Edukacja finansowa dzieci – podsumowanie pierwszego kwartału

31

Wow, Tato, wspaniale że nauczysz nas tylu ciekawych rzeczy na temat pieniędzy! Już nie możemy się doczekać! Od czego zaczynamy? – tak mniej więcej wyobrażałem sobie reakcję moich córek na zapowiedź wspólnej nauki finansów. W styczniu, chwilę po opublikowaniu na blogu artykułu pt. „Czego nauczyć dzieci o pieniądzach?” zawołałem Julkę (9 lat) oraz Gabrysię (6 lat) i z wielkim entuzjazmem ogłosiłem im, co następuje:

Dziewczynki, mam dla Was wspaniałą wiadomość! Postanowiłem, że od dzisiaj będę Was uczył jak postępować z pieniędzmi. Dowiecie się skąd się one biorą, co to jest bank, jak działają karty kredytowe i czym się różnią od debetowych…
Julka nieco zdziwiona zaczęła spoglądać na Gabrysię, ta coraz szerzej się uśmiechała, a ja niewzruszony ciągnąłem dalej:
nauczę Was jak zarabiać, jak mądrze wydawać, co to są odsetki, procent składany, na czym polega mądre oszczędzanie i ….
Porozumiewawcze spojrzenia dziewczynek zdradzały coraz większe przerażenie, a na ich twarzach zaczął malować się jasny przekaz: Tato oszalał.
…i co zrobić, aby w przyszłości pieniądze nie były dla Was żadnym problemem. I co Wy na to moje skarbeczki?

Cisza.

– Ej, dziewczyny, to przecież fajny pomysł. Będzie naprawdę super zabawa. Zaczynamy?
Pierwsza na odwagę zebrała się Julka:
Tatusiu, pomysł fajny, ale… możemy zacząć jutro?
Bo zaraz będzie My Little Pony na Mini Mini i chcemy z Julą oglądać – rzuciła Gabrysia.
– No właśnie, a potem muszę jeszcze odrobić angielski i spakować się do szkoły – szybko dodała Julka.

Ostatnie zdanie uświadomiło mi rozmiar porażki. Jeszcze nigdy do tej pory Julka nie przedłożyła nauki nad zabawę. Angielski? Pakowanie do szkoły? Stało się jasne, że nauka o pieniądzach to największy „skwar” jaki kiedykolwiek zaproponowałem moim dzieciom. Co ja sobie wyobrażałem? Że wyciągną notesiki i z zapałem zaczną notować spływające z moich ust mądrości? Pierwsza runda zakończyła się wynikiem 1:0 dla dzieci, a życiową lekcję odebrałem ja: jeżeli chcesz skutecznie uczyć dzieci o pieniądzach, zrób wszystko, aby nie kojarzyło im się to z nauką. Na razie musiałem odpuścić, ale oczywiście nie na długo.

Bogatszy o cenną lekcję szukałem sposobu na powrót do tematu. Któregoś dnia jechaliśmy samochodem odebrać mamę z pracy. Ni stąd ni zowąd zadałem dzieciom pytanie:
– No dobra maluchy, kto wie co to jest zachcianka? Próbowały różnych odpowiedzi, ale w końcu poprosiły, żebym im wyjaśnił. Odpowiedziałem, że to coś, na co wydajemy pieniądze, choć nie jest nam tak naprawdę potrzebne. Potem wyjaśniłem czym różni się zachcianka od potrzeby i wreszcie zaproponowałem dziewczynom grę:
Teraz zagramy na punkty. Na zmianę zadam Wam pytanie, a Wy odpowiadacie, czy to potrzeba czy zachcianka. Kto pierwszy zdobędzie 10 punktów wygrywa. Trzy, cztery

Zabawa wyszła z tego całkiem niezła, bo niektóre rzeczy wcale nie były oczywiste. Na przykład: „kołderka” nie budziła żadnych zastrzeżeń – to oczywiście potrzeba. Ale już „zestaw dla dzieci z McDonalda”  wywołał poważną dyskusję. Ja stałem na stanowisku, że to zachcianka, a dziewczyny przekonywały mnie z zapałem, że jest to jednak potrzeba, szczególnie, kiedy są głodne 😉 . Zabawa wciągnęła dzieci na tyle, że gdy mama wsiadła do samochodu, od razu zaczęły zasypywać ją pytaniami i kazały odgadywać co jest potrzebą, a co zachcianką. Było sporo śmiechu, szczególnie gdy zaczęliśmy sobie z żoną podrzucać hasełka w stylu „kolejna para butów dla mamy” albo „hantle, którymi tato i tak nie ćwiczy”. Udało się też uświadomić dzieciom niektóre koszty, jak czynsz za mieszkanie, albo rachunek za prąd. Były bardzo zdziwione, że musimy płacić za nasze mieszkanie. Prosty sposób, a pozwolił przekazać dziewczynkom sporo sensownych informacji. Polecam.

Kilka razy przeprowadziłem też z Julą i Gabi rozmowy na temat tego, jak mogą zarabiać.  Ponieważ nie dajemy dzieciom kieszonkowego aby nie uzależnić ich od „pensji”, tłumaczyłem im trochę, że pomagając nam w niektórych pracach (nie należących do zwykłych obowiązków dzieci, takich jak sprzątanie pokojów), mają szansę zdobyć trochę grosza. Na początku same dość chętnie wymyślały dla siebie różne płatne zajęcia, ale jak przyszło do ich wykonania, nie bardzo chciało im się pracować. I było tak aż do chwili, gdy w naszym domu pojawiły się słoiki, które całkowicie zmieniły podejście dzieci do zarabiania i odkładania pieniędzy.

Zasadę trzech słoików zasygnalizowałem Wam krótko w poprzednim wpisie na temat dzieci. Przypomnę tylko, że opiera się ona na przekonaniu, iż mądre korzystanie z pieniędzy to ich przeznaczanie na trzy ważne cele:  cieszenie się życiem, inwestowanie oraz pomoc innym.  Chcąc nauczyć dzieci takiego podejścia do pieniędzy, przygotowujemy trzy słoiki, z których każdy ma odpowiednią nalepkę: Wydatki, Oszczędności, Pomoc innym. Następnie każdą otrzymaną lub zarobioną kwotę dzieci rozdzielają pomiędzy te trzy słoiki, przy czym zawsze część musi trafić też do słoika „Oszczędzanie” oraz „Pomoc innym”. Postępując w ten sposób dzieci uczą się kilku ważnych spraw. Po pierwsze: że nie wydaje się wszystkich zarobionych pieniędzy. Po drugie: że jeśli uzbroją się w cierpliwość i będą konsekwentnie oszczędzać, zrealizują swoje marzenia. Po trzecie: że dzięki pieniądzom mogą też czynić dobro, wspierając nimi innych ludzi.

Julka i Gabi wybrały sobie w sklepie pokaźne, zakręcane słoje, na które wydałem w sumie prawie 70 zł. Ponieważ jednak mają odegrać tak istotną rolę w finansowej edukacji, przebolałem ten wydatek przekonując sam siebie, że to dobra inwestycja. Dzieci bardzo zaangażowały się zarówno w wybór słoików, jak i późniejsze oklejanie ich nalepkami wskazującymi do czego mają służyć. Już na początku pozytywnie zaskoczyły mnie tym, że obie zdecydowały, aby największy słoik przeznaczyć na oszczędzanie.  Julka za cel postawiła sobie kupno telefonu komórkowego, a Gabrysia zakup niejakiego Furbiego (jakiś futrzasty stworek na baterię). Najdłużej dyskutowały ile przeznaczyć na „Pomoc innym”. Ostatecznie każda wrzuciła do właściwego słoika po 5 zł – mało, ale będzie jeszcze okazja, aby z nimi o tym porozmawiać.

Przygotowujemy 3 słoiki

To co stało się potem całkowicie przerosło moje oczekiwania. Dziewczyny zmotywowane widokiem kaski w słoiku (szczególnie tym z napisem „oszczędzanie”, który dla jednej oznacza upragniony telefon, a dla drugiej wymarzoną zabawkę) zaczęły prześcigać się w prośbach o przydzielenie im jakiejś pracy. Dzięki temu pół soboty upłynęło nam na wspólnym sprzątaniu,  dyskusjach o tym ile zarabia się na godzinę, czy lepiej zarabiać za przepracowany czas, czy może za efekt, itp. Słowem, miałem możliwość sporo je nauczyć, ale tym razem na ich własną prośbę. Słoiki działają rewelacyjnie.

Najważniejsze wnioski płynące z pierwszego kwartału świadomej finansowej edukacji moich dzieci są takie:

1. Jeżeli nie chcę zniechęcić ich do nauki, musi mieć ona formę zabawy lub gry.
2. „Potrzeba czy zachcianka” – super sprawdza się w samochodzie i daje okazję do fajnych rozmów.
3. Dzieci są mało zainteresowane pracą w celu zarobienia pieniędzy. Chyba, że mają konkretny cel.
4. Trzy słoiki sprawdzają się rewelacyjnie – nie tylko jako „sprzęt edukacyjny” ale również jako gwarancja posprzątanego mieszkania. 😉

Jak na razie to tyle. Postanowiłem jednak, że w kolejnym kwartale sięgnę już po porady ekspertów zamiast działać w oparciu o własną intuicję. Mały figiel, a „finansowa edukacja” trafiłaby w główkach moich dzieci do przegródki „skwarowate nudy”.

Dlatego jeśli znacie jakąś fajną literaturę na ten temat, grę, lub macie jakieś własne sprawdzone patenty – będę Wam bardzo wdzięczny za radę.
Serdecznie Was pozdrawiam i czekam z ciekawością na Wasze komentarze.

P.S. Kolejny wpis na temat dzieci i pieniędzy znajdziesz tutaj:

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze31 komentarzy

  1. Chociaż nie mam jeszcze dzieci to świetne wskazówki zostaną zapamiętane na przyszłość 🙂 Słoiki spróbuję wykorzystać na młodszym bracie.
    Jedno pytanie: czy do tej pory dziewczynki same z siebie oszczędzały na jakieś cele? Pamiętam, że moi rodzice przy większych zachciankach stosowali zasadę 50:50. Dokładali połowę, jeśli byliśmy w stanie zaoszczędzić drugą. Bardzo dobrze się sprawdzało 🙂

  2. Hej Gosiu,
    To tak naprawdę ich pierwszy kwartał świadomego oszczędzania. Do tej pory trzymały swoje niewielkie oszczędności w portfelikach aż do momentu, w którym stwierdzały, że już nic nie ma 😉

    A metoda 50:50 wydaje się super. Szczególnie przy oszczędzaniu na droższe rzeczy, przy których zbyt długie, samodzielne zbieranie oszczędności mogłoby w końcu dzieci zniechęcić. Dziękuję za cenną radę!

  3. Sama w oszczędzaniu jestem początkująca. Natomiast od kilku lat moje dzieci mają swoje skarbonki i wszystkie pieniądze jakie dostają, na urodziny, święta czy w związku z wizytą długo nie widzianej cioci lądują właśnie w tych skarbonkach. Funkcjonuje to chyba już od chrzcin.
    Przy okazji wielkich porządków, odkładamy zabawki, którymi dzieci już się nie bawią. W pierwszej kolejności próbujemy je sprzedać, najczęściej przez internet, czasem na lokalnym rynku. Uzyskaną kwotę odkładamy do skarbonki, przeważnie z przeznaczeniem na zakup kolejnych zabawek :). Jeśli nie udaje się sprzedać zabawki przekazujemy innym dzieciom, ostatnio np. syn zaniósł do zerówki, co sprawiło mu wiele radości, bo wszystkie dzieci chciały się bawić jego starymi zabawkami.
    Zdecydowanie trudniej jest w przypadku drobnych kwot, czy wizyt w osiedlowym sklepiku. Dzieciaki z wielką ochotą wydawałyby pieniądze (najczęściej moje) i to na zachcianki, które wpadają im do głowy w danym momencie. W chwili gdy hasło „Mamo mogę to?” zaczęło rozpraszać mnie na tyle, że z zakupów wracałam ze słodyczami, a bez potrzebnych mi artykułów (wiem, że powinnam chodzić z kartką, jednak zwykle zapominam ją zabrać :))podjęłam decyzję, że słodycze kupujemy raz w tygodniu, przeważnie w weekend. Dzieciaki czasem jeszcze próbują swoich sił, jednak wystarczy krótka odpowiedź, że dziś nic im nie kupuję. Jednocześnie próbuję przemycać informacje w stylu: „Dziś nie kupiłam lizaka, wczoraj czekolady dzięki temu uzbierała się kwota 4 zł, które możemy odłożyć.”
    Jeśli chodzi o książki, to myślałam ostatnio o „Rozmowy z użyciem głowy, czyli ekonomia dla dzieci” moje dzieciaki są na nią jeszcze trochę za małe, jednak myślę że książka pomoże również mi bo jestem laikiem w dziedzinie ekonomi, więc w niedalekiej przyszłości planuję ją kupić. Najpierw posłuży mi, a później mam nadzieję, że również dzieciom.

    • Cześć Magda,

      Bardzo dziękuję za komentarz. W skarbonkach Twoich dzieci zapewne zebrała się już niezła sumka 😉

      Świetny pomysł z tym sprzedawaniem albo rozdawaniem starych zabawek. Mogą sprawić frajdę innym, a dodatkowo zdecydowanie przyspieszyć realizację celu. Podpowiem moim dziewczynom – może uda się odzyskać trochę przestrzeni w ich pokojach? 😉

      Jeśli chodzi o wydatki na zachcianki w osiedlowych (i nie tylko) sklepikach, to słoiki też się nieźle sprawdzają. Mówię dziewczynom: proszę bardzo, kupujcie. Pamiętacie tylko, że kwota, którą wydacie, powędruje z waszych słoików z napisem „Wydatki” do portfela taty. Efekt? Bardzo starannie się zastanawiają co kupić i zwykle kończy się na jakichś tanich drobiazgach.

      Dziękuję za propozycję książki. Już druga osoba mi ją poleca, więc chyba najwyższy czas by ją wreszcie przeczytać.

      Serdecznie Cię pozdrawiam i życzę powodzenia w świadomej edukacji finansowej Twoich dzieci.

  4. Marcin dzieki interesujacy artykul. A moge podpytac na jakie zakupy jest przeznaczony sloik dzieci oznaczony Wydatki (w sensie odroznienia tego sloika od Oszczednosci)

    • Hej Tomazo,
      Dziękuję za pytanie.

      Słoik z napisem „Wydatki” to pieniądze, które mogą przeznaczyć na co chcą i kiedy chcą. Na przykład na słodycze, zabawki, itp.

      Słoik „Oszczędności” to odkładanie na pewien „długoterminowy cel”. W życiu dorosłym będą sobie odkładać na przykład na prywatną emeryturę, edukację swoich dzieci, zakup mieszkania, nowy samochód itp.

      Oczywiście dla tak małych dzieci to zbyt abstrakcyjne, dlatego wystarczy, jeśli wyznaczą sobie cel, na który środki trzeba odkładać przez dłuższy czas. To uczy je cierpliwości, konsekwencji i przede wszystkim nawyku, że część pieniędzy odkładamy na przyszłość, zamiast od razu konsumować. Z czasem oczywiście zachęcę je, aby środki ze słoika „Oszczędności” zaczęły inwestować. Ale teraz jest na to zdecydowanie zbyt wcześnie.

      Podsumowując: Wydatki = tu i teraz (kiedy chcą). Oszczędności = odkładanie na jakiś długoterminowy cel (a jak wiadomo dla dzieci kilka miesięcy to baaaaardzo długi termin).

        • Dzieki Marcin juz sie nie moge doczekac by wprowadzic te zabawy w zycie. Ale na to moja corcia musi jeszcze troche poczekac 🙂 na razie glowna potrzeba jest niematerialna i polega na wspolnym czytaniu bajek z tata 🙂

  5. Polecam „Momo” Michaela Ende. Nie tyle o oszczędzaniu, ale o sensowności zarabiania, wartości czasu i pracy.
    A ja tymczasem mam zagwozdkę bo syn marzy o zestawie klocków wartym parę stów i na nie uparcie chce przeznaczyć zawartość skarbonki, i nie wiem jak mu to wybić z głowy (a jednocześnie wiem że czekanie do osiągnięcia ceny tej zabawki zajmie parę lat, co może go w ogóle rozczarować ideą oszczędzania)

    • Hej Krycha,

      Serdecznie dziękuję za komentarz i rekomendację książki.
      Może pomysł Magdy ze sprzedażą starych zabawek przyspieszy realizację takiego marzenia?
      Serdecznie Cię pozdrawiam.

      P.S. Jak tam Canfield?

      • Drogi Marcinie,
        chyba doradziłeś tę książkę niedawno też komuś innemu z okolicy, bo ktoś dosłownie sprzątnął mi go sprzed nosa z osiedlowej biblioteki. Ale, zamiast kupować, póki co sięgnęłam po inny walający się po domu od lat „banalny amerykański poradnik jak odnieść sukces” i cóż – zdziwiłam się, bo dotąd raczej gardziłam taką literaturą, ale to naprawdę daje kopa. Z czystym sumieniem* wszystkim tkwiącym w beznadziei braku lub kiepskiej pracy mogę polecić:
        „Ciężkie czasy przemijają, bądź silny i przetrwaj je” (Tough Times Never Last, But Tough People Do!) autorstwa pastora Roberta H. Schullera.
        Co ciekawe w naszym kontekście światowego kryzysu finansowego, książka powstała w trakcie recesji w latach 80. a zaczyna się opisem doświadczeń z Wielkiego Kryzysu lat 30. To pozwala zdystansować się i spojrzeć ze zdrowej perspektywy.
        *no z małym wyjątkiem: książka dla chrześcijan, a przynajmniej nie dla wojujących antyklerykałów.

  6. Dzieci i osiedlowe sklepiki! Jak ja to znam! Byłam przerażona jak odkryłam ile pieniędzy wydaję wychodząc z dziećmi na spacer („tylko po wodę do sklepu wejdziemy”).
    Wprowadziłam zasadę zero słodyczy kupowanych (trudno nie było, bo generalnie staramy się zdrowo odżywiać), ale młodzi przerzucili się w jękach „mamo kup mi” na ksiażeczki i gazetki dla dzieci i trudno odmówić.
    Artykuł cenny i wartościowy. Pozdrawiam.

    • Hej Marzena,

      Dziękuję za komentarz.

      To prawda, że czasem trudno odmówić, ale niestety trzeba. W dorosłym życiu nie będzie rodziców, którzy za nie zapłacą i jeśli nie nauczymy dzieci teraz, że najpierw trzeba zebrać pieniądze, a potem dopiero można je wydać, to zaczną działać stereotypowo, czyli: pożyczka lub karta kredytowa, bo liczy się „tu i teraz”, a potem jakoś to będzie…

      Od czasu do czasu pomaga, gdy mówię moim dziewczynom: „nie kupię Wam tych gazetek, ale poczekam na Was i możecie je sobie dokładnie obejrzeć”. Zwykle po kilku minutach dochodzą do wniosku, że nie są one aż tak ciekawe – choć nie wiem na czym to polega, bo te gazetki są zwykle w folii ;).

  7. Cześć Marcin,
    Mam super poradnik testowany od 12 lat z sukcesem na Pierworodnej i obecnie przerabiany na bliźniakach. „Kapitalizm dla dzieci” Karla Hessa. Jeśli chciałbyś, wrzucę Ci na mejla.

  8. Dzieci trzeba uczyć, szczególnie wartości pieniędzy 🙂 dobrze, że ma pan taką świadomość. Wielu rodziców mogłoby się uczyć od pana 🙂

    • Cześć Krysiu,
      Dziękuję za komentarz.
      Daj spokój z tym „Panem” 🙂 Po prostu Marcin.
      Sam intensywnie uczę się, jak z tymi maluchami postępować. Bardzo zależy mi, aby były świetnie przygotowane do życia w realnym świecie. Serdecznie pozdrawiam.

  9. „zrób wszystko, aby nie kojarzyło im się to z nauką.” – Ten artykuł uświadomił mi rozmiar porażki jaką jest współczesny system edukacji. 🙂

    • Cześć Radek,
      Może przesadziłem z tym porównaniem, bo przecież nauka przez zabawę, to także nauka. Ale bezwzględnie sposób podawania wiedzy dzieciom warto uatrakcyjnić. Coś jest nie tak, skoro z czasem uczą się (w szkole) coraz mniej chętnie.

      Z duigiej strony – trochę przydatnej wiedzy jednak stamtąd przynoszą 🙂 Więc porażką bym tego nie nazwał – raczej – systemem wymagającym solidnej poprawy 🙂

  10. Ja polecam książkę dla dzieci „Pieniądze nie rosną na drzewach” Paula Mansona. Dorosłym też się przyda 🙂
    Dzieciaki mają ją od kilku miesięcy ale ostentacyjnie nie były zainteresowane treścią 🙂 Aż do czasu gdy wymyśliłam zabawę w quiz a odpowiedzi były w książce 🙂 lubią wygrywać i mnie zaginać więc czasami im to umożliwiam 🙂

  11. Bardzo podoba mi się idea uczenia dzieci oszczędzania i zarabiania pieniędzy. Ale rzeczy, o których tu piszesz dotyczą raczej starszych dzieciaków. A co z młodszymi? Np. 4-latkiem? Masz jakieś pomysły od czego zacząć edukację finansową?

    • Cześć Kasiu. Powiem szczerze, że czterolatkowi dałbym spokój. Myślę, że pieniądze są tematem zbyt abstrakcyjnym dla tak małego dziecka. Pośrednio ucząc dziecka na przykład cierpliwości czy nagradzania go za drobne prace, jak „posprzątanie pokoju”, gdzie rodzice sprzątną pewnie 10 zabawek a dziecko co najwyżej dwie – wyrabiamy w dziecku zdrowe podstawy. Ale z systematyczną nauką o pieniądzach chyba jeszcze bym zaczekał.

  12. Marcin,
    bardzo fajny wpis, przyznaję że na tą chwilę odniosłem to bardziej do siebie niż do mojego 4 letniego syna.
    Uświadomiłem sobie że w mojej edukacji dziecięcej zabrakło tego typu lekcji i przez to teraz mam duży problem w zarządzaniu budżetem domowym. Popracuje najpierw nad sobą a następnie postaram się wdrożyć taką fajną formę edukacji finansowej mojego syna, który na tą chwilę potrafi każdą umowę negocjować w taki sposób, że czasem głową paruje☺
    Coś z własnego doświadczenia: syn często dostaje pieniądze od dziadka/babci itp. z takich małych cyklicznych kwot uzbiera jakiś czas temu 300zł, przyszedł któregoś poranka (weekend 6rano) i wymyślił że chce kupić sobie roboraptora (taki robót dinozaur) zabawka kupiona stoi i się kurzy dodam że nie jest zbyt fajna (moja ocena choć lubię gadżety) 300 stówki poszły. Ta lekcja nauczyła mnie i żonę tego że posiadanie oszczędności przez dziecko nadal zobowiązuje nas do przemyślanego ich wydania – chociaż w naszym przypadku zabrakło może właśnie jasnego określenia celu na początku oszczędzania.
    Przepraszam za tak długi komentarz

  13. Hej:)

    Świetna inicjatywa i świetny wpis. Trzymam kciuki za powodzenie akcji:) Czytałam „Kapitalizm dla dzieci”, i „Pieniądze nie spadają z nieba” oraz „Bank taty”. Zdecydowanie jednak najbardziej polecam „Jak wychować gospodarne dzieci” Bodnar. No i oczywiście polecam http://www.przedsiebiorczedziecko.com
    Co do słoików, to są nawet takie świnki skarbonki przezroczyste z czterema przegródkami: save, spend, donate i invest (może to dobry pomysł by nadwyżki oszczędnościowe trafiały do czwartego słoika, traktując to jako wtęp do inwestowania?:))

    Pozdrawiam!

  14. Witam Marcin, pomysł bardzo dobry , chciałabym wprowadzić go w życie , już dzieci mają słoiczki i nie mogą się doczekać kiedy zaczną je napełniać, ale nie wiem za co i ile mogę im płacić , mam syna który ma 12 lat i córkę 7 lat. Bardzo bym chciała nauczyć moje dzieci szacunku do pieniędzy bo mnie tego nie nauczono i popadłam w mega długi, nie chce by moje dzieci tez popełniły ten błąd. Pozdrawiam

  15. Pingback: Inteligencja finansowa dla dzieci | Finanse bardzo osobiste

  16. Bartosz Bilicki

    Bardzo dobry, praktyczny artykuł!

    Przyłączam się do prośby o konkretne przykłady -za jakie prace płacić dodatkowo?

  17. Nie wiem co w Waszym domu oznacza zapłata dla dzieci. Czy wyniesienie śmieci, nakarmienie kota, zamiatanie itp to coś dodatkowego? Dla mnie, mama/tata prosi to dlaczego dziecko ma dostawać za to pieniądze. Nauką jest jak dzieci robia coś u innych np sąsiadów, ale w domu każdy ma obowiązki i wymieniamy się nimi w zależności od tego kto ma więcej czasu.

    U nas nauką jest jak:

    dziecko zgubi/zniszczy jakiś przedmiot – musi odkupić
    kara za nie oddanie książki na czas – sam opłaca karę
    lepsze buty -musi dołożyć ze swoich
    dodatkowe słodycze – płaci ze swoich
    dodatkowa zabawka – płaci ze swoich
    gry na konsolę – zawsze opłaca ze swoich

    Nie będę płacić dzieciom za prace domowe, to jest nasz wspólny dom, więc wszyscy o niego dbajmy.

Odpowiedz