. Kiedy już był podłączony stwierdziliśmy, że bez telewizora było super. Mieliśmy dużo dużo więcej czasu. Teraz chyba nie przedłużę już umowy na abonament tv.
    Potwierdzam: im mniej się posiada tym jest się szczęśliwszym.

  10. Pytanie do wszystkich:

    Czy znacie jakiś dobry polski poradnik dla żeglarzy lub innych osób zawodowo lub hobbystycznie zmuszonych do praktycznego ograniczenia rzeczy wokół siebie i zdrowego ich przechowywania? Na blogu earlyretirementextreme.com znalazłem namiar na angielską taką pozycję, niestety u nas niedostępną. Chodzi o prostą rzecz, np.: ile czasu różne artykuły żywnościowe można przechowywać, które owoce nie wymagają lodówki itd. Nie chodzi o to, żeby sobie robić kajutę z domu, lecz o to, żeby np. wyzbyć się głupich zwyczajów przychodzących z zachodu, np. takich, że wszystko przechowuje się w lodówce.

  11. Czytam i zazdroszcze….Nie umiem oszczedzac,ucze sie tego ale jak na razie z marnym skutkiem. Nie mam pojecia co to minimalizm,szczegolnie,gdy z rodzinka kazdego roku wybieramy sie na wakacje do Polski samochodem tak zaladowanym,ze kolana mamy prawie pod broda:D Nie moge pozwolic sobie na zwolnienie w pracy,bo przeciez pracuje dla dzieci aby im bylo latwiej..masakra…nie wiem jak to zmienic,jak sie przestawic zeby w koncu zwolnic…..Musze wiecej poczytac o minimalizmie bo ciagla pogon nie wiadomo za czym wcale mnie nie uszczesliwia

    • Iwono – Twój komentarz brzmi niemal dramatycznie, a mimo to wydaje mi się, że jesteś w sytuacji tożsamej z większością społeczeństwa. Różnica jest taka, że zaczynasz mieć tego świadomość i chcesz to zmienić – to już pierwszy krok. Cóż Ci mogę poradzić – może na początek lekturę właśnie takich blogów jak Marcina czy mój, które przy odrobinie szczęścia sprowokują Cię do drobnych zmian w Twoim życiu. Zmian, których efekty zobaczysz szybko i będziesz chciała więcej. Życzę powodzenia i wytrwałości!

  12. Komentarz moze wydawac sie dramatyczny,pomimo,ze moja sytuacja szczegolnie finansowa wcale nie jest.Mieszkam i pracuje od kilku lat w Anglii,zarabiam calkiem przyzwoicie jednak nie umiem zarzadzac tym,na co ciezko pracuje bo nikt mnie nigdy tego nie nauczyl.Teraz ucze sie tego sama czytajac m.in. ten blog i wkurzam za kazdym razem gdy tu zagladam na mysl,ile trwonilam na calkiem niepotrzebne mi bzdety aby sprawic sobie na chwile przyjemnosc.Zawsze moge siebie tlumaczyc tym,ze kazda kobieta lubi ciuchy,zakupy,ale czytajac Panie wypowiadajace sie tutaj widze,ze wcale tak nie jest.
    Tak na marginesie,zakupoholizmu nie powinno sie czasem leczyc u psychiatry?:D;)

    • ja też kocham zakupy! lubię włóczyć się po CH, ogladać, mierzyć, teraz szczegolnie, gdy są przeceny. Ale jak juz mam coś kupić i zapłacić za coś z moich cieżko zarobionych pieniędzy, to zastanawiam się- czy mi to jest naprawdę potrzebne, czy to tylko chwilowy poprawiacz nastroju? a jeśli nadal to chce, to ogladam daną rzecz: jaki materiał ( czytam skład, patrzę jak prać), jak wykończone szwy, czy prosto uszyte, czy się nie mechaci juz w sklepie itd. I okazuje się najczęśćiej, że wolę te 20 zł wpłacić na konto niż wydać na szmatkę z przeceny. Polecam założenie konta oszczędnościowego i wpłacanie takich małych kwot. Najlepiej takiego bez karty do niego, co by nie wydawać 😉 no i na początek- maksymalny porządek w szafie Bo nagle okaże się, że masz w czym chodzić, tylko nawet sama nie wiesz co masz w szafie Ja tak miałam 😉 ( nie mylić wszystkiego ze skapstwem, w tym miesiącu kupiłam sandałki w ecco, mokasyny w aldo, sukienkę, koszule nocną, 2 koszule, płaszczyk na jesień, torebkę w mohito- wzystko z przecen, razem koszt ok. 500 zł. I dało mi to poczucie szczęścia 🙂

      • Iwona każda kobieta kocha zakupy! 🙂 Ale taką przyjemność i szaleństwo też trzeba umieć zaplanować. Podobnie jak Agnieszka ograniczam wydatki niepotrzebne, a na wyprzedażach kupuję więcej, ale tylko potrzebnych i dobrych jakościowo ubrań. Masz wtedy jeden (lub kilka) dzień szaleństwa po sklepach (ale oczywiście z listą w ręku) i wtedy możesz wydawać.
        Ja po takim dniu jestem zazwyczaj wykończona i długo zbieram siły na następny ;-D

  13. Bardzo dobry artykuł! Ja również staram się żyć minimalistycznie. Chociaż słowo „minimalizm” jest tutaj mocną przesadą – bo chodzi raczej o „normalizm” 🙂

    Najważniejsze to pamiętać, że kapitał materialny z biegiem czasu traci swoją subiektywną wartość, a wartość czasu rośnie. Zatem sprzedawanie swojego czasu w zamian za pieniądze, jeśli nie są nam one niezbędne, jest bez sensu.

    Obecnie mam 35 godzinny tydzień pracy, ale zamierzam wrócić do 32 🙂

    • Normalizm to dobre określenie dzisiejszego minimalizmu. Mam jeszcze jedno: racjonalizm.
      Kibicuję jeśli chodzi o przejście na 32 godziny pracy tygodniowo. Kibicuj i mi – również mam podobne plany, chociaż w nieco dłuższym horyzoncie.

      • Polecam zacząć jak najwcześniej. 40 godzin to po prostu za dużo. Jeśli kogoś stać na to, żeby mniej pracować, to baardzo polecam. Nawet niewielka redukcja czasu pracy, w połączeniu z elastycznymi godzinami pracy daje niesamowitą wolność. Kiedy czuję zapał do pracy, pracuję nawet 10 godzin dziennie, kiedy potrzebuję więcej luzu albo muszę coś załatwić, pracuję 5 godzin, albo nie przychodzę wcale 🙂

  14. Witam,to bardzo ważne o czym Pan pisze. Stosujemy z mężem metodę totalnego wyłączenia się z codzienności (oczywiście po opłaceniu kredytu i płatności). Wyjeżdżamy z 3 dzieci do Chorwackiej wioski, mąż wyłącza komórkę (ja niestety nie bo muszę mieć kontakt z rodzicami). Najważniejszym punktem dnia jest wspólne przygotowanie posiłku.Celebrujemy każdą czynność i włączamy tzw.osiołkowanie czyli patrzenie na błękit morza.Świadomie rezygnujemy z telewizji (już od 2 lat nie mamy telewizji w domu- polecam. Dzieci zaczęły z nami rozmawiać.Życzę Panu i wszystkim zaiteresowwanym Pana blogiem takiego resetu, bo to pozycjonuje nasze myśli i poczynania finansowe.Do zobaczenia po wakacjach

    • Super komentarz – aż na twarzy pojawił mi się uśmiech od ucha do ucha 🙂 A osiołkowanie brzmi bardzo ciekawie! Pozdrawiam serdecznie.

  15. Nie pamietam kiedy ja wydalam 500 zl na ciuchy wiec chyba nie jest ze mna az tak zle,czyli nie musze byc dla siebie az tak krytyczna;)A co do konta oszczednosciowego to posiadam,niestety zbyt latwy mam do niego dostep i 2 min trwa przelanie z niego pieniedzy i dobranie sie do nich.Ale ucze sie,powoli sie ucze jak byc oszczedna;)

    • Ja pamiętam, kiedy wydałem 500 zł na ciuchy. A raczej na „ciucha” – była to jedna kurtka z dopinanym polarem, którą noszę od jesieni do wiosny chyba od 4 lat i pewnie jeszcze trochę ponoszę. Drogo? Nie sądzę – pisałem zresztą o tym u siebie argumentując, że kupowanie jakości zwykle się opłaca – nawet, jeśli płacimy za nią sporo.

  16. Ja też czytając Wasze opinie, jak Adam nazwałbym takie postępowanie normalnością i racjonalnością. Wydaje mi się, że przez trochę (sporo) lat nauczyło mnie tego życie. Tak jest, gdy coś, co osiągamy nie przychodzi szybko i łatwo. Raczej musimy umieć docenić wkład pracy, jaki trzeba było zaangażować w zdobycie określonego celu. Innymi słowy znać cenę celu. Szanować swój trud, ale widzieć i szanować wysiłek otoczenia. Co do czasu wolnego, spędzonego z najbliższymi to jest najwyższym i bezcennym dobrem. Czytam ten blog i inne, o których tu są wzmianki i raduję się, że jest wokół jeszcze dużo dobrych ludzi. W tv i miejscu pracy tego nie widać.

    • Cześć Jasio. To, o czym piszesz to takie… stare myślenie. Dzisiaj tego nie uświadczysz, bo wszystko przychodzi ludziom zbyt łatwo, możemy mieć co chcemy i to zanim jeszcze na to zapracujemy/zapłacimy. Stąd też wynika szybkie przyzwyczajenie do dobrego i brak szacunku dla ciężkiej pracy – nastawienie „należy mi się” jest powszechne i raczej nic (może oprócz jakiegoś wielkiego gospodarczega kataklizmu o tfu tfu) tego nie zmieni. Ale jak wspomniałeś – jest garstka ludzi, którzy starają się myśleć inaczej. I odkąd prowadzę bloga, z zadowoleniem stwierdzam, że jest nas całkiem sporo!
      Pozdrawiam serdecznie.

  17. Rezygnacja z tv to juz dla mnie ekstremalne posuniecie i podziwiam tych,ktorym udaje sie tak zyc.Wierze,ze zbliza to rodzine,w koncu zamiast bezmyslnego wpatrywania sie w ekran czas ten poswieca sie najblizszym.Z drugiej strony…zawsze powtarzam ze chcialabym zyc w czasach,gdy nie bylo netu,tv,gdzie czlowiek zyl z tego co wyhodowal,cykl zycia wyznaczaly pory roku,a wieczorami zasiadal przy ogniu wsluchujac sie w trzaski palacego sie drewna….cos wspanialego:)
    Wlasnie w ramach oszczednosci postanowilam sama powalczyc z wirusem ktory nie mam pojecia jakim cudem znalazl sie na moim kompie ale biorac pod uwage moja wiedze informatyczna ta oszczednosc chyba sie nie uda:D Moje marne proby pozbycia sie go na chwile obecna sa bezskuteczne czyli jednak bedzie trzeba zaplacic za fachowa pomoc

    • Rezygnacja w telewizji to był strzał w 10! Na początek można zrobić coś takiego „na sucho” (bez wypowiadania umowy) i wyciągnięcia wniosków np. po tygodniu takiej diety. Dla statystycznego Kowalskiego to automatycznie prawie 4h godziny wolnego każdego dnia!

  18. Czym innym jest minimalizm, a czym innym życie w stylu dziadosko-żebraczym. Kupienie lodówki czy samochodu kombi wykpiwane na blogu Wolnego, to żaden luksus. Kupiłam dużą lodówkę, bo nienawidzę zakupów i nie robię ich często, kupuję raz na jakiś czas hurtowo i zapełniam moją dużą lodówkę. I nie skorzystam z rady by codziennie kupować po trochu w sklepiku k/domu. Szkoda mi i czasu, i pieniędzy. Nie znam nikogo kto kupowałby po to, aby pochwalić się przed innymi, znam za to wielu którzy w ten sposób myślą o innych.
    Co byłoby bezsensowynym zakupem, na który nie byłoby mnie stać? Np. bentley. Ale nie jest takim zakupem duża toyota, którą jeżdże. Toyota jest narzędziem, które mi służy. Takim samym narzędziem jak długopis czy widelec. Nie ma co do tego dorabiać ideologii luksusu.
    A na wakacjach nic nie zamierzam robić. Przez cały rok ciężko pracuje wyrabiając plany, robiąc projekty i nie zamierzam w ten sposób potraktować wakacji. Jak mi się zachce to będę oglądać tv, leżeć i patrzeć w chmury czy siedzieć na tarasie i pić kawę. Bezproduktywnie. I nie będę miała nawet pół wyrzutu sumienia. A jak będę miała szczęście, to może w końcu uda mi się ponudzić.

    • Nie przypominam sobie wykpiwania samochodu typu kombi… no chyba, że zje to Twoje 3-letnie zarobki 🙂 Sposób spędzania wolnego czasu czy decyzje zakupowe należą do Ciebie – ja staram się pokazywać alternatywę dla tych, którzy szukają nieco innych dróg i chcą czegoś innego od życia. Pozdrawiam – mimo wszystko, bo obrażasz znaczną część rodaków porównując mój styl życia z dziadowaniem i żebraniem. Proponuję w wolnym czasie przejść się po ulicy (być może nieco dalej, być może na jakimś ryneczku) i zobaczyć, że nie wszyscy mają tyle szczęścia co Ty. Ludzie naprawdę nie myślą w kategoriach „toyota czy bentley”, ale czasami wręcz „obiad dzisiaj czy jutro”.

  19. Na pewno czas wolny jest dobrym czasem aby wszystko „ogarnać”. Dla mnie, jako studenta jest to czas na pracę, poukładanie spraw, przygotowanie się do ostatniego roku. Ale na pewno warto wykorzystać ten czas właśnie na takie rzeczy.

    • Studencie to dość osobliwy… gatunek 🙂 Wciąż pamiętam ten ogrom wolnego (i niestety – marnowanego czasu), który miałem na późniejszych latach studiów. Częściowe chociaż wykorzystanie go to najlepsze, co teraz możesz zrobić. Zapewne nadal masz czas na odpoczynek, a jednocześnie – może nie do końca świadomie – ułatwiasz sobie start w „prawdziwe życie”. Pozdrawiam!

  20. Jestem przeciwna pozbywaniu się telewizora, jeśli nie wynika to z osobistej potrzeby, a podyktowane jest tym co mówią inni („bo ogłupia, bo kradnie czas, bo…”). Równie dobrze można by zrezygnować z używania noża. Bo ostry i kaleczy. Jak nie umiesz z niego korzystać to się pokaleczysz, a jak potrafisz to pokroisz nim chleb.
    TV rozwija. Umiejętnie wykorzystywana. Będąc ostatnio w parku dinozaurów usłyszałam jak moje starsze dziecko opowiada młodszym o dinozaurach. „A wiecie które były mięsożerne? Te, które poruszały się na 2 łapach.” „Skąd o tym wiesz?” „Z bajki o dinozaurach” – oglądała Minimini czy coś podobnego. Ja nie wiedziałam, które dinozaury były mięsożerne, nie wiedziałam jak który się nazywa, jak żyły, jak się rozmnażały – nie mam nawet części tej wiedzy, którą ona zyskała oglądając bajkę w TV. Pewnie, że mogłam ją tego nauczyć czytając jej, ale nie jestem, i nikt nie jest, w stanie uczyć dziecka cały czas. Kiedyś trzeba obrać ziemniaki czy zamontować gniazdko. Dziecko musi spędzać trochę czasu samodzielnie, a jeśli w tym czasie obejrzy fajną bajkę o dinozaurach, to plus dla niego.
    Jest, ponadto, cała masa świetnych programów, jak choćby „Dookoła Wojtek Polska” na Planete. Rewelacyjne źródło inspiracji do własnych wędrówek. Pewnie, że mogę o tym przeczytać, mogę wyszukać to czy tamto w internecie, ale muszę wiedzieć czego szukać i muszę chcieć tego szukać. Jeśli wyląduję przypadkiem na Dolnym Śląsku, bo zepsuł mi się samochód i muszę tam spędzić dobę, to będę wiedziała gdzie iść i co obejrzeć. Będę wiedziała chociaż nie zaplanowałam sobie wycieczki w ten region i nie przeczytałam o nim wszystkiego co tylko można, ale dlatego, że oglądałam program o Kamieńcu Ząbkowickim i program ten pozostał mi w pamięci.
    Programy konsumenckie (emitowany kilka lat temu Doroty Wellman), ekonomiczne (nieodżałowany Plus-Minus), z których można czerpać garściami. Programy, które rozwijają, podają wiedzę niepotrzebną w danej chwili (typu: brak zwrotów w sklepach stacjonarnych), ale przydatną w życiu.
    Masz TV? Lubisz oglądać opery mydlane? To ciesz się tym i nie przejmuj co mówią inni. W życiu jest tak mało przyjemności, że każdą nich trzeba wykorzystywać maksymalnie, a nie zamartwiać się czy jestem dość minimalistyczny, dość ambitny, dość rozwinięty czy dość szczupły. Jesteś szczęśliwy ze swoim TV i operami mydlanymi i super. On nie ma TV, czyta ambitne książki, je rukolę i biega codziennie 5 km i pojęcia nie ma co to szczęście.

    • Mam nadzieję, że to ostatnie to nie o mnie (wyjątkowo krzywy zresztą ten wizerunek).
      „Pewnie, że mogę o tym przeczytać, mogę wyszukać to czy tamto w internecie, ale muszę wiedzieć czego szukać i muszę chcieć tego szukać.” – masz rację. Ale to jest fakt wynikający z tego, że jesteśmy ciągle zabiegani, wypaleni umysłowo po pracy, nie mamy na nic czasu i dlatego nic nas nie mobilizuje do takiego szukania – chcemy już tylko odpocząć po kolejnym ciężkim dniu. W ideologii sprzedawanej przeze mnie nie chodzi o to, żeby pozbyć się telewizora, ale o to, żeby zyskać to, czego zwykle nie mamy – czas – i przeznaczyć go na to, co daje Ci szczęście. A zwykle są to naprawdę bardzo proste rzeczy. Pozdrawiam i dziękuję za szczery komentarz.

  21. Podobno:

    „Chodząc do pracy, której nie cierpimy, kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, usiłując zaimponować ludziom, których nie lubimy, udając kogoś kim nie jesteśmy.”

  22. Na blog natknęłam się przypadkowo, szukajac informacji w necie o wakacjach. :). I tak zostałam. Czytałam. I pozostało mi jedynie poczucie winy..że nie jestem wystarczajaco oszczędna, że mamy z mężem kredyt ok.20000 zl.. że za słabo wyciskam plasterek cytryny w herbacie, bo może by jeszcze dla kogoś z Rodziny by wystarczyło..przykładów mogłabym mnożyć..ale do sedna sprawy. Nie posiadam wiele.. I rzeczywiscie człowiek nie potrzebuje dużo aby przeżyć.. ale gdy patrzę na przykłady z mojej rodziny to powiem Wam szczerze – nie chcę tak żyć!!! Nadmierne, wręcz chorobliwe oszczędzanie wcale nie dało swobody o której piszesz, tylko ciągłe myślenie o pieniądzach..Przytoczę przykłady minimalizmu:) jednej z moich ciotek. Prowadziła ogród, latem przerabiała to co ziemia dała na wszystko: dżemy, leguminy, kompoty itd. Nic nie mogło się zmarnować. W tym czasie przebywałam u niej, aby dopomóc w pracach ogrodniczych. Był to okres „wysypu” cukini, kabaczków itp. Zatem na śniadanie, obiad, kolację byly tylko potrawy z cukinii- bigos, kotlety ala cukinia i jakaś legumina. Mój dwudniowy pobyt tam skończył się rewolta jakiej świat nie widział.. nigdy juz na cukinię nie spojrzałam i nie spojrzę.. Dalej ciocia Leokadia była tak oszczędna ze miała biustonosze i pościele prawie 50 letnie. Pocerowane i połatane.. W garażu stały dwa fiaty 126p. Oczywiście nieużywane.. Chwaliła sie, że całą pensje syna odkładaja na konto.. i co? Ciocia umarła, wujek też.. i co? Został moj kuzyn, który chodzi jak ostatni bezdomny, w piwnicach ma jeszcze przetwory po cioci chyba 20 letnie.. taki przykład Ciocia dała.. A pieniądze miała.Moi Rodzice też są oszczędni. Pamiętam jak w 1992 roku zmarł mój dziadek.. dostałam po nim łóżko na którym leżał i umierał. ..Moim synkom nigdy bym tego niezafundowała.. Kupowanie scinek sera żółtego, lekko nagnitych bananów, spłukiwanie toalety woda z kąpieli w wannie, kąpanie sie w jednej wodzie, prysznic na czas itd.. Boże przykładów mogłabym mnożyć.. Niestety minimalizm to nie moja domena.. lubię ładne ubrania, ładnie mieszkac itd. Zatem prosze mi podac różnicę między oszczędzaniem a byciem dziadem. Dziękuję

    • Cześć Kinga,

      Witam Cię bardzo serdecznie na blogu. Równiez nie jestem minimalistą. Chorobliwe i nadmierne oszczędzanie jest…chorobliwe i nadmierne. Ja jestem zwolennikiem zwykłego zdrowego rozsądku.
      Skoro jednak, tak jak piszesz, czujesz się „winna” czytając blog, to może warto na chwilę wsłuchac się w ten wewnętrzny głos? Być może warto cos przemyśleć?
      Myślę, że doskonale wiesz, że tu nie chodzi o ciocię Leokadię… 🙂
      Życzę Ci dalszej przyjemnej lektury. Miłego dnai!

  23. Kolejny inspirujący wpis 😉
    Nie wyobrażam sobie w czasie urlopu robić czegokolwiek innego, niż podróżować z żoną. Bierzemy plecaki, namiot i autostopem jedziemy poznawać świat. Cały dobytek na plecach, minimalne wydatki i maksymalnie spędzony ze sobą czas. To unosi mnie ponad dachy świata i daje energię 🙂
    I da się za małe pieniądze zaplanować wakacje 🙂

  24. Idealne wakacje dla mojego męża to te bez żony i dzieci, w domu na kanapie z lapkiem. Jadę więc sama z dwójką. Niedaleko, ot 200 km od domu, ale jadę coś zobaczyć, zmienić entourage, chociaż wiem, że to będzie tez wysiłek – to są małe dzieci, wymagają jeszcze obsługi. Wolę jednak pojechać sama niż męczyć się z narzekaniami męża jak to się poświęcił, że ruszył się z domu, że dzieci mu brzęczą nad uchem tak jak cały rok. Nie wiem jak mam to dzieciom wytłumaczyć – ‚taty z nami nie ma bo nie chce ruszać się z domu”, praca nie jest przeszkodą – szef dałby mu wolne. Wyjazd finansuję samodzielnie.

Odpowiedz