Jak skutecznie oszczędzać na zakupach?

24

 

Programy lojalnościowe, punkty „Payback”, zakupy grupowe, programy „moneyback” w bankach… Które sposoby oszczędzania na zakupach są rzeczywiście skuteczne?

 

Prawdziwy ocean okazji.

Fora internetowe i blogi pełne są porad na temat korzystania z programów lojalnościowych i okazyjnych zakupów. Przyznam, że jestem pod wrażeniem zaangażowania, wysiłku i czasu, poświęconego na rozwikłanie regulaminów promocji i metod pozyskiwania punktów. „Dzięki aktywnemu zbieraniu punktów zaoszczędziłem 400 zł w 6 miesięcy i zdobyłem 4 bilety do Multikina…”, „…kilka przelewów, aktywne korzystanie z karty kredytowej i po trzech miesiącach wyrwałem bankowi ponad 300 zł…” – tak brzmią mniej więcej opisy sukcesów. Nawet kruczki prawne w regulaminach są wyłowione i wystawione na światło dzienne. To naprawdę robi wrażenie i szczerze podziwiam zaangażowanie zwolenników tego typu okazji. Niestety zupełnie nie podzielam ich ogromnego entuzjazmu i zamiłowania do takich form „oszczędzania dzięki robieniu zakupów”. Dlaczego?

Po pierwsze: pogoń za punktami czy okazyjnymi zakupami może prowadzić do sytuacji, w której „ogon macha psem” – zamiast ograniczać wydatki koncentrujemy się na spełnianiu warunków programu i w konsekwencji wydajemy więcej.

Po drugie: nasz najcenniejszy zasób to czas. Mam bardzo poważne wątpliwości czy poświęcenie czasu na szukanie okazji i promocji to faktycznie najlepszy sposób na jego wykorzystanie.

Po trzecie: istnieją skuteczne i prostsze sposoby na oszczędzanie. Przynoszą one lepsze efekty, a wymagają mniejszych nakładów energii i czasu.

 

Co zrobić, żeby ogon nie machał psem?

Zgadzam się, że programy lojalnościowe niosą ze sobą potencjalne korzyści, jak choćby rabaty czy darmowe produkty z katalogu. Jednak by móc to faktycznie nazwać korzyścią, warto pamiętać o pewnych sprawach. Jeśli kupujesz paliwo na droższej stacji tylko dlatego, by zebrać punkty – to żadna korzyść. Jeśli kupujesz niepotrzebny gadżet, bo otrzymasz w zamian sporo dodatkowych punktów – to żadna korzyść. Jeśli przejeżdżasz w korkach kilka kilometrów do supermarketu, bo tam zbierzesz punkty – to żadna korzyść. Jeśli zamienisz zebrane punkty na produkt z katalogu, ktory być może się przyda, lecz w gruncie rzeczy nie jest potrzebny – to też żadna korzyść.

Gdy decyzje zakupowe podyktowane są uczestnictwem w programie lojalnościowym, a nie rzeczywistą potrzebą, to „ogon macha psem”. Aby cała zabawa miała sens, zbieranie punktów musi odbywać się jedynie „przy okazji” nabywania rzeczy, które są nam faktycznie potrzebne. Jeśli za takie zakupy dostaniesz punkty – to super. Ale gdy musisz dokupić coś jeszcze, choćby malutki gadżet przy kasie – to odpuść sobie. O stanie Twojego majątku decydują zgromadzone pieniądze, a nie żadne punkty. Jeszcze nie słyszałem o człowieku, który został bogaty, bo zdobył ogromną liczbę punktów w programach lojalnościowych. Pewnie dlatego, że aby je zdobyć, trzeba wydać sporo pieniędzy, a w ten sposób trudno się wzbogacić.

To samo dotyczy programów typu „moneyback” w bankach. Polegają one na tym, że przy spełnieniu określonych warunków (aktywne korzystanie z karty kredytowej, przelewanie pensji na konto, wykonywanie przelewów, itp.) bank zwróci nam kilka procent za część dokonanych zakupów. Najbardziej bawią mnie reklamy pod hasłem „zarabiaj na zakupach”. To dla mnie taki sam absurd, jak „zdrowiej dzięki paleniu papierosów”. Najważniejsze równanie finansów osobistych jest takie:

ZAROBKI – WYDATKI = OSZCZĘDNOŚCI

Wydawanie pieniędzy, to wydawanie pieniędzy. Nie da się na tym zarobić i już. Koniec i kropka. Jakiekolwiek próby rozwadniania tej oczywistej prawdy to zwykłe robienie wody z mózgu.

Oczywiście, jeśli Twój bank oferuje taki program, skorzystaj z niego. Jednak jeżeli jesteś zadowolony ze swojego banku, to nie przenoś rachunku do innego tylko dlatego, że oferuje on program „moneyback”. Zawsze weź pod uwagę opłaty, które bank pobiera za najczęściej wykonywane przez Ciebie operacje. Te koszty będziesz ponosił na długo po tym, gdy program „moneyback” się skończy.

I jeszcze słów kilka o serwisach zakupów grupowych typu Groupon czy Gruper. Choć można tam znaleźć ciekawe oferty, to osobiście uważam, że głównym skutkiem otrzymywania na adres email „wspaniałych okazji” są impulsywne i nieprzemyślane zakupy. Czy kiedy kupię za 30% usługę, której nie potrzebuję, to faktycznie zaoszczędziłem 70%? Nieplanowane weekendowe wyjazdy, zabiegi kosmetyczne, wyjścia po okazyjnych cenach do drogich restauracji – to tylko niektóre przykłady wydatków, których normalnie byśmy w ogóle nie ponieśli, ale skoro były w takiej korzystnej ofercie… I znów ogon macha psem.

Jak z tych serwisów korzystać? Zaglądaj do nich gdy masz już jasno zdefiniowaną potrzebę i szukasz konkretnego towaru albo usługi. Nigdy nie kupuj niepotrzebnych rzeczy tylko dlatego, że cena jest niższa o 70%. To przecież zupełnie bez sensu.

 

Czas też ma wartość.

Jak już pisałem we wstępie, naprawdę podziwiam zaangażowanie osób specjalizujących się w łowieniu różnego rodzaju okazji. Jednak śledzenie regulaminów promocji, spędzanie długich godzin w Internecie na poszukiwaniach, czy przenoszenie rachunków pomiędzy bankami ma bardzo konkretny koszt. Tym kosztem jest czas, który mógłby być lepiej wykorzystany. Nie twierdzę, że nie ma to sensu, a przykłady odzyskania kilkuset złotych w parę miesięcy robią wrażenie. Zadaję sobie jednak pytanie: czy to faktycznie jest warte zachodu? Kilka programów lojalnościowych, karty kredytowe i rachunki w czterech bankach, do tego kilkadziesiąt emaili w miesiącu z superpromocjami – już samo zapanowanie nad tym chaosem pochłania kilka godzin w miesiącu.

Czy zamiast szukać metody na zdobycie kolejnego tysiąca punktów, nie lepiej z tym samym zapałem poszukać sposobu na zdobycie kolejnego tysiąca złotych? Przeznaczenie kilku godzin na własny rozwój miałoby moim zdaniem zdecydowanie większą wartość. Nie mam nic przeciwko sporadycznemu korzystaniu z sensownych okazji, ale uczynienie z tego głównego sposobu na oszczędzanie, to raczej kiepski pomysł. Moim zdaniem nie tędy droga.

 

Sposoby, które działają zawsze.

Skoro nie jestem entuzjastą łowienia okazji i punktów, co moim zdaniem jest bardziej skuteczne? Oto kilka sposobów, które są prostsze, pochłaniają mniej czasu i energii, a przynoszą lepsze efekty:

1. Zawsze rób listę zakupów.

To jedno z najbardziej skutecznych narzędzi, które w przypadku naszej czteroosobowej rodziny pozwala zaoszczędzić kilkaset złotych miesięcznie. Przed wyjściem do sklepu sprawdź, co masz w szafkach. W ten sposób nie wydasz pieniędzy na produkty kupione wcześniej, które mogą się wkrótce przeterminować. Listę zakupów warto podzielić na dwie kolumny: POTRZEBY (chleb, mleko, cukier, masło…) oraz ZACHCIANKI (piwko, chipsy, czekoladki, lody…). Dzięki temu lepiej zrozumiesz, na co faktycznie przeznaczasz pieniądze i czy nie możesz więcej oszczędzać. Długa lista zachcianek to ważny sygnał alarmowy, że Twoje podejście do finansów wymaga zmiany. Dobrym sposobem jest ustalenie własnego kwotowego limitu na zachcianki. Oczywiście w trakcie zakupów trzymaj się listy i nie sięgaj po rzeczy, które „mogą się przydać”. To strata pieniędzy. Te same zasady dotyczą produktów innych, niż spożywcze. Zajrzyj do swojej piwnicy, a zobaczysz, jak wiele pieniędzy niepotrzebnie tam zamroziłeś

2. Na zakupy chodź najedzony.

Z pustym żołądkiem wydasz zdecydowanie więcej. Wszystko będzie wydawać się apetyczne i warte spróbowania, zaś wybrane produkty kupisz w większej ilości niż potrzebujesz. Ponadto będziesz kupować w pośpiechu, bez zastanowienia, byle by zaspokoić narastający głód. Chcesz mieć więcej pieniędzy w portfelu? Przed zakupami zjedz dobry posiłek.

3. Dzieci zostawiaj w domu.

Gdy potrzebujesz zrobić większe zakupy, o ile to tylko możliwe, nie zabieraj ze sobą dzieci. Te małe skubańce zawsze wynajdą coś spoza listy zakupów: lizaczek, czekoladka, soczek, notesik, małe autko, plastikowy konik… Nie ma co się łudzić: zawsze znajdą sposób by nas przekonać. Jeśli nie płaczem, to słodką minką, ale to zrobią. Dlatego bezpieczniej zostawić je w domu i mieć kilkadziesiąt złotych w portfelu więcej.

4. Nie gromadź nadmiernych zapasów.

Zdarzyło Ci się wyrzucić przeterminowaną żywność? To efekt nadmiernych zakupów „na zapas”. Nie kupuj więcej, niż potrzebujesz. Jasne, że czasem warto zaopatrzyć się w większe ilości pewnych towarów, aby nie robić zakupów zbyt często. Gdy jednak w supermarketach widzę wózki wypchane po brzegi żywnością, zaczynam się bać,  że wybuchła wojna. Wiele osób kupuje produkty w ogromnych opakowaniach, bo uważają, że płacą mniej. Tu jednak czekają na nas dwie pułapki: po pierwsze, „dwupaki” czy „czteropaki” nie zawsze mają niższą cenę jednostkową (sprawdź sam, też byłem zdziwiony), po drugie: jeśli kupisz większe ilości niektórych towarów (wędliny, słodycze, napoje, przekąski), to po prostu więcej i szybciej zjesz. Efekt netto? Mniej pieniędzy w portfelu i więcej centymetrów w pasie. Rozsądne zapasy – OK, ale nadmierne – bez sensu.

5. Nigdy nie kupuj na kredyt.

Dług to największy wróg na drodze do finansowego bezpieczeństwa. Ze wszystkich form zadłużania to właśnie kredyty i pożyczki konsumenckie są najbardziej niebezpieczne i najszybciej drenują nasze portfele. Dlatego kupuj tylko tyle, na ile możesz sobie pozwolić bez korzystania z limitu w rachunku bankowym czy zadłużenia na karcie kredytowej. Jeżeli wydajesz więcej, pakujesz się w poważne tarapaty. Wcześniej czy później bardzo niekorzystnie wpłynie to na jakość Twojego życia. Pod żadnym pozorem nie sięgaj po dług.

Moim zdaniem tych pięć prostych zasad jest bardziej skutecznych niż wszelkie programy lojalnościowe. A co Ty o tym sądzisz?

Dziękuję za czas, który poświeciłeś na zapoznanie się z artykułem. Jeśli uważasz,  że jest wartościowy, poleć go proszę swoim znajomym i polub stronę na Facebooku. Pozwoli mi to dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Serdecznie dziękuję.

Podobają Ci się artykuły na blogu?


Dołącz do ponad 8 337 osób, które otrzymują newsletter i korzystają z przygotowanych przeze mnie bezpłatnych narzędzi pomagających w skutecznym dbaniu o finanse.
KLIKNIJ W PONIŻSZY PRZYCISK.

Komentarze24 komentarze

  1. * Zbieram punkty, ale przy okazji. Potem zamieniam to na pieniądze lub kupuję za to gazetę, co akurat jest możliwe. Niekiedy to się przydaje, ponieważ niekiedy nawet nie mam na gazetę w portmonetce.
    * Dodam jeszcze drobny punkt na oszczędzanie. Można mieć przy koncie głównym konto oszczędnościowe, które „trochę” procentuje. Nie jest to oczywiście procentowanie jak na lokacie, ale zawsze. Na konto główne przelewam taką kwotę, która mi i żonie może być potrzebna danego dnia; z lekką nawiązką. Bank, w którym mam konto umożliwia nieograniczoną ilość przelewów bez ponoszenia opłat.

  2. Marcin Iwuć

    Witaj Pawle, dziękuję za komentarz. Fajny pomysł z tym kontem i ciekawy sposób na kontrolowanie wydatków.
    My również na koncie głównym utrzymujemy jedynie niewielkie kwoty, a większość środków od razu przelewamy na rachunki celowe (fundusz bezpieczeństwa, wakacje i podróże, ubezpieczenia, podatki, nowy samochód, itp.).Tak odłożone pieniądze są „nie do ruszenia” na bieżące wydatki.

  3. Dodałabym jeszcze jedno – unikanie robienia zakupów codziennie. Moje studenckie życie sprawia, że muszę sobie rozplanować wydatki tylko w obrębie tygodnia, więc łatwo mi te krótkie okresy analizować. Jeśli chodzę na zakupy codziennie, to nigdy nie jestem w stanie nic zaoszczędzić. Po prostu zawsze jeszcze coś „wpadnie w oko”. Jestem więc zdecydowanie za „krótkoterminowymi” zapasami – zakupy dwa razy w tygodniu wystarczają 😉

    • Hej Marta, dzięki za komentarz i trafne spostrzeżenie. Na „coś zawsze wpadnie w oko” dobrą metodą jest trzymanie się budżetu 😉
      Serdecznie pozdrawiam i trzymam kciuki, bo chyba zbliża się sesja zimowa?

  4. Nie do końca się zgadzam co do promocji „moneyback” myślę, że to raczej kwestia dobrego planowania swoich wydatków.
    Mój chłopak ma bodajże 4 karty z czego każda daje mu miesięcznie zwrot 50 złotych za coś za co i tak musiałby zapłacić(benzyna, Zus)a ponieważ zawsze wydaje ustaloną kwotę np. na benzynę to nie ponosi opłat za prowadzenie karty. Jedyną ważną rzeczą, o której trzeba pamiętać jest kontrolowanie czy na pewno wydało się daną kwotę i czy nie zmieniły się warunki promocji 🙂

    • Hej Patrycja,
      Dziękuję za komentarz. Cóż, banki potrafią liczyć…
      Jak Twój chłopak „kontroluje”, czy faktycznie wydał daną kwotę? To znaczy: jeśli okazuje się, że nie wydał – to co robi? Wydaje? A jeśli wydaje, to przybywa mu pieniędzy, czy ubywa?. A jeśli wydaje, bo musi przekroczyć dany limit, to wydaje na rzeczy faktycznie potrzebne? A gdyby nie wydał? Nie zostałoby mu w kieszeni więcej niż z „moneyback”?…
      Własnie takie mam wątpliwości. Ale trzymam za Was mocno kciuki i polecam artykuł o kartach kredytowych: http://marciniwuc.com/finanse-osobiste-karty-kredytowe/

      • Był moment, że intensywnie korzystałem z moneyback’ów i w ten sposób uzbierałem „trzynastkę” w ciągu roku. Kwestia spełnienia warunków była prosta: kwota, którą muszę wydać by spełnić warunki promocji ma być niższa niż moje wydatki kartą. Cała reszta to była jedynie „żonglerka” środkami na kontach – co zajmuje mi 10-15 minut na początku każdego miesiąca. Bo dla mnie żadna różnica czy płacąc za zakupy zapłacę debetówką banku X czy może debetówką banku Y. Nie wydawałem więcej by „załapać się” na promocję, bo nie musiałem – wymóg był 300 zł miesięcznie, to na początku miesiąca lądowało na tym koncie 400 zł. Przy wydatkach czterocyfrowych co miesiąc spełnianie 3 czy 4 wymagań rzędu 200-300 zł nie stanowiło problemu. Zwłaszcza, że zazwyczaj oznaczało to dwa tankowania paliwa by mieć warunek spełniony.
        Co do punktów, to fakt, trzeba uważać, żeby nie przepłacić. Jednak nikt mnie nie przekona do tankowania na Orlenie czy LukOil, nawet jakby mieli paliwo o 50 groszy taniej na litrze niż BP/Shell/Statoil 😉

        PS. Tankuję paliwa za ~800 zł w miesiącu.

  5. Uśmiechnąłem się do rady „Na zakupy chodź najedzony” 🙂 Gdy wypadało tak, że ostatnią rzeczą dzielącą mnie od posiłku były właśnie zakupy spożywcze, to w koszyku lądowało nie tylko więcej produktów. Trafiały tam zazwyczaj produkty o niebo bardziej kaloryczne 🙂 Owoce raczej nie przykuwały uwagi, za to tłuste wędliny i niezdrowe przekąski już tak 🙂

  6. Witam
    Chciałam tylko dodać że mi akurat okazja na Grupon bardzo pomogła zaoszczędzić. A konkretnie na kursie prawo jazdy 🙂 Oszczędność rzędu 30%. Pozdrawiamm

    • Czasem może się okazać, że to pozorna oszczędność. Wypatrzyłam kiedyś „mega okazję” – jeden łuk aparatu ortodontycznego za jakieś śmieszne pieniądze. Haczyk był taki, że gdzieś małymi literkami było napisane, że cena obowiązuje przy zakupie dwóch łuków. Zajrzałam więc na stronę ortodonty. Cena pojedynczego łuku o 100% przekraczała ceny konkurencji. Czyli de facto, za całość trzeba było zapłacić więcej niż w sąsiednich zakładach. Ot, taka „okazja”.

  7. Już od pewnego czasu staram się rozsądnie oszczędzać, raz wychodzi, a raz nie, ale po przeczytaniu tego artykułu przynajmniej już wiem co źle robię i co robić by było lepiej. A nierobienie zapasów to dla mnie najgorszy problem, z którym walczę codziennie :P.

  8. Metoda oszczędzania „na słoiki” – po opłaceniu rachunków od razu, gdy wpłynie wynagrodzenie, pozostałą kwotę wypłacam z konta, dzielę na 4 równe części i wkładam do 4 słoików. Każdy słoik to pieniądze przeznaczone na wydatki tylko w 1 tygodniu. Ważne – nie można podbierać z innych słoików. Jeśli na koniec tygodnia coś zostanie, to przekładamy do osobnego miejsca, gdzie zbieramy oszczędności. Ta metoda jest o tyle fajna, że widzimy, jak szybko nam gotówka ucieka, możemy ją rozplanować w ciągu 7 dni. Wypróbowałam ten sposób i daje naprawdę niezłe rezultaty. Zwłaszcza że bankomat wypłaca w nominałach najczęściej 100 zł i trudno to wydać na jakąś drobną przyjemność (jak nawet chcę coś drobnego kupić, to spodziewane pytanie „A nie ma Pani drobniej?” mnie skutecznie przed tym powstrzymuje 🙂 Jeszcze odnośnie nadmiernych zapasów – to prawda Marcinie, teraz z mężem kupujemy mniej, bo też mnie denerwowało, ile się rzeczy wyrzucało. A i tak czasem przy przepełnionej lodówce nie wiedziałam, co wybrać!

  9. Bardzo dobry artykuł Marcinie! Zgadzam się ze wszystkim co tutaj napisałeś. Kiedyś jak chodziłem na zakupy sam albo z mamą to bez listy. Efekt był taki, że koncentrowałem się na tym „Co jeszcze ciekawego jest w sklepie?”, „Coś jeszcze może kupie?” i to powodowało, że brałem kilka niepotrzebne rzeczy i zachcianki. Potem zaczynało mnie to rozpraszać. A od niedawna robię zakupy tylko z listą na telefonie lub w pamięci i dzięki temu jak wchodzę do sklepu to tylko koncentruję się na liście. A co do nie zabierania małych dzieci do sklepu to przedwczoraj się przekonałem po tym jak wziąłem małego braciszka do sklepu i on upatrzył sobie ciepłe lodziki za 7 zł. Nie chciałem tego wziąść, starałem się wybić mu to z głowy, oferując mu coś innego i tańszego. Jednak przy kasie zrobił się smutny i zły na mnie no to wziąłem mu i poszło 7 zł.

  10. A ja polecam naszą aplikację 🙂 madamSale. com – obserwuj ulubione produkty i otrzymuj powiadomienia, kiedy ich cena ulegnie zmianie – i zaoszczędzaj na ubraniach! 🙂

  11. Nie zgadzam się że nie warto robić zakupów na zapas. Warto właśnie na wypadek nie tylko wojny ale innych zagrożeń które są bardzo realne. Faktycznie gromadzenie nabiału to zły pomysł ale posiadanie w domu zapasu kaszy, ryżu i konserw jest bardzo racjonalne. Nigdy nie można być pewnym że jutro też będzie piękny dzień. Nie życzęi nie straże ale może zdarzyć się tak że pewnego dnia obudzisz się w ciemnej dziurze bez dostępu do swoich pieniędzy.

    • Cześć Tomanek,
      Cóż, jeśli szykujesz zapasy żywności na wypadek wojny, bo daje Ci to poczucie bezpieczeństwa, to oczywiście rozumiem. Nie zmienia to faktu, że z finansowego punktu widzenia jest to mało racjonalne.
      Na tym blogu koncentruję się raczej na tym, jak zgromadzić zapasy gotówki i nie zakładam scenariusza wojennego 😉
      Ale są blogi poświęcone przygotowaniom do wojny – tam na pewno są lepsze wskazówki na takie okazje.

  12. Artykuł generalnie jak najbardziej, ale z dwiema kwestiami się nie zgadzam.
    1. Z moneyback korzystam i sobie to chwalę – jest zastrzyk dla domowego budżetu – jedna- dwie – czasem trzy pary rajstop dla żony w miesiącu za darmo. A w tym banku mam konto od ponad 6 lat – to nie dla moneyback tam mam konto.
    2. Na zakupy weekendowe (z kartką ze spisanymi zakupami niestandardowymi) jeżdżę w sobotę rano o 7.00 – bez śniadania (od młodych lat jestem nauczony, że czasem na śniadanie trzeba zarobić). Nie kupuję więcej, niż potrzebuję – za to zarówno na targu, jak i w sklepach nie ma kolejek – oszczędzam przez to co najmniej 1,5 h – tyle więcej bym spędził, gdybym na zakupy pojechał po śniadaniu.
    I choć czasem już w ostatnim sklepie mnie lekko ssie po żołądku, nie kupuję przez to większej ilości towarów, niż to, co mam na kartce.

  13. Wachlarz sposobów na to jak oszczędzać na zakupach zależy w dużej mierze od tego co tak naprawdę chcemy kupić, ale tak jak napisałeś istnieje kilka uniwersalnych sposobów na to jak na zakupach zapłacić jak najmniej. Ze wszystkimi się zgodzę i pozwolę sobie również zaproponować kilka dodatkowych opcji:

    1) Przejrzyj gazetki promocyjne- zanim wybierzemy się na zakupy możemy w dosłownie kilka minut przelecieć po gazetkach promocyjnych ( w internecie jest kilka stron, na których znajdziemy wszystkie aktualne gazetki). Taki mały rekonesans powoli nam na wybranie sklepu, którym produkty, które chcemy kupić są w najlepszej cenie.

    2) Zachowaj czujność przy promocjach- Nie wszystkie promocje sklepowe są opłacalne. Musimy więc nieco orientować się w cenach produktów. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy produkt, który planujemy zakupić jest rzeczywiście w dobrej, promocyjnej cenie, powinniśmy sprawdzić po ile takie rzeczy „chodzą” w internecie. Wystarczy kliknąć kilka razy w nasz smartfon i już wiemy co, gdzie i za ile.

    3) Poznaj tajniki rozkładu hipermarketów- Jeśli często robimy zakupy w dużych hipermarketach warto, abyśmy zapoznali się z ich specyficznym rozkładem. Nie jest przecież tajemnicą, że w takich sklepach nic nie jest przypadkowe. Natomiast jeśli będziemy świadomi czyhających na nas pułapek łatwiej będzie nam je ominąć i zaoszczędzić dzięki temu kilka złotych.

    4) Myśl na zakupach- To jest chyba najważniejsza zasada, której powinniśmy się trzymać przy zakupie czegokolwiek. Zawsze analizujmy, liczmy i myślmy. Oddzielmy potrzeby od zachcianek, uważajmy na zastawione na nas marketingowe pułapki, porównujmy ceny itp. Dzięki temu, że podczas zakupów będziemy czujni i będziemy myśleli zdroworozsądkowo uda nam się zachować w naszym portfelu więcej pieniędzy niż moglibyśmy zyskać korzystając z super pormocji.

Odpowiedz