Ile kosztuje dziecko i co z tego wynika?

95

 

finanse osobiste koszt dzieciSpokojnie, to nie będzie wpis o handlu ludźmi ani o problemie płatnych adopcji. Choć są to bardzo ważne i przytłaczająco trudne tematy, na pewno nie jestem właściwą osobą by o nich pisać. Jednak przygotowując się do dzisiejszego artykułu i rozmawiając o nim z kilkoma osobami przekonałem się, że może on wzbudzić spore emocje. No bo jak przejść obojętnie nad takimi stwierdzeniami:

Mają pięcioro dzieci. Nic dziwnego, że są biedni.
Po co im jeszcze jedna gęba do wykarmienia, skoro teraz nie są w stanie się utrzymać?
Pracować nie mają siły a robić dzieci tak. Dlaczego mamy im płacić zasiłki z naszych podatków?

Na drugim biegunie tej samej dyskusji znajdują się takie opinie:

Dzieci to błogosławieństwo od Boga. Ekonomia nie ma tu nic do rzeczy.
Jak można przeliczać dzieci na pieniądze? To nieludzkie!
Ile kosztują dzieci? Są bezcenne! Powinno mieć się ich tyle, ile możliwe. Planowanie rodziny jest przejawem cywilizacji śmierci.

To tylko przykładowe wypowiedzi z różnych forów i artykułów dotyczących planowania rodziny, kosztów wychowania dzieci, albo wsparcia i ulg dla rodzin wielodzietnych. Bez względu na intencje autorów czy konkluzje płynące z tekstów, w dyskusjach zawsze pojawiały się głosy będące zażartą obroną takiego czy innego światopoglądu. A ponieważ nic tak nie wkurza jak treści stojące w sprzeczności z naszymi najgłębszymi przekonaniami, łatwo o wypowiedzi mieszające oponentów z błotem.

Dlaczego podejmuję taki temat? Po co na blogu finansowym artykuł z pogranicza ekonomi, filozofii, etyki, religii, socjologii a nawet polityki?  Cóż – przypomnijcie sobie tytuł bloga. Choć dzieci to sprawa bardzo osobista, nie da się zakrzyczeć prostego faktu: ich wychowanie kosztuje. Nasz światopogląd, nasze wartości czy nawet religia niczego tutaj nie zmienią. Warto znać te koszty, przygotować się do nich oraz mieć świadomość pułapek czekających na portfele rodziców.

Dziś chciałbym pokazać Wam ile kosztuje wychowanie dziecka oraz podyskutować z Wami w komentarzach co z tych kwot dla nas wynika.

 

Duże pieniądze biorą się małych.

Tu 20 zł, tam 30 zł, tu stówka, a tam dwie… Jestem bardzo ciekawy, ile Waszym zdaniem kosztuje w Polsce wychowanie dziecka do 20-go roku życia? Tak z czystej ciekawości obstawcie „na czuja”, bez szacowania,  jedną z poniższych opcji:

Wydaje mi się, że wychowanie dziecka w Polsce do 20 roku życia kosztuje:

a) do 50 tys. zł
b) od 50 000 zł do 100 000 zł
c) od 100 000 zł do 150 000 zł
d) od 150 000 zł do 200 000zł
e) o
d 200 001 zł do 250 000 zł
f) powyżej 250 tys. zł

Którą odpowiedź obstawiliście?

Dodatkowe wydatki związane z naszymi maluszkami zaczynają się już kilka dni po poczęciu. Pierwszym, który oficjalnie określić możemy mianem wydatku na dziecko jest zwykle test ciążowy za kilkanaście złotych. Gdy tylko pojawią się na nim dwie kreski, od razu wiemy, że w naszym życiu zaczyna się wielka rewolucja, która ogarnie każdy jego obszar. Finansowy również.

Najpierw ciąża:  wizyty u lekarza, badania, preparaty witaminowe, kremy na rozstępy, specjalne ubrania ciążowe, odpowiednia bielizna i oczywiście książki o przyjęciu dziecka na świat. Bliżej porodu kupujemy wanienkę, wózek, fotelik samochodowy, przewijak, komplet ubranek, czapeczek, pieluszek, oliwek, specjalnych mydełek, szamponów i innych kosmetyków. Przy pierwszej ciąży popularne są szkoły rodzenia, a do tego opłacenie położnej, dodatkowej opieki lekarskiej, znieczulenia zewnątrzoponowego. W drugim trymestrze ciąży zwykle włącza się nam jeszcze klasyczny „syndrom wicia gniazdka”, więc wydajemy pieniądze na remont pokoju, nowe mebelki, a czasami nawet bezpieczniejszy samochód, bo przecież nie chcemy narażać maluszka na niebezpieczeństwo.

Po porodzie zaczyna się etap drugi: kosmicznie dużo pampersów, oliwek i chusteczek do pupy, podgrzewacz do mleka, butelki, smoczki, kołderki, kocyki, rożki, leżaczki, krzesełka do karmienia, słoiczki, zupki, kaszki, mleko w proszku, grzebyki, ubranka…

W miarę upływu czasu jedne koszty odpadają, a na ich miejsce pojawiają się inne: opłaty za żłobek lub opiekunkę, potem przedszkole i dodatkowe zajęcia, no i oczywiście pierwsze choroby zakaźne podłapane od rówieśników, a z nimi wydatki na leki.

Na szczęście po przedszkolu zaczyna się podstawówka, a tam przynajmniej podręczniki na początku są bezpłatne. Ale… cały czas towarzyszą nam zakupy ubrań i butów, z których dzieci błyskawicznie wyrastają. Poza książkami w zasadzie wszystko jest płatne: świetlica, wyjście do teatru, dodatkowy angielski, wyjazd na zielona szkołę, wycieczka, ferie, wakacje, itd.

Każdy kto ma dzieci doskonale wie o czym piszę. 🙂 No dobra, to jakie kwoty się uzbierają przez cały okres wychowania?

 

O jakich pieniądzach konkretnie mówimy?

Oczywiście w każdej rodzinie będzie to wyglądało nieco inaczej, ale można pokusić się o pewne szacunki.

Zacznijmy od raportu opublikowanego przez Centrum im. Adama Smitha, pt. Koszty wychowania dzieci w Polsce 2012.  Według jego autorów „koszt wychowania jednego dziecka do okresu osiągnięcia przezeń 20. roku życia wynosi w Polsce około 176 tys. złotych, a koszt wychowania dwójki dzieci wynosi około 317 tys. złotych (przyjmujemy, że koszt drugiego dziecka wynosi 80 procent kosztów pierwszego ze względu na możliwe oszczędności). W przypadku rodzin z trójką dzieci koszty te (przyjmujemy, że koszt trzeciego dziecka wynosi 60 procent kosztów pierwszego) wynoszą około 422 tys. złotych. Jeśli pamiętamy, że kalkulacja ta nie bierze pod uwagę kosztów pośrednich i alternatywnych oraz, że jest kalkulacją kosztów podstawowych, to oczywiste jest, że dla wielu rodzin łączne koszty rzeczywiste są prawdopodobnie jeszcze wyższe.”

Przeliczając dane z raportu na łatwiejsze w interpretacji kwoty miesięczne otrzymujemy odpowiednio:

733 zł miesięcznie w przypadku jednego dziecka
1321 zł miesięcznie w przypadku dwójki dzieci
1758 zł miesięcznie w przypadku trójki dzieci

Inne bardzo ciekawe oszacowanie różnych „wersji” budżetu niezbędnego do wychowania dziecka opracowała Sylwia Szwed w serii artykułów w serwisie gazeta.pl . W zależności od tego, czy mówimy o pokrywaniu niezbędnych potrzeb dziecka czy o hojnym finansowaniu zachcianek młodego członka bogatej rodziny,  potrzebne kwoty kształtują się następująco:

tabela koszt dziecka

Edukację w liceum kończy się obecnie w wieku 19 lat (o ile wszystko poszło zgodnie z planem), zatem miesięczne kwoty potrzebne na wychowanie dziecka w trzech różnych wariantach wynoszą odpowiednio:

– Budżet w wersji ekonomicznej: 386 zł miesięcznie
– Budżet w wersji standard: 1 426 zł miesięcznie
– Budżet w wersji ekskluzywnej: 3 809zł miesięcznie

Oczywiście miesięczne kwoty będą się różnić na poszczególnych etapach dojrzewania naszych pociech. Bez względu na to, które szacunki odpowiadają konkretnej sytuacji danej rodziny, dwa zjawiska są absolutnie niepodważalne:

1. Wychowanie dziecka wiąże się z koniecznością poniesienia wysokich kosztów.
2. Niektóre rodziny wydają kilkakrotnie więcej na wychowanie dzieci od innych.

No dobra, znamy już kwoty i wiemy, że jest tego dużo. Nie chodzi mi jednak o ciekawostkę tłumaczącą rozpoczynanie szkolnych apeli od słów: Drogie dzieci. Znacznie ważniejsze jest wyciągnięcie wniosków z tych danych.

 

I co z tego wynika?

Jestem finansistą i lubię liczby, bo w sposób treściwy potrafią one pokazać fakty, które łatwo jest zgubić w okrągłych zdaniach. Zamiast długiej, kwiecistej wypowiedzi, często wystarczy jedna liczba, aby pokazać jak jest naprawdę.

Zacznijmy od sprawy najtrudniejszej, bo powiązanej z naszymi wewnętrznymi przekonaniami. Czy podejmując decyzję o posiadaniu dzieci powinniśmy brać pod uwagę naszą sytuację materialną?

Moim zdaniem absolutnie tak. Nie jest to dla mnie żadne „bezduszne” podejście, tylko przejaw prawdziwej odpowiedzialności za los własnej rodziny. Jeżeli nie stać mnie na zapewnienie dziecku bezpieczeństwa, to jest dla mnie sprawą naturalną, że najpierw robię wszystko, aby zdobyć pracę i oszczędności pozwalające utrzymać rodzinę. Podejście do tej sprawy na zasadzie „nie mamy pracy ani pieniędzy, ale kochamy się, jest cudownie, chcemy mieć dziecko i jakoś to będzie” kończy się zwykle biedą, długami, ogromnym stresem, awanturami o pieniądze oraz błaganiem „Rząd musi nam pomóc!”. Jednak liczenie na pomoc państwa to droga donikąd. Według przytaczanego już raportu Centrum im. Adama Smitha: „Rozwój programów socjalnych nie jest dobrą odpowiedzią na problem ubóstwa, gdyż skuteczność tych programów jest niska. Ze 100 złotych zabranych przez państwo podatnikom na pomoc potrzebującym trafia nie więcej niż 30-40 proc. Resztę pochłaniają koszty transakcyjne i administracyjne.” Choć uważam, że mądra polityka prorodzinna w naszym Państwie jest bardzo ważna, to liczenie, że utrzymamy się dzięki pomocy państwa, jest ogromną naiwnością. Pragniesz mieć dziecko? Bądź odpowiedzialny i przygotuj się do tego również pod względem finansowym.

I teraz bardzo ważna sprawa. W niektórych sytuacjach przeginamy w druga stronę. Mamy wszystko by przyjąć na świat upragnione potomstwo (pierwsze lub kolejne), ale cały czas odwlekamy decyzję tłumacząc to sytuacją materialną i koniecznością rozwoju kariery. „Jeszcze tylko dodatkowy rok do CV, trochę większe mieszkanie, jedna podwyżka, jeden awans…”. Jeżeli masz podobne dylematy, wiedz jedno: nigdy nie będziesz gotowy na 100%. Powyżej masz przytoczone konkretne miesięczne kwoty potrzebne na utrzymanie dziecka. Jeżeli stać Cię na to, ale w dalszym ciągu nie możesz się zdecydować, to przestań tłumaczyć się sytuacją materialną. Tak naprawdę powody są inne. Po prostu bądź ze sobą szczery i odpowiedz sobie jakie.

 

Tutaj pieniądze nie grają roli.

Finanse osobiste są dla mnie bardzo pasjonujące właśnie dlatego, że dotykają spraw najważniejszych, których nie chcemy przeliczać na pieniądze. W pewnych życiowych sytuacjach podejmujemy decyzje w głębokim przekonaniu, że w tym konkretnym przypadku finanse nie grają roli. Gdy myślimy o dzieciach, przejawia się to stwierdzeniami typu:

Na czym, jak na czym, ale na dziecku nie będę oszczędzał.
Mój skarb musi mieć najlepszą edukację bez względu na koszty.
Wiem, że to drogie, ale najważniejsze, by dziecko czuło się dobrze.

Niestety, to tylko zaklinanie rzeczywistości. Podejmowane przez nas decyzje będą wiązały się z finansowymi konsekwencjami bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie. Zależy mi bardzo, żebyście dobrze mnie zrozumieli. Nie jestem gościem, który na chłodno i bez emocji wszystko przelicza na pieniądze. Nie o to chodzi.

Uważam po prostu, że dla własnego dobra oraz bezpieczeństwa naszych rodzin, musimy mieć pełną świadomość konsekwencji naszych decyzji. Jeżeli będziemy decydować o najważniejszych życiowych sprawach w oparciu o wyświechtane hasła w rodzaju „na dzieciach się nie oszczędza”, albo „w przypadku dzieci pieniądze nie grają roli”, to wpakujemy się w kłopoty. Z moich obserwacji wynika, że na te ogólnikowe hasła natykamy się w następujących sytuacjach:

1. Gdy ktoś chce nam coś sprzedać.
2. Gdy ktoś wydaje fortunę na dzieci by poczuć się lepiej bo nie poświęca im    czasu.
3. Gdy ktoś usprawiedliwia trudną sytuację materialną poświeceniem dla    dzieci.
4. Gdy ktoś nie ma pojęcia, co to znaczy być biednym i zadłużonym.

Ogromne niebezpieczeństwo takich haseł polega na tym, że przełączają nas one w tryb bezrefleksyjny. Zamiast policzyć spokojnie czy stać nas na lekcje tenisa dla dziecka, zapisujemy je, bo przecież na dzieciach się nie oszczędza. Kupujemy nowy samochód na kredyt, bo liczy się tylko bezpieczeństwo naszego maluszka. Dziecko musi mieć własny pokój, więc większe mieszkanie jest absolutnie niezbędne, nawet jeśli oznacza ogromny kredyt na 35 lat. Wiele takich wydatków tłumaczymy miłością do dzieci. Tymczasem dokładniejsze przemyślenie prawdziwych motywów często ujawnia, że tenis to niespełnione marzenie taty z dzieciństwa, o większym samochodzie marzyliśmy od dawna, a dodatkowy pokój to tylko pretekst by wreszcie się przenieść na nowe osiedle.

Namawiam Was bardzo, żebyście nie podejmowali decyzji w oparciu o takie ogólnikowe stwierdzenia. Weźcie głęboki oddech, kartkę papieru i kalkulator do ręki, i na spokojnie przemyślcie temat. W finansach osobistych wiedza to raptem 20% sukcesu. Cała reszta to zdrowy rozsądek.

 

Podatność na manipulację.

Kochamy nasze dzieci tak bardzo, że jesteśmy gotowi poświęcić dla nich wszystko. Staniemy na głowie, aby mieć pewność, że są bezpieczne i że dzięki nam mają szansę na dobre i szczęśliwe życie. I właśnie dlatego wszystkich rodziców łączy wspólna cecha: ogromna podatność na manipulację.

W dużym uproszczeniu przekazy reklamowe dzielą nas na dwie kategorie:

1. Rodziców dobrych – którzy wydają dużo na swoje dzieci, finansują ich każdą zachciankę i pomagają spełniać wszystkie dziecięce marzenia. Dzięki temu ich pociechy będą skazane na sukces.

2. Rodziców złych
– którzy na dzieci wydają mniej i zamiast finansować dziecięce pragnienia choćby na kredyt, myślą o konsekwencjach swoich decyzji. Te dzieci mają trudniejsze dzieciństwo i to z winy rodziców!

Moje dzieci na pewno będą miały trudniejsze dzieciństwo. A wiecie dlaczego? Bo tylko w ten sposób będą potrafiły w przyszłości poradzić sobie z wyzwaniami, jakie postawi przed nimi życie. Wtedy dopiero będzie im łatwiej.

Nie dajcie się zaszufladkować. Jak widzieliście w pierwszej części wpisu niektóre rodziny wydają na wychowanie dzieci kilkakrotnie większe sumy od innych. I co? Przekłada się to bezpośrednio na poziom szczęścia i życiowego sukcesu ich dzieci? Producentom i sprzedawcom artykułów dziecięcych bardzo zależy, żebyśmy tak właśnie myśleli, ale tak nie jest.

Jeżeli uwierzymy w to, że miarą jakości naszego rodzicielstwa jest kwota wydana na dzieci, to wyrządzimy dzieciom krzywdę. Zmroziło mnie, gdy we wspomnianym już artykule na gazeta.pl przeczytałem wypowiedź rodzica ucznia III klasy:

 „Sama konsola ze sprzętem kosztowała 1500 zł, dostał na komunię – mówi jego ojciec. – Ma też w pokoju swój telewizor (2000 zł). Na Lego idzie rocznie jakieś 600 zł. Od nas dostał pod choinkę grę komputerową za 150 zł, ale od całej rodziny dostaje na święta prezentów za 1000 zł, a na urodziny drugie tyle. Najbardziej lubi akcesoria do „Gwiezdnych wojen”. Miecz, taki kolekcjonerski, to 900 zł; strach potem się tym bawić. I gry komputerowe. Gra online, niby darmowa, ale co rusz trzeba dokupić jakieś doładowanie – to 300 złotych rocznie. Najdroższe są gry na konsole – zaczynają się od 100 zł, z sześć w ciągu roku mu kupujemy. Na same zabawki wychodzi jakieś 3000 rocznie! Masakra! Ale przynajmniej jest dobrze wyposażony na tle kolegów. Nie ma kompleksów.”

Nie chodzi o kwoty z tej wypowiedzi, ale o konkluzję. Dobrze wyposażony? Nie ma kompleksów? Przerażające…

 

Podsumowanie

Muszę się Wam przyznać, że temat bardzo mnie wciągnął i mógłbym jeszcze sporo o tym napisać. Znacznie ciekawsze będzie dla mnie jednak poznanie Waszych opinii.

Dla przypomnienia krótkie podsumowanie kluczowych tez:

  • Wychowanie dziecka wiąże się z koniecznością poniesienia wysokich kosztów.
  • Podejmując decyzję o posiadaniu dzieci powinniśmy brać pod uwagę naszą sytuację materialną. Nie jest to żadne „bezduszne” podejście, tylko przejaw prawdziwej odpowiedzialności za bezpieczeństwo własnej rodziny.
  • Jednak nie ma co przeginać w drugą stronę i odwlekać decyzji o dzieciach w nieskończoność, bo i tak nigdy nie będziemy gotowi na 100%.
  • Niektóre rodziny wydają kilkakrotnie więcej na wychowanie dzieci od innych, ale…
  • To nie jest i nie może być miarą jakości naszego rodzicielstwa, nawet jeśli reklamy i media mówią nam coś innego.
  • Warto aby dzieci miały przez nas trochę trudniejsze dzieciństwo. Dzięki temu w przyszłości będą miały łatwiejsze życie.

Na zakończenie mam jeszcze do Was ogromną prośbę. Jako kontynuację tego wpisu chciałbym za kilka tygodni przygotować artykuł o roboczym tytule: „Czy musimy wydawać fortunę na dzieci?”. Pomysł polega na tym, aby zebrać tam przykłady wydatków na dzieci, które w praktyce nie mają sensu oraz porady, jak rozsądniej kupować rzeczy i usługi związane z wychowaniem dzieci.
Jeśli przychodzą Wam do głowy takie wydatki lub rady – napiszcie proszę o nich w komentarzu.

Na autora najciekawszego komentarza czeka nagroda: karta prezentowa do Empiku o wartości 100zł. (wpis nie jest sponsorowany – chcę po prostu w ten sposób podziękować Wam za pomoc przy tworzeniu wartościowych treści na tym blogu).

Konkurs rozstrzygnięty! 🙂

Bardzo dziękuję Wam za rewelacyjne komentarze. Bardzo fajny materiał do przemyśleń i przygotowanie artykułu. Miło mi poinformować, że kartę podarunkową do Empiku wygrała Asia (imię jest linkiem do komentarza). Bardzo ciekawe i ważne kwestie poruszyły również Agata oraz Iwona. Dlatego postanowiłem podarować dwie dodatkowe karty do Empiku o wartości 50 zł. Jeszcze raz bardzo dziękuję i serdecznie gratuluję!

Proszę o kontakt w celu ustalenia sposobu dostawy nagrody 😉

Jeżeli chcielibyście poznać nieco więcej moich opinii na temat dzieci i pieniędzy, zachęcam Was serdecznie do lektury innych wpisów na ten temat:

Czego nauczyć dzieci o pieniądzach?

Edukacja finansowa dzieci – podsumowanie pierwszego kwartału

Kieszonkowe dla dzieci – wady, zalety i… złoty środek.

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze95 komentarzy

  1. Jedno co jest pewne to fakt że posiadanie dzieci tanie niestety nie jest.. tym bardziej że na pomoc naszego Państwa w tej kwestii niestety nie możemy liczyć jak w odróżnieniu od wielu innych krajów. Tyle że większość nie myśli kosztach zanim pojawią się w naszym życiu dzieci. Ja również do tej większości należałem i wcale tego nie żałuję.. Większe pieniądze muszę wykładać na zusy, podatki i inne jałmużny które chcąc nie chcąc trzeba płacić. Ktoś kiedyś w pewnej audycji radiowej porównał koszt posiadania dwójki dzieci do dwóch nowiutkich Mercedesów.. coś w tym jest 😉

    • Hej Artur,

      Dziękuję za komentarz.
      Dzieci to ogromne szczęście, prawdziwy dar i kiedy są z nami na świecie, trzeba to bardzo doceniać i cieszyć się z tego. Jestem szczęśliwym ojcem i nigdy nie zamieniłbym tego na żadne pieniądze.

      W tym wpisie chodzi mi przede wszystkim o to, aby zwrócić uwagę, jak bardzo w imię miłości do dzieci jesteśmy nakłaniani do ogromnych wydatków.
      Czy zamiast tego nie lepiej spędzić z dziećmi trochę więcej czasu?

      • Jak postawiłem na to ostatnie i staram się spędzać z nimi jak najwięcej czasu. Wydaje mi się że niektóre osoby przesadzają z niektórymi kosztami związanymi z dzieciakami. A tym bardziej jak słyszy się o prześciganiu się w prezentach na komunię.. Wiem że świat idzie do przodu i dziś nic nie wygląda tak jak ponad 20 lat temu, ale jak świat w takim tempie pójdzie do przodu to boję się myśleć co będzie za kilkadziesiąt lat.. Już teraz jak patrzę na te plastikowe programy MTV (która kiedyś była stacją muzyczną) a teraz nawet i TVN.. to można się załamać. Jeśli nasze dzieci będą miały się wychowywać na tego typu telewizyjnej papce to aż strach pomyśleć co będą miały w głowach w wieku kilkunastu lat.

        A wracając do wydatków.. wszystko z głową, patrząc na tabelkę myślę że jestem gdzieś pomiędzy wersją ekonomiczną a standard 😉

      • …apropo wydawania ogromnych sum na dzieci i „ich potrzeby” napisze krotko: „najdrozsza” potrzeba dziecka o ktorej rodzice zapominaja albo zastepuja drogimi zabawkami, gadzetami, firmowymi ubraniami, jest spedzony przez rodzicow razem z dzieckiem wspolny bezcenny CZAS

  2. Znam ludzi bardzo biednych z dwójką dzieci. Owszem w życiu mają ciężko, ale nikt tam nie myśli o pieniądzach i rodzina po prostu cieszy się sobą.

    Czy ten Świat kręci się już tylko wokół kasy? Czy tego, kto kto ją posiada można nazwać wygranym czy po prostu media i wszyscy wokół zostali tak zmanipulowani?

    • Cześć Darek,
      Bardzo trudno jest mi znaleźć właściwe słowa, aby dobrze wyważyć to, co chcę przekazać. Temat jest trudny i delikatny.
      Wierzę, że są przykłady, w których pomimo biedy ludzie są szczęśliwi. Spotkałem jednak tak wiele rodzin, w których stres związany z brakiem pieniędzy i długami obraca więzi rodzinne w pył, że nie mam żadnych wątpliwości, że pieniądze jednak są ważne. Trudno mi uwierzyć, że w biednych rodzinach „nikt nie myśli o pieniądzach i rodzina po prostu cieszy się sobą”. Być może tak to wygląda dla obserwatora z zewnatrz.
      Nie spotkałem jeszcze naprawdę biednej osoby, która nie martwiłaby się brakiem pieniędzy i tym, że nie ma za co wykarmić dzieci. Moja skrzynka pęka w szwach od maili od zdesperowanych osób opisujących jak fatalnie brak pieniędzy odbija się na życiu ich rodzin.
      Może warto, aby jednak ktoś pomyślał o pieniądzach i podjął kroki aby wyprowadzić rodzinę z biedy?
      Moim zdaniem bieda jest złem i mam nadzieję, że swoją działalnością pomogę choć niektórym osobom zadbać o finansowe bezpieczeństwo ich rodzin.

  3. Jako młody chłopak miałem podobne zdanie do tego o którym piszesz w tym poście. Zawsze mówiłem, że ożenić to ja się mogę dopiero jak będę stabilny finansowo, a dzieci to już w ogóle… Pewnego razu mój tata zapytał mnie co jeżeli ta moja firma czy świetna praca na bazie której będę określał mój poziom bezpieczeństwa upadnie? Czy wezmę rozwód? Oddam dzieci? Takim sposobem myślenia możemy nigdy nie być gotowi na rodzinę, a to byłoby bardzo smutne, bo kwestia tak materialna jak pieniądze w porównaniu do żony czy dzieci ma się nijak. Poza tym nic nie motywuje do Ciężkiej pracy bardziej niż rodzina:)

    Pozdrawiam!

    • Janek,

      Dziękuję za komentarz. Twój Tata oczywiście ma rację. Jednak czymś innym jest odwlekanie decyzji przez młodego człowieka, który pracuje i dobrze sobie radzi, a czymś innym sytuacja człowieka, który ma bardzo trudną sytuację finansową.
      Czy gdybyś miał na głowie komornika, nie spłacał w terminie kredytu hipotecznego, zalegał ze spłatą pożyczek i codziennie odbierał telefony od windykatorów, to myślisz, że rada Taty brzmiałaby tak samo?
      Ja nie zachęcam do odwlekania decyzji o najważniejszych sprawach w życiu, ale do ich świadomego podejmowania. A zachęcam do tego własnie po to, abyśmy potem nie stracili tych najcenniejszych w życiu spraw przez ogromny stres związany z brakiem pieniędzy. Chodzi o zwykły zdrowy rozsądek.

      Zgadzam się również, że nic tak nie motywuje do ciężkiej pracy jak rodzina. I właśnie o takie podejście mi chodzi: „Będę miał rodzinę, to kosztuje, chcę zapewnić jej bezpieczeństwo, więc biorę się do roboty i nie spocznę, aż zarobię!”.

      Natomiast nie zgodzę się z Twoim stwierdzeniem: „…kwestia materialna jak pieniądze w porównaniu do żony i dzieci ma się nijak…”.
      Takie porównania nie mają sensu. To właśnie takie hasła powtarzane w bezrefleksyjny sposób są groźne i stwarzają wymarzoną sytuację dla wszelkiej maści sprzedawców namawiających nas do wydawania ogromnych pieniędzy na rzeczy i wydarzenia, przy których „pieniądze nie grają roli”.

      Skromniejszy ślub? Nie! Przecież to jest miłość, więc nie myślmy o pieniądzach tylko weźmy pożyczkę na wesele i dobrze się bawmy. Kolejną weźmiemy na chrzest, potem na komunię, potem na wyprawkę…i będziemy niewolnikami tyrającymi na odsetki, którzy swoją trudną sytuację materialną będą tłumaczyć poświęceniem dla rodziny. Rodziny, która właśnie się rozpada, bo wszyscy mają już dość ciągłych kłótni o pieniądze…Znam dużo takich sytuacji.

      Co do porównania kwestii finansowych do żony i dzieci, przytoczę Ci fragment z mojej książki:
      Dlaczego zatem tworzymy w naszych głowach zestawienia typu: „Miłość jest ważniejsza od pieniędzy”? Pewnie, że jest. Miłość jest też ważniejsza od jedzenia i picia, ale spróbuj żyć samą miłością przez kilka dni, a zrozumiesz, że jedzenie i picie też się przydadzą. 🙂

  4. Zgadzam się z Tobą w kwestii, że nigdy nie jesteśmy w 100% gotowi na posiadanie dzieci. Sama miałam takie rozterki. Mąż nie zarabia dużo, ja mam własną firmę w której pracuję sama. Są lepsze i gorsze miesiące, ale ostatnio tendencja wzrostowa. I właśnie w tym momencie osiągnięcia jakiegoś komfortu materialnego zaczęliśmy myśleć o powiększeniu rodziny. Na razie nad tym pracujemy, ale mając trochę oszczędności czuję się już bardziej na to gotowa, chociaż zdaję sobie sprawę, że ewentualne problemy w ciąży mogą mnie na jakiś czas wykluczyć z aktywności zawodowej. Wydaje mi się, że jesteśmy zabezpieczeni na taką ewentualność. Na państwo nie liczę, bo z moją końcówką „małego zusu” ewentualne świadczenia tak naprawdę nie zabezpieczają niczego. Wydaje mi się też, że decydując się na dziecko nie powinniśmy uwzględniać w ogóle zewnętrznej pomocy. Państwo pomoże? Rodzice pomogą? Super! Ale zawsze trzeba brać pod uwagę najgorszy scenariusz i właśnie na tej podstawie podejmować życiowe decyzje. Nie zmienia to oczywiście faktu, że moim zdaniem młode mamy posiadające własne firmy są troszkę dyskryminowane… Ale to już chyba osobny temat. Jasne, życie czasami nas „zaskakuje”, ale jeśli możemy zdecydować, powinniśmy to chyba robić świadomie. Prawda jest taka – skądś te pieniądze wziąć trzeba i tylko od naszego rozsądku zależy, czy pomyślimy o tym zawczasu, czy będziemy musieli liczyć na kredyty i pomoc innych. Mam nadzieję, że już wkrótce będę mogła również wziąć udział w bardziej pogłębionej dyskusji na temat kosztów utrzymania dziecka 😉

    • Część Aniu,

      Właśnie o to chodzi: o świadomą refleksję, zastanowienie się jak będziemy postępować, o przygotowanie. To znacznie bardziej odpowiedzialne niż stwierdzenie „jakoś to będzie” i liczenie na pomoc zewnętrzną. Tym bardziej że o tę pomoc zewnętrzną jest bardzo trudno i jest ona bardzo niska.

      Bardzo dobrze oddaje to Twoje zdanie: „Prawda jest taka – skądś te pieniądze wziąć trzeba i tylko od naszego rozsądku zależy, czy pomyślimy o tym zawczasu, czy będziemy musieli liczyć na kredyty i pomoc innych.”
      Trzymam kciuki za Waszą rodzinkę 🙂 Wszystkiego dobrego!

  5. Dzieci kosztują, taka prawda. Jednych kosztują więcej drugich mniej, dużo zależy od podejścia. Pamiętam rozmowę ze znajomymi jeszcze zanim zdecydowali się na dziecko ( ja już wtedy miałam jedną córkę) i rozmowa zeszła właśnie na koszty związane z rodzicielstwem. Pamiętam tez co wtedy powiedziałam – że dużo zależy od rodziców i ich podejścia. Oczywiście można kupić wózek z bajerami za 3-4 tysiące, ale można też kupić fajny, używany w komisie za 500-700 zł. Można kupować ubranka w sklepie, np taka urocza mała koszulkę za 40 zł, można tez kupić całe naręcze fajnych koszulek w lumpeksie za 5 zł. Swoją drogą dziecku i tak wszystko jedno ( w przeciwieństwie do rodziców :P) czy uleje na bluzę za 60 zł czy na taką za 2 zł. I my tą filozofią się kierujemy, na ubrankach, akcesoriach staramy się oszczędzać – kupować używane, od rodziny itp Nie oszczędzam na jedzeniu, lekarzach itp. Dzięki oszczędnościom w jednym miejscu mam więcej pieniędzy do dyspozycji w ważniejszych wydatkach:)

    • Hej Monika,

      Zwróciłaś uwagę na bardzo ważną sprawę:
      To, ile naprawdę kosztują dzieci, bardzo często zależy właśnie od podejścia rodziców.
      Serdecznie dziękuję.

  6. Witaj Marcinie !
    Bardzo podoba mi się temat i artykuł. Mamy dwóch chłopców w wieku 11 i 7 lat. Starszy ma możliwość otrzymania stypendium z gminy za dobre wyniki w nauce średnia 5,3 -to dobry motywator do nauki i myślę że nauka na przyszłość że od jego pracy dużo zależy , chodzi na treningi karate i odnosi już sukcesy na turniejach więc z tego tytułu też może się starać o stypendium ,więc cztery lata pracy nad ocenami i wydatków na treningi ( nie wspomnę o nauce dyscypliny, zdrowiu i zawierania wspaniałych znajomości dzięki temu temu sportowi) dziecko nauczyło się że przy pomocy rodziców , od niego samego dużo zależy, a to się przejawia coraz bardziej we wszystkich jego działaniach i nasze dzieci wolą zabawę na świeżym powietrzu niż gry na konsoli (choć dostali ją od chrzestnych nie od rodziców) bo spełniają siew tym co lubią(młodszy idzie w ślady starszego) i nie potrzebują akceptacji rówieśników w postaci ilości i jakości posiadanych rzeczy. Myślę że najlepsza inwestycja w dzieci ,to właśnie wybór odpowiedniej drogi do ich rozwoju ,wiadomo zawsze to musi coś kosztować.
    Jednak mimo tego że uwielbiam wychowywać dzieci to” stać” nas tylko na dwoje i moim zdaniem to jest najważniejsze kryterium w ich posiadaniu.
    Pozdrawiam i wszystkiego dobrego! 🙂

  7. Dziecko kosztuje tylko wtedy zanim się narodzi, jeśli na co dzień się nim opiekuje nie używamy słowa „kosztuje” – po prostu pewna koszta trzeba ponieść, co gdybyśmy mieli mieć czworaczki? Nie urodzimy ich bo to kosztuje? Nie można tak myśleć. Pieniądze na dzieci zawsze się znajdą – poza tym wtedy zaczynamy myśleć oszczędnościowo.

    • ForexOnline,

      Dlaczego nie używamy słowa „kosztuje” skoro piszesz, że „pewne koszta trzeba ponieść”?
      Dzieci wprawdzie kosztują, ale nie wolno o tym mówić? Nie bardzo rozumiem.

      „Pieniądze na dzieci zawsze się znajdą” – jasne… w firmach pożyczkowych.
      A może na Forexie???

  8. Marcinie, zgadzam się z Tobą w pełni. Ale to nasze ideologiczne podejście. Moja córka ma 14 lat, wydaję gdzieś pomiędzy wersją standard a ekskluzywną. Do niektórych wydatków jestem wręcz zmuszona, bo prawie od początku wychowuję sama. Nie mam rodziny na miejscu, więc jest niania. Jakoś muszę sfinansować opiekę podczas wakacji, itd. I tak muszę powiedzieć, świetnie, że jest coraz większa. Jednak od czasu gimnazjum standardem porównania jest tzw. grupa rówieśnicza. Markowe ciuchy, drogie szkolne wycieczki, bo nauczyciele też za standard przyjmują wycieczkę szkolną zagranicę, bo to „prestiż dla szkoły”. Szkoła jest publiczna, choć tzw. bezobwodowa, czyli dzieci „same wybierane” po egzaminach wstępnych. Wyszydzanie dzieci, których rodzice mają „nie takie” samochody, zamieszczanie zdjęć z pobytu w restauracji na facebook’u. Jedno wielkie nakręcanie się. Wystarczy niekiedy jedna osoba w klasie. Uchodzę za dziwoląga, bo nie akceptuję wydawanie 16 zł za kubek kawy w tych sieciowych kawiarniach, które na tych dziewczątkach zbijają majątki! Bo „wszyscy”, bo wyśmiewają. Presja w grupie równieśniczej to dziś presja na posiadanie, niezależnie od tego, czy ma to sens czy nie. Córka koleżanki (też 14 lat) wykrzyczała rodzicom, że urodziła się w niewłaściwej rodzinie, skoro nie stać ich na tę nieszczęsną kawę w Columbusie! I to dziecko autentycznie „cierpi materialnie”. Efekt bywa niekiedy przerażający. W szkole mojej córki dwa tygodnie temu 17-latka odebrała sobie życie, m.in., bo rodzice nie byli w stanie sprostać temu szaleństwu i była „biedna”! Bardzo trudno jest dziś wychowywać dzieci wbrew powyższym szaleństwom. Oczywiście te dzieciaki wynoszą to z domów, bo dorośli określają sami swoją wartość według stanu posiadania. Tylko w świecie dzieci przeradza się to w okrucieństwo. Kochający, rozsądny rodzic jest bez szans. Mogę się tylko „pochwalić” tym, że nauczyłam pannę wyboru. Wie, że ja jakieś dla mnie dziwacznej gazetki (kolejny temat: pokusa nadmiaru oferty) nie kupię. Czyli z kieszonkowego albo ta nieszczęsna kawa albo gazetka. Wie, że czegoś tam nie kupimy, bo odkładam na jej przyszłość i swoją emeryturę. Tylko bardzo boję się o te dzieci na przyszłość.
    Przy okazji; bardzo cenię Twój sposób mówienia o finansach domowych, bo to, co jest podstawą życia każdego z nas (to od pierwszego do pierwszego niezależnie w jakim wariancie), jakoś poszła w niepamięć. Moich zawsze płacących najpierw czynsz i światło dziadków bardzo by zdziwiło dzisiejsze modne życie ponad stan! Pozdrawiam

    • Strasznie smutne jest to, co piszesz. Ja ze swojej podstawówki czy gimnazjum nie pamiętam takich sytuacji, ale nie znaczy, że ich nie było.

      Choć sama pamiętam, jak wszyscy oglądali „Przyjaciół”, a mnie mama nie pozwalała, bo to za późno i jej zdaniem za młoda byłam. I też czułam się wyobcowana momentami ;). Więc to nie tylko kwestia pieniędzy.

      • Trudny wiek dojrzewania i smutek „egzystencjalny” z tym związany, to jedno. Teraz w coraz większym stopniu liczy się kasa. W takim brutalnym, może nawet chamskim ujęciu. Póki dzieci są małe, mamy jakieś możliwości ochrony i wpływu. Z wiekiem coraz mniejsze. A zmiany w życiu i świecie są jeszcze tego katalizatorem. Po tym samobójstwie mieliśmy jako rodzice pogadankę z psychologiem, który nam rodzicom (oczywiście na 30 przybyło 14), że nasze dzieci i my żyjemy w kompletnie innych światach. Bez możliwości zrozumienia.

    • Cześć Agata,
      Bardzo dziękuję Ci za ten komentarz, bo wskazujesz dokładnie te sprawy, przed którymi chciałbym uchronić moje córki.
      To również jeden z powodów, dla którego chodzą do zwykłej publicznej podstawówki. Stykają się w szkole z dziećmi zarówno bogatszymi, jak i biedniejszymi. Po prostu: cały przekrój społeczny, co moim zdaniem jest dla nich cennym doświadczeniem.
      Wiem, że wraz z ich dojrzewaniem (obecnie 9 lat i 6 lat) będzie trudniej i doskonale zdaję sobie sprawę, że już wkrótce grupa rówieśnicza będzie miała ważniejsze znaczenie od opinii ojca.
      Sam jestem ciekawy, jak to się potoczy. W każdy razie zamierzam walczyć o zdrowy rozsądek swoich dzieci i o to, aby nigdy nie budowały swojej pewności siebie na bazie tego, co posiadają. Czas pokaże czy się udało. :).

    • Wow, to aż tak się rzeczy pozmieniały przez te kilka lat po moim opuszeczniu gimnazjum i liceum??!

    • Dyskusja mnie zaciekawiła. Właśnie kończę studia, też chodziłam do publicznego gimnazjum bez rejonu. Były w nim dzieci polityków, biznesmenów, znanych lekarzy, ale równocześnie dzieciaki z osiedla obok. Za to szkoła była mała – chyba około 300 uczniów. Nie pamiętam żadnych, ale to żadnych nakręcań się typu „musisz to mieć”. Ok, uwielbialiśmy wyszukane herbaty ( nałóg został mi do dzisiaj ), ale chodzenie do herbaciarni traktowaliśmy jako przyjemność, a nie lans. Może czasami było mi głupio, że nie uczę się trzech języków i nie jeżdżę na Majorkę, ale szybko mi przeszło. Kiedy słyszę opowieści obecnych gimnazjalistów, zastanawiam się, czy wszyscy tak zwariowali, czy ja po prostu dobrze dobrałam sobie towarzystwo – lansiarze byli tak strasznie nudni, że nie utrzymywałam z nimi kontaktu. Co wszystkim polecam 🙂

  9. 6 dni temu na teście zobaczyliśmy z żoną dwie kreski :). Chcieliśmy dziecka, spłaciliśmy wcześniej wszelkie zobowiązania, został tylko jeden drobny kredyt (dzięki Twoim, Michała i Wolnego artykułom wiedzieliśmy jak do tego podejść) także optymistycznie patrzymy w przyszłość. Czekam z niecierpliwością na wpis „Czy musimy wydawać fortunę na dzieci?”. Zdrowy rozsądek przede wszystkim 🙂 pozdrawiam!

  10. Za kilka tygodni na świecie pojawi się Nasza Córka. Jesteśmy małżeństwem od ponad 2 lat, a ślub braliśmy mając 25. Czy to mało, dużo, akurat? Nie nam to osądzać. Ważne, że się kochamy, a posiadanie dzieci jest dla Nas bardzo ważne. Tak się dobraliśmy, że kwestie finansowe są dla Nas bardzo ważne. Gdzie można zaoszczędzić, jak kupić taniej. Jednym słowem skuteczna analiza poniesionych wydatków. Nieważne czy za 30zł czy 3000zł. Ważne, żeby robić to z głową. W przypadku ciąży i wszelkich przygotowań również taka analiza miała miejsce. Kiedy wchodzi się do sklepu, okazuje się że wszystko (dosłownie wszystko!) jest potrzebne. Bo jak tu nie kupić bujaczka za 1000zł, tych słodkich bucików dla niemowlaka za 100zł albo modnych białych mebli od znanej firmy za bagatela 8000zł?! Przecież wszystko oddamy za szczęśliwe dzieciństwo Naszego Dziecka. Właśnie. Czy rzeczywiście te dobra są nam aż tak potrzebne? Zanim rozpoczęliśmy przygotowania do narodzin, długimi godzinami siedziałam przed komputerem i szukałam. Szukałam porad innych Mam, pytałam się na forach co, jak, ile, za ile należy kupić/mieć aby było w porządku. Z tak przygotowaną listą chodziłam do sklepów i jak tylko coś znalazłam to od razu odhaczałam, żeby na wszelki wypadek nie kusiło dokupić kilku kolejnych niepotrzebnych ciuszków, bo przecież są takie różowe i mają takie śliczne aplikacje w kotki! Moim zdaniem tu nie chodzi o wydatki jako takie, ale o umiar. Wiem, że to nowy rozdział w życiu, dla dziecka wszystko musi być najlepsze, z najwyższej półki, ale zastanówmy się czy to robimy dla Naszego Dziecka czy dla siebie, aby przed innymi wyglądać na tych lepszych, bogatszych itp. itd. Reasumując. Jeszcze nie wiem, jak będą wyglądały późniejsze wydatki, ale wiemy jedno. Tak jak w naszym dorosłym życiu staramy się podejmować mądre/rozsądne/przemyślane decyzje co do wydatków, tak również z Naszymi Pociechami powinniśmy czynić. Od samego początku (oczywiście nie piszę tu o niemowlakach 🙂 ) starać się wpajać podstawowe zasady związane z pieniądzem i szacunkiem co do każdej wydanej złotówki.
    Pozdrawia przyszła Mama i Córka!

    • Cześć Ola, cześć Córcia 🙂
      Dziękuję Wam za komentarz i bardzo serdecznie gratuluję. Po pierwsze Córci, a po drugie zdrowego podejścia do tych spraw. Wszystkiego dobrego!

  11. Co do decyzji o dzieciach co do zasady trzeba się zgodzić. Fundamentalne jest poznanie ‚faktów’ o kosztach na tyle na ile to jest możliwe i konfrontacja z nimi przed decyzją. Poznanie siebie też pozwala nam tak naprawdę podjąć tą decyzję w najlepszym momencie. Dla niektórych motywacją do lepszej pracy, czy też jej zmiany, jest też konieczność „wykosztowania się na dziecko”, jeśli jej nie ma, będzie się zawsze trwać w wygodnej pozycji narzekając, że nie jest w stanie nic odłożyć na przyszłość. Psychologia gra tu jakąś rolę.
    Z drugiej strony można też ten temat rozciągnąć trochę w czasie poza 20lat i pomyśleć, że dobre wychowanie do niezależności i troski(nie bądźmy tacy bezinteresowni) o rodziców, za nie 20 ale np 40 lat może wrócić do nas w formie pomocy od dzieci. Wtedy koszty poniesione mogą zostać skompensowane. Oczywiście liczyć można tylko na siebie, ale licząc na zus czy państwo, można też liczyć na dzieci je to chociaż można wydziedziczyć…

    pozdrawiam

    • Hej Stanisław,

      Dziękuję za komentarz. Jasne, że psychologia odgrywa tu ogromną rolę.

      Co do liczenia na finansową pomoc dzieci w przyszłości, to mój plan składa się tutaj z dwóch punktów:
      1. Wychować je tak, aby zawsze były gotowe pomóc.
      2. Przygotować się tak, abym nigdy nie musiał z tej pomocy skorzystać.

      Wolałbym przez całe życie móc pomagać dzieciom i wnukom, dlatego konsekwentnie oszczędzam i inwestuję.
      Osobom, które liczą, że dzieci będą wspierać je finansowo na starość, zadaję proste pytanie: „A jak Ty wspierasz dziś finansowo swoich rodziców?” Zwykle odpowiedź brzmi: „Przecież nie mam z czego”, a jeszcze częściej: „To rodzice pomagają mi…”.

      Scenariusz bazowy: „Licz na siebie” 😉

  12. Dla mnie przykładem bezsensownych wydatków na dzieci to wszystkie zabawki (laleczki, samochodziki, pluszaczki itp.), pewnie nie jeden rodzic pomyśli ale wredna matka żałuje dziecku zabawek a ja jak widzę wszystkie te zabawki u mnie w domu walające się z konta w kont to bardzo żałuję tych wydanych pieniędzy przez ciocie, babcię i innych członków rodziny. Wolę kupić dzieciakom gry planszowe, książkę, bilet do kina dla całej rodziny lub inny na wspólne wyjście, sprzęt sportowy (łyżwy, rolki, sanki, rower), zajęcia dodatkowe sfinansować, przybory plastyczne do prac manualnych, wycieczkę ale nie te zabawki, które zaraz się nudzą i idą w kont a nie mało kosztowały.

    • Paulina,

      Bardzo dziękuję za komentarz. Poruszyłaś bardzo ważną kwestię:
      Ważne jest nie tylko to ILE się wydaje, ale również NA CO się wydaje.
      Te same pieniądze można przecież przeznaczyć na coś wartościowego, albo na drogie bzdury. 😉

      • Śledzę Pana bloga od jakiegoś czasu. Bardzo podobają mi się spawy na nim opisane. Właśnie chciałam nawiązać do prezentów dawanych naszym dzieciom. Dwa lata temu moja córka zebrała pieniądze (400 zł), ponieważ mamy już tyle zabawek że nie ma ich gdzie pomieścić, powiedzieliśmy gościom żeby dali jej pieniążka każdego na ile stać. Mamy ten komfort (obserwując inne dzieci dzieci) że nasza córka cieszy się i z 20 zł i ze ze 100 zł. Powiedzieliśmy jej z mężem że wyda je na co będzie chciała. I tak kupiła sobie różne zabawki, krzesło obrotowe do biurka i hulajnogę. W wakacje przed kolejnymi urodzinami 7 letnia córka dokonała podsumowania i stwierdziła ” że rozwaliła te pieniądze na głupoty i tylko to krzesło jest fajowe”. Później od chrzestnej na urodziny jak pytała co chce zażyczyła sobie ręcznik i kostium kąpielowy : ) bo i na wakacje i na basen – normalnie zauroczyła Nas tym. Na gwiazdkę też prezenty które posłużą jej cały rok i jeden zestaw kreatywny. Życzę wszystkim rozsądnych wyborów.

  13. Ten komentarz rodzica na końcu artykułu mnie przeraził. Nie chodzi o ilośc ale o jakość zabawy która najcześciej jest najlepsza kiedy uczestniczy w nim rodzic a nie dziecko często pozostawione same z drogimi zabawkami. Ja korzystam z domu kultury który mam najbliżej szkoły. Koszty miesięczne nie sa duże a zajęcia świetne np. Kreatywność, plastyka czy ceramika dziecko ma świetna zabawę plan tej pracy i interakcje w grupie. Prowadzi to osoba która ma wiedzę i bawiąc sie często nauczy więcej niż nawet szkoła. Moja córka ma swietnie zorganizowany czas i nie potrzebuje już wypełniaczy czasu. Bardzo polecam nawet uczestnictwo rodzica w takich zajęciach będzie podwójna radość. Nauka języków obcych w mniejszych grupach np niemiecki mojej córki w grupie 6 osobowej przez wykwalifikowanego nauczyciela polega na zabawie i nacisku na mowię. Grupa daje niższy koszt i większa interakcje często indywidualne zajęcia gdzie dziecko ma problem ze skupieniem uwagi tylko na swojej osobie. Inna sprawa sa rownież posiłki które robię sama w domu nawet lody, koktajle i inne smakołyki. Koszt niższy a przy tym świetna lekcja zdrowej kuchni i gotowania z frajda kiedy angażujemy malucha w przyrządzanie np ciasteczek migdałowych.

    • Hej Magda,
      Dziękuję za komentarz.
      Pomyślałem sobie, że gdybym wziął się za wspólne gotowanie z dziećmi, to z moimi zdolnościami kulinarnymi moglibyśmy tego nie przeżyć. Chyba któregoś dnia spróbuję. 😉

  14. Ja się tak kiedyś oszukiwałam z tym awansem i samochodem (kojarzę reklamę z odkurzaczem w tym kontekście właśnie), ale teraz wiem, że to wszystko dlatego, że nie chcę mieć dziecka. Przynajmniej na razie :).

  15. Od pewnego czasu czytam Twojego bloga. Zainteresował mnie na tyle, że zapisałam się do newslettera i chętnie tu zaglądam.
    Ten wpis jest kwintesencją współczesnego wychowywania dzieci. Jestem mamą 2-letniej dziewczynki i niestety pod wieloma tu wytkniętymi błędami mogłabym podpisać się i prawą, i nawet lewą ręką. Nie wracam do domu z pracy bez „czegoś dla Małej”, obojętnie co by to nie było: kinder jajko, gazeta z zabawką, pluszak, bluzka, rajstopki i tryliard innych, choćby najdrobniejszych rzeczy, że o droższych gadżetach nie wspomnę/. W większości przypadków moja córeczka bawi się takim prezentem 10 minut (średnio). Posiada praktycznie wszystko co tylko może przyjść do głowy. Jeśli nie rozpieszczam jej ja, to robi to moja rodzina. W konsekwencji toniemy w zabawkach i rozmaitych akcesoriach. A za tym wszystkim, niestety, stoją pieniądze, których jakoś nigdy nie jest za dużo i które można by było spożytkować w rozsądniejszy sposób. Manipulacjom sprzedawców ulegam, że aż miło. To rzeczywiście przerażające. Ale to tylko i wyłącznie moja wina. Największy jednak koszt to pensja opiekunki, która jest z córką, kiedy my jesteśmy w pracy. I owszem, mogłabym to zamienić na żłobek, ale droższe mi od kasy poczucie, że zostawiam własne dziecko w dobrych rękach, że Mała nie będzie chorowała co tydzień, że zje jak trzeba i jest z nią ktoś, kto odpowiednio o wszystko się zatroszczy. Niemniej prawdą jest, że rodzicielstwo wiąże się z niemałymi kosztami, nawet jeśli wydaje się pieniądze z rozsądkiem.

    • Hej Mary,
      Bardzo obrazowe przykłady, dziękuję. Szczególnie prawdziwe jest to, o dziecku bawiącym się czymś 10 minut…
      Skoro córcia ma 2 lata, to do 20-go roku życia masz jeszcze 18 lat na podejmowanie rozsądnych decyzji w kwestii wydatków na dzieci 😉
      Serdecznie pozdrawiam.

  16. Marcinie,

    w planowanym przez Ciebie artykule warto poruszyć taką kwestię: idziemy z dzieckiem po centrum handlowym, a ono nagle widzi coś, co mu się bardzo spodobało – misia, lalkę, pojazd kosmiczny, itp. Woła do nas z radością „Mamo/Tato – zobacz jaki piękny miś! Chciałabym takiego misia!”. Czujemy wtedy ogromną presję tego, że odmawiając nie zrealizujemy dziecięcego marzenia. I wydajemy pieniądze na coś, czego zupełnie nie planowaliśmy.

    Okazuje się jednak, że dziecku w zupełności wystarczy np. krótka rozmowa na temat tego upragnionego misia. Coś w stylu: „Widzę, że bardzo ci się podoba ten miś. jak byś mu dała na imie? A jak byś się nim bawiła?” Wyobraźnia dziecka podsycona rozmową z nami w większym stopniu zaspokoi pragnienie dziecka, niż kupno zabawki. A za chwilę i tak zajmie się czymś innym.

    Ważne, żeby każdego zainteresowania dziecka jakimś produktem nie odczytywać od razu jako „rozkaz” kupienia go. Od najmłodszych lat warto uczyć dzieci, że nie wszystko, co się podoba i jest dostępne, trzeba kupić.

    Jeśli natomiast powiemy „Widzę, że bardzo ci się podoba ten miś. Niestety nie mogę Ci go kupić”, to nauczymy dziecko, że wszystko, co go zainteresuje powinno rozważać w kategorii „czy mogę to mieć/kupić?”. Nie tędy droga.

    Mieliśmy niedawno taką sytuację: poszliśmy z żoną i naszymi dwoma córkami (3 lata i 1,5 roku) do sklepu z zabawkami kupić prezent dla dzieci znajomych, których mieliśmy odwiedzić. Wybieraliśmy coś, a w międzyczasie nasza młodsza córka zakochała się pierwszy raz w życiu. W misiu. Z amorkami w oczach podbiegła do pluszaka na półce, przytuliła i szczęśliwa nosiła po całym sklepie.

    Obraz słodkiego Malucha przytulającego z radością mięciutką przytulankę jest rozczulający. A teraz spróbuj, rodzicu, zniszczyć ten sielski obrazek odbierając jej misia i zostawiając w sklepie… Nie da się. To będzie dla dziecka trauma do końca życia, prawda? Otóż nie. Nadal możesz – i powinieneś – zdecydować, czy możesz i chcesz kupić taką zabawkę, czy nie. I jeśli zdecydujesz, że nie, to nadal robisz to z miłości do dziecka. A jeśli zdecydujesz, że tak, to najlepiej z pełną świadomością, że nie musiałeś tego robić.

    Pewnie są w internecie lepsze teksty na takie tematy – sygnalizuję tylko problem.

    Przy okazji – dzięki za Twojego bloga. Bardzo podoba mi się prezentowane przez Ciebie podejście do finansów. Mam podobne, ale czytanie artykułów pomaga się w nim utwierdzić i stosować – wbrew wszechotaczającej propagandzie życia na kredyt.

  17. Marcin,
    To co piszesz oczywicie jest interesujace bo pozwala lepiej uświadomić sobie to co i tak wszyscy czują i wiedzą. Ja osobiście mam dwie córki, ale są to bliżniaczki więc raczej ni emozna zakładać że druga kosztuje tylko 80% pierwszej :). Osobiscie uważam że posiadanie dzieci to cośbezcennego i to nie tylko w wymiarze finansowym. To przecież cel istnienia człowieka, zostawienia czegos po sobie, a co za tym idzie zapewnienie swoim dzieciom jak najlepszej sytuacji.

    Mozna oczywiscie podejść do tej kwestii jak do inwestycji (co dobitnie podsumował jakiś czas temu jeden z działaczy PSL’u).
    Im więcej dzieci za młodu tym lepsza opieka na starość.

    pozdrawiam

    a

  18. Pozwolę sobie na komentarz starego pryka, który właśnie po raz piąty stał się dziadkiem. Mówię wam „żyje się po to by zostać dziadkiem (babcią)”.
    Gdy analizuję jak wychowywaliśmy i utrzymywaliśmy nasze dzieci w tym innym systemie, czyli za „komuny”, to trochę instynktownie i przypadkowo nie wydaliśmy zbędnie zbyt dużej ilości pieniędzy. Po pierwsze: bo nie mieliśmy (pieniędzy), po drugie: bo nie było zbyt dużego wyboru (niekiedy w ogóle nie było wyboru), po trzecie: bo zastanawialiśmy się nad wieloma wydatkami. Przy okazji dzieci były świadome tych ograniczeń. Jako dowód opiszę pewną sytuację. Nauczycielka przeprowadzała sondaż w klasie córki (wczesna „podstawówka”). Pytała kto ma w domu telewizor kolorowy. Kto nie rozumie co to jest telewizor kolorowy, to musi się popytać. W klasie tylko w naszym domu i u koleżanki córki – Doroty – nie było telewizora kolorowego. Pani, pewnie bezwiednie, wyraziła zdziwienie „Marysiu, wy nie macie telewizora kolorowego…?”. Nasza rezolutna córeczka natychmiast odpowiedziała: „Mój tata uważa, że są ważniejsze rzeczy, niż telewizor kolorowy”. Po co to piszę? Ano, można uznać, że odpowiednio prowadząc (zdroworozsądkowo) program wychowawczy dzieci, można też trochę zaoszczędzić. Edukacja ekonomiczna.
    Ze starych czasów pozostał też w naszej, szeroko rozumianej rodzinie, praktyczny zwyczaj przekazywania używanych ubrań i innych rzeczy po dzieciach. To są spore oszczędności.
    I jeszcze jedno. To do współczesnych rodziców. Po co wy jeździcie na wakacje do ciepłych krajów i nad morze? Odpowiedź jest prosta. To wy chcecie tam pojechać. Dzieci najlepiej się wychowuje nad jeziorami, w lesie. Otrzymują najwięcej pozytywnych bodźców wychowawczych i edukacyjnych przebywając nad jeziorami, obok lasu. I taniej niż nad morzem, bo nie ma deptaka z niezliczoną ilością sklepików oferujących niezdrowe jedzenie i słodycze. Nauka pływania dla dzieci za darmo. Tata (mama) nauczy.

  19. Ja uważam, że właśnie złoty środek to jest to o czym mówi Marcin. Jeśli chcemy mieć dzieci to odwlekanie tej decyzji bo „jeszcze musimy się wyszaleć w tym roku nurkując w Egipcie a na wakacje zmieniamy samochód” to podejście niestety zgubne.Dla takich osób co chwila zdarza się okazja do konsumowania pieniędzy a i dziecko przecież też nie skłoni ich do oszczędzania bo tyle jest niezbędnie koniecznych akcesoriów, które trzeba nabyć. Nosidełka ergonomiczne , wózki z licznymi udogodnieniami bez których nie da się funkcjonować, setki edukacyjnych zabawek, dania w słoiczkach bio ( to nic, że 90% słoiczka wyląduje w kuble podczas pierwszych tygodni jedzenia) -faktycznie kupując to można zachwiać niejednym budżetem. Sama przeszłam przez etap zakupów „wszystko nowe i superowe” przy pierwszym dziecku. Przy drugim już mam podejście zdroworozsądkowe, nie potrzebuję wydawać pieniędzy na gadżety by cieszyć się czasem z dzieckiem, sporo rzeczy mam z odzysku, sporo kupuję fajnych używanych za grosze (grupy sprzedażowe dla mam na FB). A w tym czasie odkładam kasę na przyszłość obu chłopaków, zamiast przepuszczać ją na „misia , który czyta 93 historie w 2 językach”. A historie sama im czytam z obopólną radością. Wniosek z tego – naprawdę ustalanie sobie jakiegoś chorego pułapu zamożności, powyżej którego można powiększać rodzinę to bezsens.Jednak zdecydowanie trzeba osiągnąć jakiś poziom bezpieczeństwa , gdzie nie wiszą nad głową spiętrzone długi, mamy gdzie mieszkać i starcza nam na jedzenie do końca miesiąca. Bo w takiej sytuacji sama bieda i wynikający z niej lęk przed tym co się może zdarzyć wcale nie pomaga w opiece nad dzieckiem, rodzą sie kolejne stresy, napięca w rodzinie. I wcale nie jest tak różowo jak w opowieściach ” nie mieli pieniędzy ale mieli siebie”. Bez pieniędzy życie koncentruje się wokół zaspokajania najbardziej podstawowych potrzeb,po prostu kombinowania jak przetrwać . Po co siebie i dziecko udręczać, nie lepiej najpierw ogarnąć sprawy finansowe (choć trochę) a dopiero potem sprowadzić do swojej rodziny kolejną osobę?

  20. Nie mam dzieci, więc zaskoczyła mnie ta miesięczna (szacunkowa, ale zawsze) kwota do wydania na dziecko – 733 zł to bardzo dużo. To jak rata sporego kredytu – jeśli masz dwójkę dzieci, to właściwie jak rata kredytu hipotecznego. Jakoś mnie tak uderzyło to, że biorąc kredyt hipoteczny ludzie zastanawiają się, czy będą mieli go z czego spłacić, a decydując się na dziecko – nie zawsze… W swojej książce piszesz, żeby do wzięcia kredytu przygotować się, zbierając na wkład własny, może do posiadania dziecka warto by było przygotowywać się podobnie? Zwłaszcza, że często przez pierwsze lata po porodzie matka zostaje na urlopie wychowawczym, a to urlop bezpłatny i cała rodzina musi utrzymać się z jednej pensji.

    Ogólnie bardzo ciekawy temat, chętnie poczytam jeszcze więcej o wydatkach na dzieci 🙂 Pozdrawiam!

  21. Czesc Marcinie,
    Tym razem Twoj wpis nie przypdal mi do gustu, jest z teza i OK, ale nie zaznaczasz tego wyraznie, ze sa to tylko Twoje poglady. Argumentujesz je, tak jakby byly prawda obiektywna, a nie jest. I chocby, cytat z podsumowania „Warto aby dzieci miały przez nas trochę trudniejsze dzieciństwo. Dzięki temu w przyszłości będą miały łatwiejsze życie.”, to tez jest slogan, niczym nie potwierdzony. Probujac wyciagnac z nigo wniosek na wprost, czy wszyscy swietnie radzacy sobie obecnie dorosli pochodza z rodzin, gdzie byly ograniczenia, czegos brakowalo?, a moze nie wyrosli na kogos wybitnego, bo nie mieli jak rozwinac talentu? Wydaje mi sie ze we wpise poszedles za mocno w strone psychologiczna, po tytule i wprowadzeniu spodziewalem sie czegos innego.
    Mam trojke dzieci, jestem tez wierzacy, wiec trudno mi potepiac i upominac kogokolwiek, ze zaklada nieopowiedzialnie rodzine.
    Na pewno sie zgodze z Toba, ze klotnie o pieniadze to tragedia i ze w zyciu potrzebny jest zdrowy rozsadek.
    Moje doswiadczenia wskazuja, ze wielu ludzi potrafi sie dzielic, my bardzo duzo rzeczy dostalismy w obieg, dbamy o nie i sami oddajemy dalej. Jak bylismy mali bylo tak samo, ze nosilismy rzeczy po kims. Wiele ubran, zwlaszcza dla mlodszych kupujemy w uzywanej odziezy – dzieci sa male, rosna szybko i jest to racjonalna decyzja. Nie spotkalem tego w Polsce, ale raz w Niemczech spotkalem sie z lokalna aukcja uzywanych dzieciecych rzeczy, od ubran, zabawek po wozki i nosidelka. Fajny pomysl do rozpropagowania. Probuje powiedziec, ze dzieci w najmlodszym wieku wcale nie sa tak kosztowne, jak to sie powszechnie sprzedaje, zaznaczajac przy tym, ze mama przerywa prace na czas ich pierwszego okresu nauki, powiedzmy dwa lata. Tu pojawi sie argument, ze jedna osoba nie utrzyma rodziny itp. Nie upieram sie przy tym, czesto rodzina pomoze – dziadek, babcia, nie od razu musi byc niania. W biedniejszych rodzinach, to co zarobilaby mama i tak by oddala niani.
    Skupilem sie na malych dzieciach, bo zbieram doswiadzenie na sobie, nie potrafie jeszcze za wiele powiedziec o kolejnych etapach. Z mojego obecnego punktu widzenia, czas poswiecony dziecku jest duzo bardziej unikalnym dobrem niz pieniadze, ktorych wcale nie potrzeba tak wiele, jak sie uwaza.

    Nad niepotrzebnymi wydatkami musze sie zastanowic i wtedy napisze. Kazdy kto wychowywal chocby dwojke, znajdzie przyklady, bo najmniej racjonalnym jest sie przy pierwszym dziecku:)

  22. Marcinie,

    mówi się, że „dziecko to najlepsza inwestycja” (jest nawet taka gazeta http://avt.pl/portfolio/77-dziecko-najlepsza-inwestycja ). A co ze zwrotem z inwestycji?

    Wiem, że jest bardzo dużo zwrotu nieprzekładalnego wprost na pieniądze, ale jak rozumiem można też spróbować podejść do tego z punktu czysto finansowego.

    Przed wynalazkiem jakim są emerytury to właśnie dzieci były gwarantem zabezpieczenia na starość. Prognozy mówią, że ta sytuacja może powrócić. Czy zastanawiałeś się jaki jest/może być zwrot finansowy z tych inwestycji? Czy może natknąłeś się na badania na ten temat? Czy te kilkaset tysięcy się zwraca? W jakim procencie?

    Wiem, że sprowadzanie takich tematów do liczb może się wydawać bezduszne, ale jak rozumiem jest to pewne ćwiczenie myślowe, które moim zdaniem jest ciekawe… 🙂

  23. Zwykle nie komentuję, ale 100 zł do wydania w Empiku poruszyło moją wyobraźnię :).
    Bardzo fajny artykuł. My zdecydowaliśmy się na pierwsze dziecko nie mając świadomości ile może nas ono kosztować, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że jego obecność wpłynie znacząco na nasze finanse. Drugie dziecko było naturalną konsekwencją posiadania pierwszego i przy nim, mając doświadczenie, łatwiej było zaplanować wydatki. Na pewno jednak w obu przypadkach musieliśmy zrezygnować z wielu wydatków uznawanych „przed dziećmi” za coś codziennego i normalnego.
    Nie do końca zgodzę się z Twoim podziałem na rodziców dobrych i złych, bo jest wielu, którzy starają się znaleźć złoty środek. Myślę, że wielu rodziców rekompensuje sobie braki z własnego dzieciństwa fundując dzieciom to czego sami nie mieli lub to o co ich rodzice w trudnych czasach nie mogli zadbać i nie chodzi tylko o rzeczy czysto materialne. Ja z pełną świadomością i bez poczucia straconych pieniędzy „funduję” dzieciom lekcje pływania, tenisa, angielskiego, szkółkę piłkarską, wspinaczkę, zajęcia taneczne, etc. Nie zmuszam ich do uczestnictwa w tych zajęciach, ale „mocno” zachęcam, bo wiem, że taki rodzaj aktywności zaprocentuje w przyszłości. Sama miałam takie możliwości mocno ograniczone w dzieciństwie. Pozwalam im też częściowo decydować o tym w co chcieliby się ubierać, jakie zabawki i pomoce szkolne dostawać, etc.
    Obecnie, mogę sama przez sobą uznać się za osobę raczej finansowo rozsądną (choć pracuję nadal nad ostatecznym pogodzeniem się z tym, że czasy Kena i Barbie muszą odejść w zapomnienie), jednak jako mama dwójki dzieci niejeden raz wpadłam w pułapkę związaną z wydatkami na dzieci, z powodu poglądu, że „na dzieciach nie wolno oszczędzać”.
    Przykłady mogłabym mnożyć:
    – wielka i niekończąca się lista prezentów na Mikołaja, Gwiazdkę, urodziny, imieniny zamiast w każdym przypadku 1-2 fajne prezenty ( i co gorsza zachęcanie dzieci do tworzenia tej listy) 🙂
    – wyjście do sklepu po spodnie dla dziecka i powrót z bluzą, T-shirtami, bielizną, sukienką dla córki, breloczkiem, tiarą, etc., ale bez spodni, bo przecież wszystko może się przydać,
    – kupowanie mini zabawek przy okazji zakupów spożywczych, bo przecież 5 zł czy 10zł to tak niewiele,
    Na szczęście mogę się też pochwalić przebłyskami rozsądku:
    – nie organizuję urodzin w „małpim gaju” tylko przyjęcia w domu z mniejszą pompą,
    – kupuję nowe, markowe buty zimowe w sklepach internetowych i oszczędzam w ten sposób nawet kilkadziesiąt złotych na parze,
    – kupuję bardzo dużo ubrań na wyprzedażach, podczas promocji, etc.
    – wyprawkę szkolną kompletuję w czerwcu lub lipcu, a nie pod koniec sierpnia kiedy ceny są wyższe,
    – szczegółowo planuję wydatki na wakacje i w ten sposób optymalizuję koszty obozów, półkolonii, opieki nad dziećmi poza terminami moich urlopów,
    – zorganizowałam małą grupę dzieci na osiedlu, które wspólnie mają dodatkowe lekcje angielskiego – taniej niż indywidualne lekcje dla jednego dziecka, a korzyść dla dziecka porównywalna,
    – syn dostaje kieszonkowe, ale ma swoje obowiązki, które musi wypełniać: wyrzucanie śmieci, czyszczenie własnych butów i „korków”;
    Cieszę się, że piszesz o pieniądzach również w kontekście dzieci. Od tego tematu nie da się uciec i jeśli można zmienić coś na lepsze, to ja bardzo chętnie się dokształcę.

  24. Marcin, jesteś typowym przedstawicielem „finansowego” podejścia do tematu: jestem w stanie zapewnić bezpieczeństwo mojej rodzinie – działam, jeśli nie – czekam i robię wszystko aby osiągnąć ten cel. Dopiero po tym myślę o posiadaniu dzieci.
    Osobiście wyznaję tą samą zasadę, ale to chyba takie wypaczenie „finansistów”. W moim przypadku dochodzi jeszcze przesadny racjonalizm, ale przecież każdy ma jakieś wady.
    Niestety wielu moich znajomych stosuje typowo konsumpcyjny tryb życia. Uważają, że za pieniądze da się kupić miłość swojego dziecka. Najbardziej jest to widoczne zwłaszcza po rozwodzie, gdy każde z rodziców stara się za wszelką cenę „kupić” uczucie swojego malucha. Mój znajomy toczy właśnie taką wojnę o 9 latka – efekt jest straszny. Ten młody człowiek do wszystkich wychodzi teraz z roszczeniami. Co masz dla mnie? Co mi kupiłeś? Ale ja chcę… tato – myślę, że wiele osób przeżywa podobne problemy.
    Co do pytania postawionego przez Ciebie o bezsensowne wydatki ponoszone dla dzieci, to za takie uważam zakup tych wszystkich „ładnych i eleganckich” ubranek, które to nie dość że są złe w użytkowaniu – przebieranie, przewijanie itd. (wiem, bo mam 1,5 rocznego syna), to jeszcze są niewygodne dla samego dziecka. No ale dla niektórych ważniejsze jest się pokazać. Pozdrawiam Jacek

  25. Witam wszystkich, jestem mamą 3 dzieci (bliźniaki 6cio letnie i córka 3letnia). Odkąd urodziły się dzieci, mam wrażenie, że moja sytuacja finansowa POLEPSZYŁA SIĘ. Naprawdę, wiem że to dziwne, ale tak jest. Sekret w tym, że posiadając dzieci, bardzo polepszyła mi się kreatywność i zaradność, aby zapewnić im (i sobie) dobry poziom życia. Coraz więcej zarabiam (poznałam w stopniu średnim język niderlandzki, dzięki czemu mam dodatek za pracę w tym języku, od czasu do czasu mam dodatkowe nagrody pieniężne za drobne pomysły usprawniające firmę i za większe projekty, w których uczestniczę), wychodzę godzinę wcześniej z pracy, bo karmię piersią i raz na rok ubiegam się o bezzwrotną zapomogę z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych na jakieś ważne cele (ostatnio np. na pokrycie kosztów mojego pobytu z dziećmi w sanatorium). Zmieniliśmy mieszkanie na dużo większe – z 2 na 4 pokoje po naprawdę korzystnej cenie (większość osób szuka max. 3 pokoi, więc dosyć łatwo negocjować z właścicielem, zwłaszcza przy płatności gotówką). Moim zdaniem ważne przy wydatkach na dzieci jest to, aby szukać niestandardowych rozwiązań, a przynajmniej nie kierować się tzw. modą i tym, co większość robi. Na prośbę Marcina, wymieniam wg mnie bezsensowne wydatki na dzieci:
    1. Nauka angielskiego – sporo rodziców zna ten język w sposób komunikatywny, można więc samemu ich wiele nauczyć (np. metodą deDOMO Grzegorza Śpiewaka), włączać bajki w tym języku. Starsze dzieci najlepiej jak wyjadą na całe wakacje np. do Anglii i uczą się już tam od rodowitych Anglików (koleżanka wypróbowała na sobie akurat, gdy była studentką – w 2 miesiące poznała w bardzo dobrym stopniu francuski)
    2. Gotowe słodycze sklepowe – do tej pory jedno z moich ulubionych wspomnieć z dzieciństwa to pieczenie ciast z mamą. No i oczywiście potem konsumpcja 🙂 Moje dzieciaki też lubią kisiele, budynie, galaretki, ususzone latem jabłka (w formie chipsów). Takie formy słodkości nie są drogie i na pewno więcej z nimi frajdy.
    3. Leki – oczywiście jak już bardzo chorują, to trzeba kupić. Chodzi mi jednak o coś innego – profilaktykę. Kiedyś jeden z moich bliźniaków sporo chorował. Teraz już od dawna nawet nie ma kataru, wg mnie dzięki zbilansowanej diecie, dostosowanej do pory roku, korzystaniu z ziół (herbata rumiankowa lub miętowa, zioło czystek), częstemu przytulaniu i masowaniu oraz wygłupianiu – bo jak się śmieją do rozpuku, to zarazki omijają taki organizm z wysokim poziomem endorfin szerokim łukiem 🙂 Dwa razy korzystaliśmy też z sanatorium dla dzieci (do 6 roku życia z opiekunem) – te 3 tygodnie w górach lub nad morzem przysługują praktycznie każdemu dziecku, a wniosek wypisuje lekarz pediatra, do którego dołącza tylko wyniki badań krwi i moczu. Czas oczekiwania na decyzję, czy się kwalifikuje – do miesiąca, czas realizacji – różnie w zależności od województwa, w łódzkim jest to kilka miesięcy
    4. Ubrania – to akurat dosyć popularne, że rodzice przekazują sobie ubrania, z których ich dzieci już wyrosły, więc nie trzeba inwestować w nowe, które starczają zwykle na 1 sezon, bo potem już są za małe
    5. Różne kursy dla dzieci – dla mnie bez sensu, chyba że dziecko ma jakąś naprawdę widoczną pasję, to wtedy jeden kurs jest ok (np. szkółka piłkarska). Kurs jednak wiąże rodziców finansowo, a w międzyczasie dziecko może stwierdzić, że jednak się tym już nudzi. Moim zdaniem lepiej w wieku dziecięcym korzystać z różnorodnej oferty, aby zapewnić wszechstronnym rozwój i bogactwo przeżyć. Ja jestem zapisana na newsletter serwisu Miasto Dzieci – co tydzień otrzymuję informację, co ciekawego się będzie się działo w mieście i do tego wiele wydarzeń jest za darmo.
    6. Duża liczba prezentów np. na Święta – lepiej się złożyć na jeden-dwa naprawdę wyjątkowe, bo dzieciaki i tak się szybko nimi nudzą, a ten nadmiar ich obezwładnia (takie mam wrażenie 🙂 ). Za 3 lata Komunia Św. moich dzieciaków – zgodnie z zasadą kupowania doświadczeń, którą Marcin już opisywał – planuję zorganizować zbiórkę wśród gości na wycieczkę moich dzieciaków do Legolandu.
    Pozdrawiam wszystkich rodziców 🙂

  26. Witaj!
    Bardzo ciekawy wpis 😉
    Zgadzam się, że dzieci sporo kosztują 😉 . Mamy dwóch chłopców w wieku 10 i 4 lata. Od kilku miesięcy prowadzę spis wydatków i dzieci plasują się w czołówce wydawanych pieniędzy i nie mam wcale na myśli drogich zabawek, markowych ubrań czy innych extra wydatków. Mając dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym sporo pieniędzy wydajemy właśnie na opłaty z tym związane. Szkoła to nie tylko comiesięczne opłaty na komitet rodzicielski ale także wyjścia do kina, teatru, wyjazd na zieloną szkołę ok 560zł, książki, które w naszym przypadku nie są darmowe i wiele podobnych opłat. Podobnie jest z przedszkolem, jeśli dziecku chodzi na ok 8 godz dziennie to już koszt powyżej 200zł. Zakupy robimy bardzo rozsądnie, np podręczniki kupiliśmy ok 120zł taniej ale i tak był to koszt ok 350zł. Ubrania młodszy synek ma po starszym bracie i kuzynach, jak coś jest potrzebne szukamy okazji np w lidlu a zabawkami nie szalejemy. Dostają w prezencie na urodziny, imieniny czy na Gwiazdkę.
    Bardzo dużo pieniędzy wydajemy na lekarstwa, starszy syn ma astmę a młodszy od kiedy chodzi do przedszkola częściej choruje. Każdy rodzic świetnie wie, ile kosztuje wizyta w aptece jak się idzie z receptą.
    Nie jestem zwolenniczką kupowania dzieciom wszystkiego nawet jeśli inne dzieci mają i taka jest presja otoczenia. My rozmawiamy z dziećmi o pieniądzach, mówimy na co nas stać, na co nie, wspólnie się zastanawiamy co można kupić a z czego można zrezygnować i przeliczamy np koszt klocków lego na jedzenie, żeby miały świadomość wartości pieniędzy. A moje ostatnie spostrzeżenia są takie, że ograniczenie pewnych wydatków w sytuacji kiedy nie ma pieniędzy nie sprawia, żeby dzieci były mniej szczęśliwe 😉
    Zamiast nowej gry na konsole, w którą pewnie pograłby sam, proponujemy partyjkę chińczyka lub wspólne czytanie, ostatnio zagraliśmy nawet w grę z mojego dzieciństwa kraje, miasta….Było super fajnie!
    Koszty można ograniczać ale wydatki i tak są duże i fajnie jak wykupienie recepty gdy dziecko zachoruję nas nie stresuje…
    Mamy takich sąsiadów, którzy mają 4dzieci i za każdym razem jak przydarzy się np choroba co jest rzeczą częstą u dzieci, przychodzą pożyczyć chociaż 100zł i tak co miesiąc…
    Serdecznie pozdrawiam i dzięki za fajny artykuł;-)
    Agnieszka

  27. Zdumiał mnie post Ani (powyżej)
    Moja praca zawodowa po urodzeniu dziecka legła w gruzach. Pobyt z dzieckiem na remigracji zamiast nauczyć go języków spowodował ogromne opóźneinei w rozwoju choćby jednego polskeigo języka. Całe „szczeście” :D, że po powrocie do Polski znalazłam tylko pracę na pół etatu, dzięki której mogłam z nim bezpłatnie chodzić do państwowej poradni do logopedy w godzinach gdy inni siedzą w biurze. Gdy moje dziecko miało 5 lat a ja dwa dyplomy i trzy języki obce dostałam pracę za mniej niż gdy byłam bezdzietną studentką V roku. Zawodowo rozwijam się, nie ma co.. włąśnie zaczęłam nową pracę na cały etat – na umowę zastępstwo (już pędzę płodzić braciszka, o którego syn tak sie dopomina). W jej 3. dniu wylądowałam na zwolneiniu lekarskim, bo dziecko się rozchorowało (właściwie rozchorowało się 1. dnia mojej nowej pracy, ale dwa dni posiedział z nim mąż), ciekawa jestem czy po wyleczeniu dziecka nie czeka na mnie na nowym burku po prostu wypowiedzenie.
    Jako matka rozwijam się również intelektualnie :D, np. rok temu wyjechałam z referatem na konferencję międzynarodową, gdzie np. profesor z Niemiec przedstawiał wyniki badań: 90% Niemek po zostaniu matkami nigdy nie wraca do swojego poziomu zarobków sprzed ciaży. Nie tylko całej kwoty zarobków (wiadomo – jako matki mają mniej czasu na pracę w nadgodzinach itp) ale także nie odzyskują swojej stawki godzinowej. Nigdy, do końca życia.
    Wniosek – licząc czy stać Was na dzieci, bierzcie pod uwagę jedną pensję, czy z jednej pensji się utrzymacie. Inaczej to jest rosyjska ruletka…

  28. Marcin,

    Widzę, że czytelnicy się tutaj przegrzewają, pocą intelektualnie, atmosfera gęsta od refleksji niczym w szatni „fitness clubu” po maratonie wysiłkowym.
    A nasze dzieci kosztują dokładnie tyle, ile wydadzą na nie rodzice, bliska rodzina, przyjaciele, znajomi i znajomi znajomych, wszyscy razem wzięci. I nasze dzieci są tych wydatków warte!

    pozdrawiam
    Radek

  29. Marcinie,

    Pytasz o przykłady wydatków na dzieci, które nie mają sensu. Z mojego doświadczenia mogę napisać o wydatku, o którym większość myśli w kategorii „bez sensu”, jednak po głębszej analizie szybko wychodzi, że jest to jak najbardziej sensowny wydatek. Mam na myśli czesne w szkole społecznej. Na pierwszy rzut oka nasuwa się pytanie po co płacić za coś, co można mieć za darmo? Oczywiście, że można, tylko – podobnie jak wiele darmowych rzeczy/usług – szkoła jest darmowa tylko na pierwszy rzut oka. Nie bez znaczenia jest też jakość tego, co możemy mieć za darmo i tego, co otrzymamy, płacąc za to.
    W płatnej szkole córka ma kilka godzin tygodniowo angielskiego więcej niż w szkole publicznej, więc nie muszę jej zapisywać na dodatkowy kurs lub korki, które kosztują.
    Dodatkowo w programie jest kilka (bodajże 3) godziny więcej edukacji wczesnoszkolnej (córka jest w młodszej klasie szkoły podstawowej), dzięki czemu pani nie pędzi z programem, nie zadaje na potęgę prac domowych, bo spokojnie wyrabia się z programem w czasie lekcji.
    W programie w-f są zajęcia na basenie – dzieci idą z kilkoma paniami ze świetlicy, które pomagają się przygotować przed i po zajęciach, wysuszyć włosy, itp. Oznacza to, że nie muszę zapisywać córki na dodatkowe zajęcia na basenie (na które chodziła zanim poszła do szkoły), bo są w cenie czesnego.
    Szkoła oferuje szeroki wachlarz dodatkowych bezpłatnych kółek organizowanych po zajęciach: od kulinarnych, poprzez taneczne, plastyczne, muzyczne, modelarskie, językowe, teatralne, itp., dzięki czemu córka rozwija się na różnych płaszczyznach i niekoniecznie musimy chodzić na różne tego typu płatne zajęcia. Świetlica nie jest dodatkowo płatna.
    Klasy są mniej liczne i jest ich mniej niż w szkole państwowej (bynajmniej nie z powodu braku zainteresowania tą szkołą), dzięki czemu wszyscy się znają (panie znają rodziców, rodzice znają panie), dzieci nie giną w anonimowym tłumie.
    Dzięki mniejszej liczbie uczniów w szkole nie ma zmian, dzieci zawsze mają na rano, dzięki czemu jadąc do pracy, podwożę córkę, a wracając z pracy, odbieram ją ze szkoły, oszczędzając na bilecie na komunikację miejską dla córki.
    Z tego, co zauważyłam, kadra pedagogiczna szkoły przeciwdziała szpanerstwu i konsumpcjonizmowi, propaguje zdrowy styl życia (nie wolno np. przynosić słodkości do szkoły) i postawy prospołeczne (organizowane są akcje charytatywne, np. zbiór pieniędzy na schronisko dla zwierząt czy dla różnych fundacji).
    Do kosztów, których nie ponoszę, dodatkowo doliczam zaoszczędzony czas, który poświęciłabym na codzienne odrabianie lekcji w domu z córką (bo pani musi program zrealizować, a czasu na lekcjach jej nie starcza – pani owszem zadaje, ale od czasu do czasu), dowiezienie i odwiezienie dziecka i pewnie przeczekanie czasu kiedy córka ma kurs lub pływa, a który mogę spędzić z córką, co pozytywnie wpływa na relacje między nami i atmosferę w domu + koszty paliwa i amortyzacji samochodu. Choć trudno mi te dodatkowe koszty oszacować, jestem przekonana, że szkoła społeczna to nie jest wydatek bez sensu.
    Niewymierną finansowo korzyścią jest też to, że córka obserwuje nauczycieli i – ponieważ szkoła społeczna zwykle musi starać się bardziej – też uczy się postawy „zrobię coś więcej”.

    Pozdrawiam wszystkich.

  30. Marcin, jak zwykle ciekawy wpis, chociaż tym razem niepełny i nie do końca precyzyjny. Moje uwagi:
    1. koszty jakie się ponosi na wychowanie dzieci mogą być bardzo różne. W zależności od możliwości finansowych. Nie chcesz chyba stwierdzić, że niektórych nie stać na dzieci, bo nie mogę im zapewnić jednej, drugiej czy trzeciej rzeczy
    2. nie uwzględniasz najważniejszego kosztu – na wychowanie dzieci trzeba poświęcić CZAS. Bez tego ich nie wychowasz, tylko poniesiesz koszty dorośnięcia.
    3. aby pisać czy coś jest drogie czy nie trzeba postawić na szali korzyści. Radość i satysfakcja z posiadania dzieci jest bezcenna – dużo większa niż jakiekolwiek koszty, więc zawsze jest to opłacalna inwestycja. Nie zawsze dobrze realizowana.
    4. przytoczone przez Ciebie statystyki nt. kosztów niestety zakłamują temat, jak każda bardzo ogólna statystyka. Inny jest koszt wychowania dziecka w rodzinie o skromnych zasobach finansowych, a inny w bogatych. Diametralnie inny jest koszt wychowania 1 dziecka, a koszt wychowania czwartego czy piątego dziecka.
    5. trudno jest wychować dziecko, a łatwo zrobić z niego nieopanowanego w chęciach konsumenta. No i ostatnie zdanie, dzieci wychowuje się poprzez przykład – jeśli u rodziców konsumpcja jest najważniejsza (wtedy wychowanie jest drogie).
    Pozdrawia stały czytelnik Jarek

  31. Wydaje mi się, że przy wychowaniu maluszka – przynajmniej dopóki nie przyjdzie presja ze strony równieśników (a wtedy trzeba liczyć, że wpoiliśmy podrostkowi odpowiednie wartości 🙂 ) – ogromnym odciążeniem finansowym jest fajna sieć bliższych i dalszych znajomych. Wśród moich znajomych oczywiste jest, że ubranka, z których dziecię wyrosło albo akcesoria, których już nie potrzebuje przekazuje się dalej – tym, które są w takim wieku, że będą z nich korzystać.
    Oczywiście nie wszystko chcemy oddać – bo na przykład planujemy kolejne dziecko. Wtedy wspaniałym rozwiązaniem jest pożyczanie rzeczy zaprzyjaźnionym rodzinom – jedno mieszkanie się chwilowo odgraca (bo nie zalega nam niewykorzystana kołyska), a drugie zyskuje konieczne gadżety, które po pewnym czasie odda.
    Grunt to siatka przyjaciół 🙂

  32. I jeszcze pomysł, który uważam za wspaniały – ale wymaga zdolności, pomysłowości i pracy. Jednakże jednocześnie może fajnie zaangażować nasze dzieci – i nowa wspólna zabawa gwarantowana.
    Co mam na myśli? Przerabianie rzeczy, które mamy na takie, które będą nam służyły dłużej – zmienianie ich form, projekty DIY. Na przykład przerobienie łóżeczka na miejsce do pracy (tu przykład realizacji: http://www.bestlexever.com/wp-content/uploads/2014/03/148_Fotor.jpg). Oszczędniej, a przy okazji dzielimy się z dzieciakami wyznawanymi wartościami i mamy fajną zabawę. Przyjemne z pożytecznym – jeśli na wstępie robi się przemyślane zakupy 😉

  33. zgadza się, dzieci kosztują i podjęcie decyzji o ich posiadaniu nie jest łatwe, bo nie mając dzieci tak naprawdę nie mamy świadomości w co się pakujemy, liczenie, rozmowa ze znajomymi, czy obserwacje innych rodzin to czysta teorie, każdy kto ma dzieci dobrze o tym wie i nie myślę tutaj tylko o kwestiach finansowych, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego, każdy wyobraża sobie szczęśliwą rodzinę jak z reklamy, a przecież zdarzają się choroby (odpukać) mleka dla alergików, balsamy, płyny do kąpieli – masakra cenowa; wizyty u specjalistów – tylko prywatne, bo na łasce służby zdrowia to listy oczekujących tak długie, ze nasz malec stanie się szkolniakiem jak zadzwonią z terminem wizyty.

    czekanie – teraz nie, bo dom, potem nie, bo samochód, a teraz nie, bo czekam na awans, a potem jeszcze nie bo może większe mieszkanie – to kolejne lata, a zegar biologiczny tyka…
    często zaczyna się nerwowe wyczekiwanie, bo już by się chciało, a teraz nie można i znowu wizyty u specjalistów, leki, płacić, płacić, by oszukać naturę…

    jak się już dzieci posiada to zauważam tendencję, właśnie tych majętnych rodzin do ograniczenia się do 1 sztuki, bo niby nie stać, bo trzeba myśleć, by zapewnić temu jednemu przyszłość itd. zazwyczaj takie dzieci widzą rodziców od święta, zajęci są przecież karierą i zarabianiem, rekompensatą za brak czasu są kolejne gadżety elektroniczne, markowe ciuchy itp. i tak dziecko uczy się mierzyć miarką rodziców – masz = jesteś, początkowo jeszcze oddaliby wszystkie te zabawki za spacer czy pogranie w piłkę z ojcem, z czasem obojętnieją i chcą coraz więcej i z tym kluczem funkcjonowania wchodzą w dorosłe życie.

    a przecież mając więcej dzieci, mamy i tak największe wydatki x 1 – wózek, wanienki, łóżeczka, ciuszki – to wszystko jest przechodnie! można odchować kolejne i jest ok.
    co więcej rodzice uczą się z kolejnym dzieckiem, że bycie lepszym rodzicem, czy ułatwienie sobie rodzicielskiego życia nie są warunkowane laktatorami, wyparzaczami i innymi najdroższymi gadżetami, o których tak świetnie mówią uśmiechnięte mamy w telewizji, którym wszystko przychodzi łatwiej od kiedy wydały tysiaka na urządzenie XYZ, bzdura!

    niemowlak nie będzie szczęśliwszy jeśli dostanie milion kolorowych zabawek, jemu potrzebna jest mama i jej obecność, a nie kolejne grająco-piszczące stworzenie za 300;

    mam wrażenie, że wpadliśmy w obłęd wyliczania wszystkiego; zapominając, że zyski sa dużo większe i wcale nie finansowe!
    rzeczywiście nie możemy podchodzić do sprawy budowania rodziny nie mając żadnych założeń – jakoś to będzie, ale dziecko i rodzina, jak kredyt hipoteczny – jest inwestycją długoterminową, nie da się zaplanować co będzie za 5-10 lat, czy jeszcze będziemy z nimi (choroby, wypadki), czy finanse będą sprzyjać, czy nadal będziemy pracować awansując, czy nie spotka nas tragedia życiowa;
    myślę, że planując rodzinę, owszem, trzeba to robić z głową, ale trudno jest przeliczyć dziś kolejne lata i nasze możliwości, za to pewna jestem, że mając rodzinę i będąc za nią odpowiedzialnym rodzicem, zrobimy wszystko w danym momencie, by było nam dobrze, z konsolą lub bez, z plazmą lub bez w butach za 300 lub za 90 – da się, ale trzeba wszystko robić z głową i analizować na bieżąco wiele rzeczy wraz ze zmieniającą się sytuacją naszej rodziny.

  34. Co do aspektu posiadania dzieci i gotowości na nie to kwestia indywidualna. Natomiast patrząc na koszty to jakoś nie bardzo mi się zgadza. Zerknąłem w budżet za ostatnie 4 lata ( najstarsze dziecko) i nie pokrywa się to z podanymi kwotami w raporcie. Jestem przekonany, że to są kwoty średnie. Jak dla mnie wydatki spadają z wiekiem i prawdopodobnie znacząco maleją w momencie pójścia do szkoły (mam nadzieję ). Co do wydatków które nie mają sensu to też kwestia indywidualna. Ja bym wymienił :
    – zabawki zamiast zabawy – za dużo zabawek a za mało nauki jak się zabawkami bawić. To znaczy kupujemy zabawkę i niech się dziecko bawi, zamiast bawić się z nim.
    – markowe ubrania dla dzieci – w przypadku maluchów jak wcześniej padało wielokrotnie, im bez różnicy co brudzą.
    – nieprzemyślane udogodnienia dla dziecka- bujaki, foteliki do karmienia, stoliczki itd. Nie oceniam ich przydatności ale czasem jest tak, że kupujemy je na zapas a dziecko za cholerę nie chce w tym siedzieć- kasa w błoto. No chyba, że uda się oddać (bo czasem się uda).
    – osobno wymieniam nosidła dla dzieci (te górskie)- nie warto ich kupować bo tak często ich się nie używa. Zawsze znajdzie się znajomy od którego można pożyczyć lub jeśli jedziemy do schroniska lub hotelu to często są do wypożyczenia za kilka/ kilkanaście złotych.

    Jeśli chodzi o jakieś tricki gdzie można zaoszczędzić to sprawdzone mam :
    – ubranka z lumpeksu, komisów dziecięcych – za 20 zło to już pełna siata 🙂
    – wymiana/ oddanie ubrań po znajomych – super jak znajomi mają trochę starsze dzieci 🙂
    – Lego – warto poszukać sklepów z klockami lego które sprzedają je luzem. Ja z synkiem idziemy do sklepu (godzina zabawy z wybieraniem kloców, bo od razu można kombinować do czego się przydadzą) za siatkę kloców (tak, całą siatkę ) można zapłacić 100-120 zł (i warto się targować bo kupujemy od razu więcej.) Takie klocki to wymieszane wszystkie zestawy jakie skupił sklep. Obok mnie siedział tata z córką i wybierali jakiś zestaw z konikami i farmą, byli też chłopacy około 16-17 lat z wydrukiem zestawów i części jakie szukają. Czyli każdy znajdzie coś dla siebie.
    – Mój synek był na etapie kucyków pony i bardzo chciał mieć takie małe figurki. W sklepie sprzedawane są w astronomicznych cenach (sic). Natomiast można kupić za parę/ -naście złotych saszetki gdzie są takie same figurki ale nie wiadomo jaka jest. Trick polega na tym, że na opakowaniu na zgrzewie jest numer. W necie jest pełno stron gdzie można znaleźć informacje jaki numer daje jakiego kucyka. Dotyczy się to wszelkich figurek w saszetkach. Sprawdzone w 100%.
    -Zamiast kupować słoiczki można robić większą porcję i wekować. Raz na tydzień/dwa robimy ze dwie wersje i wekujemy w małych słoikach (np po dipie, przecierach pomidorowych itd).
    – Pieluchy- może być tak, że dziecko reaguje alergicznie, odparza mu się lub coś innego które warunkuje używanie konkretnych pieluch. Natomiast jeśli nie ma skutków ubocznych warto znaleźć tańsze pieluchy, kupując zawsze patrzę na cenę za pieluchę.

    Ponieważ najstarsze dziecko ma 4 lata to niestety moje doświadczenie nie wybiega dalej 🙂

  35. Odpowiem na pytanie konkursowe, choć z pozycji teoretyka (jeszcze), ewentualnie przypominjac sobie własne dzieciństwo.

    Wydatki zbędne:
    -uleganie namowom dziecka odnośnie zabawek
    -dawanie dziecku pieniędzy na kupno „śniadania” w sklepiku szkolnym – to drogo i niezdrowo
    -zbędne wydatki związane z lekarzami w czasie ciąży (nie chodzi mi o uzasadnione przypadki, ale o lekką histerię przyszłych rodziców)
    -dawanie dziecku przedmiotów, np. zabawek zamiast czasu rodzica, który dla dziecka jest nieocenienie cenny
    -utrzymywanie zbyt wysokiej temperatury w domu w zimie (ogrzewanie kosztuje, a dziecko się nie hartuje; 19 stopni starczy, nie musi być w domu 24-ech)

    Optymamilzacja wydatków:
    -pieluchy wielorazowe zamiast jednorazowych – sam podobno jako berbeć „robiłem” w wielorazówki, które były potem prane :); te pieluchy są do dzisiaj w domu. Poza tym bawełniana pielucha powoduje, że dziecku się pupa nie odparza – oszczędność na kremach i maściach
    -nauka języków obcych – im wcześniej tym lepiej, im więcej tym lepiej, są specjalne szkoły uczące małe dzieci, a one przez jakiś czas jeszcze mają możliwość nauczenia się języka w sposób naturalny – oszczędność w perspektywie kilku(nastu) lat
    -kupowanie ubranek w lumpeksach – serio, w lumpeksach można znaleźć nawet dobrej jakości ubrania dla dorosłych, (choć 90% rzeczy to chłam..) i sam się tam częściowo zaopatruję, więc widzę, że można kupić bardzo tanio także ubranka dla dzieci. Dziecko szybko rośnie, więc kupowanie ubranek w sklepach jest sporym przepłacaniem, bo po kilku miesiącach będzie trzeba je wymienić

  36. Fajny artykuł, zresztą jak wszystkie inne 🙂 Dziękuję Ci za nie bo dają pozytywnego „kopa”. Ale do rzeczy:
    Wydatki bez sensu:
    1. Płatna telewizja z bajkami (miałem, bałem się jej pozbyć że moje dziewczynki bez bajek oszaleją – okazało się że bez bajek 24h na dobę da się żyć a one mają super wyobraźnię)
    2. Drogie malowanki, książeczki edukacyjne itp. – zeszyt, elementarz i cierpliwość rodzica potrafią zdziałać cuda w kwestii podstaw nauki (w moim przypadku ta cierpliwa t moja kochana żona :))
    3. Drogie zabawki z reklam – po dwóch tygodniach lądują w koszu. Najlepiej chować część zabawek i wyciągać jak sobie o nich przypomną – mają więcej frajdy.
    4. Ubrania które szybko się zużywają kupować w tanich sklepach, rajtki, skarpetki itp. nie ma sensu przepłacać za markę skoro dzieci i tak porozrywają lub potargają każde tego typu ubrania w czasie zabaw.
    Od najmłodszych lat należy uczyć wartości pieniądza i czasu – moje córy 4 i 6 lat potrafią spytać się mnie w sklepie czy możemy coś kupić i czy mamy na to pieniążki. Nie ma płaczu itp. Zawsze tłumaczymy im jak zarabiamy i że pieniążki otrzymujemy za czas jaki spędzamy w pracy zamiast z nimi, One to rozumieją – dzieci nie są głupie one są często bardziej inteligentne od nas. Odpowiedź mojej czteroletniej córki na słowa mojej żony że nie za bardzo chce jej się wstać do pracy w sobotę (akurat miała zmianę w tym dniu) ” Mamusiu chcesz mieć pieniążki” „Tak” – odpowiada zdezorientowana małżonka ” Więc musisz iść do pracy” kończy rezolutnie córa.
    To tak na szybko co przychodzi mi do głowy 🙂

  37. Dzień dobry,
    Na wstępie, lekko się podlizując – kocham Twojego bloga:) a ten artykuł nardzo mnie podniósł na duchu. Dlaczego? Bo ja chyba takim bezdusznym rodzicem jestem:) Znaczy oszczędzam na dziecku:)
    A tak na poważnie. Jestem mamą samodzielnie (nie lubię słowa samotnie 🙂 ) wychowującą śliczną dziewczynkę. Owa dziewczynka ma 4,5 roku i jak każda młoda dama MUSI mieć piętnastą lalkę barbie, „tego pieśka luziowego” i szóste opakowanie flamastrów. Otóż nie, nie musi. Musi to mieć ciepłe majtki jak jest zima i dobre buty, żeby jej stopy nie zmarzły. Od samego jej urodzenia starałam się maksymalnie ograniczyć jej ilość zabawek, bo nie uważam za słuszne zasypywania pokoju toną klocków etc. – niestety się nie udało, bo jest pierwszym wnuczęciem i ogólnie dzieckiem w rodzinie, więc sam rozumiesz 🙂 Skończyło się na tym, że właśnie wydałam oficjalny, rodzinny ZAKAZ kupowania zabawek pod choinkę, przy innych okazjach też. Zapowiedziałam, że jak zobaczę cokolwiek co można nazwać zabawką, od razu konfiskuję i oddaję do pierwszego z brzegu domu dziecka. Dlaczego? Dlatego, że nie chcę żeby mojemu dziecku się w głowie przewróciło.
    Uczulam wszystkich samodzielnych rodziców – zabawkami się tematu nie załatwi, a można tylko się w długi wpędzić – co przy jednej pensji trudne nie jest:/
    Wracając do tematu zabawek – zapowiedziałam córce, że dostanie jakąkolwiek nową zabawkę, jeśli wybierze dziesięć „starych”, które zapakujemy i oddamy „biednym dzieciom”. Powiedziałam to ze trzy miesiące temu – jeszcze nie podjęła wyzwania:)
    Mam wielu znajomych, którzy mają dzieci w wieku mojego szczęścia i jak słyszę, że ich pociecha na urodziny dostała tablet, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Na 4 urodziny tablet!?!? czyli na 15 mieszkanie!? Świat stanął na głowie. I to nie chodzi o to, że nie byłoby mnie stać – dałabym radę mocno się upierając, ale po co?? Takie tam pytanie retoryczne.
    No dobra, ale o czym my tu? Bo ja też lubię gadać i się chyba rozpędziłam:) Acha, o oszczędzaniu „na dzieciach” i usługach z nimi związanymi. Jeśli chodzi o mnie oszczędzam gdzie mogę, dlaczego? Bo nie mam tylu pieniędzy ile bym chciała:) Przykładowo – dwa lata temu byłyśmy na wakacjach w Tunezji, bo akurat pieniążek był, ale w tym roku byłyśmy w górach polskich, bo pieniążka nie było. Czy to źle? Czy moje dziecko jest gorsze? Czy będzie „na tle innych” źle wypadało? Nie. Moje dziecko jest wszędzie szczęśliwe, a najbardziej jak dostanie karton po przesyłce i wstążeczki od jakiejś paczki 🙂 To wyjeżdżanie za granicę na siłę, te wszystkie cuda na kiju jakie rodzice kupują dla dzieci, to nic innego jak „szpan” i podejście staropolskie „zastaw się a postaw się” – Co? moje dziecko nie będzie miało butów Nike? Spodni z Zary i koszulki H&M?? Nie pojedzie na full wypas wakacje? – a pojedzie! kupię! zrobię wszystko!
    Świetnie…ale po co? 🙂 Moja córka ma ubrania po starszych koleżankach, albo nowe – kupione na wyprzedażach i innych okazjach. Jestem mistrzem polującym:) Kupiłam jej w tym roku mnóstwo fantastycznych NOWYCH, dobrych gatunkowo, ubrań za naprawdę grosze. Hmmm no tak, dla jednego grosze to 60zł za bluzę, a dla innego 20zł. Jestem w tej drugiej grupie. 20 zł za bluzę to cena świetna i dokładnie w takiej kupiłam córce różowiutką bluzę z kapturem i Barbie na piersi – dziecko w siódmym niebie:))) Sądzę, ze bardzo podobną można dostać w Smyku za jakąś stóweczkę.
    OK, kończę bo ja tak mogę do rana:)
    Miłego wieczoru

  38. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś ze łzami wzruszenia w oczach mówił: „Miałem masę zabawek w dzieciństwie. I nigdy, nigdy nie donaszałem po nikim ubrań.”
    Nasze dziecko jest małe. Ale od początku byłam zdeterminowana żeby karmić naturalnie i byliśmy przygotowani na wydatki na doradztwo laktacyjne (wychodzi i tak o wiele mniej niż za mleko, butelki itp.). Używamy pieluch wielorazowych. Ciuszki do roku kupiliśmy w megapace, a teraz uzupełniamy głównie w lumpeksach.
    Mój mąż nie zgodził się m.in. na kupno ergonomicznego nosidła (droga rzecz), wiem, że byłby to w naszym przypadku całkowicie zbędny wydatek (w końcu po co nosić dziecię, jak możne je wieźć:))
    Bardzo podoba mi się podejście mojej siostry, która ma już starsze dzieci. Zabawki i książeczki posprzedawała na allegro (przez co moje pacholę ich nie odziedziczy, ale w końcu to finanse siostry). Każda z jej córek ma hobby (jedna jedno, druga dwa) – tzn. mają ciekawe zajęcia dodatkowe, ale nie ganiają na „coś” siedem dni w tygodniu. Przy czym zainteresowanie starszej – jeździectwo – jest realizowane w stadninie małego stowarzyszenia. Siostrzenica ma tam dużo obowiązków, w tym sprzątanie boksów końskich – myślę, że cenna rzecz. Poza tym mają czas na koleżanki, bycie w domu, czytanie książek itp. A młodsza, bardzo zainteresowana modą i trendami, została zmotywowana, by używane ubrania kupować na allegro.
    Dziękuję za bardzo ciekawy wpis.

  39. Ja zdecydowałam się na dziecko w najgorszym możliwym momencie – jak moja kariera nabrała tempa. I każdy inny moment byłby najgorszy. A na dziecku oszczędzam! Jak najbardziej. Nie robi mu różnicy, czy śpi w pajacu za 5, 20 czy za 50 zł – wszystko jest podobnej jakości. Jest kilka kwestii na których nie oszczędzam – to jest zdrowie i bezpieczeństwo. Ale cała reszta – można spokojnie racjonalizować wydatki. I jestem zwolenniczką tego stwierdzenia. Wolę racjonalizować wydatki niż oszczędzać. Staram się być świadomym konsumentem i to nie tylko w wydatkach na dziecko, tylko w każdej dziedzinie. Marcinie, dziękuję Ci za tego bloga, bo po części przyczyniłeś się do porządków w moich finansach. Pozdrawiam!

  40. wydatki na dzieci, które w praktyce nie mają sensu/ porady, jak rozsądniej kupować rzeczy i usługi związane z wychowaniem dzieci, ok zaczynajmy, zaliczamy się do rodzin wielodzietnych, więc coś o tym wiem, chociaż cały czas się uczę.
    1. ważne, byśmy my, rodzice poprzestawiali sobie w głowie, nasze dzieci to skarby, ale skarb można bardzo łatwo popsuć i okropnie rozpuścić np. drogimi prezentami, co w efekcie przynosi:
    a. brak szacunku do własnych rzeczy/zabawek (jak się popsuje, to kupią mi nowe)
    b. roszczeniowy stosunek do życia – chcę coś, zawsze dostawałem bezproblemowo, nie musiałem na to zasłużyć, więc mi się należy – co przekłada się na dorosłe życie delikwenta i mamy później narzekającą młodzież – złe państwo, zły pracodawca, za mało płacą – a co daję od siebie – no jestem, nie, nie to nie wystarczy, ale to trzeba przepracować w domu rodzinnym
    c. w przypadku przejściowego pogorszenia się sytuacji finansowej, co jest możliwe i zdarza się – nasze rozpuszczone dzieci, nauczone, że mają wszystko od ręki, strajkują, buntują się, atmosfera robi się niezbyt ciekawa, bo dlaczego nie dostanę butów takiej marki tylko innej? itd. itp. mamy wojnę domową
    EFEKT – wróg we własnym domu, nieprzystosowany do życia osobnik, który sam sobie nie poradzi, bo nikt już mu nic nie da za darmo
    NAUKA – umiar jest dobry we wszystkim, wartością jest czas spędzony razem, a nie drogi prezent, im młodsze dziecko to pojmie, tym mniej awantur z nastolatkiem
    2. każde kolejne dziecko uczy nas, rodziców, że od przybytku sprzętów „koniecznych” do wychowania dziecka głowa jednak boli, blender taki, siaki do obiadków – konieczny! praktyka mówi coś innego; laktator – tak, tak muszę mieć (nigdy nie używasz); wyparzacz do butelek (200 zł) – to już garnek z wrzątkiem nie wystarczy? wystarczy, sprzęt nawet nie jest rozpakowany;
    ojej – ale piękna sukieneczka, po miesiącu stwierdzasz – nigdy jej nie ubrałam córce, bo nie było okazji, a już wyrosła :/ 100 poszła …
    zabawki, tak, to jest niekończący się temat, urodziny, imieniny, mikołajki, przyjazd babci, pierwszy ząbek, pierwszy fryzjer, ojoj okazja przecież zdarza się każdego dnia, więc tu 20, tam 50, tu 150. EFEKT? zawalone mieszkanie, dziecko im więcej ma, tym szybciej się nudzi, a najlepszą zabawą jest szeleszczenie torbą foliową, pukanie sztućcami o garnki lub latanie ze znalezionym w lesie kijem i rozrzucanie liści albo skakanie po kałużach w deszczu – tak niewiele potrzeba, a jaka fantastyczna zabawa, po co więc zawalać rupieciami dom?
    NAUKA – umiar i praktyka, korzystanie ze sposobów naszych mam i babć, przecież jakoś sobie radziły, nie ulegajmy reklamom, pięknie wygląda, ale jest tylko haczykiem na nasz portfel;
    wymyślaj zabawy dla dzieci, to lepsze 1. spędzacie razem czas, 2. oszczędzasz, 3. ograniczasz gromadzenie zbędnych rzeczy w domu
    3. mając większą ilość dzieci – wykorzystujmy zabawki, sprzęty, ubrania po starszych, nawet te lekko sprane nadają się przecież do „popaprania” jabłkiem czy marchewką, w sumie – zwłaszcza te się nadają; nowy wózek – tak, świetnie się paraduje ulicami z wózkiem za 4 tyś+ tylko czyja to próżność? na pewno nie naszego dziecka, dla którego to nie ma znaczenia, najważniejsze, by wygodnie, ciepło i z widokiem na rodzica, no ale jak sąsiadka zobaczy to jej żółć pęknie – nie, to nie jest dobra droga
    EFEKT – praktycznie i oszczędnie
    NAUKA – mając więcej dzieci, masz wydatek na 1 wyprawkę – przechodnią, ale radość z kolejnych pociech – bezcenna!
    4. nawiązując do powyższych, nasze zachowania przenoszą się na dzieci, przykład idzie z góry, jeśli my usilnie chcemy imponować nowością i ceną sąsiadom, to za chwilę nasze dzieci zaczną swoje wydatki również w ten sposób przeliczać, by mieć lepsze XYZ niż kolega, bo jak tata lepiej się czuje z nowszym, niż pan spod 5 aucie i jak ma radochę, kiedy sąsiad spod 7 patrzy zazdrośnie, to na pewno Antek i Zuza też będą mi zazdrościli lepszej bluzy, wyzbądźmy się złych nawyków
    EFEKT I NAUKA – uczymy dzieci umiarkowanej skromności, mam to na co mnie stać i czego potrzebuję, nie kupuję nic na zapas, a sami jesteśmy świetnym wzorem dla naszych dzieci i nie brniemy w kolejny kredyt, gdyby jednak sąsiad spod 7 przyjechał nową bryką! cieszymy się jego radością, zazdrościmy pozytywnie 🙂
    5. nie uczmy dzieci przywiązania do marek, drogich marek, uczmy przywiązania do jakości i własnego zadowolenia z rzeczy fajnych, niezależnie od napisu na metce (tutaj tez przykład idzie z góry!)
    EFEKT I NAUKA – wychowamy fajnych ludzi, nie będzie awantury, że nie stać nas w tym momencie na komplet zimowej odzieży z „fajeczką”, będzie radość, że ma fajną, niebieską (bo lubi) nową zimową kurtkę i spodnie i buty itd. 🙂
    6. im mniej masz, tym bardziej szanujesz – to uwaga do starszych dzieci, gdzie są nowe buty sportowe – a nie wiem, chyba zostawiłem w szkole, gdzie są twoje niebieskie okulary słoneczne? a nie wiem, przecież mam też zielone, no jak mam coś w zamian to się nie przejmuje czy zgubiłem, czy zostawiłem, nie jest to ważne, mam zamiennik
    EFEKT – brak szacunku do tego co mam
    NAUKA – nie kupujmy po kilka gadżetów bo inny kolor, bo inny model, bo inny rodzaj, jest 1 szt. – jest pilnowana, szanowana, czyszczona i odpowiednio zapakowana
    7. zauważam, że mamy zakodowaną konieczność kupowania większej ilości tych samych rzeczy – np. kurtki musi mieć 3, bo jedna brudna, druga mokra, to co? to nico, to wyschnie, ile razy zdarza się sytuacja, że nie mamy się w co ubrać, bo mokra, brudna? rzadko, to sytuacje losowe i tak magazynują nam się stosy ubrań, bo nawet jeśli zostawiamy kolejno po dzieciach to nie mamy pewności, że to urodzone w maju będzie miało taki sam rozmiar zimowej kurtki jak to urodzone w styczniu – na bank będzie inny! 😀
    EFEKT – i tak musimy kupić 4-5-6 ????
    NAUKA – umiar, umiar, umiar
    8. książki – nauczmy dzieci szacunku do wiedzy i radości z czytania książek, papierowych, drukowanych, póki co niech korzystają z takich, na e-booki przyjdzie czas potem, tradycje przekazuje się w młodym wieku, bo czego jaś się nie nauczy….
    a jak czytanie książek – są świetnie wyposażone biblioteki, nie musimy biegać do księgarni i wydawać pieniędzy, a przygody Tolka Banana czy Tomka Sawyera są ponadczasowe!
    EFEKT – o zaletach czytania chyba wspominać nie muszę, a może podniosą się słupki w corocznych badaniach na temat ilości przeczytanych książek jak wychowamy „lepsze” pokolenie 🙂
    NAUKA – szacunek do wiedzy procentuje zawsze!
    9. przyjemności – np. KINO, świetna sprawa, ale niech to będzie nagroda, „marchewka”, a nie normalność
    EFEKT – będzie większa radość – zasłużyłem/zapracowałem sobie na to, będzie to wydarzenie, radość, a nie kolejne cykliczne wyjście- znowu mnie matka do kina zabiera, już mi się przejadło
    NAUKA – dla nas i dla dziecka – to na co zasłużyłem, zapracowałem daje większą satysfakcję

    najważniejsze to przeanalizować swoje zachowania i priorytety, ustawić je sobie i swoim życiem i postępowaniem przekazywać dziecku; dziecko szczęśliwe to dziecko bezpieczne, znające zasady postępowania, mające priorytety, a nie dziecko, które dostaje wszystko, zawsze, od którego niczego nie wymagamy;
    umiar – wskazany zawsze i wszędzie
    to się zdecydowanie przełoży na pieniądze, a co ważne, na charakter naszego rosnącego dziecka
    pozdrawiam!

    • Odniosę się do punktu 9 tylko. Oczywiście nagradzajmy, ale też bez przesady. Warto dziecko nauczyć, że przyjemności też się człowiekowi należą – nie tylko za coś. Czasem tak po prostu mamy ochotę iść do kina, to idziemy. Zapracowywanie na wszystko też może w końcu prowadzić do frustracji – „nic mi się nie należy, na wszystko muszę zapracować”. Dla mnie to bez sensu trochę, w niektórych przypadkach może zrobić dużą krzywdę i odebrać radość z „nagrody”.

      • zgadzam się, nie to miałam na myśli, żeby na wszystko dzieci musiały zasłużyć/zapracować, to w końcu życie a nie tresura 🙂
        chodziło mi bardziej o pokazanie różnicy w postrzeganiu wyjątkowych sytuacji jako nagród i przyjemności, bo wszystko co cykliczne i co przychodzi z łatwością z czasem się niestety nudzi, normalnieje, nie ma w tym radości

  41. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie przytoczyć sytuacji z udziałem pewnej osoby z mojej dalszej rodziny.
    Jegomość o którym piszę stanął przed swoim dzieckiem i rzekł (ton wypowiedzi ala Boguś Linda z filmu „Psy”):
    „Bo wiesz synku… w życiu.. najważniejsze są pieniądze”

    Czasami jak mam dobry humor, staję nad swoim 3-miesięcznym maleństwem i staram się odtworzyć tą sytuację. Mam nadzieję, że tak małe dzieci nie kodują jeszcze przekazu na przyszłość… ROFL

  42. Mam 28 lat i chciałabym być mniej rozpuszczana przez rodziców wtedy kiedy byłam zależna finansowo tylko od nich… Bo trudniej jest mi odmówić sobie skromniejszego życia ale robię to i każdego dnia uczę się żyć oszczędniej. Rodzice rzadko odmawiali pieniędzy i nie wstydzę się tego ,że korzystałam z tego jako dziecko, nastolatka a później studentka. Mówiąc prościej: miałam za dobrze w d… e . Świadomość przychodzi później ale wtedy jest cholernie trudno i trzeba włożyć dużo więcej pracy w siebie żeby pozbyć się przyzwyczajeń. Cieszę się jednak że przyszła do mnie ta świadomość 🙂 A dotarło do mnie najwięcej gdy w kryzysie finansowym rodzinnej firmy zaproponowałam swoją pomoc w wyjściu z tarapatów i zobaczyłam jak funkcjonuje i funkcjonowała firma. Moje wnioski: Zapewnię moim dzieciom „trudne” dzieciństwo m.in po to żebym w wieku 60 lat miała odłożoną rozsądną sumę pieniędzy i czuła się bezpiecznie finansowo bez kredytów ,zajęć na hipotece i gdzie tylko możliwe… . A dzieciom dam właśnie CZAS a nie zapcham go kasą. Rodzice dali mi przykład do czego prowadzi kompletny brak kontroli finansowej. Uczą się też na nowo i nie szczędzę im Twoich rad. W tym przypadku lepiej późno niż później a uwierzcie trudno zmieniać mentalność ludzi w wieku 60 lat… 🙂

  43. To naprawdę super uczucie gdy wieczorem odpalam komputer i widzę tyle wartościowych komentarzy. Przyznam szczerze, że naprawdę dają one do myślenia. Bardzo Wam za to dziękuję.

    Po statystykach widzę, że cały czas bardzo wiele osób czyta artykuł, dlatego zachęcam do dalszego dzielenia się komentarzami.
    To, do kogo trafi bon na zakupy w Empiku rozstrzygniemy w poniedziałek o 20:00.

    Ale się nam zrobiła ciekawa dyskusja 🙂

  44. Iwona, ale chyba trzeba sprecyzować co oznacza trudne dzieciństwo. Czy dziecko ma na wszystko poza podstawowymi potrzebami zapracować -odłożyć pieniądze? Czy jak inne -oddawać ulubione zabawki by dostać nowe, nawet na urodziny?Czy musi chodzić koniecznie do państwowej podstawówki gdzie nauczycielka krzyczy z bezsilności, bo nie może opanować 30 dzieci, gdzie nie ma czasu na zatrzymanie się nad indywidualnością ucznia bo trzeba jakoś zdążyć z programem ? Przemyślałam sobie to , przeanalizowałam swoje dzieciństwo i moje podejście jest takie. Tak jak moi rodzice, będę wybijać dziecku z głowy kult dla metek, gadżetów . Pokazywać że bezmyślne podążanie z grupą to nie jest droga. Kiedyś moja mama na prośbę o jakieś tam ciuchy które wszyscy mają zapytała -a czy jak wszyscy będą skakać w przepaść to też będziesz chciała? Zapamiętałam to do dziś bo bardzo mi to wtedy zostało w głowie i przewartościowało świat.
    Natomiast nie widzę problemu w tym ,że dziecko przy ustalonych ale NIELICZNYCH okazjach dostanie coś typowo dziecięcego, nawet kiczowatego, nawet za drogiego niż warte wg nas (jeśli nas stać i wiemy ,że dziecku naprawdę zależy a nie chcemy się dowartościować dobrze wyposażonym dzieckiem). Ale zasadą będzie i jest – nie zarzucać dziecka przedmiotami, dać swój czas, uwagę, pokazać na czym polega bycie. Nauczyć przez to gospodarować pieniędzmi, odkładać na swoje przyjemności. Okazuje się, że nawet 3 latek potrafi być rozsądny – niedawno byłam z synem na basenie a ten nudząc się kiedy suszyłam włosy zaczął męczyć i męczyć o pieniążek by kupić w automacie szczoteczkę (jedną już kupiliśmy wcześniej ale miała nie taki kolor). Po argumentach typu, że nie wiadomo jaki będzie kolor, że już ma, że tamtej nie używa powiedziałam „dobrze, oto 2 złote, które miałam przeznaczona na loda na deser. Jeśli wolisz kupić szczoteczkę a nie loda, proszę. Odpowiedź była natychmiastowa ” wole loda” -i spokój. A o dziwo o loda już wcale potem nie ględził . Może wydaje się to niedobry przykład bo zastąpiłam jeden zakup innym ale uważam,że to wartościowe, że dziecko musi się zastanowić jak wydać ograniczone środki , zastanawia na czym mu zależy itp.Nie uważam by odmawianie całkowite drobnych przyjemności przy jakichś okazjach było potrzebne ,natomiast regularne konsumowanie i wydawanie bo gdzieś wychodzimy to coś z czym chcę walczyć ( i u siebie i u dzieci).
    A odnośnie do szkoły -niekoniecznie będę chciała by dziecko miała tu trudniej, chcę żeby rozwinęło swoje możliwości najlepiej jak możliwe. I jeśli nie znajdę dobrej niezatłoczonej podstawówki darmowej to uważam za całkiem dobre rozwiązanie by jednak płacić za szkołę społeczną. Nie po to by dziecko tam wrzucić na długie godziny i zapomnieć bo tyle zajęć pozalekcyjnych ale by ten czas jaki spędzi na lekcjach był czasem , gdy dzieciak uczy się z pasją -jedyny sposób by ta wiedza została na dłużej. Takie refleksje mam po wydarzeniu jakim było wkroczenie do kin filmu Alfabet – (jeszcze niestety nie widziałam) ale czytałam o nim na tyle dużo by podejrzewać, że tezy z filmu mają głęboki sens. Bo choć większość z nas „wyszła na ludzi” mimo nauki w państwowych, mało stymulujących szkołach to kto wie co moglibyśmy osiągnąć gdyby edukacja na wczesnym etapie była o wiele lepsza.

  45. durbgu dashshu

    Wszystko jest względne. Statystki można między bajki wsadzić. Statystycznie człowiek i koń mają po trzy nogi. To na jakich ludzi się wyrośnie nie zależy od tego jakimi pieniędzmi dysponują rodzice, ani ile ma się rodzeństwa. Rodzina sama w sobie jest wartością, największą wartością. Szkoda że obecnie niewielu o tym pamięta.

  46. Trochę nie na temat, ale chcę usłyszeć opinię, bo mam dylemat: otóż od kilku lat pracuję jako informatyk, zebrałem w tym czasie jakieś 330 tyś oszczędności a moja obecna miesięczna pensja to 10 – 11 k netto. Przymierzam się do zakupu mieszkania i nie wiem czy wybrać opcję nr1: ciasne, dwupokojowe mieszkanie trochę dalej od centrum które mogę kupić za gotówkę, czy opcję nr2: nowe, trzypokojowe mieszkanie w dobrej lokalizacji, podpierając się 400 tyś kredytu (z moich oszczędności trzeba by wtedy wydać 100 tyś na wykończenie). Jedno zastrzeżenie: pracuję w dość unikalnej specjalizacji (tylko 5-6 potencjalnych klientów w Polsce, głownie banki i operatorzy telekomunikacyjni), więc w perspektywie 10 lat moje zarobki mogą zarówno się podwoić jak również spaść, jeżeli technologia wypadnie z rynku i będę musiał się przekwalifikować.

  47. Pomysły na racjonalizację wydatków okołodziecięcych:

    1. Noworodki i niemowlaki: rzeczy i akcesoria można pożyczyć od znajomych rodziców starszych dzieci. Czasem uda się całe oprzyrządowanie, czasem tylko część, ale zawsze warto, bo obniża to horrendalnie wysokie koszty wyprawki. Łóżeczko, wózek, pościel, wanienka, ubranka, śpiochy, skafanderki, kocyki… długo by wymieniać. A także pierwsze zabawki: grzechotki, gryzaczki itp. Dzieci bawią się tym zaledwie kilka (2-3) miesięcy

    2. Niemowlaki i przedszkolaki:
    = ubranka, buciki: można kupować w lumpeksie – bardzo tanio, dobra jakość i super wybór, łącznie z dość wyszukanymi, np. sukienka do tańca flamenco dla 4-latki 😉
    = zabawki: można wymieniać z inną zaprzyjaźnioną rodziną. Dzieci w zabawie potrzebują „płodozmianu”, dlatego z takim zainteresowaniem bawią się zabawkami kolegi/koleżanki podczas wizyty u znajomych. Dlaczego nie ustalić z przyjaciółmi okresowych wymian zabawkowych?
    = książeczki: obecnie biblioteki publiczne są świetnie i bogato wyposażone w książki nawet dla bardzo małych dzieci. Bardzo często są tam też zorganizowane kąciki dla dzieci z zabawkami – można naprawdę ciekawie spędzić część ponurego, deszczowego dnia
    = jedzenie: mleko w proszku, słoiczki, nie warto kupować w detalu, po 3-4 szt., bo maluch to naprawdę szybko wchłania. Wszystko dostępne taniej niż w sklepie jest w internecie, choć czasem sieć z owadem w logo (bez kryptoreklamy) przygotowuje promocje warte zainteresowania

    3. Starsze dzieci:
    = warto od bardzo wczesnych lat, gdy zaczynają kojarzyć wartość pieniędzy (5-7 lat) przygotowywać je na to, że zasoby są ograniczone, a potrzeby nie i stwarzać okazje do ich własnego zarabiania (kartki świąteczne dystrybuowane w rodzinie, oferta drobnych prac pomocowych wśród sąsiadów itp.)

    Artykuł bardzo wartościowy. Dziękuję. Już czekam niecierpliwie na dalszy ciąg 🙂
    Mama 4-ki, w wieku studenckim i przedszkolnym 🙂

  48. Witaj Marcinie! Cieszę się, że poruszyłeś ten temat. Dobrze Ci poszło, a zadanie było niełatwe. Oczywiście komentarze nieraz fajnie uzupełniają poruszone kwestie, a czasem nawet ukazują, że można jeszcze inaczej, również spójnie, niemniej bardzo trafia do mnie Twój przekaz.
    Nie prowadzę regularnego bloga tak jak Ty (choć wiem, że powinnam dla dobra mojego biznesu:), ale kiedyś zamieściłam pewien tekst, w którym skupiałam się na podobnej rzeczy, mianowicie na tym w co warto inwestować, jeśli mowa o dzieciach (jeśli miałbyś ochotę wpaść: http://happyendo.pl/inwestycja-w-rozwoj-dziecka-czyli-tak-naprawde-w-co/). Najważniejszym zdaniem, podsumowującym całą myśl wpisu było:
    „… jakkolwiek duża nie byłaby suma, którą możesz wydać na dziecko polecam kierować się dobrą zasadą: Czy ten zakup WPŁYNIE POZYTYWNIE na ROZWÓJ MOJEGO DZIECKA? Czy pomoże mi dbać o zapewnienie warunków codziennego rozwoju? ROZWÓJ to coś, o czym naprawdę warto pamiętać, gdy otwieramy nasz portfel.”
    Wychowanie dzieci to oczywiście nie sama kwestia finansowa, ale przede wszystkim uczuciowa i kwestia odpowiedzialności. Kochajmy nasze dzieci, przebywajmy z nimi kiedy tylko się da, uczmy ich najwyższych wartości, ale również umiejętności, które zapewnią im godne życie (czyż nie tego dla nich chcemy?). Wśród takich umiejętności na pewno jest odpowiednie obchodzenie się z finansami, a tego dziecko uczy się już w domu rodzinnym widząc na co i dlaczego wydaje się pieniądze. Róbmy to z głową i nie zaprzeczajmy, że w świecie, w którym na ogromną skalę posługujemy się pieniądzem jest on nieważny 🙂

  49. Witajcie,
    Panie Marcinie, sądząc po ilości komentarzy to trafił Pan w bardzo emocjonujący temat. Na temat dzieci i ich wychowania rodzice mogą w nieskończoność…. więc ja chciałabym skomentować tylko w kilku słowach i powiedzieć jaką lekcję dali mi moi rodzice odnośnie „finanse – dziecko” i jak mi to dziś procentuje.
    Byłam wychowana bardzo skromnie. Wielu rzeczy nie miałam w przeciwieństwie do moich koleżanek choć oczywiście głodna nie chodziłam. Nie miałam ekstra ciuchów, gadżetów ani zagranicznych wakacji. Gdy chciałam mieć coś ekstra musiałam na to zapracować – co najmniej w połowie. Gdy zaczęłam zarabiać pieniądze dokładałam się do budżetu domowego a gdy chodziłam do płatnej szkoły rodzice dokładali też tylko połowę kwoty. W każde wakacje pracowałam. Jaką otrzymałam lekcję finansową?
    Po pierwsze – ogromny szacunek do pieniędzy i do nauki, bo gdy po miesiącu fizycznej pracy na zmywaku kupiłam sobie jakiś wymarzony gadżet, który rozpadł się po miesiącu naprawdę zrozumiałam słowo „wartość”
    Po drugie, że nie wolno tylko mówić „mamo daj” ale również „mamo proszę” . Jestem częścią rodziny i to nie jest tak, że to co rodziców to nasze, a co moje to moje. Wszyscy składamy się na mieszkanie, pełną lodówkę i ciepło w domu. To mnie nauczyło, że najpierw wydatki obowiązkowe a potem przyjemności.
    Po trzecie, umiejętność życia skromnie.
    Nie wiem ile kosztuje posiadanie dziecka w złotówkach i ile w wartości niematerialnej ale na pewno warto zainwestować w wyrobienie w naszych dzieciach nawyku samodzielności finansowej.

  50. Ja choć swoich dzieci jeszcze nie mam, to na przykładzie swoim i bratanków mogę powiedzieć, że jedną z najważniejszych kwestii na której możemy zaoszczędzić spore sumy pieniędzy jest budowanie odporności dziecka i niezaśmiecanie jego organizmu chemią.

    Według mnie najważniejsze jest:
    – uczenie dziecka od małego, że dbanie o zdrowie, ubieranie się odpowiednio do pogody, regularne wizyty u dentysty są ważne – najlepiej samemu dając dobry przykład. (I absolutnie nie mówiąc „Nie bój się pani doktor, zobaczysz, że nie będzie aż tak ŹLE.”)
    – ustalenie kwoty, jaką dziecko może wydać w ciągu na słodycze w określonym czasie (niech będzie to kwota dosyć niska, np. 5 zł tygodniowo – nie licząc urodzin, mikołajek itp.). I np. będąc z dzieckiem w sklepie wspólnie z nim liczyć ile pieniędzy jeszcze mu zostało na słodycze w tym tygodniu. Oszczędność nie tylko na słodyczach, ale przede wszystkim na wspomnianych wcześniej wizytach u stomatologa.
    – utrzymywanie w domu czystości, ale nie przesadnej – sterylna czy prawie sterylna czystość sprawia, że układ odpornościowy dziecka nie jest w stanie prawidłowo działać, bo nie ma jak nauczyć się walczyć z niegroźnymi drobnoustrojami, więc jak przychodzą te trudniejsze – przeziębienia, grypy itp. tym bardziej sobie wtedy nie poradzi. Takie są moje obserwacje – dzieci trzymane pod kloszem chorują przez prawie cały rok, a te które miały możliwość nabrać odporności od najmłodszych lat – też chorują, ale znacznie rzadziej i nie mają ciągłego kataru i coraz to nowych alergii.
    – co wiąże się z punktem poprzednim – pozwolenie dziecku spędzać dużo czasu na zewnątrz, nawet jeśli pada deszcz, jest zimno itp.
    – przygotowywanie w domu posiłków z jak najmniej napakowanych chemią produktów. Zamiast np. pomidorów z biedronki, które z pomidorami wspólnego mają raczej mało – lepiej jeśli ma się możliwość zainwestować czas we własny ogródek
    – a jeśli się nie da to kupować warzywa i owoce nie piękne, błyszczące, wymyte itp. bo to one mają w sobie zwykle najwięcej chemii. Jeśli jabłko ma dziurę po robaku to dobry znak, bo być może nie dosięgnął go oprysk.

    I myślę, że lepiej „nie rozpieszczać” dziecka kolejną bluzką, słodkościami tylko te pieniądze przeznaczyć na kupno jakiegoś choć odrobinę lepszego jakościowo jedzenia. Nie tylko oszczędzimy na późniejszym bieganiu po lekarzach, kupowanych lekarstwach, martwieniu się – to co według mnie o wiele ważniejsze – zdrowia nie są w stanie wynagrodzić żadne pieniądze.

    I druga sprawa – gdy dziecko już będzie trochę starsze, to wg mnie ważne jest, żeby zamiast ryby dawać dziecku wędkę. Tak, aby samo mogło poznać wartość pracy, a co za tym idzie pieniądza poprzez pomaganie w domu. Ale nie za pieniądze oczywiście. Zbyt wiele naoglądałam się sytuacji, w których dziecko za zebranie niedużej łubianki truskawek dostawało 20zł, a później marudziło, że rodzice nie chcą mu kupić kolejnej zabawki za jedyne 40 złotych. Bo przecież pieniądze zarabia się tak łatwo…

  51. Pieniądze na wychowanie dzieci są ważne ale moim zdaniem rodzice nie są do spełniania zachcianek swoich pociech.
    Moi rodzice już za młodu uczyli mnie, że pieniądze nie lecą z nieba i mówili, ” Na wszystko trzeba sobie zapracować” tak przykładem jak chciałem nowy np. rower padał warunek ( czym droższy pomysł tym większe wymagania ) średnia na świadectwie 4,3 i to nie w kwietniu tylko warunek obejmował najbliższy cały rok szkolny.
    albo jak skończyło się kieszonkowe to na dodatkową kaskę trzeba było sobie zapracować.
    I takie wychowanie nauczyło mnie szanować to co mam i dzisiaj chociaż mam 25 lat to posiadam własne oszczędności na tyle duże że zaczynam myśleć o kupnie domu.
    Sądzę, że jest to sukces wychowawczy rodziców.

  52. Bardzo dziękuję Wam za wszystkie komentarze – imiona laureatów konkursu znajdziecie w tekście artykułu – tuz przed komentarzami.
    Serdecznie gratuluję!!! 🙂

  53. Piszesz że wychowanie 3 dzieci do 20 roku życia to koszt 422 tys. złotych to niezła sumka 🙂 hmm a ja podziwiam takie małżeństwa co mają 5 i więcej dzieci i dają sobie znakomicie rade 🙂 nawet mam znajomych co mają siedmioro i żadne z tych dzieciaków ani głodne ani źle ubrane hehe powiem nawet lepiej niż u rodzin z 2 czy 3 dzieci 🙂 dlatego opinia że więcej dzieci niż 5 to już musi być patologia nie sprawdza się w dzisiejszych czasach coraz częściej

  54. no koszty wychowania są spore to przyznaję, sam nie mam jeszcze dzieci ale wiadomo, że w obecnych czasach to jest spory koszt, jednakże jak tu większość mówi- dzieci nie powinno się przeliczać na koszty- jak się ma to się wychowuje i dba i tyle, kasa się jakoś znajdzie zawsze 😉

  55. Wychowanie dziecka to poważny wydatek, również finansowy. Tak naprawdę wszystko to co dla dzieci zostało stworzone jest drogie – od ubrań po lekcje baletu czy języków obcych. Ale patrząc na to z drugiej strony: czy może być coś lepszego niż inwestowanie we własne dziecko? 🙂

  56. Oczywiście, że wychowywanie dziecka jest kosztowne. Najbardziej,kiedy idzie do szkoły. I trzeba w nie inwestować – obce języki,sport,w końcu jest najważniejsze, dać mu to co najlepsze.

  57. Kolejny świetny i potrzebny artykuł 🙂 Przez wiele lat byłam przerażona na samą myśl o posiadaniu dziecka, te wydatki, te problemy – tyle się nasłuchałam, że podjęłam decyzję na NIE. Tymczasem pewnego pięknego dnia ujrzałam dwie kreski na teście i … moje życie stanęło na głowie. Nic z tego co słyszałam , czytałam i czym byłam straszona się nie spełniło – szczególnie finanse, okazało się bowiem, że przy dziecku więcej oszczędzam!!!
    Od początku;
    – lata dbania o siebie i zdrowego życia zaprocentowały – wydatki na lekarzy i leki w ciąży prawie 0 zł.
    – Poród szybki i naturalny – wydatek na pokój rodzinny w szpitalu, żeby tatuś mógł być z Nami – 330 zł.
    – Ubranka dla dziecka z „wymianki” z innymi mamami, do 1 roku życia wydatek około 500 zł (czasami coś nowego chciałam kupić),
    – zabawki, wózek, łóżeczko i cała reszta – od rodziny i znajomych po dzieciach – w sumie wydatek około 500zł.
    – największy koszt i trudny do zredukowania to pieluchy, kremy, chusteczki, leki itp – ale to też nie jest fortuna, około 200 zł/miesiąc.
    – zachcianka – basen i karnet na pływanie dla bobasa.

    W tym czasie jednak przestałam wydawać na swoje sporty, podróże, zabawy, nowe ciuchy itp (bez żalu), więc podsumowując rok jestem na dużym plusie 🙂

    Co dalej … będzie już tylko lepiej, będziemy już razem jeździć, zwiedzać, uprawiać sporty, uczyć się języków i życia. Dla mnie dziecko to nie jest dodatkowy wydatek, to tylko zmiana struktury wydatków. A satysfakcja z tej zmiany bezcenna 🙂

  58. Koszty są duże ale sami możemy je ograniczyć, wystarczy dać sobie spokój z drogimi zabawkami kupowanymi nawet bez okazji…

  59. Owszem dziecko kosztuje, ale nie trzeba żyć ponad stan.
    Sam mam dwójkę dzieci- 2latka i 6 lat.
    Nasze finanse z żoną trochę uległy zmianie, a średnio miesięcznie na dziecko wydajemy ok. 600zł (w tym pieluchy).

  60. Jak dobrze wiem o czym mówisz…nie jestem matką, ale dla mnie kwestia czy mnie stać bez zadyszki będzie czynnikiem najważniejszym w decydowaniu się na dziecko. Pochodzę ze zwykłej rodziny. Dwa pokoje w bloku, rodzice oboje zarabiają powyżej średniej krajowej. Jednak 4 dzieci w dużym mieście to studnia bez dna…szczerze? Mając to, co oni bo to nie jest tak, że 4 dzieci i potem raptownie się pogorszyło w życiu nie zdecydowałabym się na taki model rodziny w tych warunkach. Mimo wszystko. Wieczna ciasnota, siedzenie sobie na głowie, ani chwili prywatności. Wakacje po rodzinie, poza-sporadycznie, może 3 razy, od 18 pracuję w wakacje, z czego jestem nawet zadowolona, bo wreszcie mogę sobie kupić nieco więcej ciuchów, książek i iść na kurs tańca. Plusy na pewno są, ale i spięcia, frustracja, często nie dopinający się budżet i kłótnie na co poszło tyle pieniędzy. Summa summarum-nie warto. W tych warunkach nie zgodziłabym się na drugie, a co dopiero czwarte dziecko. Rodzinę da się zaplanować, a matka/ojciec jedynaka nie jest gorsza/y od matki/ojca 4 dzieci.
    Dzieci to też koszt. I to nie mały. Mówcie o tym ludzie, dziękuję Marcinie, że Ty o tym mówisz. To nie sielanka jak z reklamy płatków śniadaniowych. Kto tak myśli jest naiwny. Wiem, bo znam temat od środka. I śmieszą mnie teksty w stylu materializm, pieniądze się nie liczą. Taaaak….dopóki dziecko lat 16 nie powie ci, że z drugą połówką lat 17 spodziewają się dziecka. Zobaczysz jak się nie liczą, jak będzie ktoś z tych co to wyzywają od materialistów utrzymywać taką rodzinę, bo oni na siebie nie zarobią. No, ale jak w spotach w tv leci, że wystarczy być sexi mamą i tyle… :O
    Nie zdecydowałabym się z tymi warunkami mieszkaniowymi i finansowymi na 4 dzieci. Tylko na 1.

  61. Chyba nie wolno-nie powinno się łączyć ilości dzieci do wiary..to że kościół tak mówi-ale kościół nie pomoże..Dzieci się ma tyle na ile Cię stać..Jeśli stać na 5 to nie ma sprawy-ale jeśli ktoś sam nie ma co do „gara” włożyć a kobieta z kolejnym 6 dzieckiem w ciąży to coś nie tak…Chyba częściej się słyszy o patologii gdzie jest więcej niż 2 dzieci niż gdzie jest do 2…Właśnie ci powyżej 2 płaczą że nie mają,że Państwo nie pomaga,że mieszkanie za małe,że nie maja….

  62. Ja w tym roku zaproponowałam swoim dzieciom 9-latce i 7-latkowi,aby „sprzedali”albo „wymienili”swoje zabawki,którymi się już nie bawią.Poszli na plac targowy blisko naszego domu ( i tu prywata Marcin- pod tzw.”żółty most”w Lubinie 😉 Mieli z tego wiele nauki i zabawy,bo przygotowali sobie stoisko,akcję ulotkowa o wyprzedarzy zabawek, ćwiczyli swoja asertwność i odwagę cywilną,żeby targować się z ludzmi,doskonalili umiejętność liczenia i określania wartości przedmiotów,dokonali wyboru sposród swoich przecież zabawek, zdobyte finanse przeznaczyli na zakup nowych zabawk o których marzyli.W tym wszystkim najpiekniejsza byla ich radosc,ze udalo im sie coś „zarobić”.Widok powracajacych dzieci z „wyprawy”-bezcenny.Zarobione pieniadze wydali,ale nie tak szybko i po dlugim namysle,czy aby na pewno jest im ta zabawka potrzena.Pomysleli nawet o mlodszym bracie 🙂 Co jakis czas bedziemy tak robić.A tak na marginesie,to z mężem zastanawialismy sie czy jakichś naszych rzeczy nie dać dzieciom do sprzedania skoro tak dobrze im poszło 😉 Pozdrawiam

  63. Marcin!!! Na prezydenta!!! A tak na serio, to znowu artykuł w „dychę”. Gdzie byłeś jak ja chodziłem do szkoły? 🙂 Pewnie też w szkole 🙂 Marcin, ten artykuł jest kompletny. Jestem z pokolenia dzisiejszych 30-40 latków i nam można przypisać wszystkie skrajne zachowania dotyczące wychowania dzieciaków, bo je po prostu mamy albo nie, bo spinaliśmy się w korpo po …nic, dlatego poruszył mnie ten artykuł dość mocno. Jak zwykle prawda i zdrowy rozsądek w Twoim wykonaniu. Dziękuję.

Odpowiedz