Czego nauczyć dzieci o pieniądzach?

38

Dzieci i pieniądze

 

Około 1847 roku  Junius Spencer Morgan, świetnie prosperujący bostoński bankier, położył na stole przed swoim synem papierową paczkę. „Podnieś to” powiedział do zupełnie zaskoczonego chłopca. „Co to jest, tato?” zapytał niespełna 10-letni chłopak. „Podnieś to, a później rozpakuj” rzekł ojciec. Młody John niepewnie uniósł ważący kilka kilogramów pakunek. Rozerwał okrywający go papier i ze zdumieniem odkrył, że  w środku są grube pliki banknotów. Ojciec natychmiast zabrał paczkę z rąk chłopca i rzekł: To jest, mój synu, milion dolarów. Teraz  musisz znaleźć sposób, by samodzielnie tyle zarobić!”. 

Zgodnie z przekazem taką właśnie lekcję finansów odebrał od ojca John Pierpont Morgan, znany światu jako J.P. Morgan, najpotężniejszy bankier inwestycyjny wszechczasów. Musiał tę lekcję dobrze zapamiętać, bo zdobył nie tylko milion, ale stał się właścicielem wartych miliardy dolarów korporacji , takich jak General Electric czy US Steel.

Ten artykuł chciałbym poświęcić dzieciom, a dokładniej temu, jak w sensowny sposób przekazywać im wiedzę na temat finansów. Niestety nie mogę sobie pozwolić na komfort położenia przed moimi dziewczynkami miliona dolarów, dlatego muszę poszukać innych sposobów. Kto wie, może okażą się równie skuteczne? 😉

Robiąc noworoczne postanowienia na 2014 rok zapisałem, że po powrocie z pracy będę mądrzej spędzał czas z dziećmi. Do tej pory niby też o to dbałem, ale prawdę mówiąc, robiłem to „na pół gwizdka”. Byłem z dziećmi, ale zwykle po kilku minutach rozmowy dziewczynki wracały do swoich zabaw, a ja brałem się za sprzątanie, sprawdzanie czegoś w internecie, czytanie książki, itp. Odrywałem się tylko na chwilę by odpowiedzieć na ich pytania, ale mojej inicjatywy było w tym tyle, co nic. Dlatego właśnie obiecałem sobie, że w dni moich popołudniowych „dyżurów” przy dzieciach,  100% uwagi poświęcę Gabrysi i Julce.

I tutaj pojawił się pewien problem. Minęły niespełna dwa tygodnie, a rozmowy na temat kucyków pony, zabawy w Littlest Petshop i słuchanie o Equestria Girls już rozłożyły mnie na łopatki. Jako mąż, ojciec dwóch córek i właściciel kotki Fruzi żyję w świecie zdominowanym przez kobiety i ten słodki, kolorowy, roześmiany świat dziewczęcych zabaw zupełnie mnie przerasta. Dlatego wymyśliłem, że wspólnie z dziewczynkami będziemy poświęcać czas na coś zupełnie innego. Na coś, na czym się znam, co lubię, w czym czuję się pewnie i co przyda im się w życiu.
Dzieci, uwaga! Nadchodzą lekcje finansów z tatą ! 😉

Do sprawy postanowiłem podejść metodycznie i przede wszystkim precyzyjnie zdefiniować cel:

 

Co tak naprawdę chcę osiągnąć i jaką wiedzę przekazać dzieciom na temat finansów?  

Wypisałem sobie 7 punktów:

1. Chcę aby dobrze rozumiały czym są pieniądze, że jest to narzędzie, które może pomóc im w realizacji celów i marzeń, ale nigdy nie sprawi, że będą lepszymi lub gorszymi ludźmi od innych.

2. Chcę aby były świadomymi konsumentami, potrafiącymi odróżnić potrzeby od zachcianek, rozumiejącymi prawdziwy sens reklam i świadomie podejmującymi decyzje zakupowe.

3. Chcę aby rozumiały skąd się biorą pieniądze i aby odważnie szukały skutecznych sposobów na ich zarabianie. Szczególnie zależy mi na tym, aby zamiast „roszczeniowej postawy etatowca” wyrobić w nich proaktywną postawę przedsiębiorcy.

4. Chcę aby rozumiały na czym polega oszczędzanie i dlaczego jest ono konieczne.

5. Chcę aby rozumiały w jaki sposób kredyty i pożyczki drenują kieszenie.

6. Chcę aby nauczyły się na czym polega inwestowanie.

7. Chcę aby wyrobiły w sobie nawyk dobroczynności i przekazywania części zarobionych pieniędzy na pomoc osobom będącym w potrzebie.

 

Ponieważ nawet najlepiej sprecyzowany cel i plan nie są nic warte bez faktycznego wdrożenia ich w życie, postanowiłem, że raz w miesiącu na jakiś czas napiszę na blogu jak nam idzie: Co się dzieciom podoba, a co zupełnie je nudzi? Jakie robią postępy? Które metody się sprawdziły, a które są do kitu?, itp.

Najbardziej jednak zależy mi na Waszych opiniach, pomysłach i doświadczeniach: Jak Wy podchodzicie do tego tematu? Co w Waszym przypadku się sprawdza? Może macie jakieś ciekawe rady dla mnie oraz dla innych czytelników bloga?

Na razie mam kilka pierwszych przemyśleń oraz pomysłów:

 

  • Kieszonkowe vs płacenie za efekt

Myślę, że nie ma sensu dawanie dzieciom regularnego kieszonkowego, bo przecież w życiu nikt im w ten sposób nie będzie pomagał. Jakiś czas temu dawaliśmy Julce kilka złotych na początku każdego tygodnia, by mogła sobie coś kupić w szkolonym sklepiku. Pomysł wydawał się dobry, bo miał nauczyć jej takiego postępowania z pieniędzmi, aby starczyło do końca tygodnia. Pojawił się jednak inny, niezamierzony efekt. Przed wyjściem do szkoły w poniedziałkowy poranek zaczęliśmy słyszeć takie oto zdanie: „A właśnie, jest poniedziałek. Poproszę moje 5 złotych.” Zalążek typowo roszczeniowej postawy 😉 Bo niby za co te 5 złotych? Za to, że jest poniedziałek? A poza tym już samo stwierdzenie „moje 5 złotych” zaczęło mnie mocno niepokoić. Najlepsze jest to, że od razu o „swoje” 5 złotych zaczęła upominać się młodsza Gabrysia, bo przecież musi być sprawiedliwie.

Regularne kieszonkowe skończyło się bezpowrotnie, a pieniądze dziewczyny dostają od czasu do czasu, zwykle za wykonanie domowych czynności, które normalnie nie należą do ich obowiązków. Ale na pewno trzeba będzie opracować jakiś sensowny sposób płacenia za efekty pracy i to takiej pracy, na którą jest popyt. Julka zaproponowała wczoraj, że chętnie widziałaby „wypłatę” za dobre oceny. To oczywiście nie wchodzi w grę – wyjaśniłem jej szybko, że za swoją naukę to ona powinna płacić nam i nauczycielom 😉

W każdym razie nad kwestią dziecięcych przychodów musimy porządnie się zastanowić.

 

  • Metoda trzech słoików

Druga sprawa dotyczy tego, w jaki sposób nauczyć dzieci mądrego gospodarowania tymi pieniędzmi, które udało im się zdobyć.  W radiowej audycji Dave’a Ramseya, „guru” finansów osobistych z USA, usłyszałem o metodzie trzech słoików z napisami: Wydawanie, Oszczędności, Pomoc innym. O tej samej metodzie napisał także amerykański Forbes w artykule „The 5 Most Important Money Lessons To Teach Your Kids”. Zgadzam się, że są to trzy najważniejsze cele, na jakie warto przeznaczać pieniądze. Każda zarobiona kwota miałaby trafiać w różnych proporcjach (np. 70%, 20%, 10%) do wszystkich trzech słoików. Pieniądze z pierwszego  mogą być przeznaczone na dziecięce zachcianki, zabawki i co tam sobie chcą. Słoik z napisem „Oszczędności” ma służyć zbieraniu na jakiś bardziej odległy cel – np. na tablet, rower, itp. Trzeci słoik, „Pomoc innym” – ma uczyć dzieci, że warto pomagać i dzielić się z potrzebującymi.  Ważne, że są to właśnie słoiki, a nie żadne puszki, skarbonki czy pudełka. Chodzi o to, żeby pieniądze były widoczne i aby dziecko mogło widzieć, że fizycznie ich ubywa, albo przybywa.

Dla mnie brzmi interesująco  i na pewno wypróbujemy.

 

  • Wspólne zakupy

Jedna ze skuteczniejszych zasad pozwalających zaoszczędzić na zakupach brzmi: „Zostaw dzieci w domu”.  I rzeczywiście, dzięki temu, że zwykle robimy zakupy sami, bez pośpiechu i bez bombardowania prośbami ze strony dzieci, zakupy są bardziej przemyślane i opiewają na niższe kwoty. Z drugiej jednak strony, pomyślałem sobie, że wspólne zakupy to jedna z najlepszych okazji, aby wyjaśnić dzieciom jak działają reklamy, promocje, jak bardzo potrafią różnić się ceny i z czego to właściwie wynika. Dlatego następna wycieczka do supermarketu będzie już z dziećmi i to one dostaną zadanie sensownego (= bez przepłacania) znalezienia zakupów z listy. Ciekawe, jak pójdzie?

O ile o inwestycjach, oszczędzaniu, kredytach, przeróżnych produktach i strategiach finansowych wiem naprawdę sporo, o tyle czymś, co nazwałbym „finanse osobiste dzieci” w zasadzie dotąd się nie zajmowałem. Na pewno chcę wpoić moim dzieciom oparte na zdrowym rozsądku zasady, które świetnie przygotują je do „finansowego życia”. Ciekawe tylko, czy uda mi się to zrobić w ciekawy i angażujący je sposób?

Może znasz jakieś skuteczne metody, albo słyszałeś o czymś, co fajnie działa? Może czytałeś książkę, widziałeś bajkę lub film? Może znasz jakąś „finansową” grę dla dzieci? Podziel się tym z nami w komentarzu! Kto wie, może wspólnie wypracujemy skuteczną metodę mądrego uczenia dzieci o finansach?

Dziękuję Ci za czas poświęcony na lekturę tego wpisu. Mam nadzieję, że był dla Ciebie wartościowy. Jeśli tak, to proszę poleć tę stronę swoim znajomym, polub ja na Facebooku i pomóż mi dotrzeć do osób, dla których finanse osobiste są ważne. Bardzo dziękuję 😉

P.S. Kontynuację tematu „Dzieci i pieniądze” znajdziesz w tych artykułach:

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze38 komentarzy

  1. Witaj,
    u mnie podobną rolę edukatora pełni dziadek. Zuzia goni mnie z zakręcaniem wody w kranie,wyłączaniem światła w pokoju,gdy nas tam nie ma. Ostatnio nawet na wspólnych zakupach sprawdziła ceny kilku różnych produktów i stwierdziła,że „nieee tu się nie opłaca TEGO kupować,widziałam w sklepie X to samo o 5,20 zl taniej”. Dziadek jako posiadacztytułu MBA z tematyki finansów i absolwent SGH jest jak widać dość skutecznym nauczycielem… 😉

    • Cześć Asiu. Taki dziadek to prawdziwy skarb. Nasze dzieci raczej nie zwracają jeszcze specjalnej uwagi na ceny. Ale to się już wkrótce mocno zmieni 😉

  2. Ciekawy wpis. Muszę chyba faktycznie porządnie przemyśleć temat kieszonkowego. Od kilku lat regularnie daję mojemu 13-letniemu synowi miesięczną „wypłatę”. I chyba w tym jest właśnie problem, że syn faktycznie traktuje to jak WYPŁATĘ. Ostatnio zapytał: „Tato, wyskoczyłbyś z kasy kilka dni wcześniej? Mamy imprezę klasową”. Ciekwe, czy nie jest za późno, bo syn jest już w wieku, w którym od mojego gadania ważniejsza jest dla niego opinia rówieśników.

    • Hej Jarek.
      Na pewno z nastolatkiem jest trudniej, ale chyba dopóki dzieci są z nami pod jednym dachem, to jednak nie jest zbyt późno na rozmowy z nimi. Mam przynajmniej taką ogromną nadzieję.
      W tym miesiącu będziemy ustalać z dziećmi, jak mogą zarabiać zamiast kieszonkowego. Sam jestem ciekawy, co się z tego wykluje.
      Serdecznie pozdrawiam.

    • Hej Paulina,
      Super film, serdecznie dziękuję. Zgodnie z tym filmikiem słoik „Pomoc innym” powinien świetnie się sprawdzić.
      Bardzo lubię TED. To kapitalna inicjatywa i można tam znaleźć wiele bardzo ciekawych i niezwykle inspirujących filmów na prawie każdy temat.
      Z góry dziękuję za kolejne fajne pomysły i rady 😉

  3. Ciekawy temat dla rodziców. Warto go przemyśleć odpowiednio wcześnie. Chętnie skorzystam z dobrych pomysłów i z wiedzy autora. Podaję mój sposób na reklamy. Nasz, obecnie 4 letni syn, nie ogląda telewizji, więc nie jest stale bombardowany reklamami. Jednak widywał reklamy u Dziadków i w Internecie. I oczywiście chciał/chce mieć obejrzane zestawy Lego, samochody, garaże, tory Tomica itd. itp. Gdy miał 3,5 roku i poprosił o zabawkę z reklamy, wyjaśniłam mu znów, jak działa reklama. I powiedziałam, że już ma mnóstwo wspaniałych zabawek i że sam mógłby wystąpić w reklamie swoich zabawek. I stworzyliśmy razem kilka świetnych reklam. Dobra zabawa. Dużo nowych wrażeń. Pierwszorzędne wyczucie tematu, bezbłędne wejście w konwencję reklamy, doskonałe improwizacje. Zabawa się sprawdziła. I moim zdaniem jest pouczająca. Widać drugą stronę reklamy. Polecam.

  4. Hej Bogusia,

    Bardzo fajny pomysł na zabawę i na omówienie tego tematu z dziećmi w atrakcyjny dla nich sposób. Serdecznie dziękuję za podzielenie się tym pomysłem.

    Temat reklamy dla dzieci bardzo mnie interesuje. One są szczególnie podatne na bezkrytyczne przyjmowanie podawanych tam treści. W dodatku są święcie przekonane, że to co widzą w reklamie musi być prawdą.

    Czytałem niedawno badanie właśnie na temat reklam dla dzieci. Firmy starają się do nich dotrzeć możliwie szybko aby wyrobić w nich wieloletnią lojalność do danej marki czy produktu. Później, w wieku dorosłym, świetnie pamiętamy i ciepło wspominamy różnego rodzaju produkty z dzieciństwa. Kojarzą nam się z różnymi miłymi wspomnieniami, więc chętniej po nie sięgamy.

    Kilka lat temu w USA firma Mattel wypuściła na rynek serię lalek Barbie we współpracy z którymś z operatorów kart kredytowych (chyba MasterCard). Była to Barbie na zakupach ze śliczną kartą kredytową w ręku. Już na tym etapie zaczyna się walka o konsumenta, który w dodatku powinien kupować na kredyt. Obłęd.

    Właśnie dlatego warto, żebyśmy to my nauczyli dzieci jak postępować z pieniędzmi. W przeciwnym razie zrobią to za nas inni, a będą to lekcje raczej mało korzystne dla naszych pociech.

    • Cześć Marcinie, zajrzałam kiedyś do Ciebie przypadkiem i z ciekawością poczytałam wtedy m.in. o edukacji ekonomicznej dzieci. Usłyszałam Cię niedawno w radiowej Trójce i to mi przypomniało o tym blogu. Poczytam jeszcze z ciekawością. Dziś zobaczyłam ranking Ekonomiczny Blog Roku. Przeczytałam o Twojej książce. Gratuluję pożytecznej aktywności i życzę sukcesów. Spieszę z „lajkiem”. Pozdrawiam. ps. Jeśli chodzi o reklamy dla dzieci, to uważam je za karygodne. Dzieci, zwłaszcza małe, są zupełnie bezbronne wobec reklam.

      • Cześć Bogusia,

        Dziękuję bardzo za komentarz, za „lajka” i zapraszam serdecznie do jak najczęstszych odwiedzin.

        My się czasami bawimy w to, kto szybciej odgadnie, gdzie w reklamie dla dzieci jest przekłamanie. A to kucyki wydają się większe niż w rzeczywistości, albo zabawki same wcale nie mówią, itp. Dzieci fajnie te rzeczy wyłapują, szczególnie jeśli robią to na punkty. W każdym razie zaczynają rozumieć, że reklamy są tylko po to, aby je zachęcić do zakupu. Jeszcze nie wiem na ile to działa, ale coś mi mówi, że to może być niezły sposób.

        Serdecznie pozdrawiam.

        • To prawda. Dzieci szybko się uczą. I dużo rozumieją, zwłaszcza, gdy pomaga się im zrozumieć mechanizmy. Twoje pomysły na zabawy edukacyjne są inspirujące. Dzięki, że dzielisz się swoją wiedzą i doświadczeniem. Gratuluję skuteczności w docieraniu do odbiorcy. Książka, blog, obecność w radiu i tv. Dobrze, gdy fajna misja i biznes idą w parze. Gratuluję raz jeszcze i życzę w Święta i na co dzień dużo czasu dla bliskich i dla siebie. Wesołych Świąt. I jeszcze jedno na koniec:)Sugeruję jeszcze, żebyś podzielił się wiedzą i swoim roztropnym stosunkiem do wydawania pieniędzy i kredytów z emerytami, np. na uniwersytetach III wieku. Mnie osobiście boli wykorzystywanie naiwności ludzi w każdym wieku. A emeryci, przyzwyczajeni do cen urzędowych w PRLu, nie zauważają, że dziś cena tego samego produktu może być bardzo zróżnicowana. I wydają głupio wdowi grosz na koce, garnki, monety… Niedawno zostaliśmy obdarowani kocem, którego nie potrzebujemy. Zakupiono go na wycieczce dla emerytów. Ręce opadają. Pozdrawiam.

  5. Świetny temat! potrzebny i niestety niszowy, bardzo jestem ciekawa rozwoju sytuacji. Najbardziej podobała mi sie odpowiedź na temat kieszonkowego za naukę – co prawda temat jeszcze przede mna (co prawda moja starsza cora mowi o sobie, że jest juz bardzo duza, prawie wszystko wie i jest „bardzo pomagalna” – czyli pomaga przy młodszym braciszku, ale w sumie to ma dopiero 4,5 roczku i chyba jeszcze nie wszystko do końca wie 😉 ), ale na pewno dobrze zapamiętam mądrą odpowiedź 🙂 jeśli chodzi o ksiazke to jest baaaardzo fajna: „rozmowy z użyciem głowy, czyli ekonomia dla dzieci”. Polecam. Jeszcze raz gratulacje pomysłu blogu i tego tematu.

  6. Marcin Fajny artykuł i ciekawe pomysły! Natomiast jesli chodzi o kieszonkowe za oceny moze bysmy spojrzeli na to jako funkcja mlodocianego „stypendium naukowego”,ktore mam nadzieję nasze pociechy będą kiedyś zarabiać?

    • Hej Tomazo, dziękuję za ciekawy komentarz.

      Wiesz, nie jestem zwolennikiem płacenia za oceny. Uważam, że dzieci powinny mieć inną motywację do nauki i nasze zadanie w tym, aby taką motywację pomóc im odnaleźć.

      Myślę, że „stypendium naukowe” z prawdziwego zdarzenia nie powinno mieć związku z ocenami, tylko być wsparciem np. na prowadzenie własnych badań, eksperymentów, rozwijanie naukowej pasji w konkretnym obszarze. Stypendia płacone za wysoką średnią są moim zdaniem nieporozumieniem, reliktem promującym prymusów. Tymczasem w realnym życiu liczy się przecież bycie ekspertem w konkretnej dziedzinie, a nie znanie się „po trochu na wszystkim”.

      Gdy myślę o edukacji moich dzieci, mam ogromna nadzieję, że odnajdą swoją pasję, dziedzinę która będzie je bardzo interesować, do której będą miały naturalny pociąg i predyspozycje. W tej dziedzinie niech będą mistrzyniami świata i na rozwijanie takiej pasji mogę im ufundować „stypendium”. Ale oceny z innych przedmiotów…cóż czwórka czy silna trójka też wystarczą.
      Pewnie moje córki sięgną kiedyś po treść tego komentarza, jak zapytam je o oceny 😉

      • Dzieki Marcin, masz dużo racji rozwijanie pasji w wąskich dziedzinach ma prawdopodobnie większą szansę na sukces niż budowanie wielokierunkowej wiedzy ogólnej…

    • Witaj Alan, dziękuję za komentarz.

      A nie obawiasz się trochę, że w ten sposób nauczysz dziecko, że dochody są pewne, stałe i gwarantowane, a pieniądze można wydać na cokolwiek? W życiu raczej tak nie bywa…

  7. pamiętam ze swojego dzieciństwa, że nie dostawałam kieszonkowego, gromadziłam pieniądze z prezentów urodzinowych/ gwiazdkowych. I mogłam je wydać na co chciałam, tuż przed zakupem tata mówił mi „zastanów się, czy na pewno na to chcesz wydać pieniądze”. W codziennym życiu jak potrzebowałam na buty/ spodnie itp. nie było problemu, ale dostawałam pieniądze na opcje podstawową, tzn. np. buty zimowe kosztowały 150 pln, jeżeli chciałam jakiś konkretny super model za 300 pln, to różnicę musiałam sobie dorobić, a rodzice pomagali mi znaleźć źródło dochodu. składałam kalendarze, pilnowałam dzieci znajomym, myłam okna i samochody, robiłam zakupy i sprzątałam. W podobny sposób chciałabym wychować własne dziecko.

  8. Witam,

    Świetny blog, a temat nauki dziecka podstawy finansów bardzo mnie interesuje. Mam 9-letniego chłopaka, którego chciałbym nauczyć jak postępować z finansami. Oczywiście zacząłem jak pewnie większość z Was, czyli dostaje tygodniówkę – tez jestem pewien, ze to nie do końca dobre rozwiązanie. Wprowadziłem jednak pewna innowacje, czyli wewnętrzne oprocentowane konto i dałem wybór, bierzesz i wrzucasz do portfela czy wpłacamy na to konto. Początkowo wybór należał do portfela, który oczywiście był szybko opróżniany (słodycze, karty z piłkarzami itp) zatem w miedzy czasie pokazywałem mu alternatywę czyli przyrost wartości na koncie poprzez symulację, co będzie jeżeli wpłaci tyle a tyle i ile czasu będzie musiał czekać aby uzbierać na np gre PS3. Po pewnym czasie zaczął kierować się w kierunku konta, a ostatnio podjął już decyzje abym wpłacał mu na to konto. Także pierwszy krok już wykonany, jak teraz ściąć to kieszonkowe by nie stracić wykonanej już pracy oto moje pytanie. Macie jakieś doświadczenia?

    • Hej Jurand. Dziękuję za komentarz. Właśnie pracuję nad wpisem podsumowującym mój pierwszy kwartał świadomej finansowej edukacji moich córek (9 lat i 6 lat). Idzie trudniej niż się spodziewałem 😉 . Ale jedno jest pewne: świadome lekcje zaczynają przynosić pierwsze efekty. Wkrótce się nimi podzielę.

  9. Bardzo dobry artykuł,mój synek jest jeszcze nie chodzi do szkoły i nie mam takich dylematów, ale dzieci znajomych dostają takie tygodniowe kieszonkowe i zawsze myślałam że to świetny pomysł, a okazuje się, że nie do końca. Dziękuję za ten artykuł. Pozdrawiam

  10. Jak moja Hania (lat 2) ma jakieś słodycze, które można podzielić, to krzyczę „Podatek!” a następnie odgryzam zjadam jej 1/3 smakołyku.

  11. Pochodzę ze wsi….a na wsi zawsze jest coś do zrobienia. Mnie płacono za różne prace. Nigdy nie dostałem kasy tak po prostu za nic. Tym bardziej, że rodzice nigdy nie mieli jej za dużo. Poza tym drobny handel tym co było pod ręką (nie mówię o kradzieży), kombinatorstwo, a nawet epizod ministrancki :). W mieście chyba ciężej o taką edukację poprzez pracę. Poza tym wydaje mi się, że charakter, inteligencja, środowisko w którym się dorasta, szkoła decyduje o jego kierunku rozwoju w tym temacie. Ja widziałem, że rodzice nie mają pieniędzy. Odpowiedź na moje pytanie czy coś mi kupią była tylko jedna „Nie stać nas”. Po tym tekście odpuszczałem. Podejrzewam, że gdyby było ich stać na wszystko to i ja byłbym inny. Inaczej podchodziłbym do finansów. Na pewno należy wskazywać tą lepszą drogę.

  12. Dawno temu czytałem książkę związaną z finansami. Przytoczona była tam historia chłopca, który zebrał swoje komiksy i zaczął je wypożyczać za drobną opłatą. Pomysł wydaje mi się bardzo udany jeśli chodzi o nauczenie dzieci pozyskiwania pieniędzy. Mam pewne wątpliwości tylko do tego, jak na to zareagują rodzice innych dzieci. Czy nie nastawią negatywnie swoich dzieci do „przedsiębiorczego” malucha np. mama zabrania mi się z Tobą spotykać, bo chcesz ode mnie pieniądze za…

    Inną opcją może być wspólne wystawienie niużywanych zabawek na aukcjach internetowych po to, by zdobyć środki na nową.

  13. Bardzo ciekawy i wartościowy post, co prawda Rodzicem nie jestem, ale Ciocią już od dawna tak, więc również z chęcią poczytam o edukacji finansowej dzieci.
    Swoją drogą ciekawa jestem, jak dalej potoczyły się sprawy w tym zakresie, bo zamilkłeś w tym temacie. Podsumowanie pierwszego kwartału było, a co dalej?
    Najbardziej przypadł mi do gustu pomysł ze słoikami, a ponieważ wiem, że grudzień dla dzieci szkolnych to akcja „Góra grosza” więc może warto przekazać te „pomocowe” słoiki w szkołach? A może to już się stało?

  14. Witaj:)
    Czytam Twojego bloga od pewnego czasu i dużo z niego sobie wzięłam – dziękuję Ci za ten wkład do mojego życia i paru innych osób z mojego otoczenia otwartych na tę wiedzę:)Mam też Twoją otwierającą oczy książkę,która krąży po znajomych i powoduje zmiany…
    Postanowiłam przeczytać wszystko od pierwszego wpisu.Fajnie mi się czyta.
    W kwestii „dzieci – finanse” mam doświadczenie z moją córką.Z perspektywy czasu po jej obecnych decyzjach finansowych / jest już dorosła /oceniam eksperyment z jej dzieciństwa za udany.
    A wszystko wzięło się z mojego lenistwa i chęci ułatwiania i upraszczania sobie życia.
    Więc…pewnego dnia 5 – letniej Zuzi marudzącej w sklepie o zakup kolejnych słodyczy zaproponowałam zwiększenie tygodniówki o pewną kwotę w zamian za to,że już nie będzie dostawać od nas słodyczy tylko może je kupować za własne pieniądze.Przystała na to i…cud:) czyli brak ‚jarmolenia”na wspólnych zakupach oraz coraz bardziej rozważne zakupy z jej strony no bo przecież kupuje „za swoje”!
    Potem zaproponowałam atrakcyjne warunki oszczędzania na wymarzone „coś” – zabawki,etc.,generalnie rzeczy,które przekraczały limit prezentów na zwyczajowe okazje.Była to zasada 50/50.Pół wkładu jej,pół naszego.Też to chętnie ‚kupiła”.
    W podstawówce,tak jakoś 4 – 5 klasa chyba,zaproponowałam rozszerzenie zasady jej
    płacenia za „swoje” na art.szkolne.Polegało to na tym,że na początku roku szkolnego
    szłyśmy po „wyprawkę”/książki,zeszyty,długopisy,kredki,bloki etc./a potem już pokrywała tego typu potrzeby ze swojej zwiększonej tygodniówki.
    No i w początkach liceum zdaje się,doszła kolejna rzecz – jej potrzeby ubraniowe.Analogicznie,pierwszy raz poszłyśmy wspólnie po ubraniowo – butową wyprawkę,za którą zapłaciłam ja a kolejne zakupy Zuza pokrywała już ze swojej,zwiększonej o określoną kwotę tygodniówki.
    Na koniec kilka uwag.
    Uznaliśmy z mężem,że dawanie tygodniówki kilkuletniemu i starszemu dziecku jest zasadne bo uczy je kontaktu z pieniędzmi,ich funkcji,generalnie oswaja z tym ważnym elementem ich przyszłego,dorosłego życia.Wierzę,że najlepszą nauką jest doświadczenie,praktyka.
    Ważne było też,żeby córka nie miała poczucia,że „odstaje” od innych dzieci znajomych,które dostawały tygodniówkę.
    Natomiast w czasach jej dzieciństwa / ur.1986 / świat był tak inny od dzisiejszego…
    Jakby to było stosować te zasady dzisiaj,w świecie reklam,konsumpcjonizmu,obietnic natychmiastowego zaspokojenia zachcianek…Nie mam pojęcia.

    • Hej Joanna, bardzo dziękuję za komentarz. Mam nadzieję, że za parę lat też będę mógł stwierdzić, że skutecznie nauczyłem moje dzieci mądrego postępowania z pieniędzmi. Serdecznie pozdrawiam.

  15. Hej Marcinie.
    Mam taką autorefleksję odnośnie reklam dla dzieci: mimo że nie posiadamy w domu TV, a dziecko ma sporadyczny kontakt z TV (np. u dziadków), mój 4-letni syn jest fan(atykie)m Lego. Zaczęło się od jakiegoś drobnego zestawu, a teraz, po raptem 2-3 latach urodzin, Dni Dziecka, Świąt jego pokój jest zawalony klockami! Niektóre zestawy kosztowały po 300, 400 i nawet 500 zł! Łączna wartość tych zestawów przekroczyła już 3000 zł! Jeśli nie więcej… Skąd się to wzięło? Ano od dziadków: ojciec męża już jest na emeryturze, nałogowo ogląda telewizję i jak tylko zobaczy nową reklamę z Lego, to – wiedząc, że jego wnuk kocha te klocki – za jakiś czas zjawia się z nowym zestawem. Mama męża drogimi prezentami (a sama nie zarabia wielkich kokosów) chce wnukowi wynagrodzić chyba fakt, że za mało spędza z nim czasu, bo jeszcze pracuje zawodowo (choć osobiście uważam, że w tym względzie jest ok, mają dobre relacje). No ale głównym winowajcą jest mąż, niestety… Już kilka razy słyszałam z jego ust „Jak byłem mały, to na takie klocki moich rodziców nie było stać, to teraz sobie odbiję i z synem się pobawię”. I na nic się zdają moje prośby – mąż, skądinąd rozsądny facet, dla tych klocków sam traci głowę i „zaraża” tym syna. Teraz do klocków doszły kolejne gadżety, które tylko utrwalają to szaleństwo: jakieś gazety z Lego, jakieś plakaty na ścianę.
    Więc może ktoś podpowie mi, jak mądrze rozmawiać dziećmi gdy z własnym, rodzonym mężem się nie udaje?

  16. Kreatywność dzieci nie zna granic. Wystarczy pytać. Kiedy zapytałem Marikę, moją 7-letnią córkę w jaki sposób może zarobić pieniądze, od razu wpadła na pomysł sprzedaży samodzielnie sporządzonej lemoniady biegaczom, którzy co niedziele przebiegają w pobliżu naszego domu. Kiedy zasugerowałem jej, że biegają koło nas dosyć rzadko to powiedziała, że zaczeka do lata i przeniesie swój biznes na plażę. Wystarczy pytać:-)

    • Cześć Rafale,
      Dziękuję za komentarz i serdecznie witam Cie na blogu. Pełna zgoda – od dzieci możemy naprawdę wiele się nauczyć 😉

  17. Blog rzeczywiście znakomity, chapeau!
    A my dajemy córkom kieszonkowe gratis.
    Już wyjaśniam, dlaczego.
    W opcji płacenia dzieciom za coś razi mnie właśnie fakt płacenia, tzn. wejście w rolę pracodawcy, sądzę, że nie ma na to miejsca w relacjach rodzinnych. Co więcej widzę w takim podejściu błąd ‚maksymalizmu’ – jednym narzędziem (pieniądze) chcemy zrealizować wiele celów – uczymy dziecko, że kasy nie dostaje się za nic, uczymy zarządzania pieniędzmi itd. Zresztą tego, że pieniądze nie leżą na ulicy dowiedzą się same i to bardzo szybko, a przecież widzą, że my dorośli nie wykopujemy ich w ogródku, tylko wiążą się z ciężką pracą, rozłąkami etc.

    W moim myśleniu o rodzinie kluczowe jest dawanie. Tak jak daję miłość, czułość, zaspokajam wszelakie potrzeby moich dzieci, tak samo daję im pieniądze. Przecież jedzenie w dorosłym życiu też nie jest za darmo, czy to znaczy, że dzieci mają zapracować na nie w domu? OK, jedzenie to podstawowa potrzeba, ale np. wakacje. Pojedziesz, jak mi 6 razy umyjesz samochód? Trochę ad absurdum, ale dla mnie taki jest skraj tego kontinuum.
    Daję dzieciom kieszonkowe, bo chcę, żeby nauczyły się wydawać mądrze swoje zasoby, żeby poczuły na małych kwotach konsekwencję błędnych decyzji, żeby nauczyły dzielić się tym, co należy do nich, żeby mogły samodzielnie podejmować decyzje finansowe etc. Pieniądze są narzędziem do tej nauki, ale też doświadczeniem, że od rodziców dostaje się wszelkie dobra za darmo, że ufam im, powierzając własne zasoby – nawet niewielkie.

    Jako dodatkowy argument przychodzi mi ostatni przykład z naszej rodziny. Wspieram finansowo potrzebującego bliskiego oczekującego dzięki podniesieniu wieku emerytalnego na świadczenia. Czy powinnam oczekiwać, że te pieniądze (pokaźna suma co miesiąc) odpracuje?

    Oczywiście pozostaje zagrożenie postawą roszczeniową, ale to zdarza się dzieciom nie tylko w kwestiach finansowych i nie wierzę, by pojawiło się nagle znikąd, gdy potomek ma 14 lat.

    Pozdrawiam! 🙂

  18. dałeś do myślenia z tym kieszonkowym …. my z żoną dajemy co tydzień dwóm córkom po 5 PLN, ale rzeczywiście, może to prowadzić do złych przyzwyczajeń.
    Od dzisiaj mają też swoje konta bankowe w postaci kart przedpłaconych z dedykowanym rachunkiem, ponieważ konta typu „Junior” są od 13 roku. Zobaczymy jak to się sprawdzi….

  19. W pełni zgadzam się z Pani opinią Pani Joanno. Nie uważam by podejście autora akurat w kwestii kieszonkowego było właściwe. Też nie podoba mi się to płacenie.

  20. Piszesz, że jesteś przeciwnikiem kieszonkowego, „bo przecież w życiu nikt im w ten sposób nie będzie pomagał”. Ale w życiu nikt też nie będzie fundował kucyków pony i gumy do żucia 😉 Ja jestem zdecydowanie za kieszonkowym. Mało tego – jestem za podniesieniem wysokości kieszonkowego na rzecz zwiększenia zakresu rzeczy, które w tę kwotę wchodzą. Dodajmy, że mam na myśli 13-latkę, bo wiadomo, z maluchami jest inaczej. Etap „przed kieszonkowym” – ciągłe „negocjacje”, błagania o kolejne zakupy, zachcianki, które są „niezbędne” itp. + Drobne kwoty typu: dyszka na wyjście z koleżankami, 3 zł na lody. A zbierało się sporo. Etap „po kieszonkowym”: na początku miesiąca na konto (a jak! 13-lat to już można)dostaje odpowiednią kwotę. W tej kwocie mieszczą się wszelkie zachcianki + utrzymanie telefonu. I nagle okazało się, że nie tylko można przez telefon gadać mniej, ale można wyszukać w necie korzystniejszą ofertę 🙂 W dodatku wiele niezbędnych rzeczy nie jest niezbędnych, pojawiło się planowanie finansów, odkładanie i plany, jak by można było powiększyć kwotę na koncie. System kieszonkowego działa bardzo dobrze, skończyły się wszelkie błagania i jęki o zakupy.

    W ramach nauki o finansach dzieci mają wgląd do arkusza z budżetem, biorą udział w planowaniu wydatków. A przy okazji jaka dyscyplina dla dorosłych, bo młodzież potrafi szybciutko wytknąć realizację jakiejś zachcianki, mówiąc: no przecież oszczędzamy 🙂

  21. Swietny artykul, jak zawsze! Moj szesciolatek nie wie jeszcze co to kieszonkowe, ale w blaganiu o nowe zabawki (ktorymi i tak sie nie bawi) jest najlepszy. Pomysl z 3 sloikami bardzo mi sie podoba, tylko zasanawiam sie czy to juz czas:)?

Odpowiedz