Edukacja finansowa dzieci. Bank taty.

74

Finanse osobiste bank taty small

 

Moje córki wyjechały na wakacje, a to oznacza 2 tygodnie luzu. W domu cisza jak makiem zasiał. Atmosfera istnie wakacyjna i relaksacyjna. Za kilka dni zacznie mi pewnie brakować ich ciągłych pytań, wygłupów, śmiechów, krzyków i przytulania. Ale na razie napawam się błogą ciszą i spokojem. Dziś jednak od tematu dzieci nie uciekniemy. Ich finansowa edukacja to jeden z najważniejszych tematów, który od początku chciałem poruszać na blogu, ale… ciągle mi on „uciekał”, bo inne wydawały się ciekawsze i ważniejsze. Wiedziałem, że muszę coś z tym zrobić i życie samo posunęło mi rozwiązanie. Przedstawiam Wam Anię Sadowską, czytelniczkę bloga, która tak konsekwentnie „męczyła mnie” o wpisy na temat dzieci, że… teraz ma za swoje. 🙂

Jak zaczęła się nasza współpraca?

Cześć! Jestem Ania. Nie zarabiam milionów, ale dzięki poradom na blogu Marcina stać mnie na wiele. 🙂 Mam trójkę dzieci i bardzo mi zależy, aby przekazać im właściwą wiedzę o finansach i nauczyć odpowiednich zachowań, zanim dostaną do ręki pierwszą wypłatę. Pomimo tego, że ukończyłam studia, na których miałam przedmioty związane z ekonomią i rynkami kapitałowymi, wcale nie jest mi łatwo podczas spacerów, wspólnych posiłków czy zabaw poruszyć tak „ciężkie” tematy.

Niedawno z ciekawości sprawdziłam, czy szkoła chce coś przekazać moim dzieciom na temat finansów. Dwóch moich synków-bliźniaków właśnie skończyło pierwszy rok podstawówki. Oto co znalazłam w podstawie programowej:

 7. Edukacja matematyczna. Wspomaganie rozwoju umysłowego oraz kształtowanie wiadomości i umiejętności matematycznych dzieci. Uczeń kończący klasę I:
(…) 4) w zakresie obliczeń pieniężnych:
a) zna będące w obiegu monety i banknot o wartości 10 zł; zna wartość nabywczą monet i radzi sobie w sytuacji kupna i sprzedaży,
b) zna pojęcie długu i konieczność spłacenia go.

Faktycznie, moje dzieci miały w elementarzu zadania odnośnie podpunktu a), ale podpunkt b) – już niekoniecznie. Nie sprawdzałam, co jest w podstawie programowej na kolejne lata, ale mam nadzieję, że coś zupełnie innego niż „Zna pojęcie windykatora i konieczność dogadania się z nim, żeby nie skończyło się wizytą komornika”.

Zaczęłam szukać inspiracji oraz przykładów edukacji finansowej dzieci w internecie. Niestety, łatwo nie jest… większość blogów i portali finansowych koncentruje się na osobach dorosłych. Marcin wprawdzie fajnie zaczął, bo pojawiły się 3 (słownie: trzy) artykuły dotyczące edukacji finansowej dzieci:

1. Czego nauczyć dzieci o pieniądzach?
2. Edukacja finansowa dzieci – podsumowanie pierwszego kwartału.
3. Kieszonkowe dla dzieci – wady, zalety i … złoty środek?

…ale nie było kontynuacji. Na spotkaniu czytelników bloga w Warszawie, jak również w komentarzach i mailowo, zaczęłam cisnąć Marcina by napisał więcej. I wiecie, co odpisał? Że obecnie jego priorytetem jest pisanie o finansach osób dorosłych, ale… skoro ten temat jest dla mnie taki ważny, to chętnie udostępni mi miejsce na swoim blogu bym pisała o tym dla innych rodziców. Jego reakcja mocno mnie zaskoczyła:

– Marcin, ale ja nie jestem ekspertem w tej dziedzinie.
– To nim zostań. Na początku nikt nie jest ekspertem.
– Ale do tego potrzeba wiedzy.
– No pewnie. Dlatego zacznij ją zdobywać i dzielić się z innymi. To najszybszy sposób na naukę.

Podjęłam więc wyzwanie. 🙂 Marcin zaproponował abym zapoznawała się z różnymi źródłami na temat edukacji dzieci i opisywała to, co może być interesujące i pomocne dla innych rodziców. Jeśli chcecie razem ze mną szkolić się z dziedziny, która w Polsce dopiero raczkuje, to serdecznie Was zapraszam.

 

Zaczynamy od bankiera.

Na początek wybrałam książkę Davida Owena „Bank Taty”. Autor jest dziennikarzem „New Yorkera”, a wiedzę na temat finansów zdobył w głównej mierze od ojca-brokera. Jak sam przyznaje, tata był dla niego przede wszystkim dobrym przykładem, który pozwolił mu wyrobić właściwe sposoby postępowania z pieniędzmi.

Czy zatem książka pokazuje, jak mamy świecić przykładem? Niekoniecznie. Choć potwierdza, że dzieci uczą się sporo o pieniądzach przez obserwację naszych zachowań, to mogą nauczyć się jeszcze więcej, jeśli pozwolimy im podejmować próby i popełniać błędy.

Właśnie dlatego autor założył swój bank, a potem giełdę, które miały tylko 2 klientów – jego własne dzieci. O szczegółach tego pomysłu i jego efektach napiszę dalej, najpierw jednak pokażę, co jest ważne w jego podejściu.

 

  1. Zrozum naturę dziecka i sposób jego rozumowania.

Gdy chcemy nauczyć dziecko oszczędzać, musimy dać mu powód oszczędzania, który będzie miał dla niego sens już teraz, a nie dopiero w przyszłości.

Dla dziecka rachunek oszczędnościowy to „czarna dziura połykająca banknoty, które dostało na urodziny”, a limit wydawania kieszonkowego to konfiskata mienia, nie zaś nauka o oszczędzaniu czy dobroczynności. Dla małych dzieci słowo „długoterminowy” można z powodzeniem przetłumaczyć na „nigdy” – spróbujcie sobie przypomnieć, jak Wam płynął czas, gdy byliście dziećmi, a jak pędzi teraz.

Większość dzieci ma silnie rozwinięte poczucie własności – pieniądze, które od początku należą do nich i którymi mogą dysponować według własnego uznania, dość wolno zmieniają właściciela na sprzedawcę słodyczy czy tanich pamiątek. Zupełnie inaczej jest w przypadku tych pieniędzy, które dzieci mogą od nas po prostu „wyprosić”. Te się rozchodzą z prędkością światła.

 

  1. Pozwól dziecku samodzielnie zarządzać swoimi pieniędzmi.

Autor przekonuje, jak istotne jest, aby dzieci nie musiały pytać o zgodę, zanim coś kupią za własne pieniądze. Nie powinny się też przed nami szczegółowo tłumaczyć, na co potrzebują pieniądze. Ważne tylko, żeby nie było to coś niedozwolonego, czyli zagrażającego zdrowiu, bezpieczeństwu lub niezgodnego z prawem. Podpowiada, żeby wprowadzić zasady regulujące określone zachowania, a nie sposób wydawania pieniędzy (np. że nie wolno objadać się słodyczami przed obiadem). Wielu rodziców traktuje pieniądze należące do dzieci jak swoje, i nadmiernie stara się kontrolować sposób ich wydawania.

Czy Wy bylibyście zachwyceni, gdyby szef nadzorował sposób wydawania pieniędzy, które od niego otrzymaliście? Wyobrażacie sobie szefa mówiącego: Kowalski, dlaczego zarezerwowałeś pobyt w tak drogim pensjonacie? Nie możesz spędzić wakacji w parku i zaoszczędzić na coś konkretnego?. Kiedy dziecko samo odpowiada za swoje wydatki, wtedy zaczyna się zastanawiać, czy faktycznie chce coś kupić. Nie myśli już tylko o tym, jak przekonać rodziców, żeby dali na to pieniądze.

Podobno dzieci autora do tej pory w żartach przytaczają jego słynne zdanie, które wielokrotnie słyszały w dzieciństwie: Ja ci tego nie kupię, ale masz na tyle własnych pieniędzy, że możesz to sobie kupić sam, jeśli tego naprawdę chcesz. Co równie ważne, dzieci znacznie bardziej dbają o rzeczy, które kupiły ze swoich pieniędzy.

 

  1. Nie obiecuj, ale daj nagrodę PRZED wykonaniem zadania

To mnie zaskoczyło. Kto to słyszał, żeby płacić za coś, czego ktoś jeszcze nie wykonał? Przecież może zrobić to źle lub wziąć pieniądze i nie zrobić nic. W świecie dorosłych jest oczywiste, że nagradza się za osiągnięte rezultaty. Pamiętajmy jednak, że powinniśmy przyjąć punkt widzenia dziecka. Dla niego otrzymanie z góry nagrody, czy określonej kwoty pieniędzy, jest o dziwo bardziej motywujące do działania!

Dlaczego? Bo dzieci mają wtedy pewność, że nasze słowa to nie są puste obietnice, że nie zmienimy zdania, nie zaczniemy negocjować nagrody, itp. Fajnie to pokazuje co dzieci myslą o nas dorosłych. 🙂

Poza tym, jak wspomniane zostało już wcześniej, dzieci mają silnie rozwinięte poczucie własności. Jak już będą miały w garści swoją zapłatę, to zrobią wszystko, żeby nikt im jej nie odebrał. Przykład? Autor stosował tą „sztuczkę”, gdy musiał robić zakupy w supermarkecie z dziećmi. Proponował układ – w zamian za grzeczne zachowanie w sklepie, dziecko dostawało z góry drobną sumę, którą mogło wydać lub zostawić sobie na później. Gdy dzieci były małe, zamiast pieniędzy mogły sobie wybrać dowolną małą książeczkę z tego sklepu. Może niezbyt intuicyjne, ale nie szkodzi spróbować, prawda?

 

  1. Daj dosyć duże kieszonkowe.

Dzieci, które dostają małe kieszonkowe, nie chcą oszczędzać ani się zastanawiać co kupić, bo trud odroczonej przyjemności jest zbyt wielki w stosunku do nagrody. Po prostu nie ma szansy, żeby w stosunkowo krótkim czasie uzbierała się z tego suma, którą można przeznaczyć na coś droższego. Podobnie jest z dorosłymi. Gdy zarabiamy najniższą krajową, raczej nie myślimy o założeniu konta oszczędnościowego, tylko o tym, żeby jakoś dotrwać do kolejnej wypłaty.

Dobrze jest zapytać dzieci, ile według nich powinny otrzymywać kieszonkowego. Uwaga, może się zdarzyć, że dzieci Was zaskoczą i powiedzą mniej niż początkowo chcecie im dać (tak się stało w przypadku autora).

Co istotne, dzieci muszą zostać poinformowane, że ustalona wspólnie kwota może wzrosnąć lub zmaleć, jeśli zmienią się warunki, np. gdy jedno z rodziców straci pracę. Jeśli po jakimś czasie dziecko uzna, że przydałaby się podwyżka kieszonkowego (w końcu jego też dotyka inflacja), to najlepiej, gdy poprosi o to na piśmie, bo na papierze raczej nie da się jęczeć. 🙂

 

  1. Nie nakazuj, żeby dziecko odkładało pieniądze na oszczędności i cele dobroczynne.

Czy to znaczy, że mamy wychować dziecko na bezdusznego i egoistycznego konsumenta? Oczywiście nie. Chodzi o coś innego. Zdaniem autora gdy każemy dzieciom coś odkładać, będą to odbierały jako grabież ich własności.

Jeśli nie potrafisz sobie wyobrazić, co dziecko czuje i dlaczego źle interpretuje Twoje dobre intencje, pomyśl o tym, jak Ty się czujesz, gdy porównujesz na „pasku” wartość brutto i netto Twojego wynagrodzenia. Czy jesteś uśmiechnięty, gdy państwo daje ci tak wartościowe lekcje jak odkładanie na emeryturę w ZUSie? 🙂

Jeśli chcesz, by dziecko zaczęło oszczędzać większe kwoty, musisz mu zaoferować korzystne oprocentowanie. Natomiast dobroczynność i nakaz to pojęcia, które wzajemnie się wykluczają. W tym przypadku sprawdzą się słowa A.Schweitzer’a „Przykład nie jest główną metodą wpływania na innych. Jest jedyną”.

 

  1. Nie uzależniaj kieszonkowego od wyników w szkole czy wykonania zwykłych obowiązków domowych.

Obowiązki domowe czy szkolne są naturalną częścią życia i dzieci nie powinny oczekiwać zapłaty za ich wykonanie. Jako dorośli również nie otrzymujemy od nikogo zapłaty za to, że posprzątamy pokój czy odwieziemy własne dziecko do szkoły. Zamiast normalnego rodzinnego układu powstaje wtedy zależność pracodawca-pracownik. Autor zgadza się jedynie, aby płacić za zrobienie w domu czegoś, co nie jest na liście dziecięcych obowiązków, np. skoszenie trawnika czy opieka nad młodszym rodzeństwem.

Zamiast przekonywania za pomocą pieniędzy, że należy wykonać jakąś pracę domową, wystarczy pomyśleć o potrzebach i korzyściach dzieci, gdy dany obowiązek zostanie wykonany. Dzieci lubią czuć się wyróżnione, dlatego umiejętne „sprzedanie” potrzeby wykonania jakiegoś zadania na pewno nam się opłaci. Wakacyjny przykład – jeśli potraktujemy gruntowne sprzątanie auta przed urlopem jako naturalny rytuał przed zbliżającym się wypoczynkiem, to dzieciom same nasuną się pozytywne skojarzenia i z radością nam w tym zadaniu pomogą.

 

  1. Ustal koszty, które dziecko ponosi samo.

Podstawowa zasada – kto decyduje, ten płaci. Jeśli chcecie kontrolować jakąś grupę zakupów dziecka, to powinniście za nie płacić. Warto dosyć szczegółowo wchodzić w te kategorie. Autor podaje przykład ubrań i tego, jakie ustalenia miał ze swoimi nastoletnimi dziećmi. Postanowili, że będą pokrywać koszty podstawowych ubrań potrzebnych do szkoły i na oficjalne okazje, natomiast całą resztę sponsoruje sobie dziecko.

Inne ważne kategorie, za które rodzice powinni płacić, to prezenty urodzinowe dla kolegów (żeby dzieci nie oszczędzały na prezencie) czy rodzinne przyjemności/wyjścia (do określonej granicy – np. wspólne lody na wakacjach są kosztem rodziców, ale zbędne pamiątki już nie).

Finanse osobiste bank taty

Ech, czego to człowiek nie zrobi dla dzieci?

David -ojciec dwojga dzieci, dziennikarz New Yorkera (innymi słowy zwykły rodzic, który wykonuje jakiś zawód) – postanowił założyć domowy bank i sam podjął się zadania bankiera. Zapytacie pewnie, po co te wysiłki, skoro można założyć dzieciom konto w prawdziwym banku? Jasne, że można, ale żaden z banków chyba nigdy w historii nie spełniłby wysokich wymagań, jakie autor miał w stosunku do rachunku oszczędnościowego dla swoich dzieci. Właściwie warunek był jeden – rachunek miał przynosić odsetki w wysokości 5% …… miesięcznie!

Wszystko fajnie, tylko po co taka hojność? Przecież dużo mniejsze sumy też powinny dzieciom wystarczyć. Pewnie tak. Jednak celem Davida było nauczenie dzieci oszczędzania, przy jednoczesnym zapewnieniu im środków na własne potrzeby (a czasem i zachcianki). Tak korzystne oprocentowanie dawało dzieciom zysk 70 procent w skali roku, więc zgromadzona kwota robiła się dwa razy większa już po około 15 miesiącach. Podobnie jak przy kredytach chwilówkach, tylko zysk płynął w dobrą stronę. 🙂

David otworzył każdemu dziecku rachunek w wysokości 25 USD (jedno miało wtedy 6 lat, drugie 10 i oboje do końca nie wiedzieli, co to są odsetki). Zapowiedział im, że jeśli zachowają tą sumę w jego banku przez cały miesiąc, to dostaną 1,15 USD więcej. W kolejnych miesiącach autor wprowadził zasadę kapitalizacji odsetek, które naliczały się od całej kwoty zgromadzonej na koniec miesiąca (razem z wcześniejszymi odsetkami). Żeby tego było mało, dzieci na początku miesiąca dostawały kieszonkowe i mogły wpłacać do Banku Taty każdą dodatkową kwotę, którą od kogoś dostały lub zarobiły. Zaczynały się więc w szybkim tempie bogacić 🙂

Jak myślicie, co się stało z zachowaniem dzieci?

  1. a) poczuły, że żyją i rozpoczął się niekontrolowany wypływ środków z ich rachunku bankowego, jak tylko uzbierały jakąś sumę;
  2. b) poczuły, że mogą w końcu rządzić swoimi pieniędzmi i wolą mieć 2 razy więcej w kolejnym roku swojego życia, dlatego sporą część oszczędzały;
  3. c) poczuły tylko zdziwienie, że tata ma takie dziwne pomysły, zamiast po prostu sponsorować ich zachcianki.

Mam nadzieję, że udało się Wam rozpoznać prawidłową odpowiedź. Dzieci Davida wyciągnęły właściwe wnioski, a nauczyły ich tego nie morały o wstrzemięźliwości, tylko same pieniądze, którym pozwolono dojść do głosu.

 

Jak założyć domowy bank?

 

  • Im prościej, tym lepiej

Wystarczy komputer, a nawet kartka papieru. Autor do prowadzenia rachunków używał anglojęzycznego programu Quicken, ale nie ma potrzeby prowadzenia rozbudowanego rejestru czy analizy wydatków, bo dzieci interesował tylko aktualny stan konta i czy aby na pewno kieszonkowe i odsetki zostały doliczone.

Aby zabawa w bank od początku dzieci zainteresowała, David potraktował je jak prawdziwych klientów banku. Poprosił je o złożenie wzorów swoich podpisów, a nawet wydrukował czeki, które miały służyć do wypłat z banku. Okazało się, że akurat w przypadku jego rodziny pomysł z czekami był nietrafiony, bo wprowadzał trochę bałaganu. Zamiast tego po pewnym czasie dzieci po prostu mówiły, ile chcą wypłacić, po czym David lub jego żona dawali im gotówkę, a wypłatę odnotowywali w komputerze. Autor stwierdza, że gdyby teraz miał jeszcze raz otworzyć Bank Taty, uprościłby procedurę wypłacania gotówki i ustawił w kuchni bankomat-pudełko.

 

  • Ustal atrakcyjne oprocentowanie, ale możliwe do spełnienia

Początkowe 5% miesięcznego zysku okazało się jednak zbyt wysokie, jeśli chodzi o możliwości finansowe Davida i jego żony. Po 2 latach zaprosił więc oboje dzieci na rozmowę i wyjaśnił powody, dla których musi zmniejszyć oprocentowanie do 3%. Na szczęście dzięki szczerej rozmowie jego dzieci zaakceptowały tą sytuację bez większych jęków. Autor podkreśla, że mimo to na pierwszy rok czy dwa lata funkcjonowania banku warto ustalić właśnie 5% odsetek, bo jest to bardziej motywujące dla małych klientów.

 

  • Nie przynudzaj

David przekonał się na własnej skórze, że nie warto tłumaczyć dzieciom dokładnie finansowych pojęć ani prowadzić rozbudowanej analizy wydatków, bo w tym wieku kompletnie ich to nie interesuje. Ważne, żeby intuicyjnie odkryły, czym jest oszczędzanie lub dlaczego potrzeby i zachcianki to nie to samo.

No dobrze. Jak na pierwszy wpis, chyba wystarczy. Choć przedstawiłam Wam sporo porad, które znalazłam w tej książce, to jest to jedynie niewielka ich część. Znajdziecie w niej jeszcze mnóstwo innych pomysłów i podpowiedzi:

– Jak założyć domową giełdę, która ma wiele wspólnego z rzeczywistością?
– Czego się dziecko nauczy, gdy pozwolimy mu wystąpić w roli sprzedającego i kupującego na aukcjach internetowych?
– Czy nastolatki powinny pracować po szkole?
– Co to jest prawdziwa wartość netto?
– Czy Rockefeller lub Aleksander Wielki byli od nas bardziej bogaci?
– Jaką najlepszą rzecz rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci, jeśli chodzi o ich przyszłość?

Ja już zaczynam własne eksperymenty i w kolejnym wpisie dam Wam znać, jak działa nasz domowy bank. Od razu zaczynam też szukać kolejnej książki, z której wyciągnę dla siebie i dla Was kilka przydatnych wskazówek. To tyle na dziś.


I co Wy na to? Ania dała radę.

Hej, to znowu Marcin. Ania wysłała mi wpis i od razu pojechała na wakacje, więc pewnie na jej komentarze trzeba będzie trochę poczekać. Ale przyznam, że z największą przyjemnością przeczytałem jej wpis. Myślę, że to będzie super sposób na uzupełnienie bloga o tak ważny dla nas temat.

Jestem bardzo ciekawy Waszych komentarzy. Co myślicie o wskazówkach autora? Może macie jakieś własne ciekawe spostrzeżenia na temat dzieci i finansów? I oczywiście – podpowiedzcie nam, jaka kolejną książkę z tej tematyki warto „wziąć na warsztat”.

A dla osób zainteresowanych ewentualnym kupnem „Banku taty” załączam tradycyjnie linki do księgarni. Widziałem książkę również na stronach Matras i Empik w promocyjnej cenie (z jakichś przyczyn nie załadowały się do porównywarki). Miłego dnia! 🙂
(Uprzejmie Cię informuję, że są to tzw. linki afiliacyjne – korzystając z nich nie ponosisz żadnych dodatkowych kosztów, natomiast ja mogę otrzymać kilka procent prowizji ze sprzedaży książki. Dlatego dziękuję Ci, jeśli wybrałeś zakup tą drogą ).

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze74 komentarze

  1. Też ubolewam że w szkole tak mało uczą o finansach. Mało tego jak dziecko zaczyna mówić o pieniądzach to spotkałam się z tym, że dorośli uważają to za niestosowne. No ale na szczęście nie wszyscy dorośli. Chciałabym napisać o jednej inicjatywie własnie związanej z pieniędzmi i dziećmi .
    Moje dziecko już drugi rok bierze udział w bezpłatnych półkoloniach gdzie:
    – dzieci wykonują różne zawody- (różne rzeczywiście istniejące firmy ( średnio po dwa dziennie przez 5 dni- np. betoniarz, fryzjer, ratownik medyczny, producent znaków drogowych, urzędnik czy osoba sprzątająca-tworzą specjalne stoiska)- tych zawodów jest wiele ponieważ grup jest sporo ). Za pracę mają płacone umowną walutą- tauronkami. Codziennie dziecko musi sobie kupić obiad za 1 tauronka. Za wodę w butelce musi zapłacić 0, 5 tauronka przy czym jak odda pustą butelkę to zwracana jest mu ta kwota. Dziecko może robić zakupy w sklepiku marzeń i kupować sobie zabawki lub słodycze za zarobione ” pieniądze”, ale jak nie będzie wydawać pieniędzy tylko zbierać to ostatniego dnia może sobie kupić coś naprawdę fajnego.Każdego dnia też dziecko może oddać zarobione pieniądze do banku i następnego dnia dostanie 10 % więcej tauronków.
    Pierwszego dnia dziecko zgłasza się również do agencji pośrednictwa pracy i ma wyrabiany identyfikator. Jest wybierany tez prezydent miasta i zastępcy spośród dzieci. Wiem że nie tylko u nas są takie półkolonie organizowane . To jest naprawdę fajna sprawa.

        • Właśnie o Miasto dzieci w Topaczu chodzi:) dodam że jest to tak organizowane, że stoiska z zawodami i nagrody do sklepiku marzeń które wykonują dzieci są sponsorowane przez różne firmy( nie wiem czy w 100% ale napewno w duzym zakresie). Sporo lokalnych przedsiębiorców i firm jest w to zaangażowanych( wrocławskich i z Kobierzyc) oraz Kobierzycie Gminne Centrum kultury i sportu. Mają za to dodatkową reklamę . Np dzieci na stoiskach otrzymują koszulki reklamowe ( które potem koniecznie chcą nosić bo to nie jest już ” zwykła koszulka” dla nich” ma swoja historię;) więc chyba wszyscy są zadowoleni. Takie inicjatywy można robić tez lokalnie gdzie indziej, może nie na tak duża skalę ale wystarczy że się komuś będzie chciało po prostu . Myślę że chętni sponsorzy by się znaleźli.

          • Absolutnie jestem zachwycona pomysłem Miasta Dzieci. Genialna inicjatywa! Zastanawiam się jak to zrobić u mnie w mieście 🙂

            • Ania Sadowska

              Postaram się zgłębić temat i zobaczymy, czy da się to w innych miastach zorganizować, bo też mi się bardzo spodobał ten pomysł 🙂

    • Genialne! Szkoda, że nie ma więcej tego typu inicjatyw. I szkoda, że akcja kierowana tylko do wrocławskich dzieci (tak wynika z listy szkół biorących udział w projekcie). Ale sam pomysł super. Może trzeba samemu się zając organizacją tego typu działań na własnym podwórku? 🙂 Po prostu nie mogę wyjść z zachwytu nad ideą…

  2. Świetne pomysły, moje dzieci jeszcze za male ale chciałabym je wprowadzić w życie gdy będą już w podstawówce 🙂 czekam na wiecej!

    • A mnie się wydaje, że trzeba jak najwcześniej zaczynać. Moga już nabyć przyzwyczajeń, że wszystko dostają, a jak pójdą do podstawówki, to od innych dzieci mogą się nauczyć, że tak właśnie jest 🙂
      PS. nie mam jeszcze dzieci i trochę się mądruję, ale tak myślę 🙂

      • Hej Bartek,

        Ja przerobiłem to z moimi dziewczynami. Przedszkole to jeszcze nie był zdecydowanie czas na rozmowy o pieniądzach. Ale już na ćwiczenie „odroczonej gratyfikacji: owszem (czasami o kilka minut ;)). W pierwszej klasie podstawówki ruszyło to bardziej na serio.

        • Marcin,
          Przedszkole to dobry moment na rozpoczęcie edukacji finansowej. Mój syn (4,5 lat) codziennie przynosi mi nowe pokusy z przedszkola. A to figurka Lego Ninjago, nowy pistolet, samochód Transformers czy świecąca kulka. Zwykłe nie kupię ci synku, czy nie mam na to pieniędzy nie działa, bo syn smutnieje i pyta czemu 🙂
          Budżet dzienny w jakim się poruszamy to najczęściej kilka – kilkanaście zł, a prawdziwe schody zaczną się w szkole podstawowej, gdzie będziemy prawdopodobnie rozmawiać o nowym telefonie lub tablecie.
          Dlatego my dzisiaj uczymy syna, aby umiał wybierać zabawki, chociaż dziadkowie skutecznie niwelują nasze postępy w tym zakresie 🙂

  3. Bardzo mądry wpis. Edukacja finansowa dzieci to jedna z lepszych inwestycji w ich przyszłość 🙂
    Kiedyś jeździłam na kolonie jako wychowawca. W programie był tzw. dzień gospodarczy, podobny do tej inicjatywy, którą wyżej opisała Iza. Niesamowicie obserwowało się, z jaką kreatywnością dzieci potrafią podchodzić do finansów. Wielu dorosłych tej kreatywności mogło by się od nich uczyć 🙂

    • Ania Sadowska

      Dzięki! Szkoda, że takich dni gospodarczych nie organizują w szkołach, choć raz na jakiś czas 🙂

  4. Super, że opisujesz tę książkę na blogu. Sam przeczytałem ją już 3 razy i miesiąc temu nawet można ją było wygrać u mnie na blogu 🙂

    Książka ma dla mnie rewolucyjne podejście, mimo że na rynku jest już prawie 10 lat. Zamiast tłumaczyć dzieciom „złote” zasady finansów osobistych, lepiej pokazać im to na przykładzie, zakładając np: swój własny bank.

    • Ania Sadowska

      Dominiku, przeczytałam wpis na Twoim blogu. Fajnie, że poleciłeś kilka książek, które ukazały się na polskim rynku odnośnie edukacji finansowej dzieci. Z niektórymi na pewno bliżej się zapoznam 🙂

      • Ania, dziękuje. Ta tematyka dopiero raczkuje na polskim rynku, ale cieszę się, że mamy chociaż kilka krajowych pozycji. Fakt, że wydawnictwo Egmont poruszyło ten temat dla najmłodszych dzieci (w wieku 3-7 lat) w książce „Basia i pieniadze”, jest godne pochwały 🙂

  5. Mój tata też zrobił taki bank dla mnie i dla brata. Działało, było ok.
    Jako ciekawostkę – i przestrogę przed przedsiębiorczymi dziećmi – powiem, że mój brat mają lat ok. 9-10 pożyczał od mamy pieniądze (bez procentu), by wpłacić na konto do taty (z procentem).

  6. Ja zawsze mam problem z tym, co jest opisane w punkcie 6. Na początku płacimy dodatkowe pieniądze za np. koszenie trawy. Ale w pewnym wieku to staje się już obowiązkiem dziecka (bo jest wystarczająco duże) i co wtedy? To tak jakby szef mi płacił za dodatkowe prace, a nagle stwierdził, że teraz to wchodzi w skład moich standardowych obowiązków i jeśli chcę zarobić więcej muszę robić kolejne dodatkowe rzeczy ;). Czułabym się oszukana. A przecież z wiekiem dziecku nie ubywa poprzednich obowiązków (jak sprzątanie pokoju) – raczej tylko przybywa, bo jako starsze może robić coraz więcej :).

    • Niech dodatkowymi obowiązkami będzie tylko to co nie powinno (jeśli żaden z członków rodziny nie utraci zdrowia lub pracy) być obowiązkiem dziecka (również już jako nastolatka).
      Mycie samochodu sąsiada jest dobrym przykładem.

    • Nigdy nie zrzuciłbym na dziecko obowiązku koszenia trawy. To rodzice zdecydowali o kupnie domu z ogrodem, nie bardzo rozumiem, dlaczego dziecko miałoby ponosić konsekwencje tego wyboru.

      • Tomku,

        Odnośnie tego co napisałeś, obowiązkiem każdego człowieka jest dbanie o rzeczy i miejsca z których korzysta. Jeśli rodzice kupili dom z ogrodem to naturalnym staje się że dziecko tez będzie z tego ogrodu korzystać. Nie widzę więc powodu dla którego nie miałbym zobowiązać dziecka do wykonywania niektórych prac na podwórku, oczywiście jeśli będą one adekwatne do jego wieku.

        • Michale, a co jeśli dziecko nie podziela entuzjazmu posiadania ogrodu i co za tym idzie obowiązków z tego wynikających? Jeśli zamiast spędzać jedyny tak naprawdę wolny dzień po 5 dniach nauki na „obowiązkach” wolałby pokopać piłkę, pojechać na wycieczkę ze znajomymi, których rodzice też mają ogród do koszenia albo po prostu odpocząć zamiast szarpać się z kosiarką przez 4-5 godzin po czym przez kolejne 2-3 to zgrabiaj. W mało dostępnych miejscach dokoś obkaszarką, a potem wszystko umyj. I tak co sobotę, a czasem 3 razy na 2 tygodnie..

          Całkowicie zgadzam się z Tomkiem. Pozdrawiam

          • Robercie,

            Tak jak napisałem, jeśli dziecko z tego ogrodu korzysta to powinno tez od czasu do czasu coś przy nim robić. Nie narzucałbym mojemu synowi spędzać wolnego dnia na pracach w ogródku jeśli woli iść na piłkę czy pojechać na wycieczkę. Ale powiedz czy jeśli dziecko zaprasza kolegów na imprezkę w ogrodzie raz w miesiącu to też nie zobowiązał być go do jego pielęgnowania? A co do pracochłonności koszenia trawy, to mam 15 arów ogródka przed domem z drzewkami i kwiatami w różnych miejscach i skoszenie tego wszystkiego razem z zebraniem trawy (kosiarka z koszykiem eliminuje grabienie 🙂 ) schodzi mi około 4 godzin, także nie jest to cały dzień 🙂

            Pozdrawiam Michał

      • W zasadzie większość obowiązków dziecka, to konsekwencje wyboru rodziców ;).
        Płacenie własnemu dziecku za umycie samochodu sąsiada brzmi dość ekscentrycznie :D.

        Równie dobrze można powiedzieć, że to nie dziecku, a rodzicowi przeszkadza bałagan – niech sobie zatem sam sprząta ;).

    • Ania Sadowska

      Ja szczerze mówiąc też mam dylemat, czy to właściwe płacić za te dodatkowe obowiązki. Teraz nie planuję tego robić, ale gdy będę miała do czynienia z nastolatkami, może wrócę do tematu 🙂

  7. Bardzo ciekawy wpis! Gratulację dla Ani.
    Sama popełniłam sporo błędów w dziedzinie finansów, trzeba to teraz odkręcać, co kosztuje 🙁 i właśnie dlatego staram się otwarcie rozmawiać ze swoimi dziećmi o finansach, by nie popełniały tak podstawowych błędów jako dorośli.

    Życie podsuwa nam konkretne lekcje do przerobienia – bo np. reklama kredytu gotówkowego BPH – przytul odsetkę – zachwyca! jaka miła i fajna ta odsetka! a jaka jest prawda? hmm… przerobiliśmy to już na konkretnych przykładach, bo starsze dzieci już przeliczyć potrafią i pożyczanie kwoty X, by oddać X+Y w teorii im się nie podoba – ufff 🙂 mam nadzieję, że i w praktyce, za kilka dobrych lat będą wiedziały jak traktować bankowych ( i nie tylko) kusicieli 🙂

    oprocentowanie oszczędności jest bardzo dobrym pomysłem, muszę omówić z 2 połową i wprowadzić taki system, to bardzo dobra lekcja dla dzieci, a nawet jeśli poczujemy boleśnie w kieszenie rosnące odsetki, to przecież nie dajemy obcym tylko własnym pociechom, zawsze to jednak tworzy nasz wspólny budżet – zbierają na coś, czego nie będziemy musieli uwzględniać w „dorosłym” budżecie.
    Zastanawiam się też na kwotą kieszonkowego, do tej pory, za radami przeczytanymi na blogach, była to tygodniówka liczona ilość lat=ilość złotych tygodniowo, sprawdza się, gdy mamy sporą różnicę wieku, jednak przy np. 2-3 latach różnicy, kiedy chodzą do szkoły i mają podobne zainteresowania (ciuchowe, muzyczne, hobbystyczne) i na nie chcą wydawać pieniądze, te kilka złotych mniej tygodniowo/miesięcznie robi sporą różnice – co może wprowadzać poczucie niesprawiedliwości – mogłaś mnie urodzić wcześniej, miałbym więcej pieniędzy – jak usłyszałam kiedyś.
    pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy 🙂

    • Ania Sadowska

      Dziękuję Asiu! Faktycznie trudno ustalić wysokość kieszonkowego. To trochę tak jak z wynagrodzeniem za pracę – cieszymy się z tego, co otrzymujemy, dopóki nie zorientujemy się, że inni za to samo mogą zarobić więcej 🙂

  8. Cześć Marcin i cześć Aniu!
    Marcin – delegacja zadań, poziom mistrz 🙂 przekonać czytelnika, żeby sam poruszył gryzący go temat i podzielił się z innymi, to był świetny pomysł 🙂

    Aniu – jak mogłaś się przekonać, wcale nie tak trudno wejść na drogę eksperta w danym temacie, ale wymaga to trochę pracy. A samo przygotowanie takiego wpisu, kosztuje jednak trochę pracy 🙂
    Świetnie, że zgłębiłaś temat – sama poznałaś ciekawe rozwiązania, a do tego podzieliłaś się nimi ze światem i teraz wiele osób na tym skorzysta – już chociażby sięgając przez polecaną przez Ciebie książkę.
    Super Ci poszło pisanie – bardzo mnie zaciekawiłaś tym tematem. Sam nie mam jeszcze dzieci, jednak już teraz myślę o tym, jak kiedyś prawidłowo wprowadzić je na ścieżkę edukacji finansowej. I to o czym pisałaś, a także ksiażka bardzo mnie zaciekawiły.
    Gratuluję debiutu 🙂
    Pozdrawiam, Bartek

    • Ania Sadowska

      Wielkie dzięki za takie miłe słowa 🙂 Marcinowi się nie odmawia – zwłaszcza gdy się regularnie czyta jego blog!

  9. Bardzo dziękuję Aniu i Marcinie! Czekałam z niecierpliwością, aż ten temat zostanie zglebiony. Powoli sie edukuje jak przekazac temat finansow mojej 5cio latce. Aniu gratuluję i czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy.

    • Ania Sadowska

      Agnieszko
      Moim zdaniem najlepiej wprowadzać temat finansów w połowie pierwszej klasy podstawówki, czy nawet pod koniec, kiedy dziecko już się dobrze orientuje co to są liczby i że można je dodawać i odejmować. Do tego momentu na blogu powinno już być sporo wpisów na temat edukacji finansowej dzieci, więc będziesz miała z czego korzystać 🙂

  10. Ja co sobotę prowadzę z córkami (5 i 7 lat) lekcje cha-ching. Pl. Trwają około 40 minut. Co ciekawe dziewczyny same pilnują by lekcje się odbyły. Lekcje są uzupełniane materiałami multimedialnymi (YouTube, gry we flashu) i materiały do wydruku dla dzieci i prowadzącego zajęcia.

    • Ania Sadowska

      Też się niedawno natknęłam na ten program edukacji finansowej. Szkoda, że nie jest to produkt typowo na nasz rynek, ale dla dzieci może być interesujący. Na pewno też go prędzej czy później dokładnie opiszę na blogu.

  11. Mam syna lat 7. Podobnie jak synowie współautorki posta skończył właśnie 1 klasę. Jakiś czas temu ujawniły się kłopoty finansowe mojego męża, była ciężka atmosfera. Wiosną te kłopoty wróciły i znowu były dyskusje gorące. Tym razem jednak syn już rozumiał, że kłócimy sie o jakis rachunek. Ale kilka dni później zadał pytanie „mamo a czym sie różni kredyt od chwilówki”? Jak obuchem normalnie! Bo kłótnia dotyczyła właśnie przeterminowanej chwilówki. U mnie w domu nigdy nie rozmawiało sie o pieniądzach, na pewno nie w obecności dzieci. Pieniądze zawsze były. Ale swojemu synowi, w związku z nieodpowiedzialnością finansową jego ojca, muszę pokazywać tabelki, uczyć kontrolować wydatki, bo ojciec tego nie zrobi.

  12. Poruszyłeś bardzo ważne zagadnienie. Dzieci od najmłodszych lat, powinny być uczone wartości pieniądza i przede wszystkim szacunku do niego.

  13. Aniu,

    świetny wpis! bardzo dobrze się czyta – zupełnie jak teksty Marcina. Trzymam kciuki za dalszą część i serdecznie pozdrawiam Was oboje.

    Do zobaczenia na kolejnym spotkaniu czytelników (bo na pewno takie będzie, prawda Marcinie?) 🙂

    Agnieszka

    • Ania Sadowska

      Dzięki Aga! Co za komplement – zupełnie jak teksty Marcina 🙂 Do zobaczenia w takim razie na konferencji blogerów finansowych!

  14. 2. Pozwól dziecku samodzielnie zarządzać swoimi pieniędzmi.

    Również uważałam, że nie powinnam ingerować w to, na co mój gimnazjalista przeznacza wpływy z kieszonkowego, czy np. z urodzin. Do czasu, kiedy w domu pojawiły się najpierw nóż motylkowy, a następnie elektroniczny papieros. 😉

    • Ania Sadowska

      Przy tym punkcie istotne jest, co opisane zostało jeszcze niżej, żeby faktycznie nie zrobiło się z tego „Róbta co chceta”:
      „Ważne tylko, żeby nie było to coś niedozwolonego, czyli zagrażającego zdrowiu, bezpieczeństwu lub niezgodnego z prawem. Podpowiada, żeby wprowadzić zasady regulujące określone zachowania, a nie sposób wydawania pieniędzy”

  15. Super sprawa, żeby uczyć dzieci oszczędzania. Ja jak byłam mała to odkładałam pieniądze jedynie w ramach akcji Dziś oszczędzam w SKO, jutro PKO – wpłacałam raz na tydzień 1 zł albo 2 zł 🙂 A pomysły, które pan opisuje są bardzo ciekawe i mogą sprawić, że te dzieci w dorosłym życiu nie będą miały problemu z tym, żeby regularnie oszczędzać. Ja niestety taki problem miałam, ale już z małą pomocą eksperta i internetu nadrabiam zaległości.

  16. Odnośnie nowej podstawy programowej, to nauczyciel ma pełną swobodę w dobieraniu tematów z podręcznika, jedynie czego musi pilnować to aby wybrane przez niego tematy całkowicie pokryły zakres tematyczny podstawy programowej. I tyle. Jeśli w podstawie programowej, jest napisane, że dziecko ma znać pojecie długu i konieczność jego spłacania, to musiało to zostać przerobione na jakieś lekcji. Jeśli nie, to został popełniony bardzo poważny błąd po stronie nauczyciela i niedostosowanie materiału do podstawy programowej.

    Tak więc, lepiej będzie interweniować w tej sprawie, niż zastanawiać się czy następnym tematem będzie „jak radzić sobie z komornikiem”.

    • Ania Sadowska

      Gdy spytałam moje dzieci, czy wiedzą, co to jest dług, to jedno z nich odpowiedziało pytaniem „Czy to jest coś długiego?” , więc chyba raczej tego nie mieli albo nie zrozumieli na lekcji 🙂

  17. Bardzo ciekawy i z pewnością przydatny post. Uważam, że warto zgłębiać ten temat i że wkrótce stanie się on jeszcze bardziej popularny w Polsce. Ja jako dzieciak nie dostawałam żadnego kieszonkowego, a jak chciałam mieć coś ekstra (np kupić bilet na koncert) to zwyczajnie zbierałam za jakieś dodatkowe obowiązki i zadania i oszczędzałam na moją zachciankę. Zarządzania poniekąd własnymi finansami nauczyłam się dopiero na studiach i byłam zaskoczona, że idzie mi całkiem dobrze i że nie brakuje mi pod koniec miesiąca. Nie wiem czy to była dobra metoda, ale u mnie się sprawdziła.
    W przypadku swoich dzieci będę jednak stosowała się raczej do banku taty (lub mamy ;)). Pozdrawiam 😉

  18. Aniu, Marcinie,

    Fajny wpis i świetny pomysł z Bankiem Taty.

    Szkoda ze nie da się tego przenieść do świata dorosłych i np. dla żony założyć Bank Męża. Obawiam się, że wtedy zona zamiast oszczędzać chciałaby wyrobić w Banku Męża kartę kredytową i negocjować konieczność jej spłaty 😉

    Pozdrawiam,
    Tomek

    • Ania Sadowska

      Haha, może spróbuj i daj nam znać, jak poszło w rzeczywistości 🙂 A może by zaoszczędziła na fajne wakacje dla Was, kto wie 🙂

  19. Bardzo ciekawy wpis! Nie mam w prawdzie jeszcze dzieci, ale to wszystko brzmi bardzo sensownie. Zapisałem sobie tytuł książki, żeby za parę lat wrócić do tematu po garść inspiracji!

  20. Temat edukacji finansowej dla dzieci pasjonuje mnie od kilku lat i to z kilku powodów:
    Po pierwsze sama mam dzieci, które chodziły do szkoły i potem do szkoły nie chodziły, bo z mężem weszliśmy w homechooling. Mam doświadczenia jako mama i doskonale wiem, czego szkoła nie uczy. Pytanie czy powinna? Nie wiem.
    Po drugie: sama ukończyłam ekonomię i doszłam do wniosku, że szkoła wyższa nie uczy jak gospodarować własnymi pieniędzmi
    po trzecie: prowadziłam firmy i stwierdziłam, że we własnej firmie przeszłam najlepsze szkolenie z finansów,
    po czwarte: prowadziłam 5 lat klub inteligencji finansowej i tam zauważyłam, że problemy finansowe ma większość osób, a taką edukacją powinny nasiąkać już dzieci.
    W Polsce nie ma jeszcze (lub nie znam) dobrych programów na ten temat. Przychodzą do nas z Zachodu, ale te są w ogóle moim zdanie szkodliwe, bo uczą: porzuć naukę w szkole, wyrzuć wszystkie autorytety, najważniejsza jest kasa i po co w ogóle pracować, kiedy mogą to robić za ciebie inni.
    Moim zdaniem odchodzi się teraz zupełnie od nauki dziecka zwykłej pracy, obowiązkowości, systematyczności i wytrwałości. Wszystko musi być na szybko, trochę byle jak. Wychowanie bezstresowe ma swoje konsekwencje, których doświadczyłam na własnej skórze! Na szczęście udało nam się w odpowiednim momencie zaprzestać takiego wychowania.
    Jeszcze napiszę, że jestem przeciwna płaceniu dziecku za pracę w domu, bo pieniądz niestety może uzależnić. Gdy poprosisz nastolatka, żeby wyrzucił śmieci, odpowie: „Ile za to dostanę?”. To przykre. Ale my rodzice nie musimy iść za tym, co dyktują nam inni, ale możemy iść za zdrowym rozsądkiem i intuicją.
    Piszę na ten temat książkę dla rodziców:-)) Więc tez zapraszam.
    Sorry, tak się rozpisałam:-))
    Zaproponuję tutaj 3 kroki w nauce dziecka zarządzania pieniędzmi.
    1. Instrukcja
    2. Przykład własny
    3. Praktyka
    więcej pomysłów na mojej stronie: http://www.milionernadeskorolce.pl
    oraz http://www.naukaipasja.blogspot.com
    Pozdrawiam serdecznie
    Dorota Piwowarska

    • Ania Sadowska

      Wow super Dorota, że dzielisz się swoimi doświadczeniami i tworzysz nowe treści. Na pewno wkrótce dokładnie obejrzę twoje strony po trochę inspiracji!

  21. fajny artykuł!
    Mam troje dzieci i w sumie to co wypraktykowałam pokrywa się z tym co tu czytam. Z jednym wyjątkiem: nie wolno im za kieszonkowe kupować słodyczy. Ale to zasada z góry ustalona i przyjęta przez nich ze zrozumieniem. Wyjaśniłam, że jeśli będą obżerać się ze słodyczami to będę im musiała potrącać za dentystę 🙂
    Pomysł z bankiem super – wypróbuję!

  22. Trafiłem tutaj dzięki linkowi do tego właśnie wpisu. Temat na czasie i bardzo liczę na więcej!
    Może jakiś zbiór/baza/mapa inicjatyw finansowych jak Miasto Dzieci (jeżeli są)?
    Od jutra biorę się za planowanie banku 🙂

  23. Grubo po 30-ce dowiedziałam się, że mój ojciec był jednym z najwięcej zarabiających maszynistów w X. Całe życie nadmiernie tyrał, zarabiał sporo i… oszczędzał na czarną godzinę. Pieniądze traciły wartość, a my żyliśmy jak biedacy. Nigdy wczasów itd. Nauczyłam się szanować pieniądze, ale postanowiłam nie być kutwą :). Uczyłam córkę (od 4-tego r.ż.) nie wydawać na pniu drobnych pieniędzy otrzymanych od dziadków, ojca i ode mnie. Podzieliłyśmy je na 3 części: 1) zbieramy/oszczędzamy na duży zakup, np.rower, wycieczka, rolki. Miała wrotki, a na rolki zbierałyśmy 3 lata. Kupiłyśmy dobre, firmowe, rozciągane – są używane od 16-17 lat :). 2) wydatki planowane, np. prezent dla babci, wymarzoną czapkę z muchą:), sezonowe drobne zabawki. 3) zachcianki/wydatki na luzie: soki, słodycze (niewielkie ilości), notesiki z karteczkami i tp. Dziecię pieniądze lubiło, więc w szkole średniej postanowiło zarabiać, np. na promocjach itp, występach z grupą fireshow (:(( ), a nawet doszkolić się na kursach, na które wzięłam pożyczkę. Umówiłyśmy się, że 1) ukończy szkołę i przystąpi do matury, 2) jeżeli zarobi jakieś pieniądze w wyuczonym zawodzie, będzie spłacać pożyczkę. Honorowo, zarabiane początkowo małe pieniądze oddawała, ale… podzielone przez trzy 🙂 : 1)spłata długu, 2)oszczędności na coś dużego, dokładanie do odzieży wymarzonej (np. dawałam 50 zł na buty, a ona kupowała sobie za 80), 3)zakup profesjonalnego sprzętu, pędzli, farb itp. Do grupy 3. dokładałam z oddawanych pieniędzy… Po maturze pracując ukończyła płatną (!) szkołę, która rozwinęła jej umiejętności, a na początek nowej drogi życia kupiła sobie za zaoszczędzone cichaczem pieniążki laptopa i meble do kuchni w mieszkanku po babci, bo wyszła za mąż. Zięć wykonuje pracę robotnika, ale po sześciu latach mieszkanko jest wyremontowane na tip-top (będzie je można albo korzystnie sprzedać, albo dobrze wynająć) by kupić większe, pełnoletnie pierwsze wspólne auto wymienione na nowsze, od dwóch lat wyjeżdżają już na wakacje. Myślę, że intuicyjnie nauczyłam ją dobrze sobie radzić, ale i korzystać z życia. Opisałam jakieś 22 lata z życia mojej córki. Może się komuś przydadzą. Jestem z dzieciaków i z siebie bardzo dumna.

  24. Ze swojej strony mogę polecić dwie książeczki na temat zasad sukcesu i edukacji finansowej dzieci. Są to:
    „Bajki z sukcesem w tle”
    i „Bajki z sukcesem w tle 2. Porozmawiajmy o pieniądzach”
    Obydwie pozycje w przystępny sposób uczą nasze pociechy o zasadach sukcesu w tym również o sztuce bogacenia się.
    Polecam. Można je znaleźć na stronie wydawnictwa Złote Myśli (http://www.zlotemysli.pl/new,dobrytata,1/)
    pozdrawiam serdecznie,
    Sławek

  25. Bardzo fajny, rzeczowy artykuł i faktycznie świetna książka. Jest w niej wiele wątków dotyczących, nie tylko idei domowego konta oszczędnościowego czy nauki funkcjonowania giełdy, ale sporo innych pomocnych wskazówek w kwestiach, które pewnie budzą wątpliwości rodziców – np. czy płacić dziecku za wykonywanie domowych obowiązków, czy lepiej uniezależnić kieszonkowe od udziału dziecka w życiu rodziny, czyją własnością tak naprawdę jest kieszonkowe – czy są to jeszcze pieniądze rodziców, czy wyłączna własność dziecka i nie powinniśmy się wtrącać, na co nasza pociecha je przeznacza. Moim zdaniem warto promować ciekawą, przystępną literaturę, dzięki której dorośli nauczą się, jak edukować finansowo swoje dzieci, bo nikt inny tego za nich nie zrobi.

  26. No i jak pisałem już pod innym postem, zacząłem tworzyć polski Bank Taty. Potrwa to jeszcze trochę, ale już teraz potrzebuję Waszej pomocy! Będę wdzięczny za linki do publikacji na ten temat i tematy pokrewne. Planuję zrobić coś w stylu bazy wiedzy (artykułów, książek, itd.) na ten temat.
    W przyszłości pewnie będzie się do Was odzywał w sprawie testów, itd. Ale to przyszłość 🙂 Wszystko zależy od tego ile czasu wygospodaruje na ten projekt.

Odpowiedz