Pieniądze nie rosną na drzewach – czyli uczymy dzieci finansów.

19

Co myśli dziecko obserwujące rodzica wybierającego gotówkę z bankomatu? Że pieniądze biorą się ze ściany. I to jest w zasadzie bardzo celne spostrzeżenie, bo niby jak dzieci mają zrozumieć zależność: praca – wynagrodzenie – rachunek bankowy – bankomat – gotówka w portfelu, jeżeli my im tego nie wyjaśnimy? Szkoła nas nie zastąpi i takich rzeczy musimy nauczyć dzieci sami. Właśnie dlatego na moim blogu publikuję cykl artykułów o finansowej edukacji dzieci.
Niedawno moja 7-letnia Gabrysia, stojąc ze mną przy bankomacie, stwierdziła: Tato, chciałabym mieć taką kartę. Kupiłabym sobie telefon. To dało nam fajny, zupełnie naturalny pretekst do rozmowy na temat tego, że karta to tylko element większej układanki.
Dzisiaj zapraszam Was serdecznie do lektury kolejnego wpisu na temat edukacji finansowej dzieci, przygotowanego przez Anię Sadowską. W poszukiwaniu różnych sposobów i pomysłów na finansową edukację dzieci, Ania przedziera się dla nas przez kolejne książki na ten temat, wyciągając z nich to, co najlepsze. To nie są recenzje książek, ale „wyciskanie” z ich treści konkretnych sposobów na przekazywanie dzieciom finansowej wiedzy. W ten sposób za jakiś czas będziemy dysponować solidnym arsenałem pomysłów.
Dzięki współpracy z Anią nasz cykl szybko się rozrasta. Sporo przydatnych pomysłów i porad znajdziecie w tych artykułach:

1. Czego nauczyć dzieci o pieniądzach? (Marcin Iwuć)
2. Edukacja finansowa dzieci – podsumowanie pierwszego kwartału (Marcin Iwuć)
3. Kieszonkowe dla dzieci – wady, zalety, i…złoty środek? (Marcin Iwuć)
4. Edukacja finansowa dzieci. Bank taty. (Anna Sadowska)
5. Jak nauczyć dziecko finansów? Case study. (Anna Sadowska)
6. Edukacja finansowa dzieci – jak to się robi w Kanadzie? (Anna Sadowska)

Dziś będzie o tym, że pieniądze nie rosną na drzewach oraz o kilku pomysłach na „finansowo-edukacyjne” zabawy z naszymi dziećmi. A teraz oddaję już głos Ani.

 

Domowy bank ruszył i działa!

Jak doskonale wiecie, poza czytaniem książek o finansowej edukacji dzieci i wyciąganiem z nich „esencji”, staram się na bieżąco wprowadzać w życie odnalezione w nich rady, które przypadły mi do gustu. Po przeczytaniu książki „Bank Taty”, o której pisałam dla Was tutaj , otworzyłam dzieciom wirtualne konta na stronie First Kid Bank, które dziś wyglądają tak (kwoty nie są w EUR, po prostu nie było opcji w PLN):

First Kid Bank

­ Mama, mogę zobaczyć, jak mi urosły odsetki? To pytanie, które słyszę od miesiąca, co poniedziałek. Zadaje mi je Paweł, który stał się maniakiem oszczędzania. A dlaczego pyta zawsze w poniedziałek? Bo w First Kid Bank ma ustawione, że co tydzień przyrasta mu 3% odsetek na jego koncie oszczędnościowym. Przy kwocie, którą do tej pory udało mu się zgromadzić, odsetki wynoszą prawie 5 zł. Jego tygodniowe kieszonkowe to 8 zł, więc chłopak wyciąga z mojej kieszeni sporą kasę jak na siedmiolatka. 🙂

A jak jego brat bliźniak, Sebastian? Czy też przebiera z niecierpliwością nogami, żeby zobaczyć, ile przyrosło na jego koncie? Tak się dziwnie składa, że choć są bliźniakami, to Sebastian ma dosyć lekką rękę do pieniędzy. Nie wydaje wszystkiego, co akurat ma, ale też się zanadto nie zastanawia, czy to potrzeba czy zachcianka. Chłopcy dostają kieszonkowe od lutego, ale dopiero odkąd funkcjonuje nasz „domowy bank”, Sebastian zaczął oszczędzać większe sumy. Co go do tego skłoniło?

Po pierwsze zauważył, że Paweł przygarnia co tydzień prawie 2 razy więcej milusich odsetek. Po drugie, kolega dał mu książeczkę z zestawami Lego i teraz Sebastian ma jasny cel oszczędzania: statek do badań głębinowych.  W dodatku przekonał brata, by ten dorzucił połowę potrzebnej sumy, bo przecież też będzie chciał się pobawić. Wygląda więc na to, że First Kid Bank spełnia swoją rolę. 🙂

Ja oczywiście nie spoczywam na laurach i szukam kolejnych wskazówek. Zależy mi, żeby moi synowie byli mądrymi konsumentami, którzy inteligentnie wydają swoje pieniądze. A co to za jeden, ten mądry konsument? I jak sprawić, żeby nasze dziecko kimś takim zostało? O tym sporo się dowiedziałam z książki Neale S.Godfrey „Money doesn’t grow on trees” (Pieniądze nie rosną na drzewach). I dzisiaj podzielę się z Wami tym, co odnalazłam w tej książce.


Włączamy program Oszczędzanie.

Neale to prawdziwy autorytet w dziedzinie edukacji finansowej dzieci. Przez lata pracowała na wysokich szczeblach w bankowości. Prawie 25 lat temu założyła swoją firmę, której misją jest edukacja dzieci i ich rodziców w kwestii pieniędzy. Sama wychowała dwoje dzieci, mieszka w Stanach Zjednoczonych.

Jak jej zdaniem włączyć u dzieci program „Oszczędzanie”? Neale podchodzi do edukacji finansowej dzieci w sposób metodyczny, wykorzystując swoje doświadczenie z korporacji. Jeśli chodzi o oszczędzanie, proponuje taki sposób:

  1. Daj dzieciom narzędzia.

  2. Stwórz odpowiednie środowisko.

  3. Monitoruj rezultaty i zachęcaj.

Jeśli pracujecie w korporacji, to pewnie macie dość takiego języka. 🙂  Na szczęście autorka tłumaczy to całkiem normalnie. Najważniejsze, żeby stworzyć system, który będzie łatwy w obsłudze dla dzieci i rodziców oraz pomoże wyrobić właściwe nawyki. W tym celu trzeba spełnić 3 warunki:

  1. Zapewnij cotygodniowe kieszonkowe – żeby dziecko miało z czego oszczędzać.
  2. Wymyśl bezpieczne miejsce na przechowywanie oszczędności dziecka – na przykład osobne słoiki.
  3. Naklej na słoiku zdjęcie rzeczy, na którą dziecko zbiera – żeby miało ciągłą motywację, gdy spojrzy na swoje oszczędności (w sumie dlaczego nie, mogę wyciąć zdjęcie tego statku do badań głębinowych).

Jeśli śledziliście nasze wcześniejsze wpisy, to doskonale jest Wam znany system oszczędzania dla dzieci z wykorzystaniem trzech słoików: na bieżące wydatki, na większe oszczędności (uczymy odroczonej gratyfikacji) oraz na pomoc innym (uczymy dzielić się finansowym sukcesem). Tutaj autorka proponuje, aby dorzucić jeszcze czwarty słoik – na oszczędzanie długoterminowe.

Gdzie przebiega granica między oszczędzaniem krótko­ a długoterminowym? Mnie to trochę zszokowało. Otóż według Neale dziecko powinno zbierać w Słoiku nr 4 na … swoją odległą przyszłość, taką jak własne studia. Dla mnie to totalny absurd, żeby dzieci miały na to odkładać. Uważam, że jest to obowiązkiem rodziców. Dlatego zostanę raczej przy swoich trzech słoikach.

 

Włączamy program Mądry Konsument.

Neale uważa, że w edukacji finansowej dzieci nie chodzi tylko o to, żeby nauczyć je oszczędzania, ale równie ważne jest, aby potrafiły też mądrze wydawać pieniądze. Wie, że dzieci nie przepadają za typowo szkolnym podawaniem wiedzy, więc wymyśliła różne gry, które mają pomóc w edukacji naszych pociech.

Kim zdaniem autorki jest mądry konsument? Jest nim ktoś, kto wie, jak zrobić budżet i się go trzymać, rozumie różnicę między potrzebą a zachcianką oraz sprytnie korzysta z zakupowych okazji. Autorka podaje tu przykład swojej przyjaciółki, która kupiła IPoda za połowę ceny. Wydawać by się mogło, że to dobry „deal”, ale przyjaciółka wprowadzała się właśnie do nowego mieszkania i kwota, którą impulsywnie wydała na Ipoda, miała być przeznaczona na potrzebne rzeczy do domu.

Neale twierdzi, że właśnie bycie „złym konsumentem” to główny powód, dla którego dorośli nie radzą sobie z pieniędzmi. Dlatego musimy nauczyć dzieci bycia mądrymi konsumentami. Autorka przedstawia proste równanie:

Badanie rynku + Plan (Budżet) + Dyscyplina = MĄDRY KONSUMENT

Mam nadzieję, że nie przeraził Was pierwszy składnik tego równania. Nie chodzi o to, żebyśmy zamawiali badanie rynku u jakiejś profesjonalnej agencji, tylko żebyśmy po prostu rozeznali się trochę w cenach, zanim wydamy na coś pieniądze. Tak też zrobiłam, gdy Sebi się zmartwił, że wymarzony zestaw Lego kosztuje 399 zł (tak było napisane w książeczce, którą dostał od kolegi). Sprawdziliśmy razem, że w internecie można znaleźć egzemplarze o kilkadziesiąt złotych tańsze. Na tym ma właśnie polegać owo badanie rynku.

Drugi składnik równania to budżet. Neale podaje fajne wytłumaczenie, które możemy przekazać dzieciom, gdy zapytają, po co nam budżet: Dobry budżet pozwala Ci płacić za to, czego potrzebujesz i oszczędzać na to, czego pragniesz. Według Neale struktura dziecięcego budżetu powinna być następująca: cele dobroczynne – 10% całkowitej sumy kieszonkowego, odkładane od razu po otrzymaniu pieniędzy, wydatki: 30%, oszczędzanie krótkoterminowe 30%, oszczędzanie długoterminowe 30%. Tak samo miałyby być rozdzielane pieniądze, które dziecko dostanie od innych.

Moim zdaniem narzucanie dziecku, jak kieszonkowe ma być podzielone, jest trochę bez sensu, bo przecież nie uczy dzieci zarządzania pieniędzmi. Chyba lepiej, żeby same decydowały, jak podzielić swoje pieniądze między wszystkie słoiki?

 

Uruchamiamy program MESS – i jest porządek w finansach.

MESS (ang. bałagan) to nic innego jak chwytliwa zasada, ułatwiająca zapamiętanie ważnych spraw dotyczących wydawania pieniędzy:

  • Make a list (zrób listę) – zanim pójdziesz na większe zakupy,
  • Evaluate (oceń) – przemyśl, co jest Ci naprawdę potrzebne i czego nie masz na pewno w domu,
  • Shop the Ads (kupuj reklamowany towar) – możesz znaleźć niezłe okazje i wydaj mniej,
  • Stick to the Agenda (trzymaj się planu) – gdy będziesz już w sklepie, bądź twardy i kup tylko to, co masz na liście.

Jeśli będziemy się trzymać programu MESS na większych zakupach, a dzieci będą nas obserwować w akcji, to są spore szanse, że w dorosłym życiu też będą kupować bardziej świadomie. Proste, prawda?:)

 

Kochanie, zapro­GRA­mowałam nasze dzieci.

Teraz coś więcej o wcześniej wspomnianych grach, które wymyśliła Neale. Przedstawię Wam te moim zdaniem najciekawsze, choć w książce jest ich więcej:

  1. Rozpoznajemy potrzebę – można się w to bawić nawet w aucie czy na spacerze, mijając różne billboardy. Widzimy, że reklamują na przykład jakiś nowy telefon – niech dziecko oceni, czy to potrzeba czy zachcianka. Wbrew pozorom, odpowiedź nie musi być jednoznaczna. Podobną zabawę wypróbował Marcin ze swoimi córkami, co opisał tutaj.
  2. Wartość relatywna – według autorki jest to fundament pod inteligentne decyzje finansowe. Chodzi o to, ile kosztuje dana rzecz w relacji do tego, co muszę zrobić, żeby za nią zapłacić:
    a) w odniesieniu do czasu – ile czasu zajmuje, żeby na coś zaoszczędzić;
    b) w odniesieniu do pracy – na przykład ile trawników dziecko musi skosić, żeby na coś zarobić.Opis gry: potrzebujemy zdjęcia produktów (na przykład z gazetek reklamowych supermarketów), ołówka i kartki papieru dla każdego uczestnika oraz moderatora/sędziego (czyli rodzica). Rodzic pokazuje graczom zdjęcie i każdy z uczestników zapisuje na kartce cenę podaną w wartości relatywnej, tzn. ile tygodni kieszonkowego kosztuje dana rzecz lub ile dodatkowych prac trzeba wykonać, żeby na to zarobić. Wygrywa ten, kto poda odpowiedź najbardziej zbliżoną do prawdy. Gdy dziecko już opanowało w grze kwestię wartości relatywnej, przechodzimy do kolejnej gry.
  3. Porównanie cen na zakupach. Potrzebne nam będą: notatnik, ołówek i kalkulator. Rodzic pisze w notatniku, co ma znaleźć w sklepie dziecko i jaki ma na to budżet – na przykład opakowanie herbaty 100 sztuk za maksymalnie 8 zł. Wygrywa to dziecko, które zaoszczędzi najwięcej pieniędzy z danego budżetu, czyli kupi najtaniej. Ta gra wydaje mi się dosyć fajna dla małych dzieci, ale starsze według mnie powinny już wiedzieć, że patrzymy nie tylko na cenę, ale i na jakość, wielkość opakowania, czy ma metkę Made in Poland 🙂
  4. Reklamy telewizyjne. Neale uważa również, że powinniśmy czasem oglądać z dzieckiem reklamy. Pewnie niektórzy z Was pukają się w czoło, że przecież to tylko zachęci je do kupowania kolejnych rzeczy. Według autorki, jeśli rozumiemy, co się kryje pod reklamami, to zagrywki speców od marketingu już nas tak łatwo nie zwiodą. Niech dziecko wybierze w sklepie jakiś produkt z reklamy, którą widziało w TV, na przykład płatki śniadaniowe. Następnie kupujemy też inne płatki, które nie były reklamowane. W domu przeprowadzamy test, angażując resztę rodziny. Nie patrząc na opakowanie, niech każdy z domowników oceni, które płatki są lepsze. Jeśli rodzina wybrała w tym teście reklamowany produkt, to dziecko wygrywa. Na końcu możesz stwierdzić wspólnie z dzieckiem, czy faktycznie jak w reklamie płatki są chrupiące, mają dużo rodzynek itp.
  5. Szukamy idealnego produktu. W tę grę Neale zwykle grała z dziećmi w sobotnie przedpołudnia. Znajdziecie na nią na pewno czas, bo chodzi o wykorzystanie tego momentu w tygodniu, gdy robimy większe zakupy w supermarkecie. Celem zabawy jest zdobycie praktyki w realnym świecie i wzmocnienie dobrych nawyków konsumenckich. Dajemy dziecku zadanie, żeby znalazło dany towar zgodny z naszymi wytycznymi, na przykład bezzapachowy papier toaletowy w kolorze niebieskim. Jeśli dziecko wybierze ten sam produkt, który Ty byś wybrał (lub tańszy),wtedy dostaje określoną nagrodę.

W książce znajdziecie jeszcze więcej porad dotyczących edukacji finansowej dzieci, między innymi:

  • ­ jak postępować z tymi dziećmi, które nie chcą oszczędzać oraz z tymi, które mają zadatki na dusigroszy (bo żadna z tych postaw nie jest właściwa),
  • jak postępować w kwestiach finansowych z nastolatkami,
  • co rodzice powinni powiedzieć dzieciom o własnych finansach,
  • jak prosto wytłumaczyć pojęcia finansowe.

Podsumowując, nauka o pieniądzach to zdaniem autorki przede wszystkim wpojenie dzieciom zasady, że powinny same na sobie polegać. Młodsze dzieci dodatkowo zrozumieją, po co im matematyka w szkołach, a starsze poznają wartości takie jak uczciwość czy odpowiedzialność. To wszystko ma również fajny skutek uboczny – nieco więcej wspólnej, rodzinnej zabawy.

Co sądzicie o podejściu Neale? Czy jej rady mogą okazać się dla Was przydatne? Wypróbujecie proponowane przez nią zabawy? Jestem bardzo ciekawa, które pomysły są Waszym zdaniem fajne, a które nie. Czekam na Wasze opinie w komentarzach. 🙂

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze19 komentarzy

  1. Podoba mi się pomysł z reklamą telewizyjną, choć dla mojego pięciolatka to trochę za wcześnie 🙂

    Obecnie w praktyce wykorzystujemy zasadę numer 3, czyli porównywanie cen podczas zakupów. Jakiś czas temu udało nam się wytłumaczyć synowi, że warto zwracać uwagę na ceny w sklepie, bo za te same pieniądze można kupić więcej. A dzięki zakupom w Internecie, możliwości są jeszcze większe 🙂

    Przedszkolak już dzisiaj wie, że za 10 zł w sklepie osiedlowym możemy kupić 2 jajka Kinder Niespodzianka, albo 3 w supermarkecie :-). To samo dotyczy ulubionej maskotki czy klocków Lego. Teraz jak syn przynosi kolejną rewelację z przedszkola (ostatnio buty świecące), to zamiast wizyty w sklepie z zabawkami, prosi by pokazać mu propozycje w sklepie Internetowym 🙂

    • Hej Dominik,

      Dziękuje za komentarz. U nas też internet robi swoje. Ostatnio moje córki oglądając w sklepie jakąś droższą zabawkę zakończyły rozważania stwierdzeniem: „Tato, zrób zdjęcie swoim telefonem. Zobaczymy ile kosztuje na Allegro” 🙂

  2. Wpis na czasie. Mało kto dzisiaj uczy swoje dzieci w tak młodym wieku mądrego zarządzania pieniędzmi. Jak już coś spłodzę to pewnie będę tu non stop zaglądał.

  3. Super wpis.
    Małe ALE:
    – ceny w przeglądarkach zmieniają się w zależności co wcześniej oglądaliśmy (porównywarkach najczęściej). Więc tryb prywatny jak najbardziej zalecany.

    – poszukiwanie w reklamach (szczególnie tv) produktu, które „będzie odpowiadał”.
    Bardzo uzależnia od poznawania mechanizmów reklamy, a wszyscy wiedzą, że reklamy są po prostu głupie. Jedyny sens z reklam jest taki: producent ma za dużo czegoś i chce to sprzedać. Ja nie chce być królikiem doświadczalnym dla producenta.
    Dlatego reklam nie oglądam.
    Szukanie dziś wiedzy – bez reklam – to dopiero wyzwanie:(

    • Ania Sadowska

      Dzięki za uwagi. Ja też staram się nie oglądać reklam, ale jak wiadomo, coraz trudniej jej omijać, więc może dobrze nauczyć się z nimi jakoś żyć 🙂

  4. Pamiętam jak byliśmy z bratem mali rodzice wpajali nam jak ważne jest oszczędzanie i uczyli aby szanować pieniądze. Mieliśmy zupełnie inne charaktery i efekt był taki, że ja zawsze miałem odłożone na kupce trochę grosza. Brat z kolei na bieżąco wydawał wszystko tak jakby ta gotówka go parzyła. Do dziś nam to zostało 🙂

    • Ania Sadowska

      To zupełnie jak moi chłopcy. Mam nadzieję, że jednak ich własne doświadczenia z domowym bankiem i kieszonkowym, pozwolą im obu rozsądnie wydawać pieniądze.

  5. Takich podstaw powinni uczyć w szkole podstawowej na przedmiocie Inteligencja Finansowa, choć raczej szybko to nie nastąpi, więc o tą inteligencje rodzice sami muszą się zatroszczyć 😉

  6. Po tym artykule czuję, że to najwyższa pora zająć się finansami dzieci. Do tej pory były świnki skarbonki, drobniaki tam sobie wpadały. Mama w sklepie kupuje kartą, to tak samo się wszystko dzieje.
    Właściwie moje złote dzieci 🙂 nawet nie mają większych potrzeb, a jak miały, to dało się przekonać („daj mi 3 argumenty, ze to jest coś naprawdę czego potrzebujesz”, albo „poszukajmy trochę, może znajdziemy coś ciekawszego” i potrzeba się rozpływała).
    Ale może faktycznie trzeba zastanowić się nad kieszonkowym i urealnieniem pieniędzy, by potem dzieciaki potrafiły się odnaleźć w świecie.

  7. Genialny jest ten cykl! Aż żałuję, że Junior jest jest jeszcze niemowlakiem i minie sporo czasu, zanim wypróbuję na nim te sposoby 😉
    Czyli jednak można mieć większe lub mniejsze predyspozycje do oszczędzania, co widać na przykładzie Twoich synów. I to jeszcze bliźniaków! 😉

    Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy.

    • Ania Sadowska

      Dziękuję! Junior jest faktycznie za mały i mógłby połknąć monety, zamiast zrobić z nich właściwy użytek. Ale jeśli w rodzinie/u znajomych są starsze dzieci, to daj znać rodzicom, żeby wypróbowali te metody. Sama jestem ciekawa, jak to u innych mogłoby działać, bo 2 siedmioletnich chłopców to nie jest zbyt reprezentatywna grupa 🙂

  8. Cześć, super artykuł 🙂
    Mała poprawka jest potrzebna. Link do zabawy opisanej przez Marcina jest niepoprawny.

    P.S.
    Zabawa w zachciankę lub potrzebę proponowana przez Marcina w drugim odcinku cyklu jest super. Wypróbuję przy najbliższej okazji :).

  9. Zupełnie nie zgadzam się z poglądem, że cele długoterminowe nie są warte zachodu, dzieci trzeba nauczyć je szanować znacznie bardziej niż te krótkoterminowe. Dla siedmiolatka to może być abstrakcja, ale takiego dziecka które wybiera np. liceum już nie.
    Twierdzenie iż za studia powinni zapłacić rodzice dla mnie jest absurdem. Dopomóc tak, ale sfinansować czy odebrać odpowiedzialność finansową za nie dzieciom to jakby zaprzeczyć wszystkiemu, czego chcemy ich nauczyć o odpowiedzialności za własną finansową przyszłość.

Odpowiedz